:: M3 :: Południe




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next   

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Kyōryū on Pon Wrz 04, 2017 12:37 am
 — Nie jestem w stanie zrozumieć tego, co tam przeszedłeś.
 Zaśmiał się mimowolnie, szczerze rozbawiony, bo przecież doskonale o tym wiedział. O to przecież chodziło. Któreś z nich musiało wyjść przed szereg. Któreś z nich musiało opuścić bezpieczną piaskownicę; nie po to, żeby uciec. Powodem było wycofanie się i nabranie siły, aby móc wrócić i chronić ich wspólny plac zabaw. Ruuka sam był zaskoczony, jak silnie trzyma się wspomnień o przeszłości — tych wszystkich lat spędzonych na huśtawkach i drabinkach.
 Jakby na to nie patrzeć, całe ich życie, całe ich „tu i teraz”, sprowadzało się do tego, co było dawniej. Historia o breloczku była świeża dla nich obu; Ruuka pamiętał, jak skostniałe miał palce, które zbyt długo trzymał pod lodowatą wodą i że zęby szczękały mu tak mocno, że nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. Pamiętał jej wrzaski nad głową, to jak starała się go zmusić do odwrotu, nieświadoma jeszcze, że gdy raz się uparł...
 — To było wieki temu, Ylv — mruknął, jakby na odczepnego; jak ktoś, kto chce dorzucić: „było-minęło, zakończmy temat”, chociaż, paradoksalnie, w jego tonie słychać było rozbawienie. Bo te wspomnienia były przede wszystkim przyjemne i ciepłe. Takie też miały pozostać i jedynym warunkiem, aby zachowały aktualną formę, było zapewnienie Miastu bezpieczeństwa.
 Chodziło o fizyczne wsparcie wojska, o rekrutację, wznoszenie się na coraz wyższe szczeble, na coraz bardziej rozwinięte funkcje, które pozwolą mu zapanować nad całą tą chorą sytuacją. Nie celował aspiracjami w konkretne stanowiska i nie chciał być nikim ważnym; starczyłoby mu obycie i kontakty.
 — Brakowało mi...
 Ruuka nie odrywał spojrzenia od ekranu telewizora nie dlatego, że nie interesował się Ylvą i tym, co miała zamiar zrobić — ale dlatego, że był do tego w stu procentach przyzwyczajony. Podświadomie przygotowywał się na każdą jej reakcję, od wybuchu złości, po depresyjny płacz, choć bez wątpienia druga opcja była najrzadszą z możliwych. Nie ukrywał jednak, że w jej towarzystwie nie przejawiał, i chyba nigdy nie zacznie, pokładów niezdecydowania lub lęku; była mu znana na tyle, aby nie czuć niebezpieczeństwa. Z łokciem opartym o brzeg łóżka mógł więc spokojnie oglądać film i słuchać jej jednocześnie; zmysł wzroku ograniczając do obrazu fabuły, a słuch do jej słów.
 — Brakowało mi ciebie.
 Na monitorze jedna z głównych bohaterek starała się wyrwać z ciasnego uchwytu nożyc ogrodniczych, które coraz bardziej oddzielały jedną część jej ciała od drugiej. Wrzeszczała przy tym w niebogłosy; a jednak Kyouryuu tego nie zarejestrował.
 — Na to przyjdzie jeszcze czas. Przecież wrócę.
 Czy spodziewał się również tego, że ukradnie odstawione „na moment” lody? Zdecydowanie tak. Tym jednak razem pokusił się o to, żeby oderwać spojrzenie od drastycznej sceny i spojrzeć na rudowłosą z miną rozdrażnienia. Z miną pod tytułem: „jak mogłaś?”. Między Bogiem a prawdą, że nie chodziło mu jednak o kradzież lodów.
 — Przypomnę ci, że nie jesteś jeszcze pełnoletnia. Alkohol powinien być ostatnią rzeczą, która przyjdzie ci na myśl.
 — Zresztą...
 Miał już właśnie wrócić do oglądania filmu — kodowania w umyśle przynajmniej obrazów scen — kiedy padły kolejne głoski; kiedy padły zdania, które wydawały mu się abstrakcyjne i bezsensowne, bo jeśli którekolwiek z ich dwójki myślało racjonalnie, to właśnie on. Pewnie, zdarzało mu się tracić nad sobą panowanie — ale to jemu pierwszemu? Bywały tematy zbyt prowokujące, by je wyminąć bez słowa. Ale alkohol? Czy kiedykolwiek popełnił błąd po paru głębszych?
 — Oboje wiemy, że gdybym zrobił coś głupiego, dowiedziałbym się o tym jako pierwszy. Portale internetowe pękałyby od moich zdjęć i komentarzy całej szkoły. Przecież pamiątkowałaś wszystkie problematyczne sceny, nie? — Ten kwas na języku... to pewnie efekt przypomnienia sobie jednej ze szkolnych akcji, w której Ylva grała rolę zatwardziałego paparazzi. Ręka chłopaka opadła na policzek, a potem paznokcie przesunęły się lekko po jego szczęce; aż po szyję. — Jestem aż ciekaw, co za zawód sobie upatrzyłaś, z tym swoim zabawowym charakterem.



Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 1003
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Ylva on Sro Wrz 06, 2017 11:05 pm
To nie miało najmniejszego znaczenia.
Mogło być wieki temu, ale pamiętała o tym. Pamiętała prawie o wszystkich ich wspólnych przygodach. Zarówno tych miłych, wesołych, jak i negatywnych. Ale pamiętała. Dlatego też to nie miało najmniejszego znaczenia ile czasu minęło. Zresztą, lubiła właściwie zdecydowanie większość wspomnień z chłopakiem. Przynosiły ze sobą uczucie ciepła rozlewającego się w jej klatce piersiowej. Za nic na świecie nie chciała tego stracić.
Zjadła ostatnią porcję skradzionych lodów, po czym odstawiła gdzieś z boku na podłodze puste opakowanie, przecierając palcami kąciki ust, zgarniając ostatki czekoladowo miętowej słodyczy.
I tak czuję wewnętrzne gorąco
- Wiem, że wrócisz. – mruknęła wpatrując się w szklany ekran telewizora, chociaż już dawno temu zgubiła wątek, uciekają myślami w zupełnie inną stronę.
- Nie zmienia to faktu, że brakowało mi ciebie. Twojego śmiechu, docinek, obecności.- uśmiechnęła się lekko, podkurczając palce u stóp, po czym westchnęła ciężko, gdy temat zboczył na tory tego, co chciała robić w przyszłości. Do pewnego momentu był to dość problematyczny dla niej temat, z racji niezdecydowania.
- Kiedy ostatnio rozmawiałam z Mikim, nadal nie wiedziałam. Miki stwierdził, że jeszcze mam czas, ale z drugiej strony za parę miesięcy kończę szkołę, więc wypadałoby już ustalić jakiś plan na przyszłość. Ale nadal nic nie przychodziło mi do głowy, chociaż miałam parę pomysłów. Rozważałam pracę w przedszkolu. Potem w kwiaciarni, z Mikim. Później myślałam o pracy w szpitalu, ale jako pielęgniarka. Mimo to nie czułam, żeby to było to. Ale… – wyprostowała się i odwróciła, wpatrując w niego błyszczącymi z poekscytowania oczami.
- Ale już chyba wiem, Ruuchan. Skoro ty będziesz walczył za nasze bezpieczeństwo, to ja zadbam o to, byś bez względu na wszystko miał miejsce, do którego będziesz mógł wrócić. A ja zawsze będę tam na ciebie czekała, hehe. – zaśmiała się drapiąc palcem po policzku, zdając sobie sprawę, jak jej słowa mogły zabrzmieć.
- No, w każdym razie pamiętasz sklep Maurycego, dwie przecznice od nas? Od dwóch lat nie ma już tam sklepu. Myślę, że będzie idealne miejsce na kawiarnię. – znowu się zaśmiała, spoglądając uważnie na przyjaciela, oczekując jego reakcji, a przede wszystkim chcąc usłyszeć jego zdanie. Bo ze wszystkich osób, którymi się otaczała, to właśnie najbardziej słowa Ruuki chciała poznać.
Ale jej uśmiech, którym promieniała momentalnie został starty z ust. Oderwała swoje spojrzenie od niego, marszcząc przy tym delikatnie brwi.
Skąd ta irytacja?
- Nie jestem aż taką plotkarą, wiesz? – oburzyła się i wzruszyła delikatnie ramionami.
- Nie o wszystkim chcę gadać. Zwłaszcza, kiedy zrobiłeś coś głupiego I jednocześnie dotyczy też I mnie. – spojrzała kątem oka na jego profil, przesuwając spojrzeniem po jego nosie, policzkach, a wargach kończąc. Wargach, które….
- Robisz bardzo głupie rzeczy, kiedy jesteś pijany, panie Ruuka. Także proszę mi tutaj nie zarzucać takich rzeczy, że to ja mogę coś zrobić, pff.
Bardzo, BARDZO głupie rzeczy

_________________





Ylva
-----------
Studentka weterynarii

avatar

Liczba postów : 389
GODNOŚĆ : Ylva Isabelle Harakawa

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Kyōryū on Pon Wrz 11, 2017 9:18 pm
 Nie skrzywił się, choć irracjonalna igła zazdrości dostatecznie głęboko wbiła się między jego żebra, by nie mógł tego zwyczajnie zignorować, ale dawno temu dostrzegł już tę zależność — gdy Ylva wspominała o jakimkolwiek innym znajomym, wewnątrz odzywał się lęk przemieszany z rozdrażnieniem. Nie tyle nie chciał, co nie potrafił wyeliminować przeświadczenia, że zbyt łatwo nawiązywała kontakty z innymi; nawet jeżeli zazwyczaj były to znajomości luźniejsze i niegroźne. Naturalny talent pozwoliłby jej jednak w niedługim czasie ewoluować większość relacji w bardziej zażyła — i co do tego nie miał żadnych wątpliwości.
 A on?
 Minął kolejny miesiąc w szkole wojskowej i jedyną osobą, do której otwierał gębę, było jego odbicie w lustrze, gdy się golił. Różnili się. Co do tego nigdy nie miał wątpliwości i chociażby dlatego tak łatwo było mu przyswoić informację o planach Harakawy.
 — Może to połączysz? — Trybiki w głowie pracowały pełną parą, nawet jeżeli ton nie wykazywał szczególnego zainteresowania — lata spędzone ramię przy ramieniu przyzwyczaiły, a przynajmniej powinny przyzwyczaić, Ylvę do tego, że zabarwienie głosu Ruuki rzadko pokrywało się z jego faktycznymi odczuciami. A teraz, gdy za każdy przejaw nadwyżki emocji dostawał w twarz od sierżanta-wuefisty, Kyouryuu stał się jeszcze bardziej zamknięty. Mimo tego oczy mu błyszczały. — Lubisz dzieciaki i masz do nich dryg. Może wprowadzić do kawiarni jakieś kursy? Pieczenie ciast, dekorowanie babeczek?
 To zawsze brzmiało lepiej niż „pracowanie z Mikim, Ruuchan”. Byłoby to też przede wszystkim łatwiejsze niż praca pielęgniarki — Ylva nie miałaby tak częstego i tak intensywnego kontaktu z chorymi i rannymi. Być może z nim samym, gdy wróg okaże się silniejszy, zwinniejszy i o lepszym refleksie.
 Zaraz.
 Ciemnowłosy niemal drgnął.
 Nie była aż taką plotkarą?
 — A pamiętasz, jak mieliśmy po 10 i 11 lat i wjechałem na rowerze do rzeki? Przypomnij sobie, kto rechotał najgłośniej i kto tym  rechotem ściągnął nad rzekę pół Miasta-3. Albo ten motyw, jak miałaś mi pomóc z Linoe i byłem już o krok od wyznania jej tego, co czuję, ale w ostatniej sekundzie zahaczyłem stopą o kamień albo coś innego i wywaliłem się prosto na nią? Miała siedem szwów i nienawidzi mnie do teraz. Założę się też, że zdjęcie tego upadku dalej jest w twojej komórce. — Nagle się uśmiechnął. — Chociaż potem wzięłaś mnie na lody. Po Lin byłem załamany, ale tobie jakoś udało się to zmienić.
 Nie pierwszy raz, co?
Ta. Musiał przyznać, że miała swój urok, chociaż czasami zachowywała się jak lekki przygłup z ADHD i właśnie w takich etapach nie umiał nad nią zapanować. Żywego huraganu nie dało się okiełznać tak łatwo. Skąd więc dzisiaj w niej tyle spokoju?
 — Robisz bardzo głupie rzeczy, jak jesteś pijany, panie Ruuka.
 — O, czyżby? Droga pani Harakawo — nabrał poważnego tonu dżentelmena. Oparł wtedy dłoń na podłodze i przechylił się do dziewczyny, aż nie znalazł się wystarczająco blisko, by zostało to uznane za co najmniej niestosowne. Pierwszy raz odwrócił też wzrok od ekranu i, obróciwszy głowę, spojrzał prosto na rudowłosą.
 — Zapewniam, że pamiętam wszystko, co robiłem kiedykolwiek pod wpływem alkoholu. Skąd więc te podchody? Może chce mi pani przypomnieć któryś z incydentów? Z ręką na sercu, że niczego się nie wyprę. Wstyd mi już niegroźny. — Moment pauzy. — Robili nam badania. — Przemówił normalnym głosem. — I mamy grupowe prysznice. Na tym świecie nie ma już nic, co mnie zażenuje.



Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 1003
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Ylva on Czw Wrz 21, 2017 10:44 pm
Odwróciła głowę w stronę telewizora, chociaż tak naprawę nie spoglądała tam. Parsknęła cicho pod nosem, po czym roześmiała się cicho, odczuwając nagły przypływ ulgi. Od kiedy tylko pamiętała, chłopak zawsze potrafił spojrzeć ze stoickim spokojem na wiele spraw. Kiedy ona panikowała i gorączkowała się, latając po pokoju i gwałtownie wymachując na wszystkie strony rękoma, on siedział i spokojnym głosem potrafił przywołać ją do porządku, przedstawiając wiele możliwości i dróg wyjścia z danej sytuacji. Był momentami jak woda przy jej ognistym temperamencie. Dlatego też lubiła go słuchać. I chociaż z pozoru zdawała się w ogóle nie brać pod uwagę jego rad, tak naprawę trzymała je głęboko w sobie i liczyła się z jego zdaniem.
I w tym momencie powrócił jej Ruuka.
- Połączyć… – powtórzyła przechylając głowę nieco na bok, po czym gwałtownie spojrzała na niego z oczami tak błyszczącymi, jakby ktoś zapalił dwa świąteczne światełka.
- A! Tak! Połączyć! Mogłabym urządzać kursy robienia różnych smakołyków! I mogłabym otworzyć taką świetlicę! Wiesz, czasami rodzice nie mają gdzie zostawić dzieci, muszą załatwić jakieś sprawy, a w godzinach popołudniowych przedszkola są już pozamykane, więc mogliby tam zostawiać dzieciaki! Mogłabym nauczać je też innych rzeczy. O, a na tyłach zrobiłabym mały ogródek z roślinami, co prawda potrzebowałabym do tego zgody władzy, ale myślę, że nie byłoby z tym problemu! – złapała się za policzki cała rozentuzjazmowana i podniecona perspektywą kawiarenki-świetlicy, gdzie naprawdę mogłaby się sprawdzić. No i wreszcie miała perspektywę na przyszłość, na którą najzwyczajniej w świecie się cieszyła. Nie musiała iść do nudnej i szarej pracy w jakimś biurowcu. Nie musiała chodzić w dopasowanej, ołówkowej spódniczce i śnieżnobiałej, dobrze uprasowanej koszuli, która gniotłaby ją w wielu miejscach. Taka przyszłość o wiele bardziej jej odpowiadała. No i Ruuka odwiedzałby ją. Stworzyłaby miejsce, do którego zawsze mógłby wrócić.
- Ruuchan! – rzuciła się na niego, obejmując I wtulając swój policzek do jego - Jesteś genialny! Dziękuję! – po chwili go puściła, zupełnie zapominając na chwilę o swoim niedawnym postanowieniu, by trzymać się na dystans. Była zbyt radosna. I nie chciała, by ta chwila pękła jak mydlana bańka.
I nawet wypominanie chłopaka nie zniszczyło jej dobrego nastroju. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej go pogłębił.
- Oj no, weź. – mruknęła, drapiąc się po lewym policzku.
- Nie powiesz mi, że to nie było zabawne! I dobrze wiesz, że nie mogłam skasować tamtego zdjęcia. Nigdy więcej nie widziałam u ciebie takiej miny, jak wtedy. Ale nikomu go nie pokazałam, prawda? Prawda! – dodała to takim tonem, jakby za ten wyczyn należał jej się co najmniej złoty order.
A potem chłopak zaczął ponownie drążyć temat tamtej nocy, a Ylv wiedziała, że coraz ciężej będzie jej zachować to wszystko dla siebie. Zwłaszcza, kiedy, tak ładnie pachniał, znalazł się tak blisko, z tym błyskiem w oku, z tym uśmiechem.
- Badania? Badali cię… – zniżyła wzrok w okolice jego bioder, a w powietrzu zawisło nieme „tam”. Zakryła sobie usta w szoku, ale jej brwi ściągnęły się w charakterystycznym dla niej żartobliwym „tonie”.
- Opowiedz mi o tym kiedyś
Ale to było na tyle unikania odpowiedzi. Czuła podskórnie, że chłopak nigdy nie odpuści. I będzie wracał do tego, i wracał, i wracał. Dlatego też spoważniała i odetchnęła cicho, rozluźniając mięśnie.
- Pamiętasz jak dwa lata temu, w wigilię wpadłeś do mnie? Siedzieliśmy u mnie i oglądaliśmy maraton świątecznych horrorów. Piliśmy wtedy. – zaczęła spokojnie, zadziwiająco doskonale pamiętając każdy szczegół z tamtej nocy Najdrobniejszy. Choć przecież i ona była wtedy pod wpływem alkoholu.
- Bardzo się spiłeś, Ruu, ale kontaktowałeś. Żartowałeś, jak zawsze. A w pewnym momencie przysunąłeś się i… – zacisnęła usta w wąską linię, odwracając głowę w bok. A potem dokończyła, choć jej usta ledwo poruszyły się. Miała wrażenie, że wreszcie jakiś niewidzialny ciężar spadł z jej ramion. Tylko po to, by przyjąć następny.



Ylva
-----------
Studentka weterynarii

avatar

Liczba postów : 389
GODNOŚĆ : Ylva Isabelle Harakawa

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Kyōryū on Pon Paź 02, 2017 8:06 pm
 Nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji z jej strony, chociaż była ona do niej podobna. Cóż, którąkolwiek perspektywę wziąć pod uwagę, to Ylva stanowiła w ich duecie pierwiastek energii — była adrenaliną w organizmie, podczas gdy Ruuka najtrafniej sprawdzał się w roli... czego? Stabilnej góry lodowej? Czymkolwiek by jednak nie był, gdy tylko rudowłosa rzuciła mu się na szyję, parsknął cicho w jej ramię i lekko klepnął dłonią w talii, jakby przekazywał tym gestem pokrzepienie dla zbyt aktywnego dziecka — no już, spokojnie.
 Zdawał sobie jednak sprawę, że czegokolwiek nie zrobi, nie zatrzyma huraganu, jakim była. Kiedy się odsunęła i zaczęła wspominać o badaniach, mimowolnie powiódł spojrzeniem tam, gdzie sama spojrzała, jednocześnie przy tym przytakując; bo czy to nie oczywiste? Poza tym w wojsku nie ma czasu na wstyd, dlatego jakiekolwiek badania w jakichkolwiek okolicznościach nie mogły przyprawić go o zażenowanie. Gdyby potknął się już na starcie, nie byłby w stanie dobiec do mety na polu walki.
Chociaż cięższą batalię musisz stoczyć teraz.
 Usłyszał te słowa głosem swojej matki i jak raz zaklął cicho, bo jej uwaga była słuszna. Temat, który z początku wydawał mu się aż śmiesznie niepotrzebny, przeskoczył na dziwne tory...
 „A w pewnym momencie przysunąłeś się i...”.
 Patrzył, jak jej usta zaciskają się, gdy jego własne lekko się rozchyliły; zaskoczony zamarł z opadniętą szczęką, choć jego oczy były nad wyraz poważne, jakby do ostatniej sekundy nie zgadzały się ze słowami Ylvy i nie chciały pokazać po sobie zdziwienia — bo czego tu się dziwić, skoro żartowała? A jednak kolejne sekundy mijały, a jej mina nie ulegała zmianom; nie dostrzegł drgnięcia ust tuż przed wybuchem prześmiewczego śmiechu, nie dostrzegł w jej oczach chytrości z cyklu: „no dalej, Ruu, nabierz się”, nie dostrzegł dosłownie niczego.
 W pewnym momencie po prostu się przysunął i...
 — I co? — mruknął nagle, krzywiąc się lekko pod nosem. Kyouryuu nie tyle nie rozumiał, co najwidoczniej nie chciał zrozumieć wagi problemu i, co tu kryć, im dalej przeciągała się cisza między nimi, tym bardziej wyglądał na zaskoczonego; ale nie tym, że to stało się na wigilii. Nie tym, że przekroczył linię, jakiej wtedy nie mógł przekraczać. Nawet nie tym, że Ylva tak długo trzymała to w sobie. Był szczerze zdumiony, że jej to przeszkadzało. — Źle ci, bo dwa lata temu się do ciebie przystawiałem?
 Wsunął palce na kark i jakby na to nie patrzeć, stał się nagle rozluźniony, bo aż do tej chwili był pewien, że całość przybierze o wiele gorszy obrót — tymczasem okazało się, że problemem było takie głupstwo. Faktycznie niezbyt to pamiętał, przecząc swoim poprzednim słowom, ale nawet jeśli — był skory się do tego przyznać i, co więcej, zrobiłby to bez zająknięcia, gdyby Ylva okazała się na tyle zdesperowana, aby przyprzeć go do muru i podetknąć mu pod usta dyktafon. No bo co to za sztuka? Przecież...
 — I tak ci się podobam, nie? — Słowa okazały się nadzwyczaj lekkoduszne, jakby opowiadał o pogodzie albo nowo wydanej grze, która zaintrygowała innowacyjnym sterowaniem.
 Ruuka z zasady nie żałował swoich decyzji, ale tym razem coś nakazało mu się uspokoić, bo choć przywykł do ich niezbyt poważnych rozmów, tak obecnie poczuł się co najmniej nietaktowny. Nieco tępy uśmieszek zniknął z jego ust; zastąpił go bardziej przymilny, ale sensowniejszy grymas; unosił jeden kącik i spoglądał na nią błyszczącymi oczami, oczekując reakcji, na którą sam mógłby odpowiedzieć.
 — Mój błąd. To musiało być trudne, co? Na krótką chwilę zaczęło się układać tak, jak chciałaś, żeby było — wszystko po to, bym nagle wytrzeźwiał i powrócił do rzeczywistości. Rozumiem, dupek ze mnie. Na szczęście nie mam zamiaru powielać tamtej sytuacji i jeżeli nadal czujesz się wykorzystana to zrób to, co kobiety robią w takich chwilach najlepiej. — Uniósł nieco podbródek, przechylając głowę o milimetr w prawo, by odsłonić policzek. Uśmiech nie błąkał się już na jego wargach, jednak w tęczówkach pojawiały się co rusz błyski prowokujących kurwików. — Po prostu to, co sprawi, że będziemy kwita.
 Chciał przede wszystkim, aby wszystko między nimi było jasne — i bezbolesne. Jeżeli tamta sytuacja, która, o cholera, zdarzyła się dobre dwa lata temu i dla Ruuki dawno przestała mieć tak wielkie znaczenie, dla Harakawy wciąż stanowiła coś na wzór kości stojącej w gardle... to dlaczego nie rozwiązać tego teraz? Wydawało się to o wiele lepszą perspektywą, niż blokada w krtani przez następne dziesięć lat, a między Niebem a Ziemią, że to najniższy próg w statystykach dotyczących długości ich relacji.



Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 1003
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Ylva on Pon Paź 02, 2017 10:52 pm
To nie tak!
Chłopak był w błędzie. Co prawda zareagował inaczej, niż początkowo mogła zakładać, ale jego słowa na chwilę wprawiły ją w niemą konsternację. Uniosła rękę i nerwowo ogarnęła parę rudych kosmyków za ucho, spoglądając z uwagą na Ruukę. Musiała mu jakoś to wyjaśnić, żeby nie było żadnych niedomówień pomiędzy nimi. To najgorsze, do czego mogłaby dopuścić.
- Posłuchaj, to nie tak. – pokręciła delikatnie głową I już otwierała usta, by kontynuować, kiedy….
”I tak ci się podobam, nie?”
Kiedy….
”… ci się podobam, nie?”
K I E D Y
”…. Podobam, nie?”
- A! – wywaliła wskazujący palec w jego kierunku, czując, jak momentalnie robi się czerwona aż po same koniuszki uszów.
- To nie fair! Proszę zaprzestać wykorzystywania tego na moją szkodę, panie Ruuka! Tak nie wypada! To normalnie chwyt poniżej pasa! – jęknęła rozgorączkowana. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Miała tylko głęboką nadzieję, że to było jednorazowe nawiązanie do jej uczuć. W innym wypadku będzie musiała ukręcić mu łeb przy samej dupie. Jeszcze ktoś nieproszony mógłby to dosłyszeć, przykładowo chociażby jej własna matka. Oczami wyobraźni widziała, jak ta już rezerwowała salę na weselę, zaciągała córkę do sklepu po suknię ślubną i planowała jej dni płodne, bo przecież skoro jest mąż, to i dzieci muszą być. Ylva złapała się za głowę i jęknęła, próbując wyrzucić to wszystko z umysły. Przecież to byłaby istna tragedia. Armagedon. Musiałaby wyjechać do innego miasta, by skryć się przed chorymi zapędami jej matki. A zapewne nie tylko jej, bo mam Ruuki pewnie bardzo chętnie pomagałaby swoje koleżance z sąsiedztwa. Dlatego też Ruuka kategorycznie nie mógł nigdy więcej wspominać o tym.
- Nie chodzi o to, Ruuka. – mruknęła już nieco podirytowana kiedy wyczuła kpinę w jego głosie. Daj mi powiedzieć, a nie, ciągle mi przerywasz.
- Tak, bardzo trudne. Wiesz, bo każda dziewczyna po prostu marzy o tym, by facet, na którym im zależy zaczął się dobierać po pijaku, kiedy ledwo kontaktuje i trzyma się na nogach, zamierza podlać roślinę swoim moczem , ślini się i do tego potem zasypia i chrapie tak głośno, że cały dom się trzęsie. No normalnie istne marzenie. – prychnęła pod nosem, krzyżując ręce na klatce piersiowej i spoglądając na niego spod byka. Naprawdę tak to widział? Naprawdę sądził, że jest zła o to, że przestał albo że nie wyszło? Za kogo on ją miał.
Na pewno tak jest, Ylv?
Tak. Tak?
- Zapomniałeś. Zła jestem o to, że zapomniałeś. I że byłeś pijany. – to, że Ruu był pierwszy, dziewczyna już przemilczała. Tego nie zrozumie. Nie przeszkadzało jej w żadnym stopniu, że to był ON. Tylko…
- Dobra! Nieważne, haha. Było, minęło, co nie? – wyszczerzyła się do niego, chcąc przeskoczyć na zupełnie inny temat, jak to miała w zwyczaju. Chociaż w większości rozumieli się bez słów, to jednak bywały tematy i rzeczy, gdzie mieli zupełnie odmienne spojrzenie. Ale przynajmniej nigdy razem się nie nudzili.
”Po prostu to, co sprawi, że będziemy kwita”
- Jesteś pewien? Nie zamierzam się powstrzymywać, Ruuchan. – powiedziała z zadziwiającą powagą, jak na nią. Co prawda zamierzała już na stałe porzucić ten temat, ale skoro chłopak tak uparcie go wiercił, i sprawę przedstawiał w ten, a nie inny sposób…
Wyciągnęła dłoń w jego stronę i położyła ją lekko na wystawionym policzku chłopaka, sama przysuwając się do niego bliżej. Na tyle blisko, że ich oddechy przez krótką chwilę stały się jednością, a odległość od ich warg dzieliły ledwo zauważalne milimetry. Serce biło jej jak oszalałe. Miała wrażenie, że chłopak z takiej odległości na pewno je usłyszy.
Co sprawi, że będziemy kwita, co?
- Ruuchan… – a potem zabrała dłoń z jego policzka I pstryknęła go w czoło, prostując się i śmiejąc.
- Głuptas, ahahahaha. Jesteśmy już kwita. Wystarczy, że już wiesz. To jest wystarczające. Tak. – pokiwała głową. Dla dziewcząt takie z pozoru błahostki jak pierwszy pocałunek miały ogromną wagę. Ruu może tego nie zrozumieć, ale dla niej, wszystko było już dobrze. No, prawie.
Odwróciła się bokiem i zsunęła niżej, opadając na jego klatkę piersiową, gdzie czuła jego bijące ciepło. Przyjemne, ego.
- Zostań na noc. – wiedziała, że miała się do niego nie zbliżać, ale chociaż ten jeden, ostatni raz. Potem znowu zniknie. Znowu rozpłynie się na długie tygodnie, pozostawiając po sobie chłód samotności. Dlatego też chciała tak posiedzieć, blisko niego. Ten ostatni raz. Tak było dobrze.
- Hehehe. – zachichotała.

_________________





Ylva
-----------
Studentka weterynarii

avatar

Liczba postów : 389
GODNOŚĆ : Ylva Isabelle Harakawa

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Kyōryū on Czw Paź 05, 2017 7:56 pm
 Uśmiechał się do niej cały czas, a kiedy spanikowała, kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej, choć Ruuka miał wrażenie, że nie było to możliwe. Czy go to bawiło? Cóż, odrobinę. Może dlatego, że nigdy nie widział jej w takim stanie. Do diabła, zażenowana Ylva? Gdzie jego komórka i aplikacja z aparatem? Im jednak dalej brnęła w tę gierkę, tym kąciki zsuwały się na dawne, neutralne miejsce, aż wreszcie po pozytywnej aurze nie został ślad.
 Oddech miał równy i spokojny, kiedy się do niego zbliżyła; słyszał ciche uderzenia i przez plątaninę myśli przemknęło ulotne pytanie, czy to jego własne serce, czy jednak rytm Ylvy dobiegający z wielkiej oddali. Miało to jakiekolwiek znaczenie? Źrenice zwęziły się, a wzrok dziwnie wyostrzył. Siedział do niej bokiem, ale twarz i ramiona miał zwrócone do niej przodem; jedną ręką opierał się zresztą o podłogę, aby zachować względną równowagę. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak bardzo ułatwił jej tym zadanie.
 To lekkie muśnięcie jej dłoni na policzku...
 A potem chłód.
 Dość tego.
 Nim zdążyła się odsunąć, złapał ją za szczękę, palce zakleszczając na jej policzkach tak, by unieruchomić żuchwę w miejscu i nie pozwolić jej na odchylenie głowy. Przytrzymał ją blisko siebie; tak blisko, jak sama była w stanie się przysunąć, a potem na domiar złego pochylił się odrobinę. Teraz faktycznie dzieliło ich mniej niż milimetr i gdyby ktoś postanowił wsunąć cienki papier między ich wargi, prawdopodobnie miałby z tym problem. Ale to jeszcze nie było to. Mogła poczuć jego oddech na ustach i zobaczyć każdą jaśniejszą plamkę w ciemnych tęczówkach, jednak nie można było tego nazwać pocałunkiem — mimo wszystko jej nie dotknął. Był tylko blisko. Cholernie blisko, ale nie wystarczająco blisko.
 Oczy wpatrywały się w nią spod przymrużonych powiek; analizowały i doszukiwały się nowych impulsów wysyłanych z zewnątrz. Uderzy go? Zacznie się szarpać? Podda się sytuacji? Miał wrażenie, że w takich chwilach ciało Ylvy przestawało funkcjonować wedle jej rozkazów — najchętniej odepchnęłaby go od siebie i zwyzywała albo przewróciła oczami i wybuchnęła śmiechem, jednak coś podskórnie zawsze zmuszało ją do zatrzymania się i sprawdzenia granicy — co będzie dalej? Do czego jesteś w stanie się posunąć, Ruu? Właśnie takich pytań doszukiwał się w jej spojrzeniu, chociaż osobiście nie był pewien odpowiedzi.
 Rozluźnił odrobinę uchwyt palców, ale nie wypuścił jej — bo może tym razem się nie zatrzyma. Może postanowi nagle skorzystać z okoliczności i wyrwie się z pułapki? Kyouryuu ściągnął mocniej brwi, aż między nimi pojawiła się głęboka zmarszczka.
 — Słuchasz mnie? — Z jakichś przyczyn to pytanie wydawało mu się szalenie istotne. Harakawa miewała momenty, w których niespodziewanie reagowała... nie tak, jak powinna. I to głównie dlatego, że żyła w „swoim świecie”. W świecie, w którym musisz wybuchać chichotem, gdy wewnątrz organy ściskają się jak wyżymana ściera. — Dobrze. Bardzo dobrze. Słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. — Z każdym kolejnym słowem jego usta delikatnie, prawie niewyczuwalnie muskały wargi Harakawy; lekko ocierały się, kiedy powoli wypowiadał zdania; — Właśnie przez takie idiotyzmy nigdy nikogo nie znajdziesz, Ylv, bo nikt nie bierze cię na serio. Żaden błyszczyk i nowe perfumy nie załagodzą tych sytuacji. Sytuacji, kiedy niespodziewanie hukniesz konkubenta w twarz, bo przerazisz się własnych emocji i postanowisz wszystko obrócić w kawał, a przecież oboje wiemy, jak działa twój mechanizm obronny.
 Wyswobodził ją wreszcie, nie odsuwając się jednak, jakby obecna pozycja nie sprawiała mu żadnego dyskomfortu, choć przygarbione plecy i nieco pochylona do przodu głowa faktycznie nie należały do najdogodniejszych ustawień ciała. Nie pozwolił sobie również na to, aby odwrócić od niej spojrzenie.
 — Nie chcę cię pouczać, ani tym bardziej zmuszać do zmiany. Staraj się być tylko szczersza. Znam cię od kiedy pamiętam, a jednak niczego nie zauważyłem. Inni tym bardziej nie dostrzegą. Nie możesz przecież całego życie spędzić...sama. Przesunął językiem po dolnej wardze, nagle zdając sobie sprawę, że zaschło mu w gardle. Parsknął bezradny pod nosem i wyprostował się, wsuwając palce w krótkie włosy. Nie musiał ich odgarniać do tyłu. Ręka mimowolnie ześlizgnęła się aż na kark. — ... na takim zakłamaniu. Koniec końców nikogo to nie bawi. Tobie chyba najbardziej nie do śmiechu.



Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 1003
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Ylva on Sro Paź 11, 2017 11:39 pm
W pierwszych sekundach wystraszyła się bliskości Ruuki. Chłopak był tak blisko, tuż obok, a jednocześnie czuła, że był nieosiągalny. Poza jej zasięgiem i dłońmi. Po chwili zacisnęła mocniej powieki, kiedy pozbawione światła spojrzenie przeszywało ją na wylot i odkrywało wszystkie sekrety jej duszy.
Położyła dłonie na jego klatce piersiowej i lekko naparła na niego, w ostateczności nie drgnęła nawet o parę milimetrów, jakby jego bliskość wyssała z niej całą siłę. Przecież o to ci chodziło. Chciałaś go mieć blisko siebie, Ylv.
Nie, nie w ten sposób. Nie należał do niej. I nigdy nie będzie.
Gdzieś w okolicach żołądka poczuła nieprzyjemny uścisk. A słowa wypowiadane przez niego, tylko bardziej pogarszały sprawę. Czuła się, jakby dolewał kwasu i jadu do jej krwi, wyżera od środka, przeistacza się w jakąś pieprzoną bestię, która zaraz ją pożre, tylko po to, by po chwili zwymiotować ją. A najgorsze w tym wszystkim było to, że Ruuchan mówił prawdę. Ale o takiej prawdy Ylva nie mogła się dostosować. Nie mogła. Bała się, że wtedy wszystko straci. J E G O straci.
Uchyliła wreszcie powieki, ale twarz chłopaka widziała jak przez mgłę. Dolna warga zaczęła niebezpiecznie drżeć, a po policzkach wreszcie zaczęły szybko spływać okrągłe łzy, które spotykały się przy jej brodzie, by połączone skończyć swoje życie wsiąknięte w materiał spodenek. Próbowała coś powiedzieć, ale jej usta nie potrafiły nic z siebie wydać, w obawie, że zamiast słów, Ruu spotkałby się jedynie z żałosnym jękiem. Wreszcie odsunęła się od niego parę centymetrów i odwróciła tyłem. Nie mogła pozwolić, by chłopak widział ją w takim stanie, zapłakaną, nawet jak próbowała ukryć łzy za dłońmi. Prawie nigdy przy nim nie płakała. Zdarzyło jej się może raz czy dwa za dziecka, a potem jak zginął jej ojciec. Potem nauczyła się ukrywać swoje uczucia za uśmiechem. Tak było łatwiej. Nikt nie pytał. Nikt się nie martwił. Myślała, że i w ten sposób Ruu nie będzie się martwił, choć przecież potrafił już przejrzeć ją na wylot, zajrzeć pod maskę uśmiechu. Ale i tak nie umiała płakać przed kimkolwiek, nawet przed nim. A może zwłaszcza przed nim.
- Ja… chciałam być tylko przy tobie, Ruu. – wreszcie się odezwała, chociaż jej głos był nieco zniekształcony przez łykane łzy wielkości groszku.
- Nie mogłeś niczego zauważyć, bo nie chciałam ci na to pozwolić. Zostawiłbyś mnie wtedy…. Ja od początku wiedziałam, że to nie ma sensu. Że ty… że ty nigdy… Ale nie przeszkadzało mi to. Bo przy tobie byłam szczęśliwa, bo przy tobie mogę być sobą. Wiedziałam jednak, że gdy się dowiesz, to odejdziesz, bo nie będziesz chciał mnie ranić. Nigdy nie będziesz mój, ale nie przeszkadzało mi to. Wystarczyło, że możemy spędzać razem czas i że jesteś obok. To mi wystarczyło… ale prawda jest taka, że nie jestem szczera nawet sama ze sobą. Bo każdy twój dotyk i bliskość mnie rani. Każdy twój oddech, ruch, spojrzenie. Bo w twoich oczach jestem tylko kumplem, siostrą. Ale wiesz… mimo wszystko nie chcę cię stracić. I jeżeli cena naszej dalsze przyjaźni to moje życie w kłamstwie, to jestem gotowa za to zapłacić. Bo bez ciebie… – zamilkła nagle, zaciskając mocniej drżące usta. Czuła się… naga. I roznegliżowana ze wszystkich swoich uczuć przed nim. Do tego właśnie dążył?
- Przepraszam za to. Zaraz się uspokoję. – zaczęła intensywnie przecierać czerwone od płaczu oczu, choć łzy wciąż nie chciały lecieć.
W tym momencie pragnęła tylko jednego. Żeby to wszystko okazało się jedynie mało zabawnym snem. I żeby za moment się przebudzić.[/b]

_________________





Ylva
-----------
Studentka weterynarii

avatar

Liczba postów : 389
GODNOŚĆ : Ylva Isabelle Harakawa

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Kyōryū on Sob Paź 21, 2017 2:33 am
 To miało być proste — najpierw się zapoznają, potem zaprzyjaźniają, a później umierają. W scenariuszu nikt nie przewidywał żadnych dodatkowych wątków — Rūka mający siedem lat nie brał pod uwagę nawet umierania. Nic dziwnego, że przy takim natężeniu emocjonalnej ułomności dopiero teraz uświadamiał sobie wagę problemów. Odczuwał ich ciężar bardziej, paradoksalnie, im starszy i silniejszy się stawał.
 Bo Ylva w całym tym chaosie nie bała się miłości do niego — była na nią w pełni przygotowana, tolerowała ją i dbała o jej niepodważalność najlepiej jak potrafiła. Nie bała się nawet tego, że nie zostanie ona odwzajemniona. Była przerażona, bo mogła zostać sama. Bo w filmach i książkach relacje się nie kończą — a to przecież nie była ani książka, ani film. Sinusoida uczuć do drugiej osoby musi być identyczna; w przeciwnym razie wypierdalaj.
 Ale Rūka nie miał zamiaru jej zostawiać. Przez ostatnie lata była w nim zakochana — czy wtedy coś się zmieniło?
Nic, pomyślał stanowczo, nie biorąc pod uwagę gwoździ, które wbijały się w Harakawę za każdym razem, kiedy zasypiał w pociągu kładąc głowę na jej ramieniu, gdy trzymał ją za rękę w zimę, bo znów zapomniała rękawiczek albo gdy wcielał się w rolę jej chłopaka, aby odstraszyć natrętów. Długie i ostre śruby wwiercały się w jej duszę do bolesnego szaleństwa. A jednak...
Nic, powtórzył kładąc rękę na jej głowie. Palce, dawniej zaskakująco zadbane jak na chłopaka, długie i białe, teraz były pobrudzone od zadrapań i ran; paznokieć palca serdecznego złamał się w kontakcie z betonowym podłożem i teraz obwiązany był plastrem. Ale czy zmieniła się miękkość jej włosów? Przeczesując je delikatnie uznał, że nie — były takie, jakimi je zapamiętał.
 Zsunął rękę na jej policzek — kciuk znalazł się na odsłoniętym karku. Wtedy lekko naparł dłonią na bok jej szyi; włożył w to całą gromadzoną latami delikatność, na jaką było go teraz stać. Nakierował ją więc bez pośpiechu, ale stanowczo. Nie było tu żadnych gapiów, nie musiał więc tego robić. Irracjonalne, nie? Bo miał wrażenie, że powinien pozwolić jej się ukryć przed nim samym i to było głównym powodem, dla którego objął dziewczynę, przygarniając do siebie, jak to zwykle robią starsi bracia, gdy ich młodsze siostry zedrą skórę na kolanie i rozbeczą się na samym środku podwórka.
 To tylko lekkie oparcie jej czoła o własne ramię — a stanowiło takie psychiczne odgrodzenie, jakby dookoła Ylvy pojawił się mur nie do sforsowania. Czuł, jak dziewczyna się obraca — jak tam, gdzie pod kciukiem miał jej kark, teraz znajduje się przełyk. Pogładził ją lekko po skórze i uniósł wzrok ku sufitowi.
 Cóż, użył złych i zbyt mocnych słów — natrafił na jej czuły punkt i zamiast wziąć stamtąd buta, jeszcze silniej wbił obcas. W tym jednak momencie, mimo wyrzutów sumienia, przez które klął na siebie w myślach, jednocześnie był przekonany, że to najlepsze wyjście. Dzięki temu zrozumie na czym stoi. Harakawa poczuje ból tak silny, że nigdy go nie zapomni — może nawet nigdy go nie wybaczy. Ale jakie miał inne wyjście? Jak miał jej uświadomić, że nigdzie się nie wybiera?
 — Zostanę — wymruczał prosto w jej włosy, kiedy wreszcie opuścił głowę i oparł usta o rude pasma. Poluzował wtedy uchwyt; dłoń niespiesznie zsunęła się na plecy Ylvy, nim nie opadła z powrotem na zimną podłogę. Odsunął się ostrożnie, nakierowując na nią poważne spojrzenie; czarne i błyszczące jak granit.
 Zaraz potem wymownie przeniósł wzrok na jej łóżko.

następnego dnia

 Rankiem już go nie było — prawdę mówiąc, nie było go również u siebie. Z głową opartą o wnętrze dłoni wyglądał za okno pociągu, między nogami trzymając opasłą torbę pełną świeżych ubrań. W słuchawkach grała cisza.

ZT + Ylva



Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 1003
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Veles on Sro Lis 15, 2017 1:58 am
Ekscytacja w nim narastała nieustannie, kiedy myślał o tym, że faktycznie miał szansę stać się najprawdziwszym aniołem stróżem i to w nie byle jakim miejscu, a w samym Mieście! Wśród ludzi! Jego dusza przybrałaby postać szczeniaczka merdającego ogonem i prawie robiącego pod siebie ze szczęścia, gdy dowiedział się, że dostał tak niezwykłą szansę. Zamiast tego z gardła wyrwał mu się donośny, uradowany jak nigdy śmiech, zaś sam anioł chwycił swój cylinder i rzucił nim wysoko w górę.
 Do przygotowań zabrał się tak szybko, że prawie zapomniał poprosić o dane dziewczyny — adres, miejsce, w którym się uczy/pracuje, rozmaite fakty z życia, no i oczywiście imię i nazwisko. Przy japońskim nazwisku imię „Ylva” prezentowało się tak ciekawie, że jego oczekiwania co do spotkania się z nią ciągle rosły. Nie tyle z jej strony, co z jego własnej. Musiał, potrzebował i wymagał od siebie odpowiednich przygotowań.
 Zatrzymał się, niemal zawisł w bezruchu nad szufladą, przybierając minę taką, jakby poczuł, że czajnik postawiony na ogniu właśnie staje się jednością z płomieniami. Jak powinien właściwie powitać dziewczynę? Podejście do niej i powiedzenie „hej, jestem od dziś twoim aniołem stróżem” było absolutnie bez pomysłu, nieciekawe i zapewne nie zachęciłoby jej do jakichkolwiek kontaktów z nim. Nie mógłby przeżyć bycia określonym jako osoba nudna! Jego serce rozbiłoby się na nieskończenie wiele kawałków i tak sypałoby się, sypało i sypało i sypało…
 Do jego głowy wpadł genialny plan. Zdecydowanie mniej napastliwe będzie podchodzenie do niej powolutku, żeby nie spłoszyć jej. Może była delikatna niczym motyl! Wciąż pozostawało tyle do odkrycia, a to jedynie pobudzało jego serce do szybszego trzepotania z ekscytacji. Zacisnął palce na wyciąganych z szuflady skarpetkach i pisnął z radością, przyciskając o dziwo nie dziurawe ubranko do klatki piersiowej. Nie wiedział, czemu to zrobił (a i sam pewnie uznawał taki czyn za dziwny), ale jakoś nie potrafił się powstrzymać.
 Zapasowe dwie koszule, jakieś spodnie, kilka sztuk bielizny, w końcu prowiant w postaci wody, parę wypieków czy kanapek, nóż, no i stare, złote monety, z którymi kojarzył w znacznym stopniu z płatnościami u ludzi. Sam nie przywiązywał do nich wagi innej niż „jest ładne”. Zapasy na pierwsze wyjście wpakował do worka, natomiast ten przywiązał sobie wokół pasa, by nie utrudniał mu lotu przez tereny Desperacji. Od któregoś anioła, który miał większe doświadczenie w kwestii podróży, dostał ostrzeżenie przed posterunkiem służb M3, które nazywane były S.SPEC. Daleko było mu do pragnienia o nazwie „tnijcie mnie i  miziajcie po bebechach”, a jednak blisko do spotkania z nimi. Obmyślił bowiem plan tak sprytny, jak sam Orfeusz, gdy niemalże został pożarty przez cyklopa — jednak zamiast do owcy, uczepił się dołu któregoś środka transportu, przybierając uprzednio cienistą postać. Tym sposobem później przepełzł później z północnej części Trójki do zachodniej, w której królowały pola. Tam też postanowił w pewnej starej stodole pozostawić swój dobytek, kryjąc go pomiędzy sprzętami, które wyglądały mu na takie, których od dawna nikt nie dotykał.
 Veles przywykł do spania w praktycznie każdych warunkach, od najmiększych pierzyn po chłodne skały, zatem spanie na sianie nie stanowiło dla niego wyzwania. Nie tyczy się to z kolei reakcji ewentualnego właściciela tego budynku, który może zastać pewnego pięknego dnia niekoniecznie normalnie wyglądającego mężczyznę, który drzemie wśród suchych kłosów. Niewiele trzeba było, by anioł, zmęczony lotem i użyciem mocy, faktycznie zapadł w sen całkiem niedługo, wcześniej racząc się dwoma ciastkami z zapasów i kilkoma łykami wody.

***
Obudziwszy się dnia następnego zaledwie chwilkę po świcie, Vel ruszył do dalszej drogi. Krętymi i dziwacznymi ścieżkami dotarł w końcu pod dom dziewczyny, wyczekując jej pojawienia się na horyzoncie. Gdy wychodziła, zapewne do szkoły, bo był dzień powszedni, anioł ukłonił się głęboko, wykonując należyty gest kapeluszem.
 – Dzień dobry, moja miła! Uważaj na siebie! – Oznajmił pogodnie i z radością, gdy mijał ją na ulicy, jednak gdy ledwie zaszedł do jakiegoś zakrętu, stanął tam i zza murka przyglądał się, jak Ylva idzie w drugą stronę. Dopiero po jakimś czasie zaczął iść za nią, ucząc się drogi, jaką dziewczę przebywa na uczelnię.
 Jakie było jego pierwsze wrażenie? Była niewątpliwie zachwycony tym, że w ogóle ją zobaczył. Jeżeli zareagowała choćby uśmiechem, jego serce bliskie było wyskoczenia z jego piersi, a jego wielkim marzeniem z miejsca stało się słuchanie jej głosu, gdy zabarwiany jest radością.
 Chciał sprawiać, by się uśmiechała.

***
Tego dnia coś go uderzyło, a było to zaledwie parę dób po pierwszym zobaczeniu dziewczyny. W jego głowie, przez książki różnej maści, wykreował się obraz matek przygotowujących dzieciom drugie śniadanie. Nie widział, by młoda Harakawa miała pudełko na drugie śniadanie, by dziękowała mamie za zrobienie kanapek do szkoły albo… albo cokolwiek!
 Jego serce zasmuciło się na myśl, że dziewczyna może chcieć przegłodzić jakiś swój smutek. Nie mógł do tego dopuścić! Natomiast on sam szybszym krokiem ruszył za nią, zahaczając o sklep spożywczy, w którym cudem zdołał wymienić monetę na kanapkę i zdrowy soczek marchewkowy, pod kolor włosów. Czyj? Obojga!
 – Ylva-chan~! Ylva-chan! Zapomniałaś kanapki z domu!
 I pobiegł za nią do szkoły, by wręczyć jej świeżo kupione drugie śniadanie. Posłał jej przy tym szeroki i pełen wdzięczności (ale za co?) uśmiech, po czym jak gdyby nigdy nic oddalił się w swoją stronę. Przechodzący obok studenci mogli usłyszeć dziwaczny, nieokiełznany pisk, który wydobywał się z ust rudego anioła.
 Męczyło go tylko jedno pytanie — czym takim były „identyfikatory” i dlaczego sklepikarz chciał tego zamiast zwykłych pieniędzy?

***
Któregoś innego dnia, gdy zapytała go, dlaczego za nią chodzi, zamrugał i chwilę tkwił w milczeniu i prawie absolutnym bezruchu. Zrobił zdumioną minę, uniósłszy brwi ku górze i na moment nawet z ust zszedł mu szeroki uśmiech. Nawet oddechy ciężko było wychwycić, gdy jego klatka piersiowa delikatnie unosiła się i opadała. Był postawiony przed nie lada dylematem, nie chciał tak szybko zdradzać się ze swoimi planami, dlatego…
 – Wiesz – Zaczął, a kąciki ust uniosły się, nadając jego twarzy łagodniejszego i uprzejmiejszego wyrazu. – Jestem tu po to, żeby nie pozwolić, by cokolwiek ci się stało. – I chociaż właściwie była to ich pierwsza jako taka rozmowa, to Vel zachował cierpliwość w usposobieniu i spokój w głosie. Jedyne, co zrobił, to pogłaskanie jej po włosach, zanim odszedł w swoją stronę. Lada moment skrył się w cieniu poza zasięgiem jej wzroku, wciąż odmawiając sobie sposobności rozmowy ze swoją podopieczną.

***
Co dnia szedł też za dziewczyną, gdy wracała do domu. Musiał porównać godziny, w których wraca ona z tymi, w których przychodzi do domu jej matka z rodzeństwem. Jako istocie, która przywykła do patriarchalnego modelu rodziny, Velesowi zaświeciła się nad głową żarówka, jakby ktoś wcisnął włącznik opatrzony naklejką pytającą „a gdzie jest twój tata?”.
 I choć pozostawiony był z jednym pytaniem, jego pogląd na coś zupełnie innego stał się znacznie jaśniejszy — pracownicy sklepów uznawali jego monety za całkiem wartościowe, przez co mógł kupować różne drobiazgi sobie i swojej podopiecznej. Nie wiedział, że potem monety zostają sprzedawane za ceny odbiegające w pewnym stopniu od tego, za ile je oddał, ale gdyby się dowiedział, to by  się cieszył.
 To był wielki dzień dla wysokiego anioła i niskiego dziewczęcia, przynajmniej w mniemaniu Vela, który nie uważał, że robił coś dziwnego albo niepokojącego. Nie był świadom tego, że dziewczyna zdążyła się już poskarżyć swojemu przyjacielowi. Kolejne dni ostatniego tygodnia (może i dwóch..?) spędzał na przechadzaniu się po mieście i obserwacjach zasypiającej na jesień przyrody. To pierwsze sprzyjało zrozumieniu, drugie — wyciszeniu. I kiedy tak dumał w ciszy, doszedł do wniosku, że czas zmian przyszedł właśnie dziś.
 Ylva kończyła dziś po południu, a zatem i Słońce powoli chyliło się ku Zachodowi, tym samym dając aniołowi dobrą okazję do użycia swojej mocy ukrycia się w cieniu, jednak od razu porzucił ten pomysł. Wolał, by nie kojarzono domu jego podopiecznej z występowaniem jakichkolwiek mocy. Pewnie nie było to zbyt typowe w tych okolicach. Dlatego dzisiaj wyjątkowo uważał na to, by Harakawa nie widziała go. Chciał, by miała niespodziankę i by cieszyła się tak bardzo jak on!
 Bo przecież każdy cieszyłby się na widok obcego faceta, który zakrada się do twojego domu. Po rynnie. Zastukał w okno, w którym najczęściej widywał Ylvę… I czekał.
Puk, puk, puk…  
 – Lecz cicho, co to za blask strzelił tam z okna! Ono jest wschodem, a Ylva jest słońcem! – Zaczął głośno, rozczulonym głosem, a jego policzki przez ekscytację zabarwił szkarłat.
Puk puk, puk puk!
 – Wznijdź cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę, która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś od niej piękniejszą; ukarz ją zaćmieniem za tę jej zazdrość; zetrzyj ją do reszty! To moja pani, to moja wychowanka! O! gdyby mogła wiedzieć, czem jest dla mnie! – Kontynuował, utrzymując ten sam ton. Cóż bardziej poruszy serce kobiece niż słowa czerpane z dzieła szekspirowskiego?

// Przepraszam jeśli jakieś fakty wykraczały poza możliwości uniwersum czy wiedzę postaci. @@



Veles
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 21
GODNOŚĆ : Vel.

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Ylva on Sro Lis 15, 2017 10:58 pm
Przeciągnęła się, kiedy weszła do pokoju. Wreszcie w domu. Dzień na uczelni zdawał się przeciągać w nieskończoność i Ylva miała wrażenie, że każde pięć minut w rzeczywistości trwało przeciągającą się minutę. Pierwsze, co zrobiła, to wielki skok na łóżko i wtulenie się w swoją poduszkę. Zaśmiała się, czując przyjemną miękkość i chłód. Jak dobrze być w domu.
Najchętniej poszłaby od razu spać, ale nie mogła sobie jeszcze pozwolić na ten luksus. Za cztery godziny musi iść po braci, którzy aktualnie mieli popołudniowe zajęcia, matka wreszcie znalazła pracę i wróci późno w nocy. Z tej racji na jej barkach spoczywało przygotowanie kolacji. Nim jednak zabierze się za to…
Z dzikim uśmiechem wyskoczyła z łóżka i pobiegła po schodach na dół, do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła talerz z ciastem czekoladowym, zostawionym rano przez panią Koryu. Musiała się pospieszyć z jego zjedzeniem nim bracia przyjdą, bo w domu dziewczyny rozegrałaby się istna bitwa o ten smakołyk. Jeszcze na schodach wpakowała sobie spory kawałek do ust, rozpływając się nad jego smakiem. Tak bardzo, że omal nie wywaliła się na schodach, w ostatniej chwili łapiąc równowagę.
- Woah, było blisko – mruknęła sama do siebie, wracając do pokoju. Odłożyła na biurko talerz ze swoim czekoladowym skarbem i włączyła telewizor, by leciał jej serial w tle. Odpięła spodnie i zsunęła je do kostek, oraz jednym ruchem ściągnęła z siebie sweter, zostając w samej bieliźnie. Złapała za koszulkę do noszenia po domu i wtedy zamarła.
Puk, puk, puk
Uniosła głowę, spoglądając wprost w oczy nieznajomego, który wisiał… na rynnie?! Jej krzyk dało się chyba słyszeć na Desperacji, potem poleciały przekleństwa, kiedy zaczęła biegać po pokoju w panice. Pierwszym, co przyszło jej do głowy, to Ruuka. Nie wiedzieć czemu, ale pomimo odległości w jakiej się znajdował, to właśnie chciała usłyszeć jego radę. Złapała za telefon i pospiesznie wybrała jego numer, przykładają urządzenie do ucha. Jednakże zamiast głosu chłopaka, usłyszała głuchy sygnał, a potem mechaniczny głos sekretarki. Na pewno ma zajęcia
- R-ruuchan?! Ruuuchan! SŁUCHAJ! Ten gościu... to jakiś zboczeniec! On mi wlazł na rynnę i zagląda przez okno jak się przebierałam! I.. i śpiewa?! Ahahahaha, posłuchaj! – – wyciągnęła telefon w stronę okna, żeby chłopak mógł posłuchać tego w pewnym stopniu przerażającego i dość „creepy” śpiewu.
- Słyszałeś?! Co mam rob-- O, rzucę w niego talerzem. – rozłączyła się i rzuciła telefon niedbale na łóżko, po czym zgarnęła talerz i dopadła do okna, które otworzyła, ale z drugiej strony, by chociaż trochę zachować pozorną odległość między nimi.
- Co pan wyprawia?! Niech pan zejdzie z mojej rynny! Ty… ty.. zboczeńcu! – pisnęła ciskając w jego stronę talerzem. Niestety, ale naczynie odbiło w prawo, nie trafiając w prześladowca i posyłając talerz na ziemię.
- Perwersie ty! Ty…. Zadzwoniłam do mojego chłopaka i zaraz tutaj będzie! Ma metr dziewięćdziesiąt, jest szeroki w barach i jest mistrzem w karate, zen i buddyzmie! I skopie ci tyłek!

_________________





Ylva
-----------
Studentka weterynarii

avatar

Liczba postów : 389
GODNOŚĆ : Ylva Isabelle Harakawa

Powrót do góry Go down

Re: Dom Harakawa    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: M3 :: Południe