Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Gość on 8/1/2017, 19:15
Dopiero po czasie spostrzegł, że cokolwiek w wyglądzie Jekylla uległo zmianie. Wzrok nabrał zdecydowanie większej ostrości, porównując go z tym obrazem, który rozmazywał mu się przy najmniejszym poruszeniu łbem, gdy pierwszy raz przekroczył próg pokoju medyka. Niemniej w tamtej chwili niespecjalnie miał ochotę przekręcać głowę w kierunku lekarza, a już tym bardziej dopatrywać się w nim jakichś osobliwości. Zarejestrował puchate, lisie uszy dopiero po kilku, jak nie kilkunastu minutach, jednak w żaden głębszy sposób ich nie skomentował, podobnie jak uwagi o grubym tomiszczu. No, może wyrwało mu się jedno, brzydkie spojrzenie, ale poza tym by grzeczny.
Z drugiej strony bardzo prawdopodobne, że brzydkie spojrzenie było tylko zapowiedzią innej brzydkiej rzeczy, która zaraz wyrwała mu się z gardła i rozlazła na posadzce. Od tamtej pory Chart miał już zdecydowanie nietęgą minę, czując niewyobrażalne obrzydzenie i wstręt. Na co mu było to jedzenie, które zafundował mu Hitoshi…? Zauważył jednak Jekyll’a, który z wysokim profesjonalizmem podszedł do artystycznie rozlanych na podłodze resztek. Domyślał się po co się w nie tak wpatrywał, jednak mimo wszystko nie mógł powstrzymać się od kąśliwości.
- Zgłodniałeś? – rzucił zaczepnie, z nieco dziwną mieszanką odczuć na twarzy, które były trojaką hybrydą niemrawości, odrazy i cynizmu. Że też zachciało mu się szczekać w takiej chwili… ale co zrobić. Nawet gdy huczało mu we łbie, paliło po języku i drażniło na skórze, wciąż potrafił jasno wykrystalizować myśl, że nie zapałał do Bernardyna zbytnią sympatią.
JEGO zaleceń. Święty Dobermanie… a czyich innych?
Przewrócił teatralnie oczyma, łudząco przypominając obraz typowej, niesfornej młodzieży, której dziesiąty raz przypomina się o jakiejś oczywistości, a oni i tak jej nie robią. Niemniej w przypadku Sullivan’a, usłuchanie się porad Bernardyna było koniecznością, z racji tego, że bardzo zależało mu na powrocie do zdrowia. Wkurzało go tylko akcentowanie poszczególnych wyrazów, ponieważ jego zdaniem było absolutnie niepotrzebne. Był typowym Psem. Nie cierpiał grzecznego leżenia na kozetkach i rozczulania się nad obrażeniami. Naprawdę wolał już biegać po pustyni, a nawet walczyć czy polować. Byleby się poruszać. Z pewnością nie zasięgnie innych rad od pozostałych Bernardynów, więc słowo Jekyll’a i tak było już tu najważniejsze.
Barczysty Kundel z wielką niechęcią obrócił się w stronę zabrudzonej podłogi i dając upust swojej najbardziej beznadziejnej, najbardziej żałosnej minie, wziął się do sprzątania. Robił to w ciszy… istniało spore prawdopodobieństwo, że gdyby pokusił się o jakieś słowa, nie byłyby one zbyt ładne czy pozytywne, a wolał nie zbierać więcej batów od Bernardyna. Ai za to skrzętnie ukrywał zawód. Wolałby, żeby to Jekyll po nim posprzątał. Nie mniej nie palił się do żadnych poprawek. Dość napsuł sobie smaku.
Byłby zawarczał, gdy lekarz ujął w palce jego podbródek i uniósł do góry, jednak na ten krótki moment powstrzymał się od wydawania jakichś mniej przyjaznych odgłosów. Chciał, żeby to wszystko już się skończyło, a on mógł w spokoju posiedzieć czy sam, czy ze Skoczkiem i po prostu usnąć. Ale tutaj zaczęły się pytania…
- Hitoshi upolował jakąś sarnę czy inne zwierzę, upiekliśmy je nad ogniem i zjedliśmy. To było kilka, kilkanaście godzin temu. Trudno określić mi dokładny czas. – zaczął jak zwykle ciężko i ochryple. Niemniej z zawziętą miną, przepełnioną niechęcią. Jego twarz nie zmieniała wyrazu pod wpływem uciskać medyka. Nic go w tamtym miejscu nie bolało. – Poprzedniego posiłku nie pamiętam… nie wiem ile czasu byłem przetrzymywany. Wiem, że w chuj długo… ale przytomność musiałem odzyskać stosunkowo niedawno… - zasępił się, gdy ponure wspomnienia wyszły na pierwszy plan, poprzedzając niechęć do osoby Duncana. - … prawdopodobnie byłem utrzymywany w jakiejś śpiączce…? Nie wiem co ze mną przez ten cały czas robili… no, poza tym, że upchali mi buzię pająkami i wyryli na karku kod kreskowy. – rzucił, przypominając sobie o czarnym tatuażu, dzięki któremu w zasadzie udało mu się wyjść z tego piekła.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Jekyll on 11/1/2017, 00:43
Parsknął, wysyłając Ailenowi pobłażliwy uśmiech.
Zaraz wcisnę ci to z powrotem do gardła, bo masz najwyraźniej za dużo w dupie — rzekł, a w tonie jego głos pobrzmiewała zrozumiała kpina. Chart w końcu w tym momencie, oprócz ostrego jak skalpel języka, nie miał nic innego do zaoferowania. Mógł tylko szczekać i wierzgać, jak bezbronne, dziki zwierze. Jego życie leżało całkowicie w rękach lekarza.  
Bernardyn dociskał skrupulatnie palce do brzucha Charta, milimetr po milimetrze, dbając o każdy jego skrawek z pedantyczną dokładnością. Ta mała szkapa pewnie zaraz oskarży go o molestowanie. Ależ mi przykro… Jednak nic nie wskazywało na to, że chłopak miał problemy z żołądkiem, co potwierdzało te spojrzenie. Wyzywające ślepia uparcie wpatrywały się w doktora, jakby pacjent chciał zamanifestować, że, oprócz pokiereszowanego i przerobionego na papkę ramienia, jest zdrowy i nic nie zagraża jego życiu.
W takim układzie możesz nakarmić tego małego nieudacznika, Chrisopherze — zwrócił się do Skoczka, przetwarzając w głowie usłyszane informacje. Musiał z kręgu podejrzeń wykluczyć anoreksję, sądził więc zatem, że Ailen był karmiony dożylnie, jeśli faktycznie został uśpiony i przetrzymywany w tym stanie. Wymioty w tej materii zostały sprowokowane przez alkohol i zawroty głowy, które niewątpliwie targnęły się na życie Charta przez spory ubytek krwi i osłabienie, jednocześnie jednak oczyszczając jego organizm. — Posiłek musi być lekkostrawny, ale jednocześnie sycący. Do popicia w najlepszym wypadku gorzka herbata, w najgorszym woda. I przynieść mu koc albo ubranie, albo najlepiej jedno i drugie. Paradowanie w negliżu w jego stanie może doprowadzić do przeziębienia. Jego układ immunologiczny prędzej każe mu „spierdalać” niż uchroni go przed grypą tudzież innymi efektami ubocznymi — stwierdził. Gdzieniegdzie w tonie jego głosu pobrzmiewała ironia, jeszcze indziej profesjonalizm.
Po postawieniu tej diagnozy, nie obrósł jednak w piórka. Podszedł do kredensu, by wyciągnąć z niego gęstą maść domowej roboty, udoskonalaną na przestrzeni wielu lat. Miał rzecz jasna pomóc przy procesie gojenia się pomniejszych i większych obrażeń. Otworzył słoiczek. Jego zawartość nie pachniała fiołkami, w zasadzie smród był wyczuwalny z kilometra. Wrażliwy nos Jekylla zdecydowanie nie pałał do tego specyfiku miłością. Jego właściciel zresztą skrzywił się, czując tą wątpliwą przyjemność. Jednak lekarstwo nie miało ani smakować, ani pachnieć, miało przede wszystkim pomagać, a ta o to maść, choć nie przebadana  dermatologiczne, taka była. Za jej skuteczność doktor mógł ręczyć dowolną częścią ciała i postawić również na szali swoje umiejętności medyczne.
W pierwszej kolejności opatrzył jego stopy, które sugerowały, że Chart długo nie miał do czynienia z obuwiem. Przez liczne zadrapania, z których nadal sączyła się leniwie krew, zdecydował się na obwiązanie ich bandażami w formie przyniesionych przez Skoczka szmat, co by obniżyć ryzyko pogłębienia ich przez tego szczyla. Wątpił w końcu, że ten smarkacz umiał usiedzieć na tyłku w jednym miejscu, teraz więc Jekyll miał zamiar przetestować jego cierpliwość i nie było żadnego zmiłuj się. Sam lekarz bowiem nie słynął z rzucenia słów na wiatr, nie zawierał też żadnych kompromisów, które mogłyby podważyć jego kompetencje i przede wszystkim pacjentów trzymał krótko.
Pod nieobecność Blacka w zasadzie opatrzył wszystkie rany rozsypane na całej rozciągłości ciała Charta, najwięcej uwagi poświęcając opuchniętej i ozdobionej wielkim sińcem szczęce. To właśnie ją potraktował maścią, wcierając dokładnie i rzecz jasna boleśnie w skórę Charta. Szczeniak w zasadzie powinien stanąć na nogi w pełni swoich sił w przeciągu trzech-czterech tygodni.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Skoczek on 15/1/2017, 19:34
......Nawet Chris skrzywił się, słysząc odzywkę przyjaciela. Posłał mu karcące spojrzenie, zaraz później ponownie koncentrując się na Jekyll'u.
- Tsch! - warknął po raz pierwszy od dawna, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. - Dobrze się bawicie podczas tej rozmowy?
Rozumiał niechętny stosunek na linii pacjent - lekarz, ale wszystko miało swoje granice. Zdecydowana większość Psów była niepokorna, Desperacja wymuszała pewne ochronne odruchy, ale w pewnych sytuacjach należało ugryźć się w język. A przynajmniej Pudel opanował to do perfekcji i miał nadzieję, że Ailen pohamuje nieco swoją buńczuczną naturę. Bernardyn zresztą też dawał się podjudzać. Z jednej strony to oznaczało, że Chart nie czuje się aż tak tragicznie, niemniej Skoczek wątpił, by ta rozmowa, dalej tak ciągnięta, miała szczęśliwe zakończenie.
Ostatecznie wymordowany potrząsnął jedynie łbem, pozwalając niesfornej grzywce opaść krzywo na czoło. Przed nim sporo roboty, a Ailen przede wszystkim powinien odpocząć, zamiast strzępić język po próżnicy. Później i tak zostanie dokładnie wypytany przez Chrisa o ostatnie dwa lata... o ile wpierw Pudel nie udusi go ze szczęścia, jak już nie będzie bał się go objąć. Biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo emocjonalny potrafił być Skoczek, wszystko było możliwe.
- Zobaczę, co uda mi się załatwić, chociaż pewnie trochę to zajmie, zanim przyniosę coś z kuchni - przerwał na chwilę i wbił spojrzenie w twarz przyjaciela. - Jest szansa, że w między czasie nie zagryziecie się poprzez odzywki?
W jego ton wkradła się lekka zgryźliwość, co nie było celową złośliwością, a reakcja umysłu na zmęczenie, które w końcu go dopadło. Dlatego ostatecznie machnął jedynie ręką, jakby chciał puścić podane słowa w niepamięć i wyszedł z pokoju, nie chcąc zwlekać z załatwieniem odpowiednich rzeczy.


Wpierw wstąpił do kuchni, posyłając Matyldzie naprawdę proszący uśmiech. Na szczęście na nią zawsze można było liczyć, niezależnie od sytuacji, więc po pobieżnym wytłumaczeniu sytuacji, od razu został zapewniony, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by przygotować odpowiednie danie. Na miarę Desperacji, rzecz jasna, bo nie można było się oszukiwać co do stanu ich magazynu. Mimo wszystko Chris od razu stał się spokojniejszy i ruszył w poszukiwaniu odpowiednich ubrań. Chart był stosunkowo niski, co dawało o tyle komfortu, że nogawki, czy też rękawy zawsze dały się podciągnąć, bądź też podciąć. Tym bardziej, że w DOGS przeważały osoby o średnim, bądź naprawdę wysokim wzroście. A przynajmniej w opinii Pudla, który sam specjalnie wybitnym olbrzymem nie był. Trudno. Miał o tyle dobrze, że jeden z Jack Russel Terrierów robił ostatnio pranie i zachował jeszcze trochę czystej partii. Wiadomo, że pojęcie czyste jest dość względne w zależności od dostępności wody (na środki chemiczne nawet nie było co liczyć), ale zawsze to lepsze niż wiekowe bluzy używane w ostatnich bijatykach. Koniec końców skomponował całkiem ładny zestaw składający się z przydużej, szarej (pewnie kiedyś białej) koszuli o długich rękawach, granatowych, lekko przetartych w niektórych miejscach spodni oraz skarpet sięgających za kostkę. Dołożył do tego stary koc, wyraźnie pachnący wilgotną glebą, jak wiele rzeczy w Kryjówce. Wraz ze zdobytą odzieżą wrócił do kuchni, cierpliwie czekając tam na wynik starań Matyldy. Otrzymał w końcu herbatę o bardzo nikłym zapachu, za to wyraźnie gorzkim posmaku oraz miskę parującej substancji. Podejrzewał, że widział w tym kawałki mięsa, ale w gruncie rzeczy nie był pewny, co dokładnie zawiera lekkostrawna potrawa w wykonaniu kucharki z Desperacji. Grunt, że łatwo to się przełykało i powinno nie drażnić nadmiernie podrażnionego żołądka Charta.
W tym momencie jego równowaga została wystawiona na naprawdę duży wysiłek. Z jednej strony trzymał tacę wraz z kubkiem, a w drugiej coś na kształt reklamówki z niezbędnym kocem i ubraniami. A jak na złość nikogo, kto mógłby mu pomóc bezpiecznie przetransportować przedstawiony zestaw. To sprawiło, że droga Chrisa z kuchni do gabinetu Bernardyna przedłużyła się dość mocno, ale przynajmniej mógł być z siebie dumny.
Dotarł. Cały. Z nienaruszonym towarem. Parę razy niemalże dostał drzwiami od jednego, czy drugiego Dobermana wychodzącego z pokoju, ale przynajmniej jeden z nich łaskawie otworzył mu drogę do pokoju Jekylla. Tryumf.
- Przepraszam, że tyle to trwało, ale... - chwila milczenia. - Natrafiłem na pewne problemy po drodze. Matylda się starała, Ai. Życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia. A ubrania są czyste, jak na nasze organizacyjne standardy.
Uśmiechnął się delikatnie, najwyraźniej w już znacznie lepszym humorze, po czym ostrożnie ruszył w stronę przyjaciela, jednocześnie zerkając na Bernardyna, jakby chciał określić, czy Chart będzie jadł tutaj, czy gdzie indziej. Chociaż ręka z tacą zaczynała go boleć. Brak przyzwyczajenia.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka



Stadami ruszamy, kruszymy mur
Dzielimy chleb, dzielimy BÓL
Słabi silni siłą silniejszych
Każdy jest WAŻNY, nikt nie jest pierwszy



avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Gość on 26/1/2017, 22:46
|| Przepraszam za taką obsuwę! Wywieziono mnie na wieś szybciej, niż przewidywałam, a nie miałam ze sobą kompa. v_v

„(…) bo masz najwyraźniej za dużo w dupie”
Już wychylał kły spod warg, już chciał odszczeknąć, już wychrypiał pierwszą sylabę słowa…
Tsch!
Urwał na starcie, przenosząc podburzone spojrzenie w stronę przyjaciela, które wyniósł przez nienawistne wpatrywanie się w posturę lekarza. Szybko jednak zmył tę mieszankę odrazy i niechęci z pokiereszowanej twarzy, zamieniając ją na wciąż buńczuczne niedowierzanie. No nie mów mi, że sam go lubisz… zdawało się mówić jego spojrzeniem, gdy kręcił z niesmakiem głową. Sullivan był pierwszy do podszczekiwań i przekomarzań, więc ciężko było mu zrozumieć, jak ktoś mógłby chcieć ukrócenia takich zabiegów podczas rozmowy. Jeszcze z typem, do którego nie zdążyło zapałać się sympatią!
Jakby byli w przedszkolu.
Ta ironia, to wyzywanie go od nieudaczników… wszystko mieszało mu się w łbie między szmerami i wszechobecnym hukiem, jaki pałętał mu się w głowie po wlaniu sobie do gardła alkoholu. Niemniej, niezbyt subtelnie i z wątpliwą gracją, ale jednak, postanowił znowu się odezwać.
- Zawrzyj już ten pysk. – zachrypiał. – Spróbuj znowu mnie tak nazwać, gdy tylko zejdę z tej cholernej kozetki… - warknął, najwyraźniej wbijając się w opis Jekyll’a, który miał go wyłącznie za pokiereszowanego gówniarza, mogącego jedynie się wygrażać. Cóż począć? Ale kiedyś w końcu mu się polepszy… o ile będzie jeszcze pamiętać za co chowa do lekarza urazę – w tym stanie, nigdy nic nie wiadomo – z pewnością podsmaży mu kiedyś tyłek.
„Jest szansa, że w między czasie nie zagryziecie się poprzez odzywki?”
- Zagryziecie? Posmak rzygów już jest trudny do zniesienia, chcesz, żebym zakatował się też jego smakiem? – znowu się odezwał tym swoich pochrapywaniem, ale na szczęście Jekyll’a – być może również swoje? – umilkł, najwyraźniej mając dość drapania w gardle. Co by nie było, wciąż go niemiłosiernie piekło… w dodatku ten dziwny półtrzeźwy stan, który rozplątywał mu język, nie patrząc za bardzo co mu na niego nakładało… cisza była zbawienna.
Choć się odgrażał i złorzeczył na lewo i prawo, dawał ze sobą robić co lekarzowi się podobało. Nawet jeśli był niesforny i zdecydowanie uprzedzony do jego osoby, ufał jego umiejętnościom. Dlatego nawet łaskawie nic nie powiedział, gdy osobliwa woń podrażniła mu nos. I tak czuł się nie najlepiej, a z mazią na pysku wydał się wyglądać jeszcze bardziej niemrawo – o ile się dało; siedem nieszczęść.
„Przepraszam, że tyle to trwało, ale...”
Ostrożnie zwrócił łeb ku Pudlowi, krzywiąc się na życzenie swojej pokiereszowanej szczęki – dotknięta przez lekarza, wciąż nieprzyjemnie pulsowała.
- Matylda? – powtórzył po nim, bądź co bądź zdziwionym tonem. Zabawne, ale odkąd znalazł się w domu, myśl o innych jego lokatorach przychodziła mu z lekkim oporem. Jasne, ci najważniejsi lub ci, których zdążył już zobaczyć jakoś rozjaśnili mu obraz jego pokręconej, przyszywanej rodziny. Niemniej to nie uchroniło go od kilkusekundowym wgapieniem się w podłogę, jakby znowu niedowierzał, że istniał w siedzibie ktoś tak serdeczny, jak ta pieska kucharka. Psiamać, a może to ten alkohol na niego tak działał? Poczuł się nawet miło. – Dzięki. – chrypnął w odpowiedzi na życzenia szybkiego powrotu do zdrowia i zmierzył wzrokiem cały asortyment, który przytargał mu przyjaciel.
Przez chwilę patrzył na niego z niewyobrażalną miłością… wszak trzymał w rękach jedzenie, które było przeznaczone wyłącznie dla niego. Pal licho, że wyglądało paskudnie. Żarcie to żarcie. Opanował jednak łakomstwo, siląc się na brak pokazywania nadmiernych uczuć. Nawet jeśli jak na złość zaburczało mu w brzuchu.
- Mam się najpierw rozebrać czy zjeść?
Zadziorna mina jasno wskazywała na chęć zrzucenia z siebie szmat samodzielnie. Bez niczyjej pomocy. Niestety nawet jeśli ubranie samo od niego odłaziło – całe ubłocone, zakrwawione i w strzępach – to miałby lekkie trudności, żeby odsłonić resztę ciała... a trochę większe, żeby na powrót je zasłonić.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Jekyll on 6/2/2017, 22:49
Ależ wyśmienicie — odparł Jekyll w ramach skąpej i jakze wymownej odpowiedzi na pytanie Skoczka, lecz w zasadzie trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy lekarz faktycznie jest z tego faktu zadowolony. Na jego twarzy widniała chłodna powaga. Był w końcu profesjonalistą, mimo iż stosunkowo często, głównie przy perspektywie zagrożenia życia, kontrolę nad nim przejmowały emocje. Wstępnej fazie diagnozowania obrażeń Ailena też to miało miejsce, jednak szybko zostało zamordowane przez jego despotycznych charakter i uszczypliwy styl bycia. Ponad tysiąc przeżytych lat w tej materii robiło swoje. Już dawno powinien być na emeryturze i opalać się w cieniu palm na Hawajach, popijając kolorowe drinki z równie kolorowych słomek. Nie był jednak typem marzyciela, więc szybko pozbył się tych myśli z głowy na koszt powrotu do rzeczywistości.
Dla mnie, drogi Charcie, liczą się fakty, więc jak sam widzisz twoje groźby spływają po mnie jak deszcz po parasolu — powiedział to, miażdżąc Ailena pobłażliwym wzrokiem. Czy naprawdę Halliwell musiał mu wypominać na każdym kroku, że dzieciak nie był na pozycji, by się odgrażać?
Nie udzielił Skoczkowi jednoznacznej odpowiedzi. Za to odprowadził go wzrokiem do samego wyjścia, by nałożyć na nim coś na wzór presji, a potem bez słowa zajął się tym małym, wychudzonym szczekaczem.
Wyrozumiałość Jekylla w stosunku do pacjentów już dawno wyemigrowała na wakacje tudzież została pod ruinami Londynu. Członków DOGS postrzegał niejako jako watahę pozbawionych funkcji samozachowawczych kretynów, którzy skądinąd na własne życzenie pakowali się w różnorodne tarapaty. Z głębokim smutkiem i żalem dr Jekyll musiał przyznać, że jego ulubieniec, znany szerszej publice jako Hyde, był równie buntowniczy, nieposłuszny i jeszcze bardziej nieobliczalny, więc tym samym doskonale wpasował się w ich kręgi.
Skupiony na swojej pracy, nie zarejestrował momentu, kiedy wrócił Skoczek. Dokończył z pedantyczną dokładnością swoją robotę, dbając o to, by każde zadrapanie na ciele Ailena zostało opatrzone.
Pierwsze zjedz, by w minimalnym stopniu zregenerować siły. Powoli, niepośpiesznie, bo znów zarzygasz mi podłogę i tym razem dopilnuję, abyś wylizał te swoje treści żołądkowe z pedantyczną dokładnością — rzucił w końcu, ukradkiem zerkając na twarz Charta. — Potem się przebierz i spadaj stąd, żeby po moim powrocie moje piękne oczy nie musiały cię oglądać. Rzecz jasna tym samym masz się dostosować do moich zaleceń lekarskich. Twój organizm nadal jest wycieńczony. W normatywnych warunkach powinienem ci zaaplikować kroplówkę na wzmocnienie i antybiotyk, bo nadal masz znacznie podwyższoną temperaturę ciała. Zresztą nie mam też żadnej pewności, czy nie wdarło się przez rozszarpane ramię zakażenie. Pierwsza doba po zabiegu jest tą najważniejszą. To ona tak naprawdę wykaże, jak bardzo roztrwoniłeś swoje zdrowie — oświadczył oschle, obdarzając Ailena chłodnym spojrzeniem, które miało jednocześnie podkreślić powagę sytuacji. Bagatelizowanie swojego stanu zdrowia według nauk dr Jekylla było największym grzechem i przewinieniem ludzkości. Jeśli tenże chłopak wykaże się podobną naiwnością i świadom zagrożenia przekroczy akceptowalną przez Bernardyna granicę, na własnej skórze posmakuje jego gniew, a ból to tylko przedsmak tego, co go w takim wypadku czekało.  — W ramach zabicia nudy mogę ci pożyczyć jedną z książek — oświadczył, co by Chart nie miał żadnych wątpliwości, kto w tym układzie rozdaje karty i czyich bezwzględnych poleceń powinien słuchać aż do końca trwania leczenia. — Ostrzegam jednak, że w mojej kolekcji znajdują się tylko i wyłącznie anglojęzyczne przekłady, toteż możesz niewiele z nich zrozumieć — odrzekł, kładąc nacisk na drugi człon swojej wypowiedzi, celowo go akcentując z dumą Anglika z krwi i kości, co zresztą demonstrował na każdym kroku wręcz z pawią dumą i pewnością siebie.
Pochwał przyrządy do swojej ukochanej apteczki, przejeżdżając subtelnie palcem po ostrzu swojej przyjaciółki w charakterze skalpela.
Christopherze, sądząc po twoich częstych wizytach w kuchni, zapewne Matylda już dawno stała się twoją przyjaciółką, dlatego też, z łaski swojej, poproś ją, by go wygotowała. — Zwrócił się tym razem do Pudla, wręczając mu owinięte w suchy kawałek materiału zakrwawione, chirurgiczne cacko. — Sam pewnie rozumiesz, że zachowanie chociaż w minimalnym stopniu sterylności w takich wypadkach, dla mnie jako dumnego lekarza z powołania, jest rzeczą priorytetową. — Wykrzywił usta na wzór uśmiechu, choć w jego wypadku był to zaledwie kąśliwy grymas.
Zamoczył dłonie w brudnej wodzie, co by pozbyć się krwi i wytarł je starannie o swój prywatny ręcznik, jednocześnie platoniczne zainteresowanie adresując w kierunku Kundla.
Posprzątaj ten bałagan — polecił mu, nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Mam jeszcze parę rzeczy do załatwienia, zatem na mnie już czas.
Zabierając kurtkę, która wcześniej ściągnął na rzecz Ailena, zarzucił ją na ramiona w akompaniamencie głębokiego westchnienia. Porwał swoją nieocenioną apteczkę i wyszedł z śmierdzącego odorem krwi gabinetu, mając nadzieje, że żaden z jego tymczasowych gości nie miał lepkich rączek.
Zatrzymał się w progu, by ostatni raz skonfrontować swój wzrok z pozbawionym sił Chartem.
Wieczorem cię nawiedzę, by ewentualnie zmienić opatrunek, więc Chrisopherze, liczę, że coś przygotujesz w tym zakresie i mnie nie zawiedziesz. Liczę również, że nie będziesz się już nigdy więcej spotykać z moją obsesją. Jesteś w końcu osobą racjonalną i umiesz podejmować słuszne decyzje. Zatem, skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, żegnam ozięble.
Czy to była groźba? Zdecydowanie. Jekyll bowiem nigdy nie żartował z rzeczy tego typu, a do Hyde roszczył sobie wszelkie prawa, o czym musiał niezdarze przypomnieć.
Skrzyżował na samym końcu ramiona, nie uwzględniając żadnych sprzeciwów i „ale”. Ostatecznie, by podkreślić sens, jak i prawowitą wartość swoich słów, wyszedł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

zt – jeśli wszystkim mam dać zt, to piszcie. Zrobię to bez chwili zawahania.

edit
zt dla Skoczka oraz Ailena


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Gość on 1/6/2018, 03:01
Zmrużył oczy, patrząc na osobę stojącą przed nim. Miał nadzieję, że kobieta zaprowadzi go do pokoju Jekylla, choć grymas na jej twarzy jasno dawał do zrozumienia, że nie miała na to zbyt wielkiej ochoty. Wymordowany był niemal pewny, że właśnie rozważa opcję posłania go w cholerę, by móc zająć się ważniejszymi rzeczami niż robienie za przewodnika. Niespecjalnie się dziwił, prawdopodobnie w czymś jej przeszkodził, ale niestety była pierwszą osobą, na którą się natknął, gdy szedł się w stronę kwater.
- To jak? - Ponaglająca nuta w jego głosie wyrwała blondynkę z zamyślenia.
- Dobra, zaprowadzę cię - westchnęła, przewracając oczami.
Czarnowłosy ruszył za dziewczyną, ignorując jej ciche mamrotanie pod nosem.
Stanął przed drzwiami, przez chwilę nasłuchując odgłosów wydobywających się z pokoju lekarza. Nie chciał wpaść w najmniej oczekiwanym momencie i stać się świadkiem jakiegoś dziwnego zdarzenia. Słyszał różne plotki o niektórych członkach gangów, a te na temat Jekylla niekoniecznie stawiały go w świetle osoby czekającej na każdego z otwartymi ramionami i z przygotowanym poczęstunkiem dla gości. Choć Eiji nie należał do tej grupy, która nadstawia uszu, by usłyszeć co lepsze kąski wypowiadane na temat innych, to mimowolnie wyłapywał różne zdania lub pojedyncze słowa z przypadkiem usłyszanych rozmów.
Uniósł dłoń i trzy razy zastukał w drzwi. Wolał nie wchodzić do środka bez zaproszenia, mając na uwadze to, że sam nie znosił, gdy ktoś obcy bez pozwolenia wchodził do jego pokoju.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Jekyll on 1/6/2018, 23:44
Puk. Puk.
  Przestał się poruszać. Dłoń zawisła w powietrzu, druga zakleszczyła się na imitacji ręcznika. Po chwili przejechał tą pierwszą po wilgotnych, plączących się między palcami włosach. Postąpił kilka kroków do przodu,  dostrzegając parę metrów przed sobą sylwetkę.
  Pies, na pewno pies - pomyślał. Nie znał jego imienia, a twarz kojarzył jak przez mgłę, ale to nie było teraz najważniejsze. Najważniejsze było to, że jego pięść maltretowała drzwi.
   Puk. Puk.
  Irytujący dźwięk roznosił się echem po wąskim korytarzu. Wdzierał się do umysłu Bernardyna, pobudzając do życia pulsujący ból w skroni.
   „Zamknij się” - chciał go skarcić, ale głos ugrzązł mu w gardle, razem z nieprzyjemnym posmakiem wymiocin w ustach. Żołądek opróżnił parę chwil temu, w pomieszczeniu, który pełnił rolę prowizorycznej łaźni. Posprzątał po sobie, ale niezbyt dokładnie. Był niemal pewny, że żółć żołądkowa przykleiła się do podłoża. Trudno było cokolwiek zetrzeć z jego kamiennej struktury bez odpowiednich środków czyszczących. Zresztą miał to głęboko w poważaniu. Nie był odpowiedzialny za utrzymanie czystości.
  Zatrzymał się metr przed swoim zakwaterowaniem. Na wąskich ustach niemal natychmiast pojawił się grymas, zwykł towarzyszyć ludziom podczas konsumpcji kwaśnej jak diabli cytryny. Jekyll niemal czuł pod językiem jej sok. Skrzywił się jeszcze bardziej i w ramach zniecierpliwienia przejechał podeszwą prawego buta po podłodze. Drobny żwir zaszeleścił pod tym naporem żałośnie.
  Nie uciszył go. Przypatrywał się jedynie, jak Kundel walił knykciem w zaryglowane prymitywnym zamkiem drzwi. Drzwi, które ledwie trzymały się na zardzewiałych zawiasach. Drzwi, które zaraz runął i, jeśli szczęście stanie po stronie Jekylla, przycisnął do podłogi Sadie. Zmiażdżą ją, wywalą organy na wierzch. Mózg w pakiecie z krwią rozbryzgnie się dookoła. Zostanie z niej tylko krwawa plama.  
  — Zaraz je wywarzysz — upomniał go, ale w myślach pochwalił go z kulturę osobistą. Raczej rzadko zdarzało się, że ktoś pukał i cierpliwie czekał na zaproszenie. Raczej szarpał za klamkę i wchodził jak do siebie w akompaniamencie przeraźliwego skrzypienia, a potem żądał gwiazdki z nieba pod tytułem "wylecz mnie, natychmiast". Wówczas  brwi Dr wędrowały ku górze, a z gardła wydobywał się stłumiony, pozbawiony skrupułów śmiech, zanim odstawiał bezczelnego delikwenta z kwitkiem za drzwi. Teraz też się zaśmiał. Sucho, gardłowo. Zabrzmiał to bardziej jak charkot zdezelowanego silnika.
  Przejechał grzbietem dłoni po ustach, by wyzbyć się z nich kwaskowatości, a potem jeszcze oblizał je, nadal ją czując. Jak na złość.
  Splunął nią.
  — Co się stało? — zapytał po chwili, ale nie czekał na odpowiedź przyłapanego na gorącym uczynku. Podszedł bliżej, bezpośrednio konfrontując się z bezimiennym członkiem gangu. Był nieco niższy od Jekylla - nie żeby trzy centymetry robiły jakąś kolosalną różnicę, więc nie mógł spojrzeć na niego z góry, ale przynajmniej nie patrzył z dołu. — Jeśli nikt nie umiera, nie zawracaj mi dupy, do diaska. Nie muszę zawsze być zwarty i gotowy. Nie mam teraz dyżuru. Idź do pokoju medycznego i naprawdę nie zawracaj mi głowy błahostkami — mamrotał pod nosem, sam nie rozumiejąc połowy wypowiedzianych przez siebie słów. Szumiały mu w uszach jakby był w bliskiej odległości od górskiego potoku. Miał nawet przelotne wrażenie, że nie należały one do niego. Mówił je ktoś obcy, ale jego ustami. Ktoś wypożyczył sobie jego wargi, by wygłosić ten durny monolog. Wdarła się do niego zgromadzona na przestrzeni paru dni frustracja. Wylała się jak krew pod naporem zębów Wilczura. Paskudna rana szczypała jak cholera. Niby była to oznaka, że się goiła, ale nie do końca przekonywało to Dr.
  Wzruszył ramionami, niezbyt poruszonym tym wnioskiem. Otworzył usta w celu dodania coś o prywatności, ale skapitulował i wreszcie się zamknął. Zamiast tego zmrużył przekrwione oczy. Nie spał dobrze, a właściwie od dwóch dni w ogóle tego nie robił. Gapił się w sufit, czując na kręgosłupie twardość swojej pryczy.
  Omiótł spojrzeniem mężczyznę, ale nie dostrzegł żadnych zmian skórnych, ani nic z tych rzeczy. Spojrzenie miał zdrowe, więc czego tutaj szukał?
  Splótł dłonie na klatce piersiowej.
  — Nie wyglądasz na chorego. Co się stało?


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Gość on 5/6/2018, 02:19
Im dłużej stał pod drzwiami Jekylla, tym szybciej tracił nadzieję na to, że dzisiaj go złapie. Nie dorwał go w pokoju medycznym, a inne Psy kręciły przecząco głowami lub wzruszały ramionami, gdy pytał o doktora. Kusiło go, żeby dać sobie spokój i spróbować odnaleźć Bernardyna następnego dnia. Prawdopodobnie ta myśl zostałaby z czarnowłosym na dłużej, skłaniając go do dostosowania się do niej, gdyby czyjś głos nie przebił się do jego uszu. Ręka, gotowa do ponownej konfrontacji z drzwiami, opadła wzdłuż ciała. Zmarszczył brwi, omiatając spojrzeniem Jekylla. Nawet w słabym świetle dostrzegł oznaki zmęczenia na twarzy mężczyzny. Wolno wypuścił powietrze z płuc, słuchając lekarza. Niemal mu współczuł i byłby gotowy dać ten upragniony spokój - którego wydawał się potrzebować prawie tak samo jak powietrza - jeśli nie byłby on jedyną osobą mogącą powiedzieć coś więcej na na temat Hyde'a. Chciał załatwiać tę sprawę jak najszybciej, więc przekładanie tego na następny dzień nie miało większego sensu, skoro już stał naprzeciwko doktora.
- Potrzebuję twojej pomocy. - Przejechał ręką po włosach, odgarniając grzywkę do tyłu. - Nie chodzi o leczenie - dodał szybko, nie pozwalając blondynowi na ewentualnie wtrącenie się i mniej lub bardziej subtelne wyproszenie z pokoju. - Grow chciał, żebym znalazł Hyde'a, ale muszę coś o nim wiedzieć, zanim pójdę go szukać. Opisał mi jedynie jego wygląd - a nawet narysował - i powiedział, że ty będziesz wiedział więcej niż on. - Przylgnął plecami do ściany, wsuwając jedną dłoń do kieszeni w spodniach. - Wiesz, gdzie był widziany od czasu zniknięcia? Jakie są jego słabości? Na co uważać przy nim? - Miał nadzieję, że tym razem uzyska przynajmniej zadowalające odpowiedzi. Chodzenie po kryjówce i wypytywanie członków gangów nie wydawało się porywającą perspektywą. Dlatego informacje uzyskane od Jekylla będą musiały wystarczyć - nawet jeśli będzie ich niewiele.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Jekyll on 5/6/2018, 23:04
Seriously? — Z jego ust ulotniło się ciche westchnienie, kiedy Kundel zaczął konstruować swoją wypowiedzi od sformowania potrzebuję twojej pomocyCudownie! Ja potrzebuję spokoju, świętego spokoju. I trochę prywatności. Nie dużo, tylko trochę. Odrobinę. — Prychnął w myślach. Brakowało tylko gestykulacji i zdefiniowania za jej pomocą słowa odrobinę.
Czy ja ci wyglądam na ambasadora fundacji charytatywnej?  — chciał zapytać, ale w porę złapał w zęby język. Niemal w ostatniej sekundzie, bo już zdążył otworzyć usta, a na nich ułożyło się te podszyte sarkazmem pytanie.
  Zarzucił na głowę ręcznik, by wetrzeć w niego krople wody. Czuł ją na plecach. Wdarła się pod koszulkę i spływa niewielkim, zimnym strumyczkiem po linii kręgosłupa. Nagle przerwał. Przerwał, kiedy z gardła mężczyzny padło najbardziej znienawidzone przez lekarza imię. Hyde.
  Zacisnął dłoń na skrawku materiału i pociągnął go nieświadomie. Ręcznik upadł z cichym szelestem pod nogi lekarza.
  — Och. — Wykrzesał siebie tylko tyle. Po prostu go zamurowało. Stał jak sparaliżowany. Wpatrywał się w najprawdziwszym osłupieniu w czarne ślepia. Był nawet pewny, że dostrzegł w jednym z nich ledwo widoczne, brązowe plamki, ale nie zaciekawił się tym zjawiskiem. Trybiki w głowie działały na pełnych obrotach i zdecydowanie nie zostały w tym momencie skierowane na ten problem genetyczny. Nawet o tym nie pomyślał. Jak nie on.
  Ponownie przejechał palcami po wilgotnych kosmykach i zacisnął ją w pięść. Parę z nich zostało mu w garść. Jeszcze przed paroma dniami był gotowy poruszyć niebo i ziemię, aby odnaleźć eks-dobermana, a teraz nie dowierzał, że Wilczur tak szybko zmobilizował odpowiednie siły, by to urzeczywistnić.
  Powiedz coś, Jekyll, powiedz - spróbował się zmobilizować i nawet mu to wyszło. Przełknął ślinę, by nawilżyć gardło i wyszczerzył zęby w trudnym do zidentyfikowania uśmiechu. Obnażył komplet zadbanych zębów. Ni to w drapieżnym, ni szaleńczym grymasie.
  — Jasne, opowiem  ci wszystko co wiem — zapewnił, wyszukując w kieszeni przedmiotu, który pełnił rolę klucza, choć pod względnym wizualnym zdecydowanie nim nie był. Ot, sztywny drut, zakończony supełkiem. Miał irytującą skłonność przebijania podszewek w kieszeniach.
  Nie podniósł ręcznika z ziemi. Całkowicie o nim zapomniał. Ominął go i przemieścił się w kierunku drzwi. Wcisnął do dziurki od klucza drut. Obrócił go w nim parę razy i zaczął mówić. Mówił powoli, nieco przyciszonym głosem, jakby w obawie, że ktoś mógłby to usłyszeć.
  — Jad. Powinieneś unikać jadu. Jest śmiertelnie niebezpieczny, ale mam na to sposób — zapewnił go. Zęby Dr błysnęły w blasku rozmieszczonych na korytarzu pochodni, gdy ponownie wykrzywił usta w parodii uśmiechu.
   Do uszu Bernardyna doleciało charakterystyczny dźwięk – klik, po czym pochwycił drut i pchnął drzwi; rozwarły się z nieprzyjemnym dla ucha zgrzytem.
  —  Surowica. Nie postawi cię na nogi od razu, ale przynajmniej będziesz przytomny i nie umrzesz.  
  Wszedł do środka. Nawet nie zerknął przez ramię w celu upewnienia się, że mężczyzna szedł tuż zanim. Obdarzył głąb pomieszczenia wnikliwym spojrzeniem. Zatrzymał je dłużej na wiewiórce, która podniosła łeb znad prymitywnej poduszki i po chwili znów się na niej rozwaliła jak królowa na tronie, szybko tracąc zainteresowanie swoim właścicielem.
  Jekyll rozmasował nadgarstek. Widniała na nim pamiątka w postaci bladych zadrapań po pazurach gryzonia.
  Zerknął na szafkę. Powinien mieć w niej jeszcze parę ampułek z odtrutką na ten cholerny jad.
  —  Hyde raczej go nie użyje przeciwko żadnej żywej istocie. Udaje cholernego pacyfistę. Wiesz, z kategorii tych, którzy nie skrzywdziliby nawet komara — zakpił, lecz w tonie jego głosu pobrzmiewała nie tylko kpina, ale też infantylne  rozgoryczenie. Znów zawisło nad nim widmo porażki. Zacisnął dłoń na połach koszulki. Zrobiło mu się nagle duszno, nieprzyjemnie. Oparł ramię o blat mebla, by zaczerpnąć tchu. — Upiera się, że stracił pamięć i nic do niego nie dociera. Nie wiem czy udaje, czy nie, ale nie daj się na to nabrać — ostrzegł go zapobiegawczo.  
  Kto raz popadł w alkoholizm, nigdy nie przestanie myśleć o alkoholu jak o ostatniej desce ratunku, choćby nie wiem co – cyniczna myśl ukształtowała się w jego głowie. Ta zasada dotyczyła też gangu DOGS. Kto raz przyjął żółtą chustkę, nie odrzuci jej nigdy, a jeśli nawet – poniesie tego dotkliwe w skutkach konsekwencje.
  Otworzył kredens i zaczął w nim szperać. Wyczuwał pod opuszkami pajęczyny i brud. Wdzierał się pod paznokcie.
  — Trafiony-zatopiony – mruknął pod nosem, ujmując w dłoń niewielki, szklany pojemnik. — Dwie dawki. Powinny wystarczyć — powiedział, ale nie zagwarantował tego. Nie wiedział do czego był zdolny Hyde’a, a raczej czy w ogóle jeszcze dychał. Pozostawił go na pastwę intensywnie krwawiącej rany. Z rozkoszą i zaangażowaniem wbił mu skalpel w skórę, a potem ciął, ciał jak zawsze precyzyjnie, wyzbywając się drżenia rąk. Chciał być świadkiem jak ten skurwysyn się wykrwawia, ale pojawił się inny skurwysyn. Tamtego dnia rozciągnęło się nad nim fatum i towarzyszyło mu na każdym kroku. Ten pieprzony Prorok musiał to wymodlić.
  Odchrząknął.
  — Umie obsługiwać broń białą. Całkiem nieźle nią wymachuje — kontynuował, wtajemniczając członka jednoosobowej drużyny poszukiwawczej w każdy, nawet najmniejszy detal, który przywarł do jego pamięci. Nie wspomniał o napadach szału i agresji. Miał wrażenie, że ten niestabilny stan emocjonalny został mu wybity z głowy w obskurnych celach SPEC. Zresztą, jeśli mężczyzna zapędzi Hyde’a w kozi ruch (Niech to mu się udało! Niech się uda!, dopingował w myślach, karmiąc tym swoją wewnętrzną rządzę zemsty), to może postradać zmysły, jak każde zwierzę, wyczuwające niebezpieczeństwo. — Wichrowe szczyty. Tam wiedziałem go po raz ostatni.
  Wówczas obrócił się plecami do Kundla. Zakaszlał, przysłaniając usta wierzchem dłoni. Dostrzegł na skórze krople krwi. Wytarł je dyskretnie o spodnie, a potem uchwycił w tę samą rękę koszulę, a raczej to co z niej pozostało. Była w strzępach, jak papier, który został skonfrontowany z nadgorliwymi nożyczkami.  
  — Może pomóc. Należało do niego i nadal nim cuchnie — rzekł, po czym wręczył zarówno element garderoby, jak i surowice swojemu rozmówcy, który jednak postanowił wślizgnąć się do środka. Zapewne po to, by lepiej słyszeć aktualnie zachrypnięty głos Bernardyna.
  Nie mógł mówić głośniej. Paliło go w gardle, jakby ktoś włożył do niego rozgrzany pręt. Ponownie przełknął ślinę, czując w przełyku metaliczny posmak krwi.
  Kończysz się, Jekyll.
  Uśmiechnął się gorzko.
  Odstawienie alkoholu miało destrukcyjny wpływ na organizm alkoholika.

edit z 21 czerwca 2018
  Zapadła cisza. Kundel milczał, a Bernardyn w ramach komentarza przewrócił oczyma, jakby to miało zachęcić go do wypowiedzenia kilku słów, nawet głupiego Dobra.
  — Mówię niewyraźnie? — dopytał, ale odpowiedź również nie nadeszła. Eiji nadal trwał w dziwnym stanie zawieszenia, w trakcie, którego najprawdopodobniej analizował i utrwalał sobie przekazane mu informacje. Obudził się z niego dopiero po krótkiej chwili, chociaż Jekyll miał wrażenie, że ta chwila wcale nie była taka krótka. Ból przeszył jego głowę na wskroś. Miał wrażenie, że ktoś przycisnął do potylicy jedną z pochodni oświetlający wąski korytarz. — Powodzenia — wykrzesał z siebie, kiedy wreszcie Kundel zadał sobie tyle trudu, by potwierdzić, że rozumie. Wyszedł z kwatery Dr, a mężczyzna nie omieszkał zatrzasnąć za nim drzwi.
  Syknął. Zła decyzja. Bardzo zła decyzja. Ból zaatakował z dwojoną siłą. Żylaste palce Bernardyna zacisnęły się na materiale torby. Jeszcze przez chwilę słyszał z potęgowaną siłą oddalające się kroki, a potem wszystko zamarło jak w próżni.


_ zt + Eiji


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 139

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Powrót do góry