:: M3 :: Centrum :: Apartamentowiec C4

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Gość on Pon Lut 12, 2018 7:19 pm
Pierwszy raz na twarzy nastolatka wymalował się lekki, blady uśmiech, dałoby się go nie zauważyć, gdyby ktoś się odpowiednio nie przyjrzał. Nie trwało to jednak długo, gdyż jego mimika powróciła do stanu poprzedniego, iście nijakiego.
Chciałem zmotywować pana do większej otwartości, ale celowo nie chce pan wyłapać tej aluzji. — Uczeń liceum skonfrontował swoje spojrzenie z tym należącym do jasnowłosego, eleganckiego mężczyzny siedzącego dostojnie na fotelu. Nie było ono jednak wyzywające, poniżające czy cokolwiek innego, zdawało się mimo wszystko kompletnie obojętne na taki obrót spraw. Oczywiście, że nie zamierzał nalegać, a już tym bardziej prosić się o zadowalające odpowiedzi na pytania wprost do eseju, nie były konieczne. Alessandro Rodham mógł nakłamać na papierze ile wlezie, byleby otrzymać zadowalającą go ocenę, nie musiał w końcu pisać prawdy.
Jasnowłosy posiadacz zielonych tęczówek wsunął karty ze szkicami do szkicownika, a na niego zarzucił notatki, które zrobił. Długopis wylądował na powrót w kieszeni plecaka, a siniak przez chwilę również był widoczny, spod przesuniętych na bok kosmyków — pamiątkę po sposobie wychowania Arthura Rodhama. Słysząc pytanie właściciela przestronnego mieszkania wyprostował się, a ich spojrzenia ponownie się spotkały.
Tak, nie mamy już więcej czasu, by pozwolić sobie na dalszą pogawędkę — powiedział spokojnie licealista, chwyciwszy za jedną z szelek plecaka i podniósł się ostrożnie, uprzednio odkładając na stolik szkicownik z notatkami, które wrzucił do wnętrza. Nie planował iść do domu. — Zapytał mnie pan, czy nie zawahałbym się kogoś zastrzelić, ale nie pomyślał pan o tym, że to ja chciałbym być zastrzelony, prawda? — dopowiedział z chwilowym ożywieniem, jak w momencie, gdy jego wzrok odnalazł broń, która teraz leżała nadal pomiędzy nimi. Jak na swój wiek Alessandro Rodham bywał szokująco dojrzały w porównaniu do pozostałych rówieśników, jego ocena sytuacji okazywała się w praktyce zimniejsza niż temperatura wody tuż pod taflą zamarzniętego jeziora. Doskonale orientował się w tym jak surowe prawo panowało w każdym z odrodzonych miast i wiedział aż za dobrze, że nie ma szans, by zerwać się skuteczne ze smyczy, którą wokół szyi owinął mu jego własny, znienawidzony doszczętnie rodzic.
Licealista zarzucił na plecy plecak i ponownie spojrzał na sąsiada, który wciąż siedział zupełnie niewzruszony.
Dziękuję za te piętnaście minut straty czasu na rozmowę ze mną. Do widzenia, panu. — Skinął głową, jakby w ramach okazania szacunku i skierował się do wyjścia, wcześniej nie zapominając o włożeniu swoich zielonych trampek. Następnie skierował się do windy, którą miał zjechać na dół apartamentowca, by szwędać się po mieście z dala od natarczywego spojrzenia Arthura Rodhama.


zt x2





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Havoc on Nie Wrz 02, 2018 10:32 pm
Pokonując kolejne stopnie w towarzystwie drepczącego mu po piętach rottweilera, rzucił ukradkowe spojrzenie na zegarek. Przesuwając się na dziewiątkę wskazówka urządzenia uświadomiła mu, jak bardzo pragnął snu i wtedy też poczuł każdym porem swojego ciała zmęczenie. Był na nogach od samego rana – od piątej trzydzieści pięć. Przy życiu utrzymywały go trzy kawy i dwa, skromne posiłki. O ile żołądek nie zaczął się buntować, o tyle kofeina już dawno przestała go trzymać w ryzach. Energia zarezerwowana na tej dzień wybrała się na urlop, który potrwa do kolejnej piątej trzydzieści pięć. Musiał się przestać i zregenerować siły.
  Zacisnął jedną z dłoni na poręczy schodów, ale nie przeszło mu przez myśl, by skorzystać z usług windy. Do przebycia pozostało mu zaledwie jedno piętro i nie miał zamiaru wchodzić do tego ciasnego, dusznego pomieszczania, które od razu po przekroczeniu metalowego progu doprowadzała informatora do jego dyskomfortu. Skorzystał z niej tylko raz i już wiedział, jak czuły się makrele zamknięte w ciasnej puszcze. Choćby nie wiadomo co, obiecał sobie wówczas, że już nigdy do niej nie wejdzie.
  Nie od razu zdecydował się ponowić swój marsz. Odetchnął głęboko, by nieco ulżyć sobie w cierpieniu wywoływanego przez słabą kondycje. Zanurzył palce w czarnej, lśniącej sierści psa i przejechał dłonią po jego grzbiecie. Rottweiler zniósł tę pieszczotę z godnością, chociaż najprawdopodobniej, gdyby nie został pozbawiony ogona, zamachałby nim w powietrzu w celu zademonstrowania zadowolenia. Zamiast tego skonfrontował swoje czarne ślepia z niebieskimi oczyma swojego właściciela i Havoc wreszcie zdecydował się wykrzesać z siebie ostatnie pokłady drzemiących jego słabawym organizmie siły.  Ledwo dysząc, pokonał ostatnią kondygnacje, nadal dbając o to, żeby jego kroki w żaden sposób nie zamąciły panującej na klatce schodowej ciszy. Przyłożył przepustkę do automatycznego zamku, ale drzwi nie otworzyły się od razu. Odczekał kilka sekund, dając czas systemowi, które musiał przed tym zweryfikować jego tożsamość, i gdy w końcu usłyszał cichy zgrzyt zamka, zacisnął dłoń na klamce i wszedł do pogrążonego w mroku  minimalistycznego holu. Obadał go wzrokiem, ale nie wypatrzył na białym, puchowym dywanie żadnych patologii w postaci zabrudzeń obcych butów; jego wzrok zatrzymał się zaledwie na ułożonej na półce aktówce.
  Odkąd włamano się do jego mieszkania, zachował wszelkie środki ostrożności, a jego czujność wzrosła o parę poziomów do góry. Nawet zrezygnował z kluczy, godząc się z ciężkim sercem na rozwiązanie wykorzystujące technologię. Jej obecność, jednak nie wpłynęła kojąco na jego skażony przez paranoję umysł, a jedynie pogłębił drzemiące w nim obawy. Zdjął buty, spuścił Halka ze smyczy i wszedł w głąb mieszkania, zerkając do mijanych pomieszczeń. Zaświecił światło w salonie i wdrapał się po schodach na piętro, a potem udał się wprost do łazienki, by zrealizować chęć, która kiełkowała w nim po każdej konfrontacji z tłumem. Tradycyjnie nie zamknął drzwi do końca. Dla własnej wygody, a także komfortu psychicznego, notabene odgrywającego najważniejszą rolę w tym zabiegu, pozostawił je nieco uchylone. Napuścił wodę do wanny, dbając o jej optymalną temperaturę.  W trakcie jej napełnienia, wykonał kilka rytualnych czynności,  które zwykł robić. Automatyka jego ruchu przewodziła na myśl aktora odgrywającego po raz tysięczny jedno i tą samą scenę. Ściągnął ubrania i umieścił je w koszu na pranie, a następnie umył starannie ręce mydłem antybakteryjnym i zdjął soczewki; były jednodniowe, więc od razu wylądowały w koszu na śmieci. Oczyścił twarz tonikiem i, odłożywszy pistolet (nigdy się z nim nie rozstawał) na obudowę bali, wreszcie zanurzył się w znajdującej się w niej zwartości. Rozłożył się w niej i przymknął oczy, nasłuchując szumu wody. Dawno nie był tak wykończony. Nawet biodro odzywało się promieniejącym bólem, a to bardzo rzadko się zdążało. Dbał o jego funkcjonalność, ale na szczęście ten był tłumiony przez patologiczny układ nerwowy, dzięki któremu czuł wszystko bardzo niewyraźnie i częściowo, a nawet wcale. W tym wypadku mógł go sobie jedynie wyobrazić, gdyż o nadwyrężeniu przypomniało mu utykanie, a nie on sam w sobie.
  Zapach płynu do kąpieli podziałał na niego kojące. Odchylił głowę do tyłu, starając się pierwszy raz tego dnia odgonić do siebie wszelkie myśli, aby przynajmniej na chwile odciąć się od świata, który go otaczał, ale słysząc jak na ulicy toczyło się nocne życie w postaci przeszywającego dźwięku klaksonu, nie mógł sobie na to pozwolić. Pożałował, że nie zgłębił technik medytacji, ale zaraz odkrył, że takowe wcale nie były mu potrzebne. Zmęczenie stopniowo się z niego ulatniało, a na jego miejsce wstąpiło tulące go do snu odprężenie. Nigdy nie zasnął w wannie, ale przeleciało przez myśl, że to wcale nie taki zły pomysł, nawet jeśli najprawdopodobniej złapie przez to przeziębienie.
  (Zaśnij. Po prostu zaśnij. Przestań w końcu rozważać wszelkie za i przeciw.)
  I prawie usłuchał głosu swojej głowie. P r a w i e. Rozsądek szybko przywołał go do porządku.
Kap. Kap. Kap.
  Otrząsnął się z zamroczenia, uświadamiając sobie, że woda przelała się na kafelki. Natychmiast zakręcił korek, a po ścianach łazienki rozległo się głębokie westchnienie.
  Złapał w usta powietrze i, zatykając noc, poszedł na dno. Wszystkie słyszane przez niego dźwięki ucichły, a mięśnie zwiotczały. Była tylko pustka i przyjemna cisza. Mógł w tej pozycji zostać do końca życia.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Pride on Wto Wrz 04, 2018 12:22 pm
 Pride pod postacią jaszczurki dreptał na swoich kółkach (czyt. łapkach), ile tylko sił, aby w ostatnim momencie wdrapać się do aktówki Havoca. Pal licho, że nieco skóry mu obdrapał ze względu na swoje długie szpony, jednak plan operacji się powiódł — blondyn nie połapał się, że posiadał na pokładzie nieproszonego gościa. Gościa, który zamierzał się porządnie wyspać i nażreć za darmo. Prawdę mówiąc, szukał jelenia — i wcześniej u jednego się zatrzymał, jednak jego zbyt altruistyczne podejście przerażało lekarza. Gustował w mniej normalnych osobach, a Mike z daleka zalatywał na kogoś z zaburzeniami i problemami psychicznymi.
 Kto jak kto, ale Pride wiedział o czym mowa.
 Zapewne powinien obawiać się wydania do władz miasta, jednak miał dziwne, podskórne uczcie, że blondyn wcale nie zrobiłby tego. Sam mógł wiele ryzykować w mniemaniu Niklasa. Kilkugodzinne przesiadywanie w zamkniętym pomieszczeniu i przesłuchanie. Notoryczne i jednobrzmiące pytania —  Mike nie pasował mu do tej scenerii, zważając na fakt, jak niekomfortowo czuł się w pizzerii.
 Całą drogę do domu przespał w teczce na samym jej dnie pod masą papierów i innych bzdur współczesnego świata. Drzemał wygodnie, kiedy ruch aktówki nagle ustabilizował się.
 Gad poruszył się w teczce z gracją baletnicy, nasłuchując kiedy kroki milkną.
 Chciał przeczekać, ukryć się gdzieś pod kaloryferem i przenocować w takiej postaci, jednak stukot łap pokrzyżował mu plany. Wygrzebał się z aktówki z niemałym trudem, robiąc w niej sporo zniszczeń.
Wychylił łeb zza półki, spoglądając na zawszonego kundla z ogromną pogardą i dozą obrzydzenia. Chciał splunąć na paskudną mordę z wysoka, jednak kompletnie zapomniał o braku człowieczeństwa i jedynie pogarda została okazana poprzez wysunięcie długie języka.
 Gadzi wzrok przesunął się po całym królestwie Mike'a, szukając najkrótszej drogi zejścia.
Cóż za pech.
Znowu.
 Zejście wcale nie wydało się być takie łatwe jak przypuszczał na początku, a jedynym miękkim lądowaniem wydawał się ten śmierdzący pies. Gapił się tak dziwnie i podejrzliwie, jakby nigdy nie widział jaszczurki, jednak ten zacofany gatunek charakteryzował się zbyt dużą ciekawością,  a raczej tak przynajmniej zapamiętał te głupiutkie zwierzaki za swoich czasów Niklas. Miał nadzieję, że go nie zeżre.
 Notofru.
 I spadł na grzbiet pasożyta domowego, który szybko się nim zainteresował. Zaczął się obracać wokół własnej osi niczym skończony kretyn, a Pride czuł się jak na karuzeli. Wbił pazury w jego skórę, musząc przytrzymać byka.
Krótkie ukucie najwidoczniej zaintrygowało psa, gdyż zatrzymał się. Szczeknął, a on prawie ogłuchł.
Na szczęście po korytarzu ktoś szedł z psem. Tamten również szczeknął, dzięki czemu wzbudził zainteresowanie w Hulku, a Pride mógł z niego po prostu spaść. Wgrzebał się pod dywan, w obawie, gdyby ten nagle wrócił, ale zaaferowany sąsiadami, umknął z salonu.
 Stanął przed schodami i czuł, że czeka go wyzwanie...

~*~

 Czuł się okropnie zmęczony. Wejście na schody zajęło mu dobrych kilka wieków, jednak na piętrze czuł się bezpieczny. Już chciał czmychnąć do jakiegoś pokoju, kiedy zauważył uchylone drzwi do łazienki. Przez gadzi pysk przemknęło coś na kształt uśmiechu i dziarsko wwędrował do pomieszczenia. Mike akurat brał kąpiel i nijak zwracał uwagę na otoczenie. Ba! Znajdywał się pod wodą, dzięki czemu Niklas niepostrzeżenie wdrapał się po ręczniku do wycierania rąk aż do balii. Kiedy jedną łapą stanął na śliskiej nawierzchni, wszystko szlak trafił.
 Plup.
 padł do wody.
 Nie miał tego w zamiarze, ha! Chciał chamsko patrzeć na twarz Havoca i dostrzec to nagłe zdziwienie, kiedy zobaczy pysk jaszczurki, jednak teraz...topił się. Czy mogło być gorzej?!
 Oczywiście.
Zmuszony do uratowania własnej skóry, zaczął znacznie się powiększać. Powiększać na tyle, że Mike mógł poczuć czyiś ciężar na swoich nogach. Obce kolano wbiło mu się w brzuch, a dłoń zahaczyła o stopę. Pride siedział po drugiej stronie wanny, łapiąc oddech.
 Starł wodę z oczu, czekając na pisk dziewicy.
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Havoc on Sro Wrz 05, 2018 12:37 am
Pożądany pisk dziewicy nie nadszedł, zamiast tego dylemat, który narodził się w podświadomości informatora, szybko został rozwiązany, a przemożna ochota na utonięcie przemieniona w chęć odzyskania sprawności psychicznej. Perspektywa śmierć niosła za sobą zbyt mało wrażeń, a przynajmniej w obecnej formie.
  Poczuwszy nieprzyjemny nacisk na brzuchu, zaciśnięte w wąską linie wargi rozwarły się. Przez głową przeszła mu myśl, że ktoś chce go utopić, a przed oczyma natychmiast stanęła mu sylwetka generała. Serce od razu zabiło mocniej, a w przełyku ukształtowała się nieprzyjemna gula, ale spoglądając w górę, nie ujrzał malującego się nad nim cienia. Ledówki przebijały się przez pianę i świeciły mu wprost do oczu. Jednakże wyobraźnia nie była bierna. Podsunęła mu obraz bezlitosnego uśmiechu szpecącego ordynarną, niemiecką twarz. Mimo iż temperatura wody zmniejszyła się zaledwie o jeden stopień, przez jego ciało przeszły dreszcze i zrobiło mu się nieprzyjemnie zimno na całym ciele. Wzdrygnął się, czując jak ktoś go dotyka. Wtedy postanowił zawalczyć o swój oddech.
Kap. Kap
  Kolejna porcja wody i piany rozlała się na płytki. Wynurzając się, nieświadomie zacisnął palce na obcej nodze, ale był zbyt zajęty łapczywemu łapaniem tchu, by to zauważyć. Splunął znajdując się w gardle wodą, która skutecznie utrudniała tą czynność. Dysząc ciężko, odgarnął włosy z czoła i dopiero po odzyskaniu kontroli nad oddechem przyszło zrozumienie. Instynktownie przywarł do ścianki wanny, czując potrzebę izolacji. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie, acz szybko przerodziło się w coś na wzór zdenerwowania stopniowo przekształcającą się w złość. Pierwszy raz na gładkim czole pojawiła się zmarszczka. Wbił spojrzenie w twarz mężczyzny. Okazanie mu uprzejmości było błędem.
  — Jak się tutaj dostałeś? — Wydobył z siebie cichy szept, zapominając tymczasowo o wszelkich uprzejmościach. Prawa ręka mimowolnie sięgnęła po pistolet. Odbezpieczył go i wycelował jego lufę w zmoczoną twarz nieznajomego. — Masz trzy sekundy, aby udzielić mi satysfakcjonującej odpowiedzi, inaczej strzelę — zastrzegł. Nigdy nie był niecierpliwy, ale nieproszone pojawienie się osoby, do której poczuł nić sympatii, nieco wytrąciło do z równowagi, dlatego począł odliczać do trzech. — Jeden... — Uścisk na broni, mimo mokrych i śliskich rąk, był pewny, a mężczyzna znajdował się na tyle blisko, że nie sposób było spudłować, a mimo tego, gdy z jego ust padło "trzy", Mike nacisnął za spust, ale nie trafił. Celowo skierował kurs lotu pocisku na lustro, ulokowane powyżej ramienia mordercy, pudłując. Huk wystrzału ogłuszył go na chwilę, a wraz z nim także odgłos rozpadającego się szkła. Miał nadzieję, że nie pobudził sąsiadów, ale jeśli nawet... to stało się to, co uknuł w myślach.
  Zaalarmowany o niebezpieczeństwie rottweiler, pobiegł na górę. Dudnienie jego kroków rozlało się po pomieszczeniu, w którym zapanowała cisza. Przeważył pyskiem drzwi i wtargnął do środka. Obnażył ostre zęby i zawarczał, wpatrując się w intruza z rządzą mordu wymalowaną na pysku.
  — On nie będzie taki uprzejmy jak ja i bez zahamowania rzuci się panu do gardła — oświadczył Havoc już swym zwyczajowym tonem.
  Stanął w wannie, pozwalając, by piana zeszła z jego nagiego ciała. Nie wstydził się nagości. Ten rozdział ze swojego życia miał już dawno za sobą, a pakiet doświadczeń sprawił, że nagość przestała być dla niego aktem intymności, czy też powodem do wypieków na policzkach. Był pod tym względem trochę jak pierwsza, biblijna para przed zjedzeniem owocu z drzewa zakazanego. Nie wzbudzało to w nim tego, co było odczuwane przez ludzi o niewybrukowanej psychice. Kalkulacja mordercy była błędna.
  Skonfrontował pięty z zimnymi kafelkami, nadal dzierżąc w dłoni pistolet. Na jego twarz powróciła bezuczuciowa maska.
  — Nie chcę uchodzić za nieuprzejmego, czy też niegościnnego, niemniej jednak nie lubię, jak ktoś przeszkadza mi w kąpieli. To bardzo nieuprzejme z pana strony.
  Posłał mu blady uśmiech, a po chwili uchwycił w palce szlafrok. Założył go, obowiązując się nim szczelnie. Broń odłóż na umywalkę. Nie przejął się, gdy jeden z odłamków szkła wbił mu się w stopę; nawet tego nie poczuł, zamiast tego do gardła napłynęła suchość i nagle zebrała się w nim ochota na lampkę wina, ale nie zrobił nic, by ją spełnić. Nie spuszczając wzroku z intruza, po omacku odnalazł ułożony na półce krew. Dłonie, naznaczone zaczernieniami i małym stupami po zbyt nachalnym czyszczeniu ich, wymagały uważnej pielęgnacji.
  Pies warczał, gotowy w każdej chwili wgryźć się w tętnice szyjną mężczyzny. W tych celach został przeszkolony. Havoc nie szczędził ani czasu, ani pieniędzy by takowe mu zagwarantować, a w zamian oczekiwał jednego - bezwzględnego posłuszeństwa.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Pride on Pią Wrz 14, 2018 8:01 am
 Pożądany pisk dziewicy nie nadszedł.
 A powinien.
 Może wówczas ogłuszony piskiem, nie uśmiechałby się zadowolony z zaskoczenia jakie wywołał nagłym pojawieniem u niego w mieszkaniu?
Pride'owi zazwyczaj przyświecało szaleństwo. W oczach pojawiały się niepokorne ogniki, które nijak gasły pomimo ostrzeżeń z otoczenia. Zawsze szedł naprzód, pomimo tchórzliwej natury, zawsze wchodził w ogień. Jedni nazwaliby jego zachowanie głupim, szalonym czy niewłaściwym, a on po prostu nie potrafił inaczej.
Zniszczony emocjonalnie, wyprany z odruchów człowieczeństwa szukał... no właśnie, czego? Śmierci? Pragnął umrzeć? Pragnął podświadomie, aby ktoś w końcu strzelił mu w ten zakuty, ponad inteligentny łeb?
Przecież i tak kiedyś się sam skończy.
 Spoglądał w oko lufy, a uśmiech nie znikał z jego warg. Kpiący, szyderczy, wyzywający. Rzucał Mike'owi wyzwanie.
Strzel. Pociągnij za spust. Zrób to, szmato.
 Nie odzywał się. Milczał długo, a kiedy w końcu padło czarodziejskie „trzy”, nawet nie drgnął o milimetr.
 Czekał.
 Czekał na wyrok.
Pokaż mi, jaki jesteś. Pokaż mi, kim jesteś.
Podjudzał, szeptał w głowie, mając nadzieję, że Havoc usłyszy jego prośby.
 Trzask.
 Lustro rozbiło się w drobny mak, a on poczuł jak odłamki dosięgają jego skóry.
Wstał.
 Dla niego nagość również nie była niczym wstydliwym. Przestał przejmować się nią po pierwszych sześćdziesięciu latach bycia wymordowanym.
Wyzwolił się z durnych ludzkich ułomności, wstydliwości i słabości.
Stał się najlepszą wersją siebie.
Pozwolił własnym pragnieniom ujrzeć światło dzienne. Ludzie przestali stanowić dla niego problem, a to on stał się dla nich zmorą.
U t r a p i e n i e.
 Wyszedł z wanny, pozwalając wodzie swobodnie ściekać po jasnej skórze. Wyczulony słuch Wymordowanego, szybko wychwycił nadbiegającego psa. Domyślał się, że ten zaraz wpatruje, jednak zatrzyma się.
Będzie czujny. Poczeka na rozkazy.
Mukuro, daj spokój. Byliśmy na randce, a teraz razem się kąpaliśmy, nie sądzisz, żeby przestać mówić mi przez per pan?
Roześmiał się w ten typowy dla siebie sposób. Uprzejmy, pomocny, beztroski, pełen fałszywości i kłamstwa.
No widzisz. Chyba będziesz musiał nauczyć mnie manier.
Wzruszył ramionami, jakby informator zaproponował mu herbatę.
Potrzebowałem noclegu. Cała tajemnica. Zostanę do jutra, a potem zniknę z twojego życia. Miasto jednak jest nudne.
Stwierdził szczerze. Ciągłe ukrywanie się i pajacowanie, że jest się tym, kim nie było zaczynało go męczyć.
To było jasne — Wymordowani nie są mile widziani w mieście. To nic dziwnego, ani szczególnie odkrywczego, jednak przypuszczał, że chociaż w jakimś stopniu zaaklimatyzuje się w utopijnym mieście i odetnie się od kolejnej przeszłości. Kolejnych drzwi, które zamknął za sobą.
 Potrzebował oddechu.
Potrzebował.
 Potrzebował p r o c h ó w.
Narkotyki.
Na samą ich myśl, poczuł jak ślina zbiera się w ustach, a skóra przeraźliwie swędzi.
Nie zmuszaj mnie, abym zabił tego psa. Facet, jestem wymordowanym, takie gówniaki to dla nas zajączki. Jemy takie na Desperacji. Nie kompromituj się tym.
Westchnął znużony. Przysiadł na wannie.
Nie oszukiwał się. Nie oszukiwał się już dłużej.
 Pora wracać do siebie. Do miejsca, gdzie ma więcej wrogów niż przyjaciół. Do miejsca, które znał i w którym wbrew wszelkiej logice, czuł się bezpiecznie. Sobą.
Daj mi jakieś ubrania. Masz zieloną herbatę? A może...
Opium.
Uciął szybko, przecierając twarz dłonią. Zakrył słabość kolejnym uśmiechem. Wbił ślepia w Mike'a.
To co, herbatka?
Zaproponował.

avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Havoc on Sob Wrz 22, 2018 1:26 am
Niezawodna akustyka w łazience sprawiła, że śmiech mężczyzny odbił się od ścian i zabrzęczał w uszach gospodarza. Havoc zadrżał, ale przez jego twarz nie przeszły żadne emocje. Zamknął je w sobie, w obrębie myśli. Poprawił uścisk na rączce pistoletu (mokre dłonie sprawiły, że palce ślizgały się po  gładkiej powierzchni rączki) i otarł kciukiem spust, jednakże powstrzymał się przed ponownym naciśnięciem nań. Wpatrywał się w rozbawione oblicze natręta, celując wprost w jego zakuty łeb. Gdyby chciał go zabić (No dalej, zrób to, Mickey, wystarczy pociągnąć za spust i sprawa zostanie raz na zawsze rozwiązana.), to bez trudu posłałby jeden z nabojów tam, gdzie takowy najbardziej się pasował (do mózgu). Dobrze wiedział, jak to się robi. Spędził wiele godzin na strzelnicy, ćwicząc ten kunszt, by chociaż trochę poczuć się bezpiecznie, gdy po mieszkaniu kręcił się Kurtz, ale teraz - paradoksalnie - żałował, że już go nie było.
  Nabrał do ust świeżego powietrza.
  — Nie sądzę, gdyż - jak pan słusznie zauważył - brak panu kultury osobistej, dlatego też nie ujawnił mi pan swojego imienia, więc nawet nie mam pojęcia, jak mógłbym się do pana zwracać — rzekł z udawaną grzecznością, ale i tak nie miał zamiaru dostosować się do jego prośby. Przejście na ty zwiastowało początek nowej znajomości, a Havoc sobie takowej nie życzył, bo to, co nieznajomy interpretował jako randkę, nigdy nie miało takiego wymiaru, nie w terminologii informatora. Zaprosił go na obiad, by zaczerpnąć kilku potrzebnych informacji, a rzekoma „wspólna” kąpiel to nic innego jak wtargnięcie, złamanie nierespektowanych przez mordercę zasad prywatności oraz pogwałcenie nietykalności cielesnej. Chciał mu to uzmysłowić, ale dał sobie spokój. Miał do czynienia z osobą, która z zimną krwią, w celu kradzieży, zamordowała mężczyznę w biały dzień, nie przejmując obecnością kamer, zatem prawo nie miało dla niego żadnej wartości. Jednak, czy mógł określać mianem człowieka kogoś, kto najprawdopodobniej umiała zmienić kształt swojego swego ciała? Jego wiedza na temat wymordowanych był znikoma, niemal nieistniejąca. Dante nie wiele o nich mówił, a gdy już zaczął, to szybko kończył, a Mike nigdy nie pytał. Obawiał się, że to może pobudzić do życia jego prywatne leki. Nadal nie mógł odgonić od siebie obrazu żółtych, zwierzęcych ślepi zerkających na niego zza drzwi. Takowy stawał mu przed oczyma tylekroć, ilekroć wracał wspomnieniami wstecz lub sięgał po zdezelowane, upchane w kąt salonu skrzypce. I nigdy nie mógł odegnać go z myśli, mimo wielu usilnych starań i bezsennych nocy.
  Rozjuszony rottweiler ukazał swoje zęby i zawarczał, gdy mężczyzna wynurzył się z wanny, a wychodząc z niej, zachlapał spory kawałek płytek.  
  — Przepraszam, ale nie oferuję noclegu. Nie prowadzę przytułku dla bezdomnych, dlatego jestem zmuszony panu odmówić — rzekł, chociaż wiedział, że decyzja już zapadła. Przybysz zza muru pozostanie w jego mieszkaniu czy to mu się podobało, czy też nie, al. każdy rozsądny argument zostanie skwitowany żartobliwą, nie mającą sensu ripostą. Tej walki nie wygra, czuł to, ale nie miał zamiaru udostępniać mu s w o j e g o mieszkania na chociażby jedną noc. Ten przywilej jeszcze nikogo nie dotknął i wątpił, że kiedykolwiek ten stan rzeczy się odmieni.
  Odłożył krem na umywalkę. Nie miał szczęścia do zawierania znajomości. Na jego drodze zbyt często pojawiały się osoby niespełna rozumu i naprawdę miał tego dość, ale mimo to nie zdecydował się zademonstrować nowemu znajomemu swoich umiejętności strzeleckich. Wiedział, że kolejny odgłos wystrzału zaalarmuje sąsiadów, a wtedy powiadomią policję. Swoją znajomość z mordercą wolał zachować w sekrecie, chociaż istniało inne wyjście z sytuacji. Otóż zawsze mógłby go zabić. Przestrzelić łeb na wylot i powiedzieć, że zrobił to w ramach samoobrony, ale czy ktokolwiek uwierzy, że jakiś szaleniec włamał się do jego mieszkania, napuścił wody do wanny i uciął sobie kąpiel, gdy akurat on wyprowadzał psa na spacer, a potem...? Właśnie… co potem? Wyskoczył z wanny tak, jak został stworzony i zaatakował?
  Gdyby Mike Havoc został wyposażony w poczucie humoru, najprawdopodobniej roześmiałby się do własnych myśli, ale musiał zadowolić się zaledwie przemilczeniem ich absurdalnej treści.  
  — Kiedy pan będzie zajęty mordowaniem Halka, ja z wielką przyjemnością wpakuje w pańskie ciało cały magazynek. Czy taki układ pana zadowala? Jak mniemam - niezupełnie. Mnie również, bo jednak wolałbym, aby nikt nie wyzionął ducha w mojej łazience, a tym bardziej nie życzę sobie, aby był to mój własny pies. Oddam panu komplet świeżo upranych i wyprasowanych ubrań, a wtedy pan w ramach wdzięczności, wyjdzie z tego mieszkania i nigdy już tutaj nie wróci.
  Na jego ustach pojawił się zarys uśmiechu.
  — Czy mogę zaryzykować stwierdzeniem, że przypadł panu ten pomysł do gustu?
  Zaproponował.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Pride on Czw Wrz 27, 2018 11:58 am
 Czuł się znużony całą tą szkopką, którą sam wykreował na własne życzenie. Wielokrotnie przeklinał na swoją próżność i maniakalną chęć posiada wszystkiego co mu się akurat spodobało.
 Czy Mike mu się podobał? Z całą pewnością — nie. Jednak dla Niklasa większą wartość miały rzeczy, jakie mężczyzna posiadał. Sam wymordowany nie miał w mieście niczego. I ktoś mógłby pomyśleć, że najbezpieczniej warto byłoby zostać z altruistycznym kwiaciarzem niż neurotycznym urzędnikiem, jednak instynkt mu podpowiadał, że Miki mógł szybciej spanikować i wydać go, aniżeli chłodny, analityczny umysł Havoca. Mężczyzna wydawał się dość rozsądny. Posiadanie broni tuż przy sobie stanowiło dla Niklasa sygnał. Zaczynał coraz lepiej widzieć z kim ma do czynienia. W pewnym momencie nawet pomyślał, że pod pewnymi względami są do siebie podobni.
Możesz do mnie mówić Pride, Mukuro. Bo jak mniemam to również twój pseudonim, prawda?
Zapytał spokojnie, wpatrując się w swoje bose stopy, którymi poruszał na boki w dwie różne strony. Spojrzał na ukłucia na podbiciu, a potem powędrował wzrokiem nieco wyżej dostrzegając liczne siniaki, zadrapania i zagojone rany. Następnie wzrok spoczął na Havocu, który nadal uparcie celował w niego.
Nie jestem bezdomny. Tam skąd pochodzę mam dom. Zresztą---
Urwał na chwilę, zawieszając głos w próżni, smakując jego brzmienie pomiędzy wykafelkowanymi ścianami.
Wiem, że masz mnie za zagrożenie, jednak jesteś na tyle zaintrygowany, że się zgodzisz.
Nie miał pewności czy Mike jakkolwiek jest zaintrygowany nagim gościem w swojej łazience, jednak Niklas doskonale wiedział, że nie wyrzuci go za próg mieszkania.
 Po pierwsze: fizycznie nie miał do tego predyspozycji. Pomimo szczupłości, lekarz nadal posiadał znacznie większą siłę niż zwykły człowiek.
 Po drugie: nie na rękę byłaby informacja, że urzędnik przetrzymuje w swoim mieszkaniu kogoś pokroju Niklasa.
 Po trzecie: sąsiedzi.
Tajemnica musiała pozostać między nimi. Mike na jedną noc stał się zakładnikiem Pride'a i nie miał na to wpływu. Musiał pogodzić się ze stanem rzeczy i modlić się, aby gad dotrzymał słowa i następnego dnia zniknął z jego mieszkania raz na zawsze.
Zabicie twojego psa wraz z tobą mogę wykonać w tej samej chwili, więc życzyłbym powodzenia w walce z szybkością ludzką, a umiejętnościami jakie posiadają wymordowani. W końcu jakimś dziwnym cudem znalazłem się w twoim domu, w twojej łazience całkowicie znikąd. Wyrosłem spod ziemi i nawet twój pies nie był wstanie tego zauważyć. Więc, naprawdę uważasz, że wy, ludzie, macie jakiekolwiek szanse z nami, wymordowanymi? Nie. Nie macie. Ciesz się, że spotkałeś mnie, a nie innego. Tam, praktycznie takich nie ma.
Zapewnił go.
Oddam panu komplet świeżo upranych i wyprasowanych ubrań, a wtedy pan w ramach wdzięczności, wyjdzie z tego mieszkania i nigdy już tutaj nie wróci.
Westchnął ciężko, przewracając oczami ze zrezygnowaniem.
Naprawdę? Naprawdę chcesz nadal wałkować ten temat? Nigdzie się nie wybieram. Dzisiaj zostaję tutaj. Z twoją wiedzą bądź bez niej. Chuj mnie to obchodzi.
Odparł cierpkim głosem podszytym jadem i niecierpliwością. Czyżby prawdziwa twarz Pride'a?
Ale komplet świeżo upranych i wyprasowanych ubrań chętnie przyjmę.
Głos zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni, a wcześniej skuta zimnem i nieprzychylnością twarzy, zmieniła się w pogodną i łagodną.
 Wstał wymieniając się z nim spojrzeniem.
 Wzrokiem, który mówił, że czas negocjacji dobiegł końca. Klamka zapadła.
Gdzie śpię?
Zapytał wesoło, robiąc krok w przód, jednak uprzednio spoglądając na śmierdzącego kundla. Ukręciłby mu łeb. Wypatroszył gołymi rękami, a krwią wymazał się cały, a następnie położyłby się w pustej, suchej wannie i po prostu dałby sobie w żyłę.
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Havoc on Pią Wrz 28, 2018 12:35 am
Nie kwapił się, by udzielić mu odpowiedzi na ówże pytanie. Ot, po prostu przeanalizował w głowie słowo Pride, a jego skojarzenia zatrzymały się na siedmiu grzechach głównych rzekomo ustanowionych przez Boga. Jednakże nie skomentował swojego spostrzeżenia, gdyż pojawiła się kolejna kwestia, którą musiał przetrawić.
  Nie, nie był zaintrygowany. W zasadzie ciekawość już dawno wyparowała i, gdyby potrafił posługiwać się emocjami, na jej miejscu zapewne pojawiłaby się irytacja. Otóż byl człowiekiem, który nie lubił, gdy coś nie szło po jego myśl, ale przeciwieństwie do sobie podobnych trzymał nerwy na wodze i nigdy nie okazywał zdenerwowania wynikającego z takiej sytuacji. Poczucia utraty kontroli nad sytuacją.
  Lufa pistoletu przemieściła się, teraz wylądowała mniej więcej na wysokości piersi mężczyzny. Tam, gdzie rzekomo każdy miał organ zwany sercem.
  — Naprawdę? Niestety ciężko mi w to uwierzyć i mam nieodpartą chęć, by zrobić taki tekst umiejętności, ale jak już panu mówiłem - śmierć Halka nie jest mi na rękę. — Przywołał zwierzę do siebie. Pies posłusznie dostosował się do jego komendy i stanął tuż obok, nadal wiercąc swoim wściekłym spojrzeniem dziurę w czole przybyszowi zza muru. Jego słowa nie wzbudziły w nim strachu. Miał wrażenie, że te uczucie znajdowało się poza jego zasięgiem, a może nawet nie mieściło mu się w głowie, aczkolwiek był pewny, że kiedyś takowe zasmakował, chociaż okoliczności tego zdarzenia były niejasne i zapewne jedynie sesja z dobrym (psychiatrą) specjalistą przywróciłyby mu utracone wspomnienia, ale wiedział, że nigdy nie zgodzi się na takie spotkanie. Swoją kondycje psychiczną miał pod kontrolą i przede wszystkim umiał oszukiwać na testach psychologicznych. Przybiera różnych ruch weszło mu w krew, stało się nawykiem, nieodłączoną częścią życia – czymś bardziej osiągalnym niż bogata paleta emocji.  — I owszem, uważam, że ludzie mają szanse z Wymordowanym. Być może nie są one imponujące, a raczej minimalne, ale historia S.SPEC zarejestrowała wiele przypadków, kiedy to człowiek z krwi i kości wychodził cało z potyczki z przedstawicielami twojej rasy —  przyznał i nie kłamał. Wszak tak było, a oddział Hycli działający na Desperacji, stanowił tego wręcz doskonały przykład, ale nie tylko on. Informator znał przynajmniej kilkunastu wojskowych, którzy mieli na swoim koncie staracie z nieumarłymi, a jedynymi pamiątkami po takich konfliktach były zaledwie skazy na ciałach w postaci blizn.
  Nie spuszczał wzroku z mężczyzny, ale odpuścił sobie mierze w niego z broni, chociaż nie odbezpieczył magazynka. Nadal paliła się w nim rezerwa i świadomość, że Pride w każdej chwili może zrealizować swoje groźby; informator nie miał właściwie żadnych złudzeń i był niezmiernie przekonany, że jego słowa przybrały taki wymiar.
  — Proszę nie przeklinać. W tym domu nie używa się łaciny kuchennej i, jeśli dostosuje się pan do tej zasady i kilku innych,  jestem skłonny przyjąć pana jednorazowa pod mój dach — odrzekł rzeczowo. Mógł to ugryźć na wiele różnych sposobów, ale wybrał drogę najbardziej etyczną, nawet jeśli z trudem pokonał swoją wewnętrzną niechęć do tego typu uprzejmości, nawet jeśli on i etyka nie chodziły ze sobie w parze.  Skarcił się w myślach, a potem na powrót skupił się na (nieproszonym) gościu, a raczej bardziej trafniejszym określeniem byłby to natręt. —  Pyta pan, gdzie spędzi tą noc, ale czyż odpowiedź na te pytanie nie jest oczywista? Miejsce dla gości jest w salonie, ale w asortymencie jego skromnego umeblowania nie znalazłem przestrzeni na łóżko, a zatem musisz... — Odchrząknął. Celowo, zrobił to jak najbardziej celowo. — Musi pan zadowolić się kanapą. —  Na jego usta wślizgnął się pozornie przepraszający grymas, ale nie miał nic wspólnego z poczuciem. Nie zakładał gości, a gdy takowi się pojawiali, nigdy nie oferował im noclegu. Nawet generał Kito nie była tutaj żadnym wyjątkiem potwierdzającym regułę, mimo iż zajmowała szczególne miejsce w hierarchii jego dość ubogiej listy znajomych. — Ufam, że ten mebel jest wystarczająco wygodny — stwierdził, chociaż wiedział, że wcale taki nie był. Wiedział, bo poniekąd sam dołożył wszelkich starań, by utrzymać taki stan rzeczy, a miał tę wiedzą przede wszystkim dlatego, że Kurtz ją przetestował, wielokrotne na niej lądując. Wówczas na drugi dzień zawsze narzekał na ból w krzyżu i szereg innych dolegliwości. Doprawdy wyborny był to widok; niezastąpiony żadnym innym, ale tym razem przez Havoca nie przemawiała złośliwość, a w pełnym stopniu troska. O poczucie własnego komfortu osobistego. Pojawiła się w nim obawa, że Pride nie zadowoli się tak skromną gościnną. Informator miał podejrzenie (a z reguły takowe się potwierdzały, bo mniej więcej znał się na ludziach)  - że mężczyzna należał do kategorii tych osób, którym dasz palce, a wezmą całą rękę.
  Przejechał palcami po wilgotnych, splątanych ze sobą kosmykach i bez słowa opuścił łazienkę, nadal profilaktycznie trzymając w dłoni pistolet. Halk, niczym cień, ruszył tuż za nim, niemal depcząc mu po nagich piętach. Mike z zaciśniętymi zębami (odżyło w nim przekonanie, że nieznajomy napuścił do jego mieszkania milion najróżniejszych bakterii) pokonał wszystkie stopnie dzielące go od parteru, chociaż nie występowała u niego świadomość pozostawiania po sobie krwawych śladów; z nagiej stopy nadal sączyła się krew. Rozejrzał się po wnętrzu salony, ale wszystkie elementy surowego wystroju były na swoim miejscu, za wyjątkiem paskudnego wazonu. Odetchnął, w ramach relaksu konfrontując palce z błyszczącą sierścią psa. Ostatnio nie miał lekkiego życia i w gruncie rzeczy sam prowokował tego typu zdarzenia.


Niewydarzony ten post. Przepraszam. :C
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: Apartament nr 1062

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Powrót do góry

- Similar topics