Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Go down





Pokój nr 139 Pisanie by Hyde on 18/6/2016, 01:06
    
POKÓJ NR 139 ZAMIESZKAŁY ZARÓWNO PRZEZ DR. JEKYLLA, JAK I HYDE’A. DLA WŁASNEGO BEZPIECZEŃSTWA LEPIEJ NIE RACZ IM PRZESZKADZAĆ, O ILE NIE JEST TO SPRAWA ŻYCIA I ŚMIERCI. ZAPAMIĘTAJ: TO NIE TWÓJ TEREN, BARDZO MĄDRZE, NIE PUKAJ, PO PROSTU ODEJDŹ.


Miejsce na mądry i zarazem składny opis wystroju dla marudy-Jekylla.
Mhm, tak, tak.



Ostatnio zmieniony przez Hyde dnia 30/6/2016, 23:27, w całości zmieniany 1 raz



'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }
avatar
Hyde

Pianista     Opętany






GODNOŚĆ :
Zhan Crane.

Liczba postów :
592


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Jekyll on 30/6/2016, 23:26
    
Długie palce zakończone w miarę zadbanym jak na uniwersum Desperacji paznokciami z wyczuciem i wyuczoną na przestrzeni lat delikatnością badały strukturę konstrukcji znajomego ciała. Czasem w akcie zemsty mocniej zaciskały się na skórze, nie siląc się na rekompensatę przez zszargane nerwy i niecierpliwość będącą wynikiem czekania. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie do przodu, zaprowadzając lekarza na granicę zimnej furii. Upragnione rozluźnienie nie nadeszło, gdy na horyzoncie ujrzał sylwetkę swojego uzależnienia. Zrobiło mu się gorąco na całym ciele, a po linii kręgosłupa przeszedł kłócący się z temperaturą ciała zimny dreszcz. Termoregulacja zaczęła sukcesywnie szwankować.
Zielone ślepie wyposażone w nieprzystępny, mogący się mierzący tylko i wyłącznie z antarktycką temperaturą chłód zerknęły na delikwenta, który z przyczyn oczywistych wylądował na jego prywatnej kozetce, a raczej na tym co pełniło jej marną imitację. Posłanie dla pacjentów, nie dość, że obskurne, to jeszcze z czystej złośliwości lekarza obowiązkowo niewygodne, o co zadbał własnoręcznie, testując ten mebel na sobie. Wysiedzenie, ewentualnie wyleżenie na nim trzydziestu minut graniczyło z potwornym cudem, a – jak łatwo można było się domyśleć – Jekyll ze swoją wrodzoną premedytacją przedłużał czynność opatrywania i szycia. Brzydka, kiedyś najprawdopodobniej w odcieniu bieli, teraz postarzała i w paru miejscach starta tapicerka naciągnięta na coś, co kiedyś mogło pełnić rolę łóżka polowego, nie należała do najwygodniejszych. Jednakże komfort w kontakcie lekarz-pacjent na terenie bezkresu, czy nawet w samej siedzibie DOGS był nieistotny. Liczyła się skuteczność, więc wbrew pozorom ten zabieg nie miał na celu jedynie przedłużenia męki nieszczęśników, którzy na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności znajdowali się pod pedantycznym wręcz okiem Lisa. W końcu Anglik rzadko stosował środki znieczulające, uważając je za coś, co w religii chrześcijańskiej pełniło rolę wiernych z prawdziwego powołania. Były rzadkim i cennym nabytkiem, zatem trwonienie ich na głupoty, do których w mienianiu Jekylla zaliczało się większość czynności przez niego wykonywanych ograniczonych do zbędnego minimum – od zszycia do nastawienia złamanych kości. Zastosowane przez niego środki miały też cel stricte dydaktyczny. Skądinąd tym sposobem Halliwell chciał wyedukować tych nieuków, że dbanie o własne ciało i minimalizowanie potencjalnych obrażeń należało do zakresu ich zakichanych obowiązków. Skuteczność tej metody oczywiście dawała wiele do życzenia, ale napawała doktora wielokrotnie satysfakcją, którą czerpał na widok grymasu bólu ozdabiającego twarz pokrak, które stawały mu czoła w pokoju będącego zarazem sypialnią i gabinetem. Biada tym, którzy na przekór zignorowali jego zalecenia lekarskie i z powodu powikłań trafili stety, choć w głównej mierze niestety ponownie w jego łaskę bądź niełaskę. Można wierzyć lub nie – dominowało to drugie. Jekyll zwykł nazywać tych "śmiałków" masochistami, acz nigdy nie wnikał w prywatne upodobania pacjentów. Jego kontakt z nimi ograniczał się zazwyczaj do adresowanych w ich stronę wyzwisk, monologu traktującym o głupocie ludzkiej i bagatelizowaniu problemów zdrowotnych, które były swego rodzaju priorytetowe. Z powodu kompilacji czy nawet zaniedbania przez samych pacjentów w skrajnych przypadkach mogły doprowadzić do śmierci. Jekyll ze swoim oddaniem i pedantyzmem rzadko popełniał błędy w trudnej sztuce lekarskie. Nazwanie go doktorem z powołaniem nie było więcej na tej płaszczyźnie dalekie od prawdy, choć nigdy nie podpisał klauzury sumienia, dzięki czemu miał  wolne rękę w wielu sprawach. Ostatnim etapem jego konsultacji medycznych (można rzecz optymistycznie, że najmilszym) to wydanie rzeczowych i treściwych instrukcji na temat zmiany opatrunków bądź innych potrzebnych do przeżycia potrzebnych informacji. Sam Jekyll nie miał czasu na takie głupoty, stąd też zakres jego obowiązków ograniczał się do udzielenia pierwszej pomocy, załatania dziur w ciele za pomocą igły nici, nastawienia uszkodzonych kończyn, a w sytuacjach ekstremalnych operacji. Jednym wyjątkiem od tej reguły był rzecz jasna pakujący się nieustannie w rozmaite kłopoty Hyde. On, jak łatwo było się domyśleć, miał przewiej pierwszeństwa we wszystkim i zarazem opiekę lekarstwa od początku do samego końca. Tak naprawdę nikt nie miał prawa udzielać mu pomocy, oprócz rzecz jasna Jekylla.
Możesz być z siebie dumny — rzucił ponuro w stronę osobnika, którym w tym układzie odgrywał nie tylko rolę pacjenta, ale w tym momencie to nie miało żadnego znaczenia. Doktor był najprościej świecie zły. Na siebie. Hyde. I przede wszystkim na cały świat. Ton jednak o tym nie świadczył. Był dla niego typowy – oschły i mrukliwy, choć można było w nim wytypować zdradziecką nutę w postaci błąkającej się między słowami wściekłość. Była to tak zwana cisza przed burzą. Lis był bliski wybuchu. Teraz można było go porównać do wulkanu przez erupcją. To właśnie przez jego niestabilność emocjonalną zapomniał o przekleństwach, które w jego wypadku zastępowały kropki i przecinki. — Gratuluję w twoim wypadku wykrwawienie się to kwestia paru godzin — pochwalił go sarkastycznie, bo w istocie tak było.
Hyde przegiął po całości, o czym miał się przekonać lada moment. Dziś łaskawość do tego osobnika wyparowała, ustępując miejsca czystej złośliwości i przede wszystkim wzburzenia. Z wiadomych powodów taka relacja miała drugie dno. Doktor nie zwykł eksponować swoich emocji na każdym kroku, co było uwarunkowane przede wszystkim jego przekonaniami i chłodnym usposobieniem. Zatem przekleństwa, które z siebie zazwyczaj wyrzucał z prędkością karabinu maszynowego nie były sposobem na zademonstrowanie i tym samym ujście złości, a kwestią zwykłego, ludzkiego przyzwyczajenia. Choć tyle w usposobieniu Śmierci ludzkich odruchów, co w Hyde dobroci i litości do ofiar.
Zmierzył swoją obsesję od stóp do głów, a z ust uleciało powietrze. Stan  zdrowia dobermana w żadnym stopniu nie zadowalał bernardyna. Zadrapanie od dwóch do trzech kreseczek na lewym policzku – w tym momencie przestał racjonalnie łączyć ze sobą poszczególne fakty, więc nawet liczenie do trzech stało się dla niego olbrzymim problem. Na prawym ramieniu widniały cztery paskudnie odznaczające się na skórze rany cięte, które wywołały u Jekylla stan przedzawałowy obawiający się drżeniem powiek i dłoni. Gdyby nie został pozbawiony przez wirus X organu odpowiadającego z pompowania krwi do żył i tętnicy w postaci serca, trzy ukośne rany szarpane ciągnące się przez bark aż po plecy, najprawdopodobniej będące dziełem jakiegoś wilkopodobnego w formie zwierzęcej przyprawiłyby doktora o zawał.
Zaczął profilaktycznie od ran, które były obarczone stanem największego ryzyka, a w ich skład wchodziły rzecz jasna rany cięte i przede wszystkim szarpane. Użył trombiny w zapobiegawczych ilościach, by stłumić intensywne krwawienie i Ze swoją chirurgiczną precyzją wyczyścił rany, wykorzystując do tego celu ostatnie prywatne zapasy gazy i wody utlenionej. Uzupełniane przez niego regularne w sposób mniej lub bardziej legalny, choć w tej materii przeważał ten pierwszy. Potem w ruch poszedł niezbędne wyposażanie w ekwipunku każdego lekarza polowego – igła i nicie chirurgiczne. Jednak, by jak najlepiej i dokładniej zszyć obiekt swoich autentycznych i jedynych w życiu westchnień, mógł sięgnąć po pomoc w charakterze skalpela. Bowiem w tym celu musiał zlikwidować parę przeszkadzających mu w tej czynności, błyszczących w sztucznym świetle twardych niemal jak skała łusek. Skonstruowane przez samego doktora prowizoryczne źródło światła kiedyś fachowo było nazywana lampą naftową. Stróżka padająca z niej światła nie była rzecz jasna spełnieniem marzeń, ale dzięki wyostrzonemu zmysłowi wzroku mógł zdziałać tu wiele. Lisie geny czasem były pomocne. Zwłaszcza w takich przypadkach. Założył rękawiczki i wziął się do roboty.
Debil. Palant. Skończony idiota — mruczał pod nosem, nawlekając nić na igłę. Rany szarpane zawsze były zwiastunem nierównej tkanki. Ta ciągnęła się od barku, gdzie była wyjątkowa głęboka i kończyła się ukośnie na plecach – płytko na samym ich końcu. — Szew ciągły, obowiązkowo bez znieczulenia — wydał cierpko werdykt, mrużąc gniewnie oczy. Choć zazwyczaj obnosił się w stosunku do Hyde z nietypową jak dla siebie delikatnością, wyczuciem i przejawami empatii, dziś nie było go na to stać. Nie dość, że ten skończony debil nie wziął sobie do serca jego rad, to jeszcze wrócił zmasakrowany. Jekylla w tym momencie nie interesowało to, czy wykonał powieszone mu zadanie, czy nie. Stosowny raport zostanie złożony później. Gdy rany zostaną opatrzone i emocje opadną. — Jesteś pojebany do granic możliwości i ciut dalej. Życie ci niemiłe, czy, kurwa, jak? — warczał coraz głośniej i głośniej, sprawnymi ruchami obu dłoni z nabytą przez lata doświadczeniem zszywając perfekcyjnie problematyczne nieprawidłowości na ciele Hyde’a. Wbijał igłę na tyle głęboko, by Darling zrozumiał jednoznacznie swoje położenie i tym razem z pełnym zaangażowaniem wziął sobie do serca słowa Jekylla. — Mogłeś umrzeć. U-M-R-Z-E-Ć — przeliterował, a przez udawany spokój przebiła się nuta histerii. — Pomyślałeś o tym chociaż przez chwilę? Niech tylko dorwę tego zasrańca, który cię tak urządził. Nogi z dupy pourywam i powieszę na drzewie w ramach ostrzeżenia dla innych debili, którym brakuje piątej klepki — wycharczał.
Zerknął przelotnie na swoje działo. Niby nie było żadnych komplikacji, ale te wstrętne nici niewchłanialne wymuszały na nim pełnoprawne obrzydzenie. Intensywnie kontrastowały z niemal anemicznym kolorem skóry dobermana, bo już na zawsze miała zostać po nich niezbyt atrakcyjna pamiątka. Szpetna blizna, o którą zapewne niejednokrotnie będą zahaczały spragnione bliskości palce doktora.
Z ust ulotniła się wiązanka przekleństw i zerknął sceptycznie na prawe ramię, na którym rany na cale szczęście nie były aż tak głębokie, więc szew pojedynczy, węzełkowaty, wspomagający gojenie był w tej materii najodpowiedniejszy. Wprowadzenie tej myśli w życie dla lekarza ze stażem Jekylla było zadaniem wręcz dziecinnie prostym, choć nie skupiał się tylko i wyłącznie na tym. Dłuższa chwila została spożytkowana na dezynfekcję. Z tego tytułu Honey z pewnością poczuł pieczenie.
W nagrodę za twój debilizm wrodzony otrzymujesz szlaban na wszystko, łączenie z opuszczeniem siedziby aż do całkowitego zagojenia się ran — odparł w kolejnej fazie bandażując świeże szwy. — Masz leżeć i się nie ruszać. Powtórz, bo chce wiedzieć, czy to dotarło do tego twojego gadziego, mikroskopijnego móżdżka i nie patrz tak na mnie. Naklejki dzielnego pacjenta też nie dostaniesz — prychnął. — Mogę co najwyższej napisać na twoim czole niezmazywalnym markerem: — gdybym go miał „Jestem bezmózgim idiotą cierpiącym na debilizm stosowany. Przebywanie w moim najbliższym otoczeniu grozi złapaniem tego skurwysyństwa.”
W następnej kolejności wszedł w etap końcowy. Zajął się jego urokliwa na swój sposób niewyparzoną mordką, która teraz wyglądała jak jej karykaturalna wersja. Zakrwawiona, brudna, oblepiona potem. Marna atrapa, ewentualnie chińska podróbka. Jak to woli.
Przeszedł całą długość pokoju po plastikową, wysłużoną miskę z zimną, ale przede wszystkim czysta wodą i białe, bezzapachowe mydło – jedynym tolerowanym przez Jeyklla środkiem do dbania o higienę. Położył oba te przedmioty na wolnej przestrzeni łóżka obok Hyde’a. Podczas wykręcenia szmaty opłukał ręce, które notabene nadal były zakryte rękawiczkami. Wtarł w nią trochę mydła i zaczął obywać naznaczoną przez wędrówkę i walkę twarz kochanka.
Jesteś obrazem nędzy i rozpaczy — zawyrokował. — Następnym razem przestań zachowywać się jak pozbawiony ilorazu inteligencji szkodnik i udowodnij mi, że nie sypiam z kretynem, a istotą w pełni rozumną. — Za każdym słowem natężenie głosu rosło, nad czym sam zainteresowany tracił kontrolę w kontakcie z byłym pianistą. — Przestań się na mnie gapić tak, jakbym zabrał ci chęci do życia. Właśnie je przywróciłem, kretynie. Doceń to — poczuł go takim tonem, jakby miał do czynienia z pięcioletnim dzieckiem. I czasem miał wrażenie, że Hyde faktycznie nim był.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2452


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Hyde on 1/8/2016, 04:44
    
Już od momentu kiedy niezwykle cienka granica śmierci i nowego życia Wymordowanego została nieśmiało przekroczona przez konającego pianistę – można wierzyć lub nie, ale narodziny Hyde’a zwiastowały już od pierwszego oddechu wyjątkową skłonność do wpadania w tarapaty. Zdziczały Zhan Crane – choć trafniej wypadałoby to nazwać jego pozostałością, gdyż z jego pierwotnej wersji, bądź co bądź, nie pozostało zbyt wiele – zdawał się samoistnie przyciągać kłopoty niczym światło wabiące ćmy. Dziwnym byłoby jednak oczekiwać od niego, że z misji powróci w stanie nienaruszonym, piastując niejako pozycję dobermana w DOGS. To samo przez się skazywało taki tok myślenia na sromotną porażkę. Złośliwie można, by dodać, że były pianista nie ma po dziś dzień w sobie nawet odrobiny opamiętania przebijającego się przez biorące górę nad rozsądkiem zezwierzęceniem czy troski o własne zdrowie, co mógł nie raz na własne oczy obserwować niezwykle doświadczony w fachu medycznym Jekyll, którego każdorazowo takim lekkomyślnym postępowaniem Hyde doprowadzał do istnego szału.
Nie da się bowiem zaprzeczyć faktom, że przeholował w pełni tego słowa znaczeniu, wracając w tak opłakanym stanie do kryjówki. Dochodzące do głosu nader często zwierzęce instynkty odpowiadały w głównej mierze za jego notoryczne lekceważenie własnych obrażeń, czego płazem nie mógł puścić wyjątkowo łagodny w stosunku do Hyde’a Jekyll. Wszystkie te dosadne pouczenia okraszone wyzwiskami, ujawniającymi tym samym nerwowość Lisa czy też drażliwość na podejmowane ryzyko przez jego Darling – zwykle tragicznych w skutkach, widocznych gołym okiem w postaci mniej lub bardziej głębokich ran – śmiało kwalifikowała się do tych bezowocnych lekcji.
Powrót w upale nie działał korzystnie na organizm Wymordowanego, który mając problemy z właściwą termoregulacją ciała fizycznie nie odczuwał zbytniej różnicy temperatur. Nie oznaczało to jednak, że na żar lejący się z nieba pozostawał równie obojętny, ależ skąd! – osłabienie szło tutaj w parze ze stopniową utratą krwi sączącą się z otwartych ran. W miejscu trzech zadrapań na policzku zdążyła skrzepnąć. Sytuacja miała się jednak zupełnie inaczej w przypadku ran szarpanych i ciętych, które wymagały niewątpliwej konsultacji medycznej i zszycia, żeby krwawienie z nich ustało na dobre. Niespotykanie blada cera Hyde’a wydawała się nie bez powodu o wiele jaśniejsza niż zazwyczaj, a wyjątkowo zimne dłonie wydawały się jeszcze chłodniejsze. Mimo to spojrzenie Hyde’a i płonące w jego zielonych oczach ogniki wyraźnie kontrastowały z tym stanem, wzbudzając nieco mieszane odczucia. W takich okolicznościach oszukanie kogokolwiek graniczyło z cudem – obrażeń nie dało się w żaden sposób zakamuflować nawet tym charakterystycznym wzrokiem Wymordowanego. Wystarczyło jedno zimne spojrzenie Lisa, by stało się jasne, że wylądowanie na jego kozetce – okazywało się jedynie kwestią czasu. Nie było mu bowiem dane wkroczenie do kryjówki jak gdyby nigdy nic, gdyż oczekującego niecierpliwie na jego przybycie lekarza nie dało się zwieść w żaden sposób – krople krwi barwiące piaski bezkresu były niezwykle zdradliwe. Choć sam Hyde lekceważył, a nawet bagatelizował uszkodzenia swojego ciała, to nie miał co liczyć na to samo ze strony Jekylla, który niemalże od razu zaciągnął go siłą do swojego gabinetu, który jak na ironię pełnił również rolę ich pokoju wspólnego.
Obsesja Lisa podzielała upowszechnioną niemalże w całej siedzibie opinię o legendarnym wręcz, niewygodnym posłaniu kozetki lekarza, ale trudno jednoznacznie ocenić czy to dokładnie z tego powodu czy drobiazgowego badania zmasakrowanej skóry – poszkodowanemu trudno było usiedzieć w jednym miejscu bez kręcenia się, co jednoczenie skreślało go z listy kandydatów do nagrody na najlepszego pacjenta roku. Grymas niezadowolenia towarzyszący temu drugiemu okazał się niemożliwy do uniknięcia. Ton głosu Jekylla mógł wydawać się pozornie spokojny i opanowany do granic możliwości, ale nawet Darling zdawał sobie doskonale sprawę, że to ledwie cisza przed burzą i najgorsze dopiero przed nim. Może i zdziczały był w pewnym stopniu zależny od Lisa, to jednak jak to zawsze bywa prawda okazuje się zawiła. Hyde w całej swojej okazałości był definicją nieobliczalności i niepewności. Odgórne uznanie, że wie się co takiego zrobi i jak zareaguje w większości przypadków okazywało się kolosalnym błędem. Taki stan rzeczy tyczył się zarówno zakładanych zachowań dobermana, jak i zarówno jego reakcji na różne zwroty akcji. Niewielu mogło się czuć w jego towarzystwie pewnie – bez wiszącej gdzieś w powietrzu groźby. Wielu śmiałków rozsądnie decydowało się na ostrożność i czujność, a także traktowanie go niczym tykającej bomby zegarowej, z którą nie należy igrać.
Samą diagnozę Jekylla przyjął z rzadko spotykaną pokorą, a nieodgadniony wyraz twarzy Hyde’a dodatkowo nie zdradzał zbyt wiele – poza ewentualną oznaką niezadowolenia czy grymasu bólu. Jego spojrzenie przebiegło po pomieszczeniu, zatrzymując się na dłuższy moment na grubej kurtce, która znalazła się na podłodze. Szkielet ochrzczony imieniem Earl został jednak umieszczony z niemałą dbałością o jego bezpieczeństwo na najbliżej znajdującym się – w odległości od wejścia do kozetki Lisa – meblu. W tym miejscu wypada wspomnieć, że jeśli dobermanowi na czymś tu zależało to bez wątpienia o ożywionego powiernika sekretów i wiernego towarzysza. Ostatecznie jego wzrok przeniósł się na stałe na oblicze Halliwella, w którym nadal tliły się ogniki.
Jeśli spośród wszystkich opatrywanych ran poszkodowany miałby wskazać, która część była zaliczana do kategorii „najmniej przyjemne doznanie”, to niewątpliwie tyczyło się to zszywania pamiątki po wilkopodobnej kreaturze. Czarne, błyszczące łuski pokrywały głównie miejsca od barku, gdzie pazury po raz pierwszy wbiły się najgłębiej w skórze, minimalizując największe zagrożenie wykrwawieniem się. Niefortunnie dla Hyde’a – nigdy nie nauczył się panowania nad tą zdolnością, więc pojawiała się samoistnie, co nie wydawało się w żaden sposób satysfakcjonujące. Na samo wspomnienie o kreaturze, z którą przyszło mu się zmierzyć – kąciki ust uniosły się w całkiem niebezpiecznym uśmieszku. Niedługo potem zbladł jedynie po to, by w ostatecznym rozrachunku został trwale starty przez kwaśną minę, kiedy to igła po raz pierwszy zatopiła się w skórze. Kolejne zdawały się mniej odczuwalne, tak jakby jego ciało przyzwyczajało się do braku znieczulenia i bólu. Nie wdawał się w zbędne dyskusje z Jekyllem, bo to zapewne tylko napędziłoby go do większego wylewania swojej wściekłości na lekkomyślne zachowanie Hyde’a i nie było się czemu tutaj dziwić.
Nie dramatyzuj, przecież nic wielkiego się nie stało. Wciąż jeszcze żyję — powiedział ze znużeniem, robiąc nacisk na drugie zdanie. Kiedy wreszcie się odezwał raczył dolać przysłowiowej oliwy do ognia. Nawet w takiej sytuacji zdziczały i otępiony na swój sposób przez zwierzęce instynkty, tudzież wysoki poziom wirusa – mniej lub bardziej świadomie bagatelizując, wiszące nad nim ryzyko śmierci. To, że był nieodpowiedzialny pod względem dbania o siebie czy bezpieczeństwo innych było jasne niczym desperackie słońce. Sprawa miała się za to zupełnie inaczej – powierzone misje wypełniał z niemałą starannością, choć zwykle ciągnęła za sobą długą i stale rozrastającą się listę ofiar Hyde’a. Z kolejną odpowiedzią zwlekał do momentu aż Jekyll zakończy zmagań z najcięższymi ranami na jego plecach – nie tylko w kwestii gojenia się, ale i również zszywania. — Za późno, lisku, już zdążyłem go sprzątnąć. Następnym razem mogę kogoś specjalnie dla ciebie zostawić – czego się nie robi dla mojej słynnej Angielskiej Królowej. — dodał niby to poważnie, przyglądając mu się uważniej, zaprzestając w końcu mrużenia oczu. Nagromadzona wściekłość u Jekylla obudzona przez Hyde’a i podsycana przez niego na swój sposób nie zapowiadała niczego dobrego. Trudno ocenić czy nadawała się nawet na rozbicie tak napiętej atmosfery panującej na chwilę obecną w pomieszczeniu. Póki co zachowanie dobermana nie zwiastowało niczego groźnego, bo i sam doktor nie miał realnych powodów, aby czuć przy nim śmiertelne zagrożenie. Czasem jeśli dopuścił się czegoś co poddawało to w wątpliwość to zwykle w ramach pospolitej, niegroźnej na dłuższą metę rozrywki. Jedynym zagrożeniem, które wisiało nad mściwym Jekyllem osławionym na terenach Desperacji pozostawała druga, nieco zapomniana natura, tudzież połowa Hyde’a, która w rzadkich przypadkach zdobywała kontrolę. Poprzednim razem Crane zdusiwszy panujące „ja”, rzucił się na Jekylla, a dokładniej mówiąc – długie palce byłego pianisty zacisnęły się mocno na szyi Lisa w jawnym pragnieniu zemsty.
Sama dezynfekcja ran nie była zbyt przyjemna i zdecydowanie Hyde za tym nie przepadał, gdyż każdorazowo syczał niczym wąż z frustracją. Jednakowoż kolejne słowa, które padły z ust Jekylla zdały się wybić dobermana z rytmu. Choć treść wypowiedzi dotarła do niego bez problemu, to ich sens zdawał się być o wiele dłużej przetwarzany niż było to potrzebne. Zmarszczył brwi, bo kto jak kto, ale Hyde nie przepadał za ograniczeniami i zazwyczaj bardzo źle na nie reagował. Spoglądał na Jekylla spode łba, a wyraz jego twarzy wydawał się łudząco podobny do tego, kiedy dziecku odbiera się ulubioną zabawkę lub zabiera lizaka.
Zrozumiałem, choć wolałbym uznać to za przebłysk twojego poczucia humoru. Nie możesz mnie w końcu przetrzymywać w siedzibie przez tak długi czas. Moja funkcja nie bardzo pozwala mi na bierność i bezużyteczne siedzenie na tyłku czy całodobowe leżenie – sam rozumiesz, Jeky — syknął ponuro Hyde, choć ten ton nigdy nie oznaczał niczego dobrego i w praktyce okazywał się bardzo zwodniczy. Po jego wcześniejszym uśmieszku nie pozostało już nic – spoważniał w obliczu tego bezwzględnego zakazu od Lisa. Nawet teraz bagatelizował czas rekonwalescencji. Nieoczekiwanie wyciągnął rękę do przodu, zatrzymując ją na podbródku, a następnie zaciskając zimne palce na policzku Jekylla, ciągnąc go przy okazji w swoją stronę. W taki oto sposób wymusił na doktorze przerwę w marudzeniu i wylewaniu gorzkich żali. W oczach Hyde’a można było dostrzec coś na wzór niezdrowego błysku, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. — Wypełniłem powierzone mi zadanie, jak widzisz – Earlowi nic się nie stało i nic poza tym nie ma dla mnie znaczenia. Jedynie moja kurtka na tym ucierpiała, ale jakby nie spojrzeć jestem gotowy do tego, aby wyruszyć z polecenia Wilczura. Jeky, nie masz o co się zamartwiać. To nic takiego — wymruczał obojętnym tonem, powoli rozluźniając uścisk zimnych palców z policzków Jekylla, które cofnął również niezbyt prędko, muskając tym samym opuszkami powierzchnię skóry. Choć zdawał sobie sprawę, że w praktyce słowa jego Angielskiej Królowej były święte i odgórnie przyjdzie mu się do nich dostosować, to mimo to nie bywał aż tak uległy. Nawet słownie. Wyraźnie pokazał Jekyllowi, że ten szlaban nie przypadł mu w ogóle do gustu.
Kiedy wszystkie rany zostały już zdezynfekowane i opatrzone, a ryzyko zagrożenia życia Hyde’a zostało ograniczone do zbędnego minimum – sam Dr Jekyll miał szansę na to, aby się zrelaksować przy czymś mniej wymagającym jak chociażby oczyszczenie twarzy Węża. Trzy kreski z zadrapaniem nie zejdą w końcu z dnia na dzień, ale spod warstwy brudu wyłoniła się blada, może nieco zmęczona podróżą, twarz dobermana.
Za dużo dzisiaj narzekasz, Jeky — odparł krótko, tak jakby nie widział ku temu podstaw, a kącik jego ust uniósł się w nieco lekceważącym uśmiechu. Wydawać, by się mogło, że Hyde w ten oto sposób sugerował, że Lis bierze wszystko zbyt poważnie. Hyde sam zdawał się czasem ignorować kierowane do niego słowa lub odwlekać umyślnie udzielenie wszelkich odpowiedzi. Podniósł się z niewygodnej kozetki w celu rozprostowania kości. Następnie prychnął, choć zabrzmiało to bardziej niczym wężowate syknięcie. — Doceniam, ale chcesz mi zabronić wychodzenia na Desperację, co kłóci się z misjami, w których muszę uczestniczyć, więc chyba nie powinienem — odpowiedział po chwili ze zniechęceniem, wzruszając niby to obojętnie ramionami, choć trafniej – próbując tejże czynności, gdyż chwilę później pożałował tego, kiedy świeżo zszyte rany odezwały się tępym bólem, który na ułamek sekundy sparaliżowały go. Skrzywił się nieznacznie, a następnie utkwił wzrok na stałe w Jekyllu, przekrzywiając głowę w bok, jakby w niemej oznace zaciekawienia. — A co jeśli jestem jednak tym szkodnikiem? Co wtedy? — dodał nieco wyzywającym tonem, ponownie mrużąc oczy, jakby w niecierpliwym oczekiwaniu na odpowiedź. Jedno nie pozostawiało tutaj żadnych wątpliwości – jeśli ktokolwiek inny poza Jekyllem próbowałby Hyde’a umoralniać, pouczać lub ukierunkowywać skończyłoby się to tragicznie, a i więcej nie miałby na to żadnych szans…



'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }
avatar
Hyde

Pianista     Opętany






GODNOŚĆ :
Zhan Crane.

Liczba postów :
592


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Jekyll on 11/8/2016, 15:10
    
Hyde pod wieloma względami był wirtuozem w graniu na nerwach Jekylla, co nie uległo zresztą żadnym wątpliwością. Tylko w zasadzie on był w stanie wyprowadzić z równowagi wiecznie zblazowanego doktora, który tylko w stosunku do niego czuł coś na wzór nie tyle co przywiązania, ale wręcz chorobliwej, nieporównywalnej do niczego innego zazdrości.
Poznanie Zhana Crane'a było punktem zwrotem w życiu Doktora Śmierci, który według opinii publicznej nie przejawiał żadnych ludzkich odruchów. Utalentowany pianista pochodzenia angielskiego okazał się być w zasadzie kimś więcej, niż tylko chwilowym pocieszeniem.  Załatał luki w postrzeganiu świata Lisa i całkowicie wyleczył  go z monofobii, która na przestrzeń przeżytych przez Jekylla na względnie samotnym życiu lat, urosła do takich rozmiarów, że jedyną ucieczką od niej było porwanie i tym samym zgarnięcie honey tylko i wyłącznie dla siebie. Co prawda nie wszystko  d początku do samego końca układało się po myśli zaprzyjaźnionego ze sztuką lekarską mężczyzny, ale w ostateczności przypisał sobie sukces w oswojeniu zdziczałego Crane’a, który był tylko jego i nie to nie podległo dyskusjom.  
Jednak chwilach takich jak te, miał ochotę wybić mu te wszystkie obnażone w uśmiechu zęby bądź wyciąć język. Słowa, które wyrzucał z siebie Hyde, niczym pociski z pistoletu, otwierały zabliźnione rany w jekyllowej duszy. Wypuścił ze świstem powietrze z ust. Paradoksalnie doktor – mimo że sam sobie go w końcu wyhodował –  kiedyś najbardziej bał się emocjonalnego przywiązania, które prędzej czy później doprowadzało do rozczarowań. W końcu z zmierzłych czas, konkretnie raz, przeszyło go na wskroś, niszcząc jedną wartość po drugiej. Teraz bał się je stracić i robił wszystko, by zatrzymać je przy sobie, co było czasem katastrofalne w skutkach.
Jeszcze — warknął pod nosem, przyciskając szmatę mocniej do policzka Hyde, by poczuł gniew towarzyszący doktorowi na własnej skórze. —   Za to "jeszcze" poważnie zastanowię nad sensem twojej pozycji w DOGSach. Zdegradowanie cię do zwykłego pospolitego kundla właściwie nie brzmi tak źle. Od razu zagarnąłbym cię do roli mojego pomocnika — wycedził przez zęby, choć rzecz jasna nie miał takiej siły sprawczej, by pozbawić swojej obsesji stanowiska dobermana, które zresztą mu w żaden sposób nie służyło. Dawanie mu wolnej ręki przy wyborze rangi w organizacji było błędem samym w sobie, za który Jekyll słono płacił za każdym razem, gdy ten pozbawiony piątej klepki idiota pojawiał się w siedzibie w opłakanym, wyjącym w error stanie.
Jekyll, dla zaakcentowania swojej złości, uderzył go mokrym kawałkiem materiału w głowę. Na tyle mocno, by dostać przez Crane zrozumianym. Oczywiście cel tego był dwojaki. Chciał go też w miarę swoich ograniczonych w tym momencie możliwości sprowadzić do parteru i trzymać ostry jak brzytwa temperament byłego pianisty na smyczy. Ani trochę nie podobało mu się to, że Hyde wręcz z premedytacją coraz częściej lekceważył jego słowa, grając tym samym na uczuciach swojego stwórcy. Lis od razu wysunął śmiały wniosek, że musiała istnieć jaka luka w jego dość despotycznym systemie wychowania, który odbierał Wężowi możliwość działania na własną rękę.
Powiem ci to w taki sposób, by to dotarło w końcu do twojego pustego łba – prosto i zrozumiale. Gówno mnie to obchodzi, Darling. Mogłeś myśleć nad konsekwencjami zanim wpakowałeś się na własne życzenie w kłopoty. Teraz wypij piwo, które naważyłeś i przestań dziamdziać, bo tym nic nie wskórasz. No chyba, że chcesz mnie wkurwić — odparł, bo jego kochanie był właściwie bliskie osiągnięcia tego pułapu, co nigdy nie zwiastowało nic dobrego. — Więc, jak sam widzisz, w tej materii twój urok osobisty, który skądinąd znacznie ucierpiał na skutek obrażeń, na mnie dziś nie podziała. Spróbuj tego triku jak wydobrzejesz, a do tego czasu masz bezwzględny zakaz wychodzenia z tego pokoju.  Możesz to robić tylko i wyłącznie w moim towarzystwie i za moim pozwoleniem.
Wbił znaczone spojrzenie w jarzące się nienaturalnym blaskiem ślepia Hyde, jakby chciał podkreślić sens własnych słów, które nie podlegały żadnym wątpliwością. Sama jego obsesja aż za dobrze zdawała sobie sprawę do czego Jekyll był zdolny, by postawić na sobie i bynajmniej nie było to dla niego przyjemny zabieg.
Zamoczył kolejny raz tego dnia szmatę w misce z wodą, która teraz przybrała kolor jasnego brązu i wykręcił ją przędnie, by tym razem odbyć oblepione potem, piaskiem i krwią ramiona swojej obsesji. Całkowicie oddał się tej czynności, uznając wcześniejszą dyskusję za zakończone, choć nie ulegało żadnym wątpliwością, że Hyde zaraz znów otworzy usta, by zademonstrować mu swoje „ale”. Jekyll zdawał sobie oczywiście sprawę, że przypadku kogoś pokroju kochanka L4 nie miało racji bytu, co w nie przeszkadzało mu w faktycznym daniu mu go, mimo że ten termin na ramach Desperacji przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Miał zamiaru jednak osobiście dopilnować, by Hyde nie dostał żadnego rozkazu przez najbliższe dwa tygodnie, które z założeniu doktora miał spędzić na kuracji, co było w jego przypadku w zasadzie całkowitym minimum.  Najchętniej to zamknął, by go na klucz w pokoju na całą wieczność, problem jednak tkwił szczegółach. Człowiek znany niegdyś jako Zhan Crane nie przywykł do "niewolniczego" trybu życia, choć sam Halliwell określał to rzecz jasną nieco inną terminologią. Ograniczenie czyjeś wolności czasem było wręcz niezbędne do osiągnięcia celu, który był stawiany przez mężczyznę na pierwszym miejscu niezależnie od sytuacji i okoliczności, nawet jeśli miał, by go osiągnąć po trupach.  
Na ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu, gdy Hyde poddał wątpliwości swoją przynależność gatunkową. Oczywiście doktor nie mógł być na to obojętny. Złapał twarz swojej prywatnej zmory w dłonie, by zbliżyć się do niej na niebezpieczną, paru centymetrową odległość. W zasadzie niemal stykali się nosami, a Jekyll dodatkowo czuł nieświeży zapach Hyde związany z trudnościami jego podróży i obcy oddech łaskoczący go w skrawek odsłoniętej na szyi skóry.
Wraz z utratą krwi, straciłeś również predyspozycji do trzeźwej oceny sytuacji i zdolność myślenia? Ja rozumiem, że nigdy nie tryskałeś intelektem, ale czyż odpowiedź na to pytanie nie powinna być oczywistością samą w sobie? Dobrze wiesz, że w takim wypadku cię zabiję, by ulżyć ci w cierpieniu, co jest rzecz jasna świadectwem moich uczuć — odparł bez mrugnięcia i chwili zawahania, które byłyby wyrazem słabości, na który w tej chwili nie mógł sobie w żaden sposób pozwolić. Crane tak czy siak posiadał nad nim pewną władzę, do czego doktor nigdy otwarcie by się nie przyznał. Pocałował go krótko i puścił. — Zamiast zadawać hipotetyczne pytania i bardziej się pogrążać, zastanów się lepiej jak wynagrodzić mi zszargane nerwy — odparł, bo niewątpliwie, gdyby serce nie zatrzymało się w jego piersi, w momencie, kiedy wirus X wdarł się do jego ciała i przejął kontrolę nad DNA, nastąpiłaby to teraz wprowadzając go w stan zawału na widok całego zakrwawionego Hyde'a, który zresztą ostatnimi resztkami sił i niewypowiedzianym wręcz cudem, którego Jekyll oczywiście umiał poprzeć naukowym niezrozumiałym dla większość populacji Desperacji „bełkotem”, dotarł tu w jednym kawałku.
Jak się pewnie domyślasz, za swoją bezczelność i brak pokory, nie zasłużyłeś dziś na kolację, więc musisz się obejść smakiem, a teraz do łóżka marsz. Mam deficyt na bandaże, więc jeśli rany ci się otworzą, postawisz mnie pod ścianą, a tego za pewne nie chcesz. — Uśmiechnął się cierpko, odstawiając miskę na swoje pierwotne miejsce.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2452


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Hyde on 20/8/2016, 04:29
    
Nie sposób byłoby jednoznacznie ocenić czy Hyde grał na nerwach Jekylla umyślnie, jednocześnie się z nim drażniąc czy też nie. Szalejący poziom wirusa X w organizmie byłego pianisty raz po raz pozbawiał go racjonalnego myślenia, a już tym bardziej postępowania tego typu. Skutkowało to zatem w większej mierze tym, że reaktywność Węża okazywała się w większości spontaniczna i uzależniona od tego co się wokół niego działo. Nie da się zaprzeczyć, że jego stałą cechą charakteru pozostawało lekceważenie wszelkiego rodzaju zagrożenia, swojego stanu zdrowia czy pouczeń, szczególnie jeśli te padały z ust Jekylla. Cóż, gdyby ktoś poza Lisem ośmieliłby się obdarować go kazaniami – nie mógłby liczyć na wyrozumiałość i nic poza uznaniem tego za coś pokroju irytującego brzęczenia muchy, co równoznaczne było z agresją w najczystszej postaci sprezentowanej takowemu śmiałkowi.
Tkanie sieci intryg czy stosowanie zręcznych manipulacji nie było zatem na miarę Hyde’a, choć nawet i jemu zdarzały się czasem takowe przebłyski. Sam Jekyll okazywał się bowiem jedyną osobą na całym budowanym na ruinach świecie, która potrafiła wyłapać bezbłędnie moment, kiedy to prawowity właściciel hydowego ciała dochodził go głosu – Zhan Crane, diabelnie inteligentny i zarazem niewdzięczny. To, że w spojrzeniu Hyde’a i jego zielonych tęczówkach pojawiały się zazwyczaj klasyfikowane jako niezdrowe iskry – w tamtym charakterystycznym czasie przygasały znacząco, symbolizując pewną niepodważalną zmianę w byłym pianiście. Crane stanowił w końcu zupełne przeciwieństwo Dobermana i zdradzało go już na wstępie o wiele logiczniejsze działanie, które samo w sobie wymuszało nadmierną ostrożność, gdyż jego ataki wsparte zawsze na jakimś planie, nie miały w sobie ani krztyny działania pod wpływem zwierzęcego impulsu.
Oswojenie Hyde’a nie należało zatem do zadań łatwych, bo uzyskanie względnego zaufania ze strony bestii w prawdziwym tego słowa znaczeniu wymagało wielu poświęceń, niekoniecznie ograniczających się skromnie do pojęcia czasu. Już samo tolerowanie kogoś w przez byłego pianistę i przebywanie w jego towarzystwie bez ryzyka, że ten nagle rzuci się do czyjegoś gardła w celu pozbawienia go ostatniego oddechu było nie lada wyzwaniem. Zastraszająco wysoki poziom wirusa X w ciele zdziczałego uzasadniał pozbawione logiki, często zezwierzęcone zachowanie czy zupełnie nieoczekiwane ataki, przez co stanowił ogromne zagrożenie dla każdej żyjącej istoty. Co więcej jedynymi osobami, które wzbudzały jako takie uznanie, które gwarantowało im pełną – powiedzmy – nietykalność ze strony byłego pianisty i poczucie bezpieczeństwa to Jekyll i Wilczur. Nie oznaczało to jednak w żadnym wypadku pełnego posłuszeństwa względem tej dwójki, a zaledwie pewną jej namiastkę. Stuprocentowe panowanie nad Hydem pozostawało jedynie wyśnionym marzeniem.
Próba przyjrzenia się bliżej reaktywności czy palecie uczuć Hyde’a nie była możliwa do określenia. Trudno więc ocenić czy doświadczał czegoś co w powszechnie przyjętym znaczeniu międzynarodowym – jeszcze przed upadkiem wielkiego świata i apokaliptycznego świtu nowych punktów cywilizacyjnych na jego ruinach – kwalifikowało się do odczuwania emocji wyższych. Jedno nie pozostawiało jednak żadnych wątpliwości – jeśli ktokolwiek znajdował się zbyt blisko, a przede wszystkim – długo przy Jekyllu to wówczas irytowało to Hyde’a niemiłosiernie. Do tego stopnia, że robił się wyjątkowo niecierpliwy i drażliwy. Dodatkowym czynnikiem wywołującym w nim coś na pozór zazdrości okazywało się zajmowanie takowym osobnikiem, a poprawniej – jego ranami. Ten fakt nie znaczył dla bestii DOGS zupełnie nic, gdyż zmrużone zazwyczaj u niego oczy oznaczały tylko jedno – rozszarpanie na strzępy w niedługim, skracającym się coraz bardziej czasie.
Hyde skrzywił się, marszcząc przy okazji nieco nos, kiedy mokra szmata zaliczyła zbyt namiętne spotkanie z jego zadrapanym policzkiem w akcie gniewu Jekylla i wynikającej z pozycji Węża sytuacyjnej bezsilności. Doberman przedkładał bowiem własne zdrowie i bezpieczeństwo, dając się porwać bez reszty adrenalinie i ekscytacji towarzyszącej polowaniu, a przede wszystkim dopadaniu ofiary zgodnie z wyznaczonym zadaniem. Hyde posłał Jekyllowi spojrzenie spode łba i klasycznie zmrużył przy tym nieco oczy, jakby światło lampy naftowej w pomieszczeniu mogłoby go razić. Nie było to jednak prawdą, gdyż ex-pianista wyrażał w ten sposób swoje jawne niezadowolenie. Zdegradowanie do pozycji kundla nie spodobałoby mu się, a zostanie pełnoetatowym pomocnikiem Lisa nie zwiastowałoby niczego dobrego dla jego pacjentów. Hyde niejednokrotnie nudził się znajdując się w siedzibie – nie tylko nie był przyzwyczajony do życia niewolniczego, ale i nie potrafił usiedzieć bezczynnie w jednym miejscu. Przez nadchodzące dwa tygodnie pacjenci, którzy na swoje własne nieszczęście wylądują na kozetce Jekylla powinni się modlić, by Hyde dostał na ten czas wychodne lub spał – w innym razie będzie zajmował całą uwagę Lisa swoją jakże skromną osobą i zasypywał go wszelkimi propozycjami, które miałyby służyć jego rozrywce, a także zabiciu czasu. Wąż poddawał w wątpliwość, aby to przeszkadzało doktorowi, kiedy okaże się całkiem przekonujący… Znał go na tyle długo, by wiedzieć, że jeśli chce coś uzyskać musi to dobrze rozegrać.
Nie miałbyś już żadnych pacjentów, gdybym był twoim pomocnikiem. Zabiłbym ich wszystkich, zanim zdążyłbyś się nimi zająć — stwierdził po chwili Hyde, wzruszając obojętnie ramionami, a świeżo zszyte rany odezwały się tępym bólem., W zielonych oczach znów pojawił się charakterystyczny niezdrowy blask. Kąciki ust na nowo uniosły się w lekkim, drapieżnym uśmiechu. Zdawać, by się mogło, że idea dosłownego sprzątnięcia pacjentów była na swój sposób interesującą propozycją, ale niestety nie na dłuższą metę. Ograniczała się nieszczęśliwie do przebywania w pokoju opatrzonym numerem 139, a tego niecierpliwy Hyde mógłby nie znosić zbyt pomyślnie. Opłakany stan byłego pianisty przyozdobiony licznymi ranami, zadrapaniami czy chociażby sporą utratą krwi, którym w ostatecznym rozrachunku wyprowadzał Jekylla z równowagi aż nazbyt często, wprawiając go tym samym w stan złości i frustracji – jasno wskazywał na to, że gdyby Lis mógł coś zdziałać w tej materii, to zmiany niewątpliwie nadeszłyby natychmiast.
Kiedy tylko Jekyll raczył uderzyć go mokrym materiałem szmaty – odruchem niemalże bezwarunkowym było groźne, ostrzegawcze syczenie. Ręce Hyde’a zacisnęły się mocniej na brzegu niewygodnej kozetki i to do tego stopnia, że knykcie mu pobielały. W tym momencie zaprzestał też swobodnego, wręcz stałego kręcenia się na zajmowanym przez siebie miejscu, sztywniejąc w jednej, stałej pozycji, jakby nagle skamieniał. Słysząc ostateczny werdykt w sprawie zawieszonego wykonywania misji na rzecz gangu ponownie na jego twarzy wymalował się grymas świadczący o tym, że wcale nie był z tego zadowolony.
Mścisz się, Jeky, bo chcesz mnie trzymać pod kluczem, byleby jak najbliżej siebie — ocenił cicho, podsumowując to w taki, a nie inny sposób. Stale pozostawał w tej samej pozycji, która w żaden sposób nie mogła być interpretowana jako uległa, a bardziej jako przyczajona do ataku, przed którym w obliczu wysokiego stężenia wirusa X i zwierzęcego instynktu była po prostu tłumiona przez Węża. Przy kimś innym nie zadawałby sobie nawet takiego trudu. — Nie lubię siedzieć w zamknięciu – robię się wtedy o wiele bardziej agresywny i doskonale o tym wiesz. Królowa Angielska, będzie musiała poświęcać mi sporo uwagi i zajmować mi czas. Nie chce umrzeć z nudów. — dodał niby z obojętnością Hyde, wracając przy okazji do wcześniejszego, lekceważącego tonu. Przyglądał się czujnym wzrokiem Jekyllowi, przybierając trochę swobodniejszą postawę – uścisk na krańcu kozetki rozluźnił się. Nawet Hyde nie pokładał nadziei na to, że Lis zmieni zdanie, ale zawsze wtrącał swoje „ale”. Urok osobisty byłego pianisty nawet w takim marnym wydaniu mógłby zdziałać cuda, lecz wcześniejsze granie na nerwach, dyktatorskich zapędach lekarza czy na jego ego zmniejszało wyraźnie szanse na odniesienie sukcesu.
W trakcie czyszczenia ramion zdążył się znacząco rozluźnić, a po poprzedniej postawie nie było już miejsca, bo i sam Wąż znowu, choć powoli, jakby ostrożnie zaczynał się kręcić na kozetce, co dodatkowo o tym świadczyło. Groźba śmierci, która niedługo potem padła z ust doktora sprawiła, że Hyde się wyraźnie ożywił. Uśmiechnął się dość niebezpiecznie – jakby nagle uznał to za swoiste wyzwanie rzucone w jego stronę.
Czyżby? — rzucił wesoło, jak na własne standardy, zaraz po tym jak Jekyll odsunął się po tym krótkim momencie, w którym odległość między ich ustami odeszła w zapomnienie. Hyde jednak wykorzystał tę chwilę na to, aby przytrzymać za ubranie doktora w bliskiej odległości. Oczywiście sama wypowiedź tyczyła się ulżenia mu w cierpieniach… Cóż nawet zdziczały Wąż poddawał to w pewną, może bardziej instynktowną wątpliwość. Lis bywał względem niego aż nazbyt troskliwy czy zaborczy, uznając go za swoją własność i z tego można było zauważyć na załączonym obrazku – nie zamierzał się Hydem z nikim dzielić.
Jak nietrudno byłoby się domyślić Hyde nie ruszył się posłusznie z kozetki w stronę łóżka, do którego oddelegował go Jekyll. Obserwował poczynania Lisa, wypowiadane słowa zaś, jakby puszczając mimo uszu. Trudno jednak ocenić czy ignorował polecenie specjalnie czy po prostu czekał aż Królowa Angielska odłoży miskę bezpiecznie na bok. Reakcja w postaci przygryzienia dolnej wargi na dźwięk kolejnej kary, zwiastowała tylko, że sam Hyde nie będzie już skory do większej uległości i dobiegła ona końca.
Wstał, ale w żadnym razie nie z zamiarem wykonania polecenia, a gdzie tam! Szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą go od doktora, który swoją drogą nieźle napracował się przy zszywaniu jego rozległych ran na plecach i składaniu go do całości. Zraniona skóra, zszyta bez znieczulenia – nazywana przez Jekylla lekcją, odzywała się raz po raz tępym bólem przy dodatkowym naciągnięciu jej. To jednak nie przeszkadzało Hyde’owi w tym, aby znaleźć się bardzo blisko Jekylla. Wąż schylił się trochę, zważywszy na różnicę ich wzrostu, by przesunąć koniuszkiem gadziego języka wzdłuż szyi Lisa. Chwycił za podkoszulek, przyciągając doktora bliżej siebie. Następnie Hyde wpił się w usta Jekylla i zapewne, gdyby tego pocałunku niedługo potem we wczesnej jeszcze fazie nie przerwał – przerodziłby się w coś o wiele bardziej namiętnego, a o ten moment wcale nie było trudno przy tej dwójce.
Chcę kota — mruknął na tyle głośno, aby Jekyll nie uznał czasem, że się przesłyszał. Uniósł palcem wskazującym jego podbródek, by ich spojrzenia się skrzyżowały, co uzasadnione było po części różnicą w ich wzroście. Drugą dłonią zaś bawił się puchatym, lisim ogonem. Na bladej twarzy Hyde’a wymalował się od razu szeroki, posiadający oznaki knucia uśmieszek. Nie dało się ukryć, że względem kotowatych Wymordowanych przejawiał pewną nienaturalną słabość jak na posiadanie we własnym genotypie gadzich genów. — Zabraniasz mi uczestnictwa w misjach i wykonywania zadań. Potem każesz mi siedzieć w pokoju pod swoim ciągłym nadzorem, grozisz mi i traktujesz jak swoje zwierzątko – dlatego chcę mieć kota, żywego i miauczącego, który jako jedyny będzie dla mnie miły – inaczej będę nieszczęśliwy i zrobię się wyjątkowo wredny, rozumiesz? — Kolejny krok, którego się podjął można, by uznać za czysto strategiczny, który miał na celu złagodzić nacisk na wypowiedziane słowo „rozumiesz”, które najpewniej odciśnie się na ego Jekylla, o ile nie zostanie po prostu zinterpretowane jako policzek. Tym razem to Hyde pocałował krótko Jekylla, by chwilę potem, jak gdyby nigdy nic, skierować się w stronę łóżka, po drodze zgarniając ze sobą Earla, który najwyraźniej nie wystarczał mu w roli pupila. Ożywiony przez Lisa szkielet niestety nie mruczał i nie przyniósł mu tym razem tyle szczęścia, ile oczekiwał.



'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }
avatar
Hyde

Pianista     Opętany






GODNOŚĆ :
Zhan Crane.

Liczba postów :
592


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Jekyll on 30/8/2016, 23:02
    
Locklear nie słynął z bogatej ekspresji twarzy, może właśnie dlatego ograniczył się do zbędnego minimum w charakterze grymasu, który równie dobrze mógł być interpretowany jako odruch wymiotny. Rzecz jasna syczenie, czy też widoczna gołym okiem zamiana postawy Hyde nie wpłynęła w sposób szczególny na jego samopoczucie, będąc do niej na swój sposób przyzwyczajony. Stety czy niestety na tym etapie rozwoju prężnie rozwijającego się eksperymentu, ruchy obiekty były, mówiąc kolokwialnie, uproszczone. Streszczały się w zasadzie do dwóch słów - zwierzęcy instynkt. Wirus X w tej materii nie był zbyt łaskawy dla samego Crane'a. Odebrał mu nie tylko szeroko pojęte człowieczeństwo, ale też wspomnienia, przez co Jekyll miał pełne ręce roboty. Musiał nauczyć Hyde wszystkiego od podstaw, co w zasadzie pod pewnym względem było istną katorgą dla ich obu. Odrodzony pianista nie posiadał ani krzty z dawnej delikatności, czy wyczucia. Był niezdyscyplinowany i przede wszystkim groźny dla otoczenia. Przez okres dwóch ciągnących się w nieskończoność miesięcy po odrodzeniu ikony muzyki klasycznej, Halliwell nie mógł odgonić od siebie myśli, że Zhane najprościej świecie się zepsuł, a wprowadzane do jego ciała usprawnienia w postaci obcego DNA kobry królewskiej i mamby czarniej nie posłużyły w żaden sposób jego rozwojowi. W oczach Dr szybko awansował na stanowisko wadliwego genetycznie egzemplarza. Ten stan rzeczy zmienił się po kolejnych paru miesięcy, kiedy to w przebłyskach utraconej świadomości zaczęła się uaktywniać druga tożsamość zainfekowanego tym skurwysyństwem mieszkańca byłej Anglii – Zhane Crane, tego niewdzięcznika w swojej całej okazałości. Na dobrą sprawę pojawił się tylko wtedy, kiedy poziom stężenia wirusa X we krwi normował się, co było dla samego lekarza jasnym sygnałem, że pod żadnym pozorom nie mógł dopuści do sytuacji, w której to Hyde zatraciłby zwierzęce odruchy na rzecz ludzkich. Oczywiście Duncan przygotował się na każdą ewentualność i wiążące się z nią konsekwencje, o czym nie wiedział nawet sam zainteresowany.
Kącik jekyllowych ust uniósł się nieznacznie ku górze.
Mszczę się? — Na czole bernardyna pojawiła się lwia zmarszczka. Potarł kciukiem nasadę nosa, jakby się na czymś zastanawiał, choć oczywiście decyzja zapadła już parę minut temu. Jekyll nie tolerował niesubordynacji na żadnej płaszczyźnie, a Hyde w ostatnim czasie stał się bardzo odporny na jego "prośby", które pełnił rolę swoistego rozkazu. – Twoje zdyscyplinowanie podlega dyskusji, ale to nie zmieni mojego stanowiska w tej ani żadnej innej kwestii, więc nawet nie próbuj podważyć mojego zdania. Bo przecież dobrze wiesz, że każda taka próba będzie równoznaczna z podwyższeniem wymiaru kary o kolejny tydzień. — Uśmiechnął się do Hyde dobrodusznie, jakby robił mu tym samym łaskę. i wyciągnął w jego stronę trzy palce, który jednoznacznie świadczyły o tym, że ma trzy tygodnie na poprawienie swojego zachowania do formy respektowanej przez Jekylla. — I chyba się nie zrozumieliśmy. Ja nic nie muszę. Wszystko jest zależne od moich dobrych chęci, Darling.
Kolejnego jego pytanie, które sam zakwalifikował do retorycznego, puścił mimo uszu, bo nie miał zamiaru udowadniać swojej własności znaczenia swoich słów. Obaj znali ich wartość. Dr był chorobliwe ambitny, a przez to nie potrafił ani pogodzić się z porazką, ani tym bardziej się do niej przyznaj. To był właśnie jeden z powód, dla których nigdy nie zmieniał swojego stanowiska w żadnej sprawie. Był nieugięty i być może właśnie dlatego Hyde nigdy nie potrafił go w żaden sposób udobruchać, mimo że próbował i to nie raz.
Zamarł w połowie kroku. Prośba, a raczej żądania Węża zbiło go z pantałyku. Zmrużył szarozielone ślepia, wpatrując się w swój obiekt doświadczeń jak w atrakcje turystyczną. Co prawda już dawno zaobserwował, że mężczyzna obdarzył kotowate niekoniecznie zdrowym zainteresowaniem, ale nie przypuszczał, że zapragnie ni stąd, ni zowąd posiadać przedstawiciela tej rasy na własność. To samo w sobie wiązało się z pewnym ryzykiem, bowiem pojmowanie Hyde było ograniczone do tego stopnia, że nie posiadał żadnych racjonalnych zahamowań. Jekyll w tej materii mógł być sam sobie winien. Nie nauczył go subtelności, sam nie nią zresztą nie grzesząc.
Obawiam się, że twoja pozycja nawet w najmniejszy stopniu nie uprawnia cię do dyktowania warunków, Honey — odrzekł niby to spokojnie, ale aż krew nim się zagotowała, że ten kretyn śmiał jeszcze wysuwać swoje śmiałe żądania i jakby tego było mało, grozić swojemu stwórcy. Gdyby doktor był emocjonalną istotą, za pewne złapałby się w iście teatralnym geście za dawno nie bijące serce, ale przez oszczędności w tej kategorii, ograniczył się wyłącznie do niewerbalnej wiązanki przekleństw, która siłą rzeczy nigdy nie miała opuścić jego ust, choć niewątpliwie miał ją na końcu języka. — Śmiem też wątpić, czy ty posiadasz chociaż minimalne pojęcia, co to znaczy traktować kogoś jak zwierzątko. Jeśli jednak nadal się upierasz, że cię tak traktuje, niedługo przekonasz się na własnej skórze, co to właściwie znaczy — zapewnił nieznoszącym sprzeciwu tonem, dając tym samym dobermanowi do zrozumienia, że nie była to groźba, a po prostu czyste stwierdzenie faktów. Na całe szczęście sam Jekyll nie musiał tego udowadniać, bo już dawno przekroczyli tę granicę znajomości i Hyde doskonale zdawał sobie sprawę do czego bernardyn był w swoich postanowieniach zdolny. — Teraz wychodzę. — Na potwierdzenie swoich słów, zgarnął coś co do złudzenia przypominało bluzę, choć w zasadzie było tylko jej marną imitacją. Obdarzył Hyde uważnym spojrzeniem, by upewnić się, że ten go na pewno słucha i przede wszystkim rozumie. — Wykorzystaj ten czas, by przemyśleć swoje zachowanie. Możesz być spokojny, nie oczekuję od ciebie przeprosin, ale nie zapominaj, że życie Earla leży w twoich rękach. — Zarzucił ten kawałek w miarę ciepłego materiału na ramiona, bowiem każdy mieszkaniec Desperacji zdawał sobie sprawy z jednej kluczowej rzeczy - pogoda miewała swoje humory, a wieczorami chłód dawał się we znaki, przeszywając na skroś każdego śmiała, który miał czelność wychylić nos zza swojej bezpiecznej strefy. Co prawda Halliwellowi nawet przez myśl nie przeszło, by skonfrontować się dziś z apokaliptycznymi warunkami atmosferycznymi, więc siłą rzeczy musiał skorzystać z przestrzeni oferowanej przez kręte korytarze kryjówki, by rozprostować kości i choć na chwilę zmienić otoczenie.
Złapał za klamkę zdezelowanych drzwi, trzymających się na zawiasach tylko dzięki sile perswazji lekarza, które zamontował je tam siłą, chcąc dbać chociaż w minimalnym stopniu o swoją prywatność.
Wiesz dobrze, że jestem konsekwentny w swoim działaniu, więc jeśli będziesz grzecznym i posłusznym chłopcem, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że będę mógł spełnić twoją prośbę — dorzucił w ramach motywacji, nie zaszczycając posiadacza krzyżówki jadu dwóch najbardziej niebezpiecznych wężów nawet pojedynczym spojrzeniem. Co prawda z góry zakładał, że te nieszczęsne zwierze padnie w tym wypadku prędzej niż później, bo Hyde nie posiadał w sobie nic z cierpliwości, która była potrzebna, by okiełznać dzikie zwierzę, którym skądinąd sam był. — Jak widzisz, wszystko jest zależne od twoich chęci i zaangażowania, a kto jak to, ja nie puszczam słów na wiatr. Przecież dobrze o tym wiesz. — Uśmiechnął się, palcami badając strukturę klamki. Szarpnął za nią, na co drzwi otworzyły się skrzypiąc charakterystycznie. Echo tego dźwięku rozległo się po wąskim, acz długim korytarzu podziemia, brzęcząc w uszach lekarza.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2452


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Hyde on 29/10/2016, 00:41
    
Zhan Crane w swojej właściwej formie, kiedy dochodziło do unormowania wirusa X, rzecz jasna, mógł być jedynie największym koszmarem Jekylla. Doktor nie mógł go bowiem kontrolować ani nijak na niego wpłynąć, choć zapewne przy pierwszym tego typu „spotkaniu” zupełnie nie przewidział jakie przyniesie to ze sobą konsekwencje, na czele z tymi, zagrażającymi jego bezpieczeństwu, a nawet i życiu. Niewątpliwie został zaskoczony w momencie, gdy były pianista zacisnął palce na jego siły na parę chwil odcinając mu dostęp do świeżego powietrza. To właśnie logiczniejsze zachowanie zdradzało Crane'a od razu, gdyż stanowił zupełne przeciwieństwo Hyde'a — wystarczał tylko jeden rzut oka, aby wiedzieć, że coś jest nie tak jak należy, lecz w obecnych okolicznościach nie sposób szukać w którymkolwiek obliczu Zhana subtelności czy wyczucia. Wprowadzone siłą usprawnień zwierzęcych poprzez wymieszany jad dwóch najbardziej jadowitych wężów przy uprzednim zainfekowaniu jego organizmu wirusem X — sprawiło, że w doznanym cierpieniu podobne cechy zostały wyparte.
Hyde, choć nadal pozostawał bezwzględną bestią, która umowny spokój czy samokontrolę prezentowała jedynie w obecności Jekylla czy Wilczura. Przy każdym innym nie czuł takowej potrzeby, ba!, nie darząc nikogo, poza wspominają dwójką umownym szacunkiem. Nie był jednostką nadającą się do życiu w normalnej społeczności, gdyż zagrażał niewątpliwie bezpieczeństwu każdego żywego organizmu. Nikt nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej, a oczekiwanie od niego tolerancji czy delikatności było w związku z tym co najwyżej pobożnym życzeniem, niemożliwym wręcz do realizacji. Kotowate działały na Hyde’a w sposób zaskakujący, bo nie tylko działały na niego uspokajająco, szczególnie w trakcie trzymania ich na rękach czy głaskania. Nie słynął jednak z cierpliwości, empatii czy altruizmu za co winą wypadało obarczyć Jekylla, który mu tego nie wpoił i każdy kto w tej formie chciał wyjść żywy musiał mieć to na uwadze. Wszelkie kotowate stanowiły wyjątek od reguły w masowej eksterminacji — jak na ironię działały na niego zdawał się w ich towarzystwie znacząco łagodnieć, lekceważąc ewentualne zagrożenie z tego tytułu. Sam Jekyll mógł zauważyć, że całkiem często Hyde wyciągał łapy w stronę jego lisiego, puchatego ogona — używając go niekiedy jako własną, acz prywatną poduszkę — czy samych zwierzęcych uszu wystających pośród włosów. Różnica wzrostu między nimi dawała mu w tej materii więcej możliwości, aniżeli jakichkolwiek ograniczeń.
Hyde słysząc surowy ton Jekylla ponownie przybrał swoją klasyczną, choć doprawdy szczerą minę dzieciaka, któremu odebrano lizaka i traktowało to jako niesprawiedliwy proceder. Sam Lis na pewno spodziewał się takiej reakcji, choć nie raczył w następnych fazach uraczyć go nawet spojrzeniem. Jekyll był bez wątpienia jednostką niebywale ambitną, trudną, a zarazem nieustępliwą, wierząc w słuszność tezy, iż trzymanie Zhana w ryzykach jest jedynym słusznym rozwiązaniem ze względu na zezwierzęcenie za sprawą wirusa X. Mimo, iż zapewne Doktor nie chciał, aby Wąż miał szansę na udobruchanie go, gdyż w pewnym sensie mógłby wówczas odczuć ukłucie w okolicach własnego ego, a wiązałoby się to z poczuciem utraty kontroli, na co Lis zdecydowanie nie zamierzał sobie pozwolić w obawie, że jeśli ulegnie przynajmniej raz, to później nie uda mu się nad nim zapanować. Bernardyn trzymał Hyde’a blisko jako najwyższy priorytet, uznając jego zdrowie, co mimo wszelkich prób wpojenia tego samego Wężowi najwyraźniej nie odnosiło większych skutków, za czym poświadczyć mogły każdorazowo doznane rany podczas wykonywania powierzonych mu zadań.
Na twarzy Hyde'a wymalowało się prawie że ludzkie rozczarowanie taką odpowiedzią ze strony Jekylla. Wiedział bowiem, że jeśli Lis obdarowuje go tego typu słowami w sprawie dostania miauczącego kotka, to jedynie go tym zbywa, a co za tym idzie najpewniej go nie dostanie. W takich oto przypadkach ze względu na wyrobioną wrażliwość w stosunku do swojej relacji z Jekyllem mógł odnieść wrażenie, że ten go nie docenia i ma go za problematycznego. Doprawdy zasmucała go obojętność Jekylla na jego potrzeby, co zaskutkowało zaciśnięciem ust w wąską linię. Jednakże, jeśli to był w stanie jakkolwiek przewidzieć, tudzież zwyczajnie przyjąć do wiadomości jako coś co odwlecze się w czasie, gdyż w kwestii kotowatego zapewne okaże się w nadchodzącej przyszłości nieustępliwy, to jednak informacja o nagłym wyjściu Anglika i grożenie bezpieczeństwem, choć trafniej dalszym istnieniem Earla przelało w tym wypadku czarę goryczy. Jeśli wcześniej zgarnąwszy szkielet ptaka w rękę, skierował się niby to pokornie w stronę łóżka, to momentalnie się zatrzymał. Następnie w nad wyraz szybkim tempie pokonał dzielącą go ich odległość, nie kalkulując tego, iż jest zobowiązany nie dokonywać żadnych gwałtownych ruchów. Zdążył złapać Jekylla za ramię — nie tylko zatrzymać, jeśli wówczas podjąłby już próbę opuszczenia pomieszczenia, ale pociągnąć w tył i dopiero wtedy odwrócić w swoją stronę, bądź co bądź, niezbyt łagodnie. Cofnął rękę niedługo potem, jakby w akcie samokontroli, która w zasadzie była w tej chwili znikoma.  Tak naprawdę chodziło o to, że zarejestrował po chwili charakterystyczne napięcie świeżo zszytych ran, które dotarło do niego, jakby z opóźnieniem. Nie mógł jednak być pewny tego czy niektóre z nich pod wpływem napięcia strzeliło, gdyż sam nie zauważył momentu, kiedy jego ciało pokryło się połyskującymi, czarnymi oraz gładkimi w dotyku gadzimi łuskami. Spojrzenie Hyde'a emanowało co prawda charakterystycznym dla niego niezbyt zdrowym blaskiem, który w tej chwili zdecydowanie nie został dodatkowo złagodzony żadnym uśmiechem jak wcześniej.
Nie możesz grozić Earlowi — odparł poważnym, jakoby ostrzegawczym tonem, pozbawionym dodatkowych wiązek emocji, które świadczyłyby o ważeniu słów. Wlepił uważne spojrzenie typowe dla czyhającego na ofiarę drapieżnika. Poczuł się bowiem wyjątkowo dotknięty groźbą Jekylla i jego obojętnym zachowaniem – uderzyło to skutecznie we wrażliwość byłego pianisty. Hyde mniej lub bardziej świadomie odsuwał na bok życzenia lub żądania Jekylla. Oswojenie Węża było jednym, zaś wstawienie się za szkieletem ożywionym notabene przez Lisa wiązało się z nietypową lojalnością i przywiązaniem. Earl stanowił bardzo ważny element w życiu Hyde’a. Zapewne, kiedy niedługo po tych słowach w kontrze do dobieranych słów policzek Jekylla został skonfrontowany z otwartą, zimną dłonią byłego pianisty, mogło budzić to szczere zdumienie. Cóż, nawet sam Wąż nie do końca przemyślał ten ruch, gdyż był poniekąd impulsywnym odruchem. Sam Crane jednak nie mógł zapewne doczekać się lepszych widoków...  — Teraz ty sobie to wszystko przemyśl i to bardzo dokładnie. Jeśli jeszcze raz będziesz chciał skrzywdzić i zabić Earla, to więcej tu nie wrócę, zabiorę go ze sobą i zostaniesz sam w tym jednym pokoju ze swoimi nudnymi pacjentami, a ja poszukam sobie nowego współlokatora, który będzie dla mnie o wiele milszy niż ty. Dlatego zastanów się nad swoim zachowaniem, Jekyll. I chcę kotka, bo jesteś bezczelnym Lisem, więc mam go dostać za twoje karygodne zachowanie. — dopowiedział niezadowolonym, wykorzystując poniekąd retorykę zaobserwowaną przez lata ich znajomości u samego Jekylla. Ostatnie zdanie dodał jednak już prawie że na odchodnym, gdyż skorzystał ze stworzonej przez doktora sposobności na opuszczenie pokoju bez jego uprzedniej zgody. Otworzone wcześniej przez Królową Angielską drzwi i wyjście przez nie Hyde’a, niewątpliwie musiało dotknąć blondyna. Sam Wąż znalazł się na korytarzu jak gdyby nigdy nic, nie dbając uprzednio o zabranie ze sobą kurtki, rękawiczek czy chociażby koszulki. Przez zaburzenie termoregulacji nie odczuwał różnic temperatur, co niekiedy mogło okazał się dla niego doprawdy zabójczo. Następnie skierował się wzdłuż korytarza, jakby kierował się do opuszczenia kryjówki DOGS.


z/t


Ostatnio zmieniony przez Hyde dnia 23/11/2016, 19:56, w całości zmieniany 1 raz



'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }
avatar
Hyde

Pianista     Opętany






GODNOŚĆ :
Zhan Crane.

Liczba postów :
592


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Rebekah on 23/11/2016, 18:50
    
Była całkowicie wykończona.
Nieustający katar, jak gdyby w nozdrzach ktoś odkręcił i zablokował małe kraniki. Dreszcze przeszywające ciało co chwila, kaszel wstrząsający całym anielskim jestestwem. Nieprzyjemne drapanie w gardle i trudność z ustaniem na nogach. Od kilku dni męczyły ją bardzo typowe dolegliwości dla nastającej właśnie pory roku i nie ulegało żadnej wątpliwości, że Rebekę rozkładała choroba. Na początku rozważała zabunkrowanie się we własnej norze i pozostanie pod kocem choćby i do usranej śmierci. Nie miała siły wstać, nie miała ochoty nawet oddychać.
Nic jej się kurwa nie chciało.
Ale koniec końców musiała wygrzebać z łóżka szanowne cztery litery i z trudem podnieść się na nogi. W końcu miała obowiązki, a powolne dogorywanie w podziemnej jamie nie było jej ulubioną rozrywką. Nie chciała tak skończyć, a jeżeli tak, to wypadało dokonać konsultacji. W tym przypadku powinna znaleźć któregoś z Bernardynów i liczyć na to, że będą w stanie coś jej na te objawy poradzić.
Była na tyle nieprzytomna, że nawet nie miała siły przemyśleć, do kogo pójść. Chyba najbliżej od siebie miała do akurat tego medyka, do którego chyba bezpieczniej byłoby nie wpadać z niezapowiedzianą wizytą. Niestety, to w tej chwili nawet nie przemknęło przez głowę albinoski, toteż w pięknym stylu na yolo przemierzyła korytarz podpierając się o ścianę. Minęła jakiegoś mężczyznę o znajomej twarzy, a chwilę później niemal rozłożyła się na podłodze przy kwaterze numer 139. Całe ciało wsparła dzielnie na rozstawionych w lekkim rozkroku nogach i wystosowała trzy wrzeszczące desperacją stuknięcia w drzwi.
Normalnie by nie pukała, ale chyba nie miała siły nacisnąć klamki - podobno to facet ledwo się przeziębi, już umiera. Najwidoczniej Reb miała sporo z prawdziwego mężczyzny.


Wskazówki dla gramatykosceptycznych:
Ponieważ widzę, że macie z tym problem :|
M: Rebekah
D: Rebeki
C: Rebece
B: Rebekę
Msc: o Rebece
N: z Rebeką
W: Rebeko
Proste? Proste c:
avatar
Rebekah

Jack Russel Terrier
Anioł Stróż






GODNOŚĆ :
Rebekah Vashti Zimmermann

Liczba postów :
488


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Jekyll on 23/11/2016, 23:30
    
Locklear dusił się coraz bardziej w towarzystwie swojej obsesji, która nie wykazywała żadnej inicjatywy. Pakowała się na okrągło w kłopoty, lekceważąc wszelkie niebezpieczeństwa, na jakie narażała się, przebywając na Desperacji. Jego dzisiejszy stan i zarazem wyskok był tego doskonałym dowodem i potwierdzeniem. Anglik nie tolerował żadnej niesubordynacji głównie na linii swojej profesji, a były pianisty wykazywał się nią na okrągło. Niczym małe dziecko, ignorował wszystkie zakazy, wykazując się tym samym pełnym nieposłuszeństwem. Lekceważył swój cokolwiek w tym momencie marny stan zdrowia, utwierdzając samego bernardyna w przekonaniu, że w dalszym ciągu nie umie o siebie zadbać.
Duncan celowo sprowokował Węża, w pełni świadom, że jego własność była przeczulona na punkcie Earla i na wszystkim co go dotyczyło, jednak zdecydowanie nie spodziewał się takiej agresywnej reakcji ze strony dobermana.
Wyłapał moment, kiedy Hyde podszedł do niego i wbił kościste paliczki w jego ramię. Nie spodobała się doktorowi gwałtowność w jego ruchach, która w jego stanie była wręcz niewskazana. W najgorszym rozrachunku mógł porwać szwy i zasłabnąć od utraty nadmiaru krwi. Prawdę powiedziawszy już w tym momencie jego kondycja fizyczna dawała mu do wiwatu i nie była wzorcowa. Utrata przytomności, spowodowana przez  nadwyrężenie ciała i samego organizmu, była tylko kwestią czasu. Na czas trwania misji Hyde w końcu nie miał nic w ustach, bo nie dbał o takie rzeczy.
Kiedy zimna dłoń Węża została zaprzyjaźniona z rozgrzanym przez podniesioną temperaturę ciała policzkiem Dr, sam lekarz miał wrażenie, że został na niego wylany kubeł z lodowatą wodą. Zachwiał się, tracąc na ułamek sekundy równowagę. Odzyskał ją tylko dzięki ścianie. Przycisnął do jej chropowatej struktury plecy, oddychając płytko, nierówno. Uderzenie było na tyle bolesne, że poczuł pieczenie i nie miał wątpliwości, że w kontakcie z otwartą ręką Hyde’a na skórze pojawiła się czerwona plama, która w krótkim czasie przeobrazi się w siniec.
Halliwell jednak nie czuł się winny zaistniałej sytuacji, a tę bezmyślne zwierzę nie miała prawo dyktować mu żadnych warunków w tej materii.
Z jego ust uleciało ze świstem powietrze, gdy opuszkami palce musnął piekącego miejsca na swojej twarzy.
Hyde. — Wymówił chłodno jego imię, cedząc je przez zaciśnięte zęby. Ton jego głosu był surowy i oziębły.
Zacisnął drżące dłonie na ramionach mężczyzny i potrząsnął nim, choć rzecz jasna istniało spore prawopodobieństwo, że przez różnicę w sile, Wąż nie odczuł w żaden sposób przypływu agresji w wykonaniu lekarza.
To ty zabijasz Earla każdym swoim słowem i czynem. Jeśli teraz stąd wyjdziesz, Earl umrze. UMRZE i nic nie wpłynie na zmianę mojej decyzji, więc zastanów się, czego chcesz! — warknął, podnosząc głos.
Stężenie wirusa w jego krwi pod wpływem stresu urosło do takiego rozmiaru, że mimowolnie jego skóra zaczęła pokrywać się lisią sierścią, czego rzecz jasna - zły - nie był w stanie dostrzec, skupiony na mężczyźnie, który ominął go w drzwiach i wyszedł, jak gdyby nigdy nic.
Patrzył na jego sylwetką, która za każdym krokiem malała w jego oczach, choć rzecz jasna jego zdeptana duma nie pozwoliła mu towarzyszyć. Hyde nie dość, że zlekceważył jego zalecenia medyczne, to zszargał jego nerwy, doprowadzając Dr do umownych granic, których notabene dawno nikt nie przekroczył.
Prawie krzyczał i przeklinał na zmianę, dławiąc się własnym słowami. Wyrzucał je z siebie jak pociski z karabinu maszynowego. Mówił nieskładnie i niewyraźnie. W jego akcencie przetaczały się zdania w trzech różnych językach.
Dłoń mimowolnie powędrował w kierunku opaski, która chroniła przed światem lewo oka doktora. Zacisnął na niej palce, tak mocno, że aż knykcie mu pobielały. Z tej odległości nie był w stanie objąć wzrokiem szkieletu ptaka, który nadal spoczywał w ramionach Hyde, więc kwestia jego uśmiercenia nie wchodziła w tym momencie w grę. Zatrzasnął więc za Wężem drzwi. Po wąskim korytarzu potoczyło się echo zmieszanych ze sobą dwóch dźwięków - mrożącego krew w żyłach zgrzytu i trzasku.
Jekyll nie miał najmniejszego zamiaru wykrzesać z siebie jakiekolwiek troski, choć niewykluczone, że w innych okolicznościach podjąłby inną decyzje.
Umrze… — wyszeptał, choć nie miał pewności, czy z jego ust padły jakiekolwiek słowa. Wargi poruszały się bezdźwięcznie, a on sam wbił zielone ślepie w pustkę.


Kiedy w odstępie dziesięciu minut rozległo się pukanie do drzwi, głuchy dźwięk odbił się echem od czaszki doktora, a on sam podskoczył w miejscu. Drżał, choć ściskające go objęcia wściekłości powoli się rozluźniały. Nadal też czuł skurcz w żołądku, który zawsze był jednym z wielu objawów jego zdenerwowania.
Zacisnął dłoń na klamce wcześniej zamkniętych z dziką pasją drzwi, ale nie nacisnął na nią. Musiał dać sobie chwilę na odseparowanie się od negatywnych emocji, od których cały nabrzmiał. Był nabuzowany. Przyłożył wolną rękę do czoła. Dopadł go stan podgorączkowy, ale w jego przypadku skoki temperatury były normą. Nie spodziewał się gości, tego był pewien, a Hyde nigdy nie pukał, więc na wstępie odrzucił możliwość jego powrotu.
Westchnął głęboko. Nikt nie powinien go widzieć w takim stanie. NIKT. Rzadko się w nim znajdywał, a to był pierwszy raz, kiedy Wąż zdeptał doszczętnie granice, działając na Jekylla jak czerwona płachta na byka. Miał ochotę rwać sobie włosy z głowę, co w jego przypadku nie było ani trudnym, ani bolesnym procesem. Przez zabawę z barwnikami wszelakiego rodzaju, miał słabe cebuli, więc siłą rzeczy wystarczało przejechać po kosmykach palcami, by pozbyć się paru sztuk.
Ogarnął pokój wzrokiem, jakby to miało pomóc mu się uspokoić. Ostatecznie zielone ślepie spoczęło na wyginięciu na łóżku, które jednoznacznie świadczyło, że było używane w niedalekiej przeszłości. Pewnie prowizoryczna pościel nadal była ciepła, ale nie miał zamiaru tego sprawdzać.
Prychnął.
Od kiedy jesteś sentymentalny…
Pociągnąwszy za klamkę, otworzył z impetem coś, co pełnił dość skutecznie rolę drzwi. Deska skonfrontowała się ze ścianą, sprawiając, że uleciał z niej „tynk”, o ile można było tak to nazwać.
Na progu stał pyskaty Anioł Stróż, którego kojarzył z widzenia, głównie za sprawą niewyparzonego języka. Musiał więc nie dość, że zapanować nad nadwyrężonymi nerwami, to jeszcze upchać swoje uprzedzenie do skrzydlatej rasy głęboko do kieszeni.
Obadał swojego gościa spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Chłodnym i oczywiście karcącym. Zawsze nim witał potencjalnych pacjentów, a naprawdę nie trzeba było być znawcą sztuki lekarskiej, by zorientować, że opierającej się o framugę anielicy coś dolegało. Zresztą w innym przypadku najprawdopodobniej nie szukałaby z nim kontaktów. Nikt go w końcu nie szukał. Na siłę.  
Wyglądała na rozpaloną. Przyłożył bez pytania dłoń do jej czoła w celu prowizorycznego zmierzenia gorączki. Ostatni termometr, który posiadał Jekyll w swoim asortymencie, zginął śmiercią tragiczną, więc w takim układzie musiał działać w mniej inwazyjny sposób.
Mam nadzieję, że nie zawracasz mi głowę zwykłym przeziębieniem. Nie zajmuję się głupotami — oświadczył na samym wstępie. Chyba każdy w gangu wiedział, że Jekyll lubił przede wszystkim wyzwania. Zwykłe przeziębienie do takowych się nie zaliczało. Wystarczyło je po prostu przeleżeć i jeść, by odzyskać utracone siły. Między jego ambicjami a rzeczywistością widniała jednak spora przepaść. Nie mógł odmówić pomocy żadnemu członkowi gangu. Ta świadomość ciężyła nad nim, ale jednocześnie trzymała go w ryzach.
Wejdź — Puścił ją do niewielkiego pomieszczenia pełniącego dwie role – sypialni i gabinetu lekarskiego. — Doszły do mnie słuchy, że jakiś wirus unosił się nad Desperacją. Czyżbyś była tego żywym dowodem? — zapytał, nie kryjąc zaciekawienia.  
Nadal stał blisko, zakłócając tym samym jej przestrzeń osobistą. Towarzyszyła mu teraz swego rodzaju niepewność. Nie mógł jednoznacznie stwierdzić, czy była w stanie o własnych siłach pokonać odległość dzielącą drzwi od czegoś, co pełniło rolę kozetki.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2452


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Rebekah on 24/11/2016, 00:07
    
Zaraz po wykonaniu znamiennych trzech stuknięć o prowizoryczne drzwi, albinoska opuściła bezwładnie rękę, nie zamierzając marnować tak potrzebnej siły na jakiekolwiek zbędne ruchy. Cisza z drugiej strony trwała sekundę, dwie, trzy i przedłużała się na tyle, że trudno było stwierdzić, czy ktoś rzeczywiście jest w środku. Czyżby czekały ją dalsze poszukiwania? Nie, chyba prościej byłoby rozłożyć się pod drzwiami i zaczekać na gospodarza...
Na szczęście nie musiała tego robić. Normalnie na tak gwałtowne wpuszczenie do pokoju zareagowałaby obronnym fuknięciem, ale na chwilę obecną gardło anielicy opuścił tylko zbolały jęk.
- Litości... - stęknęła, jak gdyby były to jej ostatnie słowa na łożu śmierci. Na nieprzychylne spojrzenie medyka odpowiedziała z całkowitą wzajemnością, przebudzając się nieco spod panowania choroby. Iskierka życia zapłonęła odrobinę jaśniej wraz z nadzieją na uzyskanie jakiejś pomocy w zdrowotnej niedoli.
- A wyglądam na tylko przeziębioną? To przepraszam, pójdę zdychać gdzie indziej. - Prawie charczała, więc zaraz potem odchrząknęła i skrzywiła się na kolejne uderzenie bólu w gardle. Wbiła krwistoczerwone spojrzenie prosto w Bernardyna, dając mu tym samym do zrozumienia, że mu nie odpuści, choćby miał milion ważniejszych spraw do załatwienia. I nie miał szans się jej pozbyć, przynajmniej bez użycia siły, z którą w tej chwili miałby ogromną przewagę.
Po usłyszeniu upragnionego "Wejdź" nie zwlekała ani chwili dłużej, niż to było konieczne. Ostrożnie przeinstalowała się z korytarza do wnętrza pomieszczenia i klapnęła bez ładu i składu na coś, co chyba miało być kozetką. Złożyła dłonie na kolanach niczym grzeczne dziecko podczas wizyty u prawdziwego lekarza w sterylnie czystym, pomalowanym na biało gabinecie, jakie widuje się w mieście.
- Cholera wie, ile tych wirusów lata w powietrzu. No ale na bank jakiegoś złapałam i mam nadzieję, że się od tego nie umiera. Nie tak od razu. - Błysnęła zębami w słabym uśmiechu. Choroba wyraźnie ją wykańczała, ale nie traciła swojego charakteru. Bardzo rzadko zdarzały się takie sytuacje, by całkowicie odłożyła swoją zgryźliwość i inne przywary na bok. Właściwie nikt nie widział czegoś takiego od setek lat, więc nie można było mieć pewności, czy to nie jest tylko coś w rodzaju miejskiej legendy. W końcu z jakiegoś powodu uchodziła za pyskatą poza granice wszelkiej przyzwoitości.
- No, to oddaję się w twoje magiczne leczące łapki - dodała jeszcze z rozbrajającym uśmiechem przywodzącym na myśl klasowego żartownisia. Mogła się wydawać w tej chwili ugodowa, ale lepiej nie dać się na to nabrać.


Wskazówki dla gramatykosceptycznych:
Ponieważ widzę, że macie z tym problem :|
M: Rebekah
D: Rebeki
C: Rebece
B: Rebekę
Msc: o Rebece
N: z Rebeką
W: Rebeko
Proste? Proste c:
avatar
Rebekah

Jack Russel Terrier
Anioł Stróż






GODNOŚĆ :
Rebekah Vashti Zimmermann

Liczba postów :
488


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Jekyll on 24/11/2016, 16:13
    
Wykrzywił wargi na wzór uśmiechu, który ostatecznie przybrał formę grymasu. Siły ją do końca nie opuściły, skoro nie oszczędzała w żaden sposób języka.
Nie znajdziesz tutaj litości, jeśli takowej ode mnie oczekujesz — mruknął pod nosem, bo nie znał znaczenia tego słowa. Nie miał też zamiaru rozczulać się nad stanem zdrowia swojej pacjentki. Sama dopuściła się do rażącego zaniedbania, a to głuchym echem odbiło się od jej organizmu i samej odporności. Najwyraźniej nie przyszła jej z pomocą szybsza regeneracja charakterystyczna dla skrzydlatych. Siłą rzeczy musiał oddać się więc w ręce i samego Jekylla, choć w duchu gratulował jej odwagi. Miał czasem wręcz namacalna wrażenie, że w kwestii medycznych czy nawet samych konsultacji był omijany szerokim łukiem przez członków DOGS. Może dlatego, że w opinii publicznej nie zasłynął z delikatności, która w jego wypadku mogła być porównywana jedynie z walcem drogowym i dobroci, charakterystyczna dla każdego medyka z powołania. Halliwell nie zdążył podpisać klauzuli sumiennie, więc najprościej świecie go nie obwiązywała.
Obserwował jak dziewczyna wchodzi do pomieszczenia, by ostatecznie usiąść na kozetce - obowiązkowo niewygodnej i twardej jak diabli, coby sami pacjenci nie poczuli się zbyt komfortowo w obecności Bernardyna. Wszystko bowiem co robił Jekyll było popełniane z premedytacją. Rzadko bez jakiekolwiek celu.
Wyglądasz jakby ktoś cię przeżuł i wypluł — ocenił krótko, bo nie miał wątpliwości, że kobieta najprawdopodobniej zbagatelizowała przeziębienie, które przybrało ostatecznie formę grypy bądź poważniejszej choroby, ale to okaże się za chwilę. Nie miał w zwyczaju gdybać i oceniać na podstawie samych przeczuć. Potrzebował w każdej sprawie dowodu. Najlepiej naukowego. — Przejdziemy do sedna. Co ci dolega oprócz samej gorączki? Ból głowy? Stawów? Gardła? Zapchane zatoki? Kaszel? Suchy czy mokry? Ukłucie w klatce piersiowej? Dreszcze? Brak apetytu? Zawroty głowy? Biegunka? Wymioty? – Zbombardował ją pytaniami, które miały na celu pomóc w postawianiu jak najlepszej diagnozy i ustalenia sposobu najskuteczniejszego leczenia. Nie miał tu w końcu dostępu do medycznego sprzętu, więc sam wywiad z pacjentem był w tej materii najważniejszym punktem programu. Korzystał, póki dziewczyna była w miarę przytomna i zachowała trzeźwość umysłu. Dr miał nadzieje, że szczęśliwie nie zemdleje. Choć do jego zakresu obowiązków zaliczała się pomoc chorym, nie miał najmniejszego zamiaru wykonywać pracy pielęgniarza. Niańczenie anielicy nie wchodziło w grę.
Zamknął na powrót drzwi, którym niewiele brakowałoby do sunięcia się z wadliwych zawiasów i tym samym podszedł do próchniejącego, pożartego przez korniki kredensu. W zasadzie poza prowizorycznym łóżkiem, kozetką i komodą niewielkich rozmiarów, pełnił rolę jednego solidnego mebla w tym pomieszczeniu. Tam Jekyll trzymał wszystkie pomoce lekarskie, które w głównej mierze składały się z syropów i leków własnej roboty. Skutecznych lub mniej skutecznych. Zacisnął palce na fiolce, w której znajdował się żółty płyn. Gwarancja jakości tego specyfiku było potwierdzona przez szereg przeprowadzonych przez lekarza eksperymentów.
I najważniejsze - jak długo trwa ten stan? — dodał, niemal konspiracyjnym szeptem, stawiając parę słoików na zdezelowanym blacie mebla. Chwila prawdy. Najważniejsze pytanie, które mógł jej zadać, pozostawił na koniec i oczekiwał stuprocentowej szczerości.
Przeziębienie dla kogoś ze stażem Jekylla nie było żadnym wyzwaniem, jednakże przewlekłe zapalenie płuc, czy nawet grypa długo trzymająca organizm, już tak. Nie miał w końcu do dyspozycji baniek, dlatego też miał cokolwiek zubożałe pole manewru. W tym wypadku bardzo ważne była pierwsza doba i decydująca zarazem. Ona określała cały przebieg choroby. Jeśli anielica zbagatelizowała stan przejściowy w postaci kataru czy gorączki, naraziła tym samym swój układ odporności, nie dając mu wystarczającego "wsparcia" do samoistnego poradzenia sobie z wirusem. Musieli działać szybko i skutecznie.
Wbił spojrzenie w kobietę, wyczekując jej odpowiedzi, nim przejdzie do profilaktyki. Dzięki dobremu słuchowi, wyostrzonemu przez swoją rasowość, słyszał trzeszczenie w jej sercu i świszczący oddech. Na tej podstawie mógł stwierdzić, że miała zatkane zatoki i mniej lub bardziej poważne problemy z zaczerpnięciem oddechu. Jej organizm więc był wyczerpany.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2452


Powrót do góry Go down





Re: Pokój nr 139 Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry


Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach