Strona 18 z 19 Previous  1 ... 10 ... 17, 18, 19  Next

Go down


„Pragnę prywatnej zemsty”.
Wiem.
„Myślałem, że mnie zrozumiesz”.
Uśmiechnął się drwiąco.
Rozumiał. Może aż za dobrze.
„Że nie pobłażasz zdrajcom”.
Nie odpowiedział — sądził, że jego wcześniejsza deklaracja stanowiła konkretną odpowiedź na wątpliwości Jekylla. Hyde zostanie wytropiony i złapany. Postawiony przed sądem — jak każdy, kto postanowił odwrócić się od rodziny.
Jekyll nagle wstał; ramiona drugiego wymordowanego drgnęły. W jednej sekundzie miał ochotę go złapać i usadzić z powrotem na skrzyni. Siedź z dupą, Jackie — cisnęło mu się na usta. Rzadko masz okazję. Wykorzystaj to. Wiedział jednak, do czego by to doprowadziło.
Do kolejnej szarpaniny, do splunięcia jadem w twarz, do gorzkiego posmaku w ustach. Ich dwójka mogła się okazać dobrym duetem. Nawet rewelacyjnym. Ale, czego był pewien, krótkoterminowym. Po jakimś czasie intensywności ich charakterów zaczynały na siebie napierać. Jeden temperament starał się zniszczyć drugi.
Jesteś destrukcją, Jack — szeptał w myślach, odprowadzając go wzrokiem. Patrzył na to jak skąpana w mroku sylwetka wtapia się mocniej w ciemność. Nikną wcześniej odsłonięte przez świecę kolory, zanikają rysy.
„Zaczerpnij trochę snu”.
Przejdę się — rzucił od razu, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. To był ułamek sekundy — tak marny, że nie był pewien, czy troska, jaką dostrzegł, miała w ogóle rację bytu.
Martwisz się, Jack?
Parsknął, dopowiadając sobie w myślach.

zt




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Pokój medyczny.
Miejsce, które ostatnio naprawdę wiele przeszło. Miejsce, które przez ostatnie tygodnie stało się jego drugim domem. Podpierając się na prowizorycznych kulach, powoli kierował się w tamtą stronę po krótkim spacerze. W ostatnich czasach coraz częściej wychodził. Co prawda noga nadal mu doskwierała, tak samo jak i nadgarstek, ale przynajmniej nie był już nie tylko przykuty do łóżka, ale i nie wymagał opieki drugiej osoby. A to wiele ułatwiało.
Wszedł milczący do środka i zatrzymał się w połowie drogi, kiedy jego wzrok utkwił w sylwetce Wilczura siedzącego na przeciwko Mey, jednej z DOGS, która od jakiegoś czasu przejęła funkcję psiej pielęgniarki.
- Musisz bardziej na siebie uważać. - skarciła Growa, kiedy powoli kończyła zmieniać mu opatrunek na dłoni.
- Chyba nie chcesz, by wdało się zakażenie i stracić resztę palców, co? - uniosła wzrok i spojrzała na niego spod długich rzęs. Dopiero wtedy ujrzała drobną sylwetkę Shiona, która przypominała teraz worek na kości ubraną w ciuchy o cztery rozmiary za duże.
- Jesteś już. Matylda przyniosła ci jedzenie. Zjedz to. Tym razem na pewno. - poleciła chłopakowi, przyglądając mu się jeszcze przez dłuższą chwilę, by ponownie wrócić wzrokiem do Wilczura i do karcenia go.
- No ja nie żartuję, Grow.
Shion nie drgnął. Wpatrywał się w plecy mężczyzny, zastanawiając się ile czasu minęło, od kiedy po raz ostatni go widział. Stracił rachubę, ale wiedział, że naprawdę sporo. Suche wargi drgnęły, jakby miały wykrzywić się w uśmiechu, ale ostatecznie pozostały w bez ruchu. Odwrócił się, podchodząc do swojego łóżka.
Ciężko było określić co aktualnie czuł. Zawód? Rozczarowanie? Zdegustowanie? Możliwe, że wszystkiego po trochu. To nie tak, że liczył na to, aby Grow go odwiedził. Ale miał nikłą nadzieję, że zainteresuje się jego stanem, że pochwali go za to, że nic nie powiedział, że nie zdradził DOGS. W końcu po niego przyszedł.
Chciał się tylko upewnić, że nic nie powiedziałeś, głupi szczylu.
No tak.
Odłożył kule obok, siadając na posłaniu i sięgnął po drewniana miskę, z której parowało. Nadal miał problemy z jedzeniem. Nie tylko ze względu na język, który bardzo powoli się goił, ale też z racji poparzonego przełyku. Nie chciał jeść. Nie miał ochoty, ale wiedział, że Mey będzie mu suszyć o to głowę. A jeszcze gorzej - naskarży na niego Matyldzie. Wbił łyżkę w kleistą maź i nabrał jej nieco, wpychając do swoich ust.
Nawet nie czuję smaku.
Przełknął. Odstawił miskę i położył się na boku, naciągając koc po same uszy.
Chciał się tylko upewnić, że nic nie powiedziałeś. Tylko tyle.



Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before


Shion





Shion
Ratler     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


Minęły przeszło dwa tygodnie od kiedy dowlókł półmartwe cielsko do siedziby. Jak za mgłą pamiętał etapy poprzedzające amputacje, twarze pojawiające się tuż przed nosem i oddalające się, kojarzył metaliczny posmak w ustach i zawód, jak nóż wżynający się w serce. Potem na kartce z historią znalazło się za dużo kleksów — czarne luki w pamięci w normalnych okolicznościach szczerze by go wnerwiały. Teraz nie miał czasu się nimi przejmować.
 Uśmiechnął się pokracznie do Mey. Jak ktoś, kto próbuje użyć nerwów twarzy pierwszy raz w życiu. Kącik ust zadrżał, a potem — bezsilnie — powrócił do neutralnego wyrazu. Nie potrafił żartować, przynajmniej jeszcze nie.
 Ochrzan dostawał regularnie i zdążył do niego przywyknąć. Nie wiedział, co robił źle. Od kilkunastu dni ledwo wychylał nos z kryjówki. Lizał rany jak durny pies, starając się zmagazynować wystarczającą ilość energii na dalsze podboje. W zasadzie od tego „kurowania się” chodził już po ścianach. Nosiło go jak nigdy. W DOGS za dużo zaczęło się dziać. Nie chodziło jedynie o relację zdaną przez Hana. Coś w powietrzu trąciło dalszym ryzykiem, dziesiątkami problemów, z którymi będą musieli się zmierzyć. Przekładał siły na zamiary, ale wciąż był świadom temperamentu, jaki go cechował. Mey, tak jak każdy inny medyk w DOGS, musiała być świadoma, że póki był w stanie się poruszać, był także w stanie podejmować kolejne niebezpieczeństwa.
 Wśród natłoku wydarzeń odnajdywał również te „mniej naglące”. Wyłuskiwał, mimowolnie, sytuacje, które równie dobrze mógł przełożyć na inny termin. Tym jednak razem, gdy do pomieszczenia wdarła się nowa woń, a Mey przeniosła zainteresowanie na pacjenta, który się pojawił, Grow uznał, że teraz jest odpowiedni moment.
 Zacisnął dłoń w pięść, nie zdejmując spojrzenia z ręki. Cały czas trawiło go przekonanie, że amputowana część jednak istnieje, choć oczy dowodziły czegoś innego. W miejscu, gdzie powinien znajdować się palec serdeczny, ziało przeraźliwą pustką. Daleko mu było do przewrażliwienia na punkcie swojego wyglądu czy stanu, poza tym akurat ten element ciała nie był taki znowu istotny... a mimo tego okaleczona ręka nagle prezentowała się jak efekt przegranej.
 Poniosłeś klęskę, Jace. Jak się z tym czujesz?
 Zamknął oczy, ponawiając próbę odzyskania miarowego oddechu. Od kiedy wrócił z misji — z misji, której nawet nie planował — mary znów się do niego odzywały. Prawie zdążył zaakceptować świat, w którym ich nie ma. Lepszy świat.
 — No ja nie żartuję, Grow.
 A czy on w ogóle wyglądał na rozbawionego?
 Nabierając wyuczonych wdechów, uchylił powieki i wbił zmęczone spojrzenie prosto w twarz Mey, która dokonywała ostatecznych oględzin. Sprawdzała akurat stan jego kolana, prędko dochodząc do wniosków, że stabilizator wciąż będzie mu potrzebny, kiedy Wilczur pochylił się gwałtownie do przodu. Szorstkie wargi znalazły się tuż nad uchem młodej medyczki. Wysłuchała jego słów nie zdradzając żadnych oznak zaskoczenia nagłą bliskością ze strony Growlithe'a.
 Bezustannie go łoiła, ale miała wystarczająco dobre wychowanie, aby zauważać pewne granice. Dlatego tym razem potaknęła i — kiedy Grow wreszcie dźwignął się do pionu i wyszedł — postanowiła, że w odpowiedniej chwili spełni jego wymóg.

W pokoju było cicho. Taka cisza zalegała, gdy ktoś po burzliwej kłótni trzaskał drzwiami. Stało się coś kategorycznego i bezwzględnego, ale Grow nie do końca potrafił sprecyzować co dokładnie. A może kawałków układanki było o wiele więcej niż zakładał — może jednym z nich był ten dotyczący Evendell? Gdyby wszystko było w porządku, nie pozwoliłaby, aby norę zdominowało takie milczenie.
 Wreszcie, wydeptawszy nowy, niższy poziom w ziemi, opadł twardo na skrzynię. Deski skrzypnęły bezradnie i jakby na zawołanie czuły słuch Wilczura wyłapał przeciągłe szurnięcie, oddalone od niego o kilkadziesiąt metrów, przytłumione przez zamknięte drzwi i wreszcie — przez szum w skroniach.
 Mey miała, przy najbliższej okazji, przekierować Shiona do pokoju herszta. Sama nie znała szczegółów, więc nie była w stanie wytłumaczyć w czym rzecz — jedynym podkreśleniem, jakim dysponowała, to fakt, że sprawa była ważna. Mimo mianowania jej tytułem „pilnej” Growowi przeszło przez myśl, że Shion się nie spieszył. Pomyślał o tym kilkaset razy nim nabrał pewności, że szuranie musiało towarzyszyć ciągniętej po ziemi nodze Kundla.
Kundla, co?




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


W końcu cię wzywa, co?
Zacisnął mocniej palce na kulach, o które opierał swój ciężar, pokonując kolejne metry ciemnych korytarzy. Nie chciał się z nim widzieć, nie teraz, nie w stanie, w jakim aktualnie się znajdował. Oczywiście zawsze mógł się zbuntować, zwalić winę na swoje obrażenia i się za nim chować, że przecież zbytnio nie może się przemieszczać. Ale podskórnie wiedział, że w przypadku tego osobnika to nie wypali. Był Wilczurem i jego rozkazy były absolutne, a on musiał potulnie się do nich stosować.
Pomimo niechęci spotkania, odczuwał dziwny spokój. Serce biło spokojnie i miarowo, oddech był cichy i pozbawiony jakiegokolwiek zdenerwowania. Niczym pusta skorupa, którą był na samym początku po śmierci Ethana czy jak jego własny ojciec sprzedał go handlarzom na Desperacji. Praktycznie niczego nie czuł.
Zatrzymał się przed drzwiami nory Growa, ale nie zapukał od razu, choć dłoń uniosła się i zamarła przed drewnianą strukturą. Skoro się nie bał, to czemu się powstrzymał? Niepewność, co go czeka? Możliwe. Możliwe, że wezwał go tylko po to, aby się upewnić, że Shion naprawdę nic nie powiedział a potem go wyrzuci na zbity pysk. Uzna, że jest za słaby, aby należeć do psich szeregów, żeby być jednym z nich. Nigdy nie uznał go jako Psa. Nigdy. W jego oczach nadal był Kotem i cokolwiek nie zrobi, to nigdy nie zmieni jego spojrzenia na siebie.
Przysunął dłoń bliżej swojej już przydługawej grzywki i zaczął ją poprawiać, wręcz ulizywać na czoło, aby choć trochę przysłonić paskudne słowo widniejące na jego skórze. "Zdrajca" Tym zawsze pozostanie, prawda?
Wyprostował się na tyle, na ile rany po oparzeniu na plecach mu pozwoliły i wreszcie zapukał. Gdy tylko rozległo się pozwolenie na wejście do środka, pchnął drzwi i pokuśtykał głębiej do pomieszczenia, cicho zamykając je za sobą. Zatrzymał się w połowie drogi, jakby ta odległość ułudnie dawała mu bezpieczeństwo. Wzrokiem omiótł skrzynię i sylwetkę Wilczura na niej, ale nie zadarł wysoko głowy, by na niego spojrzeć. Poruszył ustami, aby zapytać po co go wzywał, ale żaden dźwięk nie opuścił jego gardła, dlatego ostatecznie zamknął usta, wreszcie spoglądając na Growa.
Czekał na werdykt. Oby się pospieszył, bo nie był pewien ile wytrzyma w tej pozycji, choć ciężar spróbował przenieść na w miarę zdrową nogę.
To już czas, Shion. Oddaj to.
Uniósł dłoń, by ściągnąć nieśmiertelnik z szyi i oddać go jego właścicielowi. Kiedy się obudził w medycznym, był pozbawiony właściwie wszystkiego. Nie tylko swoich przedmiotów, ale również godności. Potem okazało się, że jego oprawcy spróbowali zaatakować więzienne tereny Psów i dziwnym trafem mieli przy sobie rzeczy Shiona. Szkoda, że brakowało chusty, której i tak nigdy już nie odzyska.
No dalej, oddaj mu to.
Zamierzał, ale dłoń zacisnęła się mocniej na chłodnym metalu, nie mogła poruszyć się dalej. Zamarła, kiedy ciało odmawiało tak prostego gestu.
Dłoń opadła na kulę, a metal dotknął ciepłej skóry pod koszulką.



Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before


Shion





Shion
Ratler     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


Od buńczucznej medyczki dowiedział się o stanie Shiona. Minęło już sporo czasu od kiedy Kundel DOGS został uratowany, jednak jego ciało wydawało się toporne, gdy miało podjąć zadanie regeneracji. Chodził — tyle potrafiła zapewnić Mey, ale poza tym jednym wnioskiem nie dokładała żadnych pozytywnych wyroków. Nie martwiła się wyłącznie fizycznymi obrażeniami ex-Kota. Niejednokrotnie, obwiązując ranną rękę Wilczura, marudziła na zmiany w charakterze Shiona. Nie do końca precyzowała w czym rzecz — nie miała wcześniej szczególnych więzi z rudzielcem. Zapewniała za to, że bez względu na intensywność relacji, wizerunek młodego wymordowanego obrócił się drastycznie o 180 stopni.
 Grow był równie dobrym psychoanalitykiem co każdy, ale on także zauważył, że Shiona dopadła regresja. Ciężko się było zorientować w intensywności tego procesu, ale już po samej minie przygotował się na najgorsze. Być może na to, że wrócili do punktu wyjścia. Kto wie. Może do samego startu.
 Plecy albinosa wyprostowały się. Samo napięcie łopatek wywoływało szarpnięcia bólu w rozoranym boku. Mey znów będzie charczeć, że o siebie nie dba, ale trudno żyć w wiecznym przygarbieniu, jakby świat ciążył mu na barkach. Oparł ranną rękę na skrzyni zwykle przykrytej kocem, obecnie nagiej. Dłoń stuknęła ciężko o deski.
 — Siadaj.
 Growa cechowała pewna mimowolna władczość. Nie przywykł do proszenia. Nawet sugestie wydawały się ponad jego możliwości. Gdy czegoś chciał, organizm dokonywał decyzji za niego i tym razem również spomiędzy ust padło coś, co można mianować wyłącznie rozkazem. Przypatrywał się podopiecznemu uważnie i choć wyglądał, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy, był w pełni świadom, że Shion zachowuje dystans.
 A on ten dystans planował zniszczyć.
 Jeżeli życie na Desperacji czegoś go nauczyło to właśnie tego, że bliskość wywoływała konkretne emocje. Ludzie zachowywali spokój w najróżniejszych sytuacjach i jeśli coś miało ich złamać, to przekroczenie barier — zwłaszcza fizycznych. Mógł dać Shionowi tyle czasu, ile było trzeba, ale bez dwóch zdań nie zamierzał powiedzieć nic więcej, póki ta kulawa popierdółka nie wykona polecenia.
 Shion to wyczuwał. Grow trzymał na nim nieruchomy wzrok. Czy dostrzegł w zamglonych od bólu oczach instynktowną niechęć? Ten charakterystyczny sceptycyzm zakrawający o histeryczną nieufność? Wargi Wilczura ściągnęły się w niesprecyzowanym wyrazie, kiedy młody dokuśtykał na wskazane miejsce i chwilę później siadł na prowizorycznym posłaniu. Na samym końcu, co? Cóż, tyle musiało wystarczyć.
 Grow wsparł się na ręce, którą przed momentem uklepywał przestrzeń tuż obok siebie. Przechylił się bardziej ku Shionowi, próbując, już na siłę, skrzyżować z nim spojrzenia. Skrzynia nie była szczególnie wielka, a on już wcześniej ulokował się w połowie jej długości. Na zaś, gdyby podopieczny postanowił utrzymać odległość.
 — Spójrz na mnie.
 Sam nie prezentował się godnie. Mey ściągnęła z jego twarzy opatrunek, dotychczas chroniący rany na policzku i uchu, ale paskudne, czarne szwy i zaczerwieniona jak dojrzałe porzeczki cera przypominała, że czeka go jeszcze wiele tygodni ubogiej mimiki.
 — Nic nie zdradziłeś.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Siadaj.
Jakże krótkie, acz proste polecenie, które brzmiało, tak, jakby nie znosiło sprzeciwu. Czasami zastanawiał się, czy Grow aż tak bardzo przesiąkł przywództwem nad psią zgrają, że podczas zwykłe konwersacji z przyjaciółmi również używa tego tonu, możliwe że nieświadomie. Ale wy nie jesteście przyjaciółmi. Pan i pies. Był jego przywódcą, osobą nad nim i nie mógł o tym zapomnieć. Już w przeszłości oberwał za to, że chociaż na moment zaczynał aż za bardzo się spoufalać. Nigdy nie może zapominać o swojej pozycji i o autorytecie Wilczura. Nigdy.
Nie ociągał się zbyt długo, pamiętając, że Grow do najcierpliwszych osób nie należał. Ruszył w stronę wskazanego miejsca, i milcząc odstawił kule obok, samemu zajmując miejsce na końcu skrzyni. Poniekąd mimo wszystko był za to wdzięczny. Przynajmniej nie będzie męczył zbytnio kolana, które nadal bolało i było zbyt słabe, by utrzymywać jego znikomy ciężar.
Nie spoglądał na niego, ale czuł jego spojrzenie na sobie. Oceniał go?
Mięśnie napięły się lekko, niemalże niezauważalnie, kiedy usłyszał ruch po swojej lewej stronie.
Spójrz na mnie.
Posłusznie odwrócił głowę i spojrzał na jasnowłosego jedynym, zdrowym okiem. Drugie nadal skryte pod bandażem zapewne już nigdy nie będzie zdatne do użytku. Nie rozpaczał jednak nad tym. Nie potrzebował go do życia i funkcjonowania, choć trzeba przyznać, wiele mu dawniej ułatwiało.
Rany, jakie Wilczur odniósł, przykuły uwagę rudzielca. Dało się zauważyć, że jego wzrok podążył za brzydkimi szramami na jasnej skórze. Ciekawość wręcz prosiła się o zapytanie, co się stało, ale zdrowy rozsądek trzymał jego język na wodzy. W sumie pod tym względem byli do siebie podobni. I jeden, i drugi mieli pokiereszowaną twarz. I choć co prawda u Shiona już jakiś czas temu zdjęto szwy, to nadal twarz była poprzecinana nieregularnymi, ośmioma czerwonymi strupami, które w przyszłości pozostawią po sobie brzydkie blizny. No cóż, już nigdy nie wygrają konkursu piękności.
Odwrócił głowę, zrywając z nim kontakt wzrokowy, pochylając delikatnie głowę do przodu a potem pokręcił nią gwałtownie, wprawiając w ruch rude kosmyki.
- Nie. - wreszcie się odezwał cichy, zachrypniętym głosem. Miał wrażenie, że nie mówił od dawna. Od naprawdę bardzo dawna.
- Nie pamiętam, o co pytali, ae.... nic nie powiedziałem. - każde słowo, choć coraz mniej, nadal sprawiało mu dyskomfort. Język nadal nie był sprawny i niektóre słowa były zniekształcone, ale przynajmniej można było go zrozumieć. Podniósł głowę i spojrzał na Wilczura.
- Nie zdadziłem DOGS. Ani nie zdadziłem Ciebie. - przyglądał mu się przez moment, by ponownie spojrzeć na swoje dłonie.
Już czas, Shion.
Tak. Już czas.
Sięgnął dłońmi do nieśmiertelnika, i powoli go zdjął z szyi. Srebro, mimo zmatowienia i zabrudzenia, odbiło lekko światło palących się świec w pomieszczeniu.
- Kiedy dałeś mi go, mówiłeś abym ci go oddał, gdy będę czuł się jednym z DOGS. I chociaż... tu... - drugą dłoń przysunął do swojej klatki piersiowej, muskając ją palcami.
- Czuję tak, to tak napawdę nie chcę ci go odawać. To aczej moje egoityczne podejście. Kiedy mi go dałeś, czułem się wyjątkowy. Po piewsze, to w sumie jedyny pezent, jaki kiedykolwiek ktoś mi dał, a po dugie... cieszyłem się, że mam coś, czego inni nie mają. Ae.... umowa to umowa. - odsunął dłoń z trzymanym nieśmiertelnikiem i podsunął ją bliżej Growa.



Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before


Shion





Shion
Ratler     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


Dotknął palcami tego, co podawał mu Shion. Jego zniekształcone słowa z ledwością przebijały się przez błonę otumanienia, jaka otaczała Growlithe'a. Aż do teraz nie zdawał sobie nawet sprawy, jak ciężko mu się skupić na rozmowie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spędzał czas co najwyżej z Mey, a ona symbolizowała raczej zdartą płytę. Mamrotała w kółko to samo i wystarczyło przetestować technikę lub dwie, by zorientować się, która pasuje w ramach odpowiedzi na jej ciągłe reprymendy. Tymczasem Shion sprzedawał cały czas nowe fakty. A teraz dorzucił zupełnie nowy temat.
 Przeszłość.
 — Dostałem go, gdy byłem człowiekiem — wychrypiał, odbierając nieśmiertelnik. Kciukiem przeciągnął po wygrawerowanych napisach, bezskutecznie starając się zetrzeć wżarty w srebro brud. — Symbol przynależności do grupy.
 Nie rozwinął wątku. W swoim mniemaniu zakładał, że nie było takiej potrzeby. Samo uchylenie rąbka tajemnicy z ledwością przecisnęło się przez zmiażdżone gardło. Była tylko jedna osoba, której chciał o tym odpowiedzieć — pechem taka, której to nawet nie interesowało. Głównie dlatego nie widział powodu, dla którego ktokolwiek inny byłby skory wysłuchać nużącej historyjki o tym, co działo się niemal całe millennium wstecz.
 Tak jak Shion, on również prezentował się nieciekawie. Przynajmniej to tłumaczyło jego mozolne ruchy i ostrożność, jaka wkradła się przy zakładaniu nieśmiertelnika na kark. Trzymanie go z powrotem przy piersi — jakie to tak naprawdę uczucie? Ulgi? Ciężaru?
 Blaszki zniknęły za dekoltem koszulki, za którą Grow wrzucił pamiątkę. Temat zakończony. Mieli ważniejsze rzeczy do obgadania. Teraźniejsze. Milczenie, jakie pojawiło się między nimi, napawało coraz większą, psychiczną niewygodą. Wilczur nie do końca potrafił zebrać myśli do kupy. Kiedy kazał Mey odesłać podopiecznego do swojej nory, nie przejmował się przyszłą improwizacją.
 Ale umowa to umowa.
 Zanim postanowił się wypowiedzieć, raz jeszcze obrzucił Shiona analitycznym spojrzeniem. Przez obrażenia, jakich się nabawił, był niemalże ślepy. Bestia zaorała mu prawą część twarzy, bryzgając krwią w jedyne oko, które spełniało swoją rolę. Lewe, ślepe, być może sprawiało wrażenie tak samo czujnego, ale dla Wilczura było bezużyteczne. Koniec końców przez opuchnięte i zaczerwienione powieki, nie wspominając o szwach, które ściągały paskudnie skórę, Grow miał najzwyczajniej cholerny problem, aby rozróżnić pojedyncze elementy twarzy Shiona.
 Musiał się przysunąć.
 Dżinsy, jakie na siebie założył, zaszurały o deski, gdy przeciągnął ciało bliżej młodszego wymordowanego. Znalazł się nagle w strefie, która w normalnych okolicznościach zostałaby uznana za naganną lub intymną. To, czego nie potrafił sobie „wyostrzyć” wyzierało spod za długiej, zmierzwionej grzywki. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby Kundel nie potrząsnął głową, rozrzucając pasma rudych włosów w przeciwne strony.
 Złapał go za szczękę. Nie mocno, jak zazwyczaj, gdy zmuszał kogoś do patrzenia sobie w oczy. Nie umiał jednak inaczej. W gardle za bardzo go drapało — im mniej będzie mówił, tym korzystniej. Ból w rannej ręce przypomniał, że nie mógł otoczyć żuchwy Shiona wszystkimi pięcioma palcami. Czy to dziwne, Jace? — szept w czaszce. Czy to coś zmienia?
 Ignorując Shivę... lub Shatarai... lub kimkolwiek była mara... uniósł głowę Shiona i przekręcił go twarzą do siebie. Przekrwione ślepia Wilczura padły na napis wyryty na czole podopiecznego.
 Zdrajca.
 Zawsze nim był, racja?
 Nie puścił go, ale rozluźnił uchwyt. Samo to miało być „zachętą” do wyrwania się.
 — Nadal to masz — zaznaczył, jakby spodziewał się, że Shion okaże zaskoczenie. „Naprawdę? Pierdolony napis na czole nie zniknął po tygodniowej drzemce? Zaskakujące”. Dzieciak jasno zaznaczył, że nie pamięta. Zapewne nie tylko wywiadu przeprowadzanego przez Koty, ale w ogóle — nie kojarzy zdarzenia. Pamiętał choć to, co mu wyryli na ciele?
 Ręka Wilczura pozostała tuż pod brodą poziomu E. Nawet jeśli ten spróbował zachować ponowny dystans, Grow pozostał niewzruszony. Dłoń wkrótce stuliła się w pięść, kciuk opadł w tym czasie na popękane usta Kundla. Paznokieć wsunął się między nie, a opuszek nacisnął mocniej na dolną wargę, wymuszając na młodym rozchylenie buzi. Jak u doktora na kozetce, ale po prawdzie, przywódca gangu nie znał dokładnej problematyki. Owszem, to on odnalazł Shiona i to on dostarczył go medykom. Nie zmieniało to jednak faktu, że od momentu przytargania półżywej jednostki do kliniki, aż do mniej więcej obecnego dnia, działo się za dużo, by znaleźć czas i miejsce na przyswajanie obrażeń jednego z Psów.
 Kiedy przesuwał palcem wzdłuż linii odgryzienia, jasne brwi ściągnęły się ku sobie.
 — Jak się z tym czujesz? — wraz z pytaniem, zabrał wreszcie rękę. Na skórze czuł zimną wilgoć. — Zostałeś zdrajcą i kaleką.
 Prostując plecy, wbił wzrok w przeciwległą ścianę, jakby to na niej znalazło się teraz coś najbardziej interesującego.
 — Było warto?




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Na krótki moment, gdy spojrzał na wymordowanego, w jego jedynym, zdrowym oku pojawił się blady błysk zainteresowania, gdy Grow zaczął mówić. Szybko jednak zgasł w chwili, gdy usta mężczyzny na powrót zamilkły. Oczywiście, że był ciekawy przeszłości Wilczura. No bo kto nie był? Ale wiedział też, że nie ma prawa pytać go o to. To nie była jego sprawa, i nigdy nie będzie. Na powrót spojrzał gdzieś w przestrzeń przed sobą, pozwalając milczeniu na rozlanie się między nimi jak woda z przewróconego kubka.
Był człowiekiem. Nie urodził się taki.
Mała informacja, nic nie znacząca, ulotna i błaha. Zwykłe nic. A jednak burzyła pewien naiwny, i wręcz dziecięcy sposób postrzegania go jako osoby, która od dziecka była potworem. Głupota.
Mięśnie na powrót zamarły, cicho bijąc na alarm, kiedy wymordowany zbliżył się jeszcze bardziej, na wręcz nieprzyzwoitą odległość. Nie odsunął się jednak. Nie zareagował gwałtownie, nie odepchnął go. Posłusznie podążał za jego dotykiem, pozwalając, aby formował go wedle własnego uznania. Był niczym marionetka, pusta lalka, którą można posadzić na jednej z wielu półek, układając tak, jak nam odpowiada. Niczym posłuszne szczenię, czekające na werdykt.
Zmuszony do spoglądania na twarz Wilczura, dopiero teraz zaczął dostrzegać jeszcze więcej szczegółów. Oprócz blizn, siniaków i opuchlizny, dostrzegł o wiele większe sińce pod oczami aniżeli dotychczas. Spojrzenie Wilczura wydawało się pozbawione blasku, choć możliwe, że to kwestia gra światła w pomieszczeniu, a raczej jego braku. Był zmęczony, i bynajmniej nie chodziło o fizyczne zmęczenie. W tej jednej, krótkiej chwili, wydawał się jakoś tak zmizerniały, wrakiem człowieka.
Co się z tobą działo przez te ostatnie tygodnie, Grow? Co cię trapi? Machinalnie uniósł dłoń, by dotknąć jego policzka, lecz nim palce musnęły szorstką skórę, zamarły dotykając jedynie powietrza. Zacisnął je w pięść i na powrót pozwolił dłoni opaść.
Nie. Nie miał prawa..
Powieka lekko opadła, kiedy Grow wręcz w bezczelny sposób zaglądał do jego ust. Czuł dyskomfort, nawet zażenowanie, ale nie wyrwał się, posłusznie czekał, aż skończy. Nabrał nieco powietrza w płuca, smakując z ciekawością woni jasnowłosego. Była intensywniejsza, ale o wiele bardziej metaliczna niż do tej pory.
Pachniał śmiercią.
Gdy dotyk pomiędzy nimi został wreszcie przerwany przez jasnowłosego, Shion odwrócił się, przybierając poprzednią pozycję. Milczał. Jakby do samego końca nie był w stanie odnaleźć odpowiedniej odpowiedzi. Ale czy w tej kwestii w ogóle taka istniała? Wątpił.
Zamiast tego uniósł dłoń, i wsunął palce pod kosmyki, dotykając zgrubienia na skórze czoła. Zahaczył lekko paznokciami o nią.
- Zawsze nim byłem. - wreszcie się odezwał, przerywając tę uciążliwą ciszę. Został zdradzony przez najbliższych, a potem sam zaczął zdradzać. Najpierw Koty, potem Psy, potem znowu Koty. Stąpał po tej ścieżce, choć wielokrotnie próbował zmienić kierunek drogi. Czy było warto?
Hej, Shion. Czy było warto?
- Nie wiem. - odpowiedział szczerze, zabierając dłoń z napisu na czole.
- W tamtym momencie nie zastanawiałem się czy wato, czy nie. Nie myślałem nad konsekwencjami tego, co obie. - zmrużył delikatnie brew, jakby za wszelką cenę starał się wyrwać wspomnienia powpychane ciasno w umyśle.
- Nie wiem, po postu nie chciałem tego obić. Wiem, że za wszeką cenę nie chciałem im powiedzieć, gdzie was znaeźć. Jak dotrzeć. Jak was dować. Moje ciało same działało, nim umysł mógł cokowiek przeanaizować. Możiwe, że gdybym cokowiek im powiedział, zabi... zabi..i. za.. - syknął pod nosem, nie będąc w stanie wypowiedzieć tego słowa.
- Umałbym szybko i bezboeśnie. Możiwe. A może i nie. Nie wiem. - zadarł lekko głowę ku górze, zatrzymując wzrok na złączeniu sufitu, pajęczyny i ściany.
- Czy wato było? Nie wiem. Ae wiem, że tego właśnie chciałem. I po az piewszy w życiu nie brzydzę się samym sobą.



Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before


Shion





Shion
Ratler     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


Zawsze nim byłem.
 Zawsze nim był.
 Tak to działało. Nagle okazywało się, że nikt nie potrafił przez brud dostrzec diamentu do oszlifowania. Wpychano go w błoto, szydzono po kątach lub jawnie. Podkładano nogi i prowokowano do bójek, które nawet przypadkiem na zahaczały o przyjacielskie poszturchiwania. Początkowo Shion wydawał się to znosić bez sprzeciwu lub stawał naprzeciw napastnikom i choć zwykle kończył na przegranej pozycji, wola walka była niezachwiana.
 Tymczasem Grow miał wrażenie, że nie znajduje się w jednym pomieszczeniu z osobą, którą tak dobrze udało mu się wybadać. Dzieciak przycupnięty tuż obok w niczym nie przypominał bestialsko rozwydrzonego bachora sprzed porwania i naraz białowłosy zadał sobie pytanie — z kim właściwie teraz rozmawiał? Czy była to ta sama osoba, tylko otępiała od leków? Ktoś zupełnie obcy, kogo będzie trzeba na nowo poznawać?
 Przyglądając się mu, nie był w stanie udzielić sobie żadnej odpowiedzi. Niepewność prowokowała tylko jego wewnętrzne, dotychczas otumanione przez ból i wymęczenie demony, które wychylały się zza najbardziej mrocznych zakamarków podświadomości i kusiły. Kusiły, aby z frustracji wpadł w szał i zdemolował wszystko na swojej drodze, aby złapał Shiona za ubranie, potrząsnął nim jak lalką, wywrzeszczał w twarz, by wreszcie wrócił do tego cholernego, ale znanego „ja”.
 Przenosząc wzrok na ścianę, potarł obandażowaną pięść palcami drugiej, zdrowej ręki. Czuł pod opuszkami napięte mięśnie. To nie dawało dobrego rokowania obrażeniom.
 — Rozumiem — skwitował wreszcie, długo po tym, jak między nimi zaległa przerażająco ciężka cisza. Milczenie obaj mieli we krwi. Gdy coś trawiło ich od środka, zamykali się wewnątrz blokady i nie dopuszczali do siebie nikogo.
 Shion nie mógł wiedzieć ile myśli, głosów i dźwięków wypełniało teraz świat mężczyzny. Z pewnością nie wpadłby na to, że w pomieszczeniu nie byli sami. Wnętrze oświetlały liche świece; żadne latarki ani lampy na baterie. Grow kochał ogień i otaczał się nim kiedy nadarzała się do tego okazja. Płomienie, w porównaniu do blasku puszczanego przez sprzęt, dawały ruchome światło. Każdy oddech był w stanie wprawić osadzone na ścianach cienie w falowany dygot. Jak teraz. Szybki, krótki, nieintensywny ruch, a ciemne kształty ich ciał zadrżały. Grow widział marę przemykającą obok jednej ze świec. Shion nie. W chwilach takich jak obecna potrzebował komuś powiedzieć, że ma szczerze dość zamykania się pod kloszem. Perspektywa wygadania się dla samego wylania żali i frustracji kusiła jak nigdy.
 Chciałbyś mu powiedzieć, Jace? To byłoby takie nierozważne z twojej strony, prawda?
 Prawda. Dlatego chęci rozdeptywał jak obrzydliwego pająka, który przecież robił więcej dobrego niż złego. Pająka, który i tak zawsze kończył pod podeszwą. Grow zamknął oczy, dając sobie jeszcze pół minuty na wyciszenie.
 Kiedy je otworzył, cienie się uspokoiły. Żadnych mar.
 — Dużo przeszedłeś — wypowiedzenie tych słów po tak długim czekaniu wydawało się zdecydowanie nie na miejscu. Wzrok Wilczura padł na dłonie, które wciąż zaciskały się na sobie, jakby tylko dzięki temu był w stanie trzymać emocje na wodzy. — Uważam, że DOGS nie będzie w stanie spłacić tego długu.
 To była jego forma przyznania się do tego, że nie miał racji — dług. Rozwarł wreszcie palce i potarł nimi swoje uda. Czuł, że wnętrze dłoni ma mokre. Podniósł się więc z miejsca i przeszedł przez pokój. Niech mają to już za sobą.
 W norze jak zwykle panował nieład. Poprzewracane meble i przedmioty poprzewracane na poprzewracanych meblach. Ubrania piętrzące się w kątach, kartki, książki, tępe noże, butelki z wodą, wszystko rozsypane w losowych miejscach. Odnalezienie się w tym syfie zakrawało o cud, a od kiedy Evendell stanowiła wielką niewiadomą, zdawało się, że pokój Growa przechodził coraz gorsze metamorfozy. Tym jednak razem herszt odnalazł się doskonale. Może od początku wiedział, gdzie ukrył rzecz.
 Wracając do Shiona postarał się już o to, żeby nie usiąść niemal na nim samym. Zachował odstęp między nimi wystarczająco taktowny, aby ponownie nie nacisnąć na strefę intymności swojego podopiecznego. Nie denerwował się, po prostu był zblokowany. W tym tempie całość okaże się niemal niezręczna.
 W normalnych okolicznościach wzywał awansowane Psy w jakieś publiczne miejsce — to dawało poczucie komfortu i przeświadczenie, że sprawa nie była personalna. To jak obwieszczenie na środku korytarza, by Kowalski zjawił się w twoim gabinecie. Wszyscy o tym wiedzieli, prawda? Tymczasem Grow zachował się tak, jakby przekazanie młodemu o wiele bardziej odpowiedzialnych funkcji powinno stanowić sekret.
 Obrócił materiał w palcach, przyglądając się świeżej tkaninie. Jeszcze nikt jej nie zmierzwił, nikt jej nie sprał, nie zabrudził i nie rozdarł. Przeciągnął kciukiem po wyszytym psie.
 — Twoja przepustka. — Tak to nazwał. Przepustką. Wargi Wilczura wykrzywiły się cynicznie, ale koniec końców grymas zbladł. Wyciągnął chustę w stronę Shiona, luźno trzymając rękę w powietrzu. — To znak, że masz coś do powiedzenia. I, co najważniejsze, przestajesz być pod ostrzałem i wieczną kontrolą. Z mojej strony to koniec blokad. Oddam życie, jeśli będę mógł uratować twoje. Kazałem już przygotować ci pokój. Mey zna wytyczne, zaprowadzi cię tam, gdy twoja obecność w medycznym okaże się niepotrzebna. Dałem także znać Rai, aby zaszła do magazynu i wytargała najpotrzebniejsze rzeczy. Czekają już na ciebie. Resztę zrobisz po swojemu.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


"Rozumiem"
Przymknął na moment jedno, zdrowe oko, jednocześnie zaciskając ledwo zauważalnie palce na materiale spodni. Aż chciało się odpowiedzieć "to dobrze", ale jak na złość wszelkie słowa utknęły w jego gardle. Shion nadal nie rozumiał powodu, dla którego został tutaj wezwany. Powodu, który nie mógł poczekać aż w pełni odzyska zdrowie fizyczne, a przynajmniej na tyle, by mógł spokojnie opuścić czułe spojrzenie medyków DOGS.
Gdy jasnowłosy jeszcze bardziej się odsunął, mięśnie rudowłosego mimowolnie rozluźniły się, jakby podświadomie mówiły, że zagrożenie minęło. Problem był jednak taki, że Shion znał przywódcę DOGS na tyle, żeby wiedzieć iż przy nim nigdy nie można było czuć się w stu procentach bezpiecznym. Nie dlatego, że był słaby, i każda istota może dobrać się do ich gardeł, wręcz przeciwnie. To nie innych drapieżników Shion się obawiał. Grow stanowił sam w sobie najniebezpieczniejszego drapieżnika. Był inteligentny i nieprzewidywalny. A tacy stanowili największy postrach. Shionowi zajęło sporo czasu, żeby wreszcie nie tylko to zrozumiał, ale przyswoił i w ostateczności zaakceptował, w pełni uginając karku. Był głupi, ale się uczył. Powoli, ale wciąż.
"Dużo przeszedłeś".
Chciał się uśmiechnąć, ale wargi nawet nie drgnęły. Zamiast tego uniósł delikatnie głowę, spoglądając gdzieś w pustą przestrzeń. Czy dużo przeszedł?
- Tak. - odpowiedział niemal od razu. Patrząc z perspektywy jego krótkiego życia i tego, co w rzeczywistości przeszedł, to tak, było tego sporo. Nawet zbyt dużo, jak na tak małe barki, i zbyt ciężkie, by to unieść. Ale nie miał wyboru. To był jego bagaż doświadczeń, z którymi musiał sobie sam poradzić.
- Jednak... wskaż mi Psa, któy nie przeszedł wie..e.... dużo. Każdy na swój sposób przeszedł dużo. Nie chcę żadnej itości czy słów o długu. - odwrócił wzrok, spoglądając z zaskakującym spokojem na Wilczura.
- Jeżei ktoś ma go spłacić, to tą osobą jestem ja. Dałeś mi dach nad głową. Schonienie przed dapieżnikami, przed chłodem, śniegiem. Dałeś mi miejsce do spania, wypoczynku. Dałeś mi ubania, bezpieczeństwo. Jedzenie. Nigdy nie chodziłem głodny, od kiedy przyganąłeś mnie pod swój dach. Dałeś mi dom, kiedy najbadziej go potrzebowałem. - pokręcił lekko głową, rozsypując długie, rude kosmyki na boki.
- To ja nigdy nie będę w stanie spłacić długu wobec was. Wobec ciebie. - na jego ustach pojawił się delikatny cień uśmiechu, ale równie szybko przygasł, co się na nich pojawił. Nieważne jak był traktowany w DOGS. Nieważne, ile razy go kopano, kpiono z niego, pogardzano nim. Fakty były takie, że niektóre Psy były miłe dla niego. Że tylko tutaj mógł czuć się bezpiecznie. Czuł się, jakby miał prawdziwą rodzinę, o której atencję tak bardzo zabiegał. Ktoś taki jak on, nie przeżyłby sam na Desperacji. Stanowił zbyt łatwą ofiarę. Mimo wszystko był wdzięczny za przygarnięcie. Mimo wszystko kochał DOGS.
Drgnął, gdy Grow wstał. W tym momencie właściwie mógł spodziewać się wszystkiego. Od wyrzucenia z pomieszczenia po wydalenie z DOGS na zbity pysk.
Ale tego... tego się nie spodziewał.
Zamarł na kilka ulotnych chwil, wpatrując się w żółty materiał. Wyciągnął drżącą dłoń w jego stronę, ale dostrzegłszy brudne palce, momentalnie ją zabrał, instynktownie pocierając o materiał spodni, jakby chciał chociaż w drobnym stopniu pozbyć się brudu. Jakby jego dłoń nie była warta dotykać czystego i nie splamionego drobinkami Desperacji materiału. Wreszcie go pochwycił i spoglądał w milczeniu. Słuchał Growa, ale nawet nie podniósł głowy, powoli, wręcz ze świętym namaszczaniem pocierając kciukiem materiał, wyszytego psa.
Ratler.
Głowa opadła lekko w dół, kosmyki przysłoniły twarz, dolna warga zadrżała.
Jednak nie wydawał z siebie żadnego dźwięku przez dłuższą chwilę. Ciężko mu było określić, co tak naprawdę teraz czuł. Chyba pierwszy raz od bardzo dawna nie miał pojęcia jak nazwać uczucie, które głębiło się w jego klatce piersiowej. Nie wierzył. Czy aby na pewno to nie był okrutny sen, z którego lada moment ktoś go wybudzi?
- Własny pokój...? Własne rzeczy? Czy... mam pawo do tego? - wreszcie ciszę przerwał cichy, wręcz nieśmiały szept.
- Miałem trzech baci, i cztey siosty. Wszyscy mieszkaliśmy w jednym pokoju. Kiedy sprzedano mnie do niewoli, zajmowałem celę z dwunastoma innymi wymodowanymi. W CATS mieszkalem z Ethanem, czasami z innymi Kotami. Nigdy... nigdy nie miałem swojego pokoju. Ani swoich rzeczy. Nie miałem do tego pawa. - przysunął chustę bliżej ust, które w końcu lekko ugięły się pod wpływem uśmiechu. Zawsze cały jego dobytek stanowiło to, co aktualnie miał na sobie. Nie mniej, nie więcej. A teraz, tak nagle, miał to wszystko dostać i mieć tylko i wyłącznie dla siebie? Skłamałby, jakby powiedział, że nigdy nie pragnął mieć czegokolwiek tylko na dla siebie, na wyłączność, ale bał się nawet o tym marzyć. Nigdy też nawet przez głowę nie przeszłoby mu, żeby awansować w DOGS. Przecież był... zdradzieckim kotem. Tak go nazywali.
- Będąc w DOGS nigdy nie chciałem niczego. Niczego nie chciałem wymagać. Pagnąłem jedynie twojego uznania. Szukałem twojej atencji, żebyś weszcie powiedział, że spisałem się dobrze i że widzisz we mnie Psa, a nie Kota. Niczego więcej nie chciałem. - w końcu uniósł głowę i spojrzał na niego.
- Dziękuję.



Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before


Shion





Shion
Ratler     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


 Nie chciał żadnej litości ani słów o długu?
 Grow nie ukazał zdziwienia. Szlifował tę umiejętność dekadami, dzięki czemu każde zaskoczenie było tłamszone w zalążku, nim sam zdał sobie sprawę z ukłucia niepewności, które wbiło się w żołądek. W chwilach takich jak ta jedynym poprawnym środkiem wydawało się chwycenie Shiona za barki i potrząśniecie nim. Wytłumaczenie, że nie o to chodzi. A jednak zamiast tego twarz Wilczura pozostała niewzruszona, jakby od niewidzialnej skorupy odbijały się wszystkie „ale” użyte przez Shiona.
 Pozwolił mu się wygadać, a to, że nie zgadzał się z jego poglądami, było widoczne tylko po zmarszczce między brwiami. Zaskakujące, jak wykonanie roboty mogło być różnie odbierane. Grow nie zamierzał się jednak spierać, ani na siłę wmuszać w młodego wymordowanego swoich osobistych przemyśleń. Już teraz dręczyło go, że musiał przyznać się do winy — do faktu, że Shion przyjmował ciosy.
 Bo oczywiście, Psy dużo przeszły. Nie było jednostki bez blizny, żadnej osoby, której nie sięgnęła krzywda. Poważne gwałty, tragiczne morderstwa, psychiczne uszczerbki, kalectwo. Gdyby jednak odcedzić osobiste cierpienia od cierpień na rzecz organizacji — ilu członków gangu tak naprawdę by się wyróżniło? Ilu bez zawahania odgryzało języki, aby nie zdradzić lokalizacji, ilu łamano ręce, by już nigdy nie przysłużyli się DOGS?
 Myśli, że wielu dołączyło do gangu w obawie przed samotnością, w przeświadczeniu, że to jedyna możliwa drogą, jedyny pomysł godny realizacji... to zawsze denerwowało. Było uwłaczające dla ideologii, jaką kierował się Grow. Widząc jednak niemy zachwyt w oczach Shiona i nabożność z jaką dotykał materiału... zwykłej szmaty z naszytym przez nieporadne dłonie psem...
 To dawało jeszcze nadzieje, co, Jace? Że są ludzie, którzy myślą tak samo. Stawiają na żali swoje życie, a nie tylko śmieci, których nie byłoby im żal przy przegranej. Może są ludzie, którzy naprawdę kochają i umierają, dają prawdziwe dwieście procent, są szczerze ogłupieni. Do licha, szaleni.
 Może.
 Nie wiedział, czy Shion jest taką osobą, nie obchodziło go to. Siedział w milczeniu, pół metra od niego i przyglądał się, jak ten okaleczony dzieciak zaciska palce na tkaninie, jak chłonie informacje, że należy do rodziny, jak próbuje zrozumieć proste przekazy.
 — Dziękuję.
 — Może to właśnie twój problem, młody. — Odchylił się, aby przylgnąć plecami do lodowatej ściany. Tu, dziesiątki metrów pod ziemią, było kurewsko zimno. Zawsze. Wilczur, rozluźniony, wpatrywał się w świecę, która nie dawała żadnego ciepła. — Może powinieneś zacząć wymagać. Czego tak naprawdę chcesz? Uznania? Przynależności? Spokoju? — wymieniając, spróbował wcielić się w skórę Shiona, ale na darmo. Za bardzo się od siebie różnili. — Co mogłoby sprawić, byś to dostał? Byś stał się tym, kim chcesz? — Włosy otarły się o chropowatą, ziemistą powierzchnię, kiedy Grow przekręcał głowę, aby móc lepiej przyjrzeć się siedzącemu obok podopiecznemu. — Kiedy byłem dzieckiem, wymuszano na mnie reakcje mimo obojętności tłumu. Ojciec opowiadał o dziewczynce, która stała tyłem do morza, na samym krańcu klifu. Znasz tę historyjkę? — przesunął językiem po spierzchniętych wargach. — Grunt powoli osuwał się jej spod stóp. W dole szalały wzburzone wody, fale zakrywały i odkrywały ostre głazy. Jak sądzisz, co się stanie, jeśli nie wykona kroku naprzód?
 Shion jest już pustą skorupą, Jace, runie w otchłań jak każda inna bierna jednostka.
Zamknij się.
 A jednak Grow nie był ślepy. Widział tę apatyczność u rudowłosego, jego nienaturalną cichość. Widział strach, niechęć i obrzydzenie, gdy znajdował się zbyt blisko, choć wcześniej młody lgnął do niego jak przerażone dziecko do ojca. Odetchnął przez nos, jakby zmęczyło go stałe analizowanie ewentualności. Obaj powinni odpocząć. Dać sobie c z a s.
 — Możesz już wracać do medycznego. To wszystko, czego od ciebie chciałem.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 18 z 19 Previous  1 ... 10 ... 17, 18, 19  Next

Powrót do góry