Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Shane on 10.04.17 20:18
Porwał Tyrella w ramiona bez wysiłku, łapiąc go swobodnie pod kolanami. Był lekki niczym piórko. A może to jemu się wydawało, gdyż ranni kompani znacznie więcej ważyli niż drobny anioł?
— Jak podoba ci się moja kreacja?
Bardzo — powiedział spokojnie, wzrokiem prześlizgując się po jego odkrytych nogach, a potem zatrzymując wzrok na jego twarzy. Nie do końca dało się wyłapać czy mówił prawdę, czy może... — Chociaż wolę, jak nosisz się na co dzień — Czyli w ubraniach, dodał w myślach. Nie uśmiechało mu się, aby jego anioł stróż paradował półnagi po siedzibie. Jednak czy był sens uświadamiać go w tym stanie? Darował sobie moralizatorskie dygresje.
Posadził go na stołku, jednak hydra chwiała się jak osika na wietrze.
Nie trudno było cię zauważyć, Tyrell — Skoro wszystkie Smoki patrzyły na ciebie, jaką odstawiasz widowiskową szkopkę.
— Wszystko okej? Nikogo nie macałeś i nie dawałeś dwuznacznych propozycji?
Parsknął na jego słowa. Nie wierzył, że ten próbował sprawować nad nim pieczę, kiedy był w tak żałosnym stanie. Nieźle, Tyrell.
Działało się w cholerę. Impreza nabrała tempa, a ludzie zaczeli nagle pojawiać się wszędzie. Zwłaszcza przy barze.
Shane miał trudności z byciem na bieżąco ze wszystkimi sprawami, które się działy w barze. Siedział przy Tyrellu, który wyglądał gorzej niż zaschnięty glut. Emanował agonią i żałością. Czy mogło być gorzej?
Asterion nagle przybiegł do niego, zaraz pchając łapy do jego włosów. Z przymrużeniem oka pozwolił mu na podobną zuchwałość. Ba, nawet dobrodusznie odgarnął mu plątające się kosmyki z twarzy, które zakrywały tą szaloną twarz.
Widzę, Canes. — Rzadko zwracał się do niego imieniem. Zazwyczaj wszyscy wołali na niego po prostu Asterion. Zerknął kątem oka za swoim pupilem, który porwał butelkę z gorzałką i pognał do wujostwa. Byle nie przesadził z alkoholem. Dwa dzieciaki na głowie, to zbyt dużo jak na jego cierpliwość.
Dopiero po chwili odwrócił głowę przez ramię, dostrzegając wielką wieżę w postaci Evana. Sunął jak zwykle posępnie ze wzrokiem, który zabiłby gdyby mógł. Nie wyrywał się ku niemu. Został przy Tyrellu, który w stanie kompletnego zgonu potrzebował więcej uwagi aniżeli Evan, który podobnie do niego, najpewniej przyszedł zalać tu mordę. Jak każdy.
Ludzie zlatywali się do żarcia serwowanego przez Cednę, przez co Tyrell zapewne na nowo zostanie zgnieciony przez chmarę Drug-on i jeszcze bardziej zaliczy komara. Shane spojrzał na szczupłą dłoń spoczywającą na jego udzie i nie zawahał się kiedy złapał go za nadgarstek, i pociągnął w swoją stronę. Zmusił anioła do zeskoczenia ze stołka i do utrzymania chwilowej równowagi, gdyż następnie wziął go do siebie na kolana. Cedna z jedzeniem zjawiła się w najlepszym momencie. Zresztą tak jak Roma. Widząc tego alkusa, podniósł rękę i wskazał na swoją lokalizację kumplowi.
Siadaj cholero — rzucił do Romy, wiedząc, że ten zaraz zajmie miejsce, które zrobił mu Tyrell. Nalał sobie szkockiej do szklanki i upił łka, kątem oka zerkając na anioła. Dawno się nie widział z tym piekielnym, wiecznie szczerzącym się Cyganem.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Yury on 10.04.17 21:58
Zabrał od Romana gorzałę z lubieżnym uśmiechem na ustach. On i Puntika. Doskonałe połączenie.
Ból stopniowo ustawał, zatem mógł znów skupić się na otoczeniu. Impreza rozwijała się w dobrym kierunku. Zagwizdał, kiedy Tyrell wylądował na kolanach Shane’a, ale istniało wysokie prawdopodobieństwo, że ten pełen aprobaty dźwięk przez harmider panujący w tej spelunie nie doleciał do uszu Pradawnego. A szkoda. Miał pełne błogosławieństwo i potrzebne wsparcie swojego zastępcy. Niech zajmie się tym szczeniakiem jak najlepiej, łapiąc okazje, bo w innym wypadku Wieczny zacznie marudzić, że ją zmarnował, a z takowych trzeba było korzystać, skoro się nadarzyły…
Biomech na chwilę skupił swoją uwagę na drugiej, zaraz po Cydrze, przedstawicielce żeńskiej części Drug-onów, których posiadali deficyt.
Daruj sobie te kurtuazje, Tails. — Parsknął z rozbawieniem, bo słowa kobiety nie były w stanie go w żaden sposób - ani dosadny, ani tym bardziej częściowy - urazić.
Zaciskając palce lewej ręki na butelce z nektarem bogów porwał w palce prawej dwie sponiewierane przez życie literatki,  uprzednio postawione na blacie przez Hashimę na jego osobistą prośbę. Bez słowa dosiadł się do smoczego synonimu dęba w postaci Evana, tej cholery, która psuła mu krew na każdym kroku, demonstrując tym samym swoje niezadowolenie z wyboru nowego Wiecznego. To, że anioł za nim nie przepadał i sam Yury darzył go ambiwalentnymi uczuciami było wiedzą powszechną. Najprawdopodobniej każdy osobnik, znajdujący się w tym pomieszczeniu, miał tę świadomość, ale biomech nie miał oporów przez dostatecznym zrujnowaniem humoru Żmija. Postanowił jedną ze szklaneczek z wyszczerbionymi krawędziami na zdezelowanym blacie obok dłoni anioła, drugą natomiast parę centymetrów dalej. Swoją mimozę  - Putinkę w całej swojej zajebistości nadal dzierżył w dłoń jak największą świętość. Odkorkował ją z niemałym trudem - Ruskie wiedziały jak bronić swoje trunki przed obcymi łapami i nalał przezroczysty trunek najpierw do jego naczynia, potem drugiego, napełniając je szczodrze do pełna. Potem odłożył rozdziewiczoną flaszkę z rosyjską czystą na stół, po czym ujął w palce literatkę.
Twoje zdrowie, Raven. — Uniósł ją w geście toastu, by w następnej kolejności wlać sobie jej zawartość duszkiem do gardła. Wzdrygnął się w pierwszym odruchu, odzwyczajony od jej działania, czując jak alkohol podrażnia mu gardło, pali krtań, a w drugim oblizać wargi, zbierając z nich ten cudowny posmak. Westchnął głęboko, jakby ktoś faktycznie rozmasował mu te obolałe miejsce. Oj tak, Putinka… Tego było mu trzeba.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 10.04.17 23:30
Starał się nie rzucać w oczy, co było niesamowicie trudne. Raczej ostatni idiota nie zauważyłby chodzących, rozgniewanych dwóch metrów wzrostu. Bo to nie tak, że cały czas tak wyglądał, skąd znowu. Czasami tylko myślał o łagodnych torturach zamiast o czyjejś śmierci.
Sączył ze spokojem trunek, delektując się jego smakiem. Uśmiechnął się lekko do barmana w podzięce za podanie tak wspaniałomyślnego alkoholu jakim była szkocka. Nie wierzył, że przychodząc tu, chociaż przez chwilę poczuje smak przyjemności i to dosłownie. Oblizał usta, opierając łokieć na blacie, zaś głowę na zamkniętej dłoni, zerkając to na jednego smoka, to na drugiego. I właśnie wtedy odezwała się Cedna. Spojrzał na nią spokojnie. Głęboki wdech.
- Cedna. Nie wiem, ile razy zwracałem Ci uwagę, abyś tak do mnie nie mówiła - zauważył, kątem oka spoglądając na talerz z jedzeniem, jak i również na jej alkohol. Wrócił na nią spojrzeniem - Ale widać rozumiesz tylko po przez przemoc - dokończył, uśmiechając się do niej cynicznie. Zgarnął z jej dłoni alkohol, którym go obdarowała, ignorując wzmiankę o jego obecności. Wiedział, że to nie było w jego stylu. Zaraz jednak Smolista zniknęła z zasięgu jego spojrzenia. I dobrze. Nie miał dzisiaj na nią ochoty. Kątem oka dostrzegając Romana, uśmiechnął się do niego lekko, nie zwracając mu jednak głowy swoją osobą. Widać był już zajęty i oblegany przez całą resztę smoków. Kiedy indziej będzie miał okazję go pozaczepiać. Shane natomiast nie miał okazji jeszcze dostrzec, a przynajmniej mu się dłużej przyjrzeć. I dobrze. Z nim też na razie nie miał ochoty rozmawiać. Może alkohol w późniejszej fazie rozwiąże mu nieco język. I nie tylko.
Kończąc już powoli szklankę złocistego trunku, niespodziewanie przysiadł się do niego Yury. To była ostatnia osoba, której się tutaj spodziewał. Każdy wiedział, że odkąd pojawił się w Drug - on'ach, Evan nie pajał do niego szczególną sympatią. Oboje nie pajali. Jednak nikt nie wiedział, czym to było spowodowane. Dlatego nawet nie potrafił ukryć swojego zdziwienia na twarzy, kiedy Kido nalewał mu swojego, najprawdopodobniej ulubionego alkoholu. Aż taki dobry? W to nie wątpił. Odsuwając swoją niedopitą szkocką, zgarnął do siebie literatkę z nowym trunkiem. Nie pytał co to, ani skąd to. Uśmiechnął się niemo, nie mając siły na słowa i przechylił zawartość wyszczerbionej literaki prosto do gardła. Mocne. I dobre. Nawet się skrzywił, za co szanował alkohol. Nie spodziewał się takiej mocy.
- Niezłe. Co to? - odezwał się w końcu, stawiając z mniejszą dokładnością naczynie na swoim poprzednim miejscu. Widać dzisiejszego dnia wolał zawiesić stan wojenny między Biomechem. Tak było wygodnie dla nich obu. Przygarniając z powrotem swoją szklankę, bo w końcu nie mógł zostawić resztek swojej szkockiej, spoglądał uważnie, trochę nieufnie na Yury'ego - Skoro już tu jesteś, to chciałbym Ci pogratulować objętego stanowiska - powiedział mniej obojętnie niż mogło to się wydawać, jakby w ten sposób chciał przełamać lody między nimi. Mimo wszystko należało mu się to. Był tu zaledwie parę lat, a on już zdążył zająć tak wysokie stanowisko. Był dobrym najemnikiem. Tylko okoliczności poznana się były dla nich niesprzyjające. Może najwyższy czas zapomnieć o przeszłości?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 11.04.17 2:35
Bezsenność nigdy nie działała na korzyść Ilyi Anotonowicza Morozova, z którą borykać zaczął się dokładnie szesnaście lat temu. Ta jednak pogłębiając swoje najgorsze skutki uboczne na przestrzeni poprzednich pięciu lat okazywała się z każdą kolejną nieprzespaną nocą coraz bardziej uciążliwa, czego świadectwem były nieodłączne cienie pod oczami, choć zdecydowanie mniej widoczne niż te przy zbyt mocnej utracie krwi, a podły humor zwykle zabijany był przez Rosjanina zbyt dużą ilością kawy. Nierzadko ratował się preparatami farmakologicznymi o właściwościach nasennych, żeby oszukać własny organizm i to z zaskakująco dobrym skutkiem, lecz ich efektywność nie była każdorazowa — plasowała się na marnym określeniu często. Teraz… Teraz do kurwy nędzy nie mógł liczyć na taki przywilej, znajdując się z dala od M-3 i w żadnym wypadku nie przejawiając, choćby najmniejszych objawów syndromu sztokholmskiego. Ze względu na uciążliwą bezsenność i problemy z zaznaniem zdrowego snu — leczenie ran było bardzo powolne, co okazywało się kolejnym powodem do podniesionego ciśnienia Cara. Zwykle wystarczał mu dźwięk kroków jego podopiecznego, aby wyrwać go ze snu, ale impreza organizowana przez tych dziwnych, podejrzanych typów, których to niby stał się członkiem. Tak, on sam temu nie dowierzał, traktując to jako żart. Kiepski żart.
Wrzaski i wprawiające go w postępującą irytację skłoniły go do podniesienia się z posłania, czując każdy obolały mięsień i krzywiąc się przy tym tak, jakby ktoś wlewał mu na siłę do gardła świeżo wyciśnięty, kwaśny sok z cytryny. Zerknął na swoje chude nadgarstki, pokryte strupami po próbie szamotania w metalowych bransoletkach, które skończyły się niepowodzeniem i prychnął rozdrażniony. Następnie Car skierował spojrzenie na srebrną obrączkę, którą wydobył z paskudnej, śmierdzącej paszczy Filipa, sięgnął po nią, by umieścić ją na powrót bezpiecznie w kieszeni własnych spodni. Rosjanin kierując się po nieznanym sobie terenie zwodniczego labiryntu korytarzy Smoczej Góry nie zdawał się jedynie na swoją intuicję, ale przede wszystkim głośne rozmowy i wszechobecne ożywienie.
Nie widział wręczania Putinki właścicielowi blaszanego dupska, a to niewątpliwie poruszyłoby jego nacjonalistyczną stronę przypominając o najbliższych stronach. Istniała jednak szansa na to, że pięćdziesięcioprocentową wódkę przyćmi debilizm pewnego pojeba, którego z kolei darzył nieskończoną pogardą śmiałość w urażeniu jego carskiego majestatu i uprowadzenie na Bezkres, lecz największe znaczenie w zaognieniu braku zrozumienia i w konfliktu miało bezczelne rzucenie jego obrączki do groty. Tak też się stało, kiedy zauważył jedyną znajomą postać — niemal od razu obudziła się w nim chęć zemsty, w gruncie rzeczy uzasadniona i w pełni zrozumiała.
Skoro już tu jesteś, to chciałbym Ci pogratulować objętego stanowiska.
Żur jednak zamiast odpowiedzieć na gratulacje ze strony Evana zmuszony został zasmakować pięści rosyjskiego nacjonalisty zaciśniętej już od momentu przekroczenia progu pomieszczenia, który przemierzył odległość od wejścia do baru z prędkością światła, by wreszcie skonfrontować ją z mordą tego przygłupa. Niestety przewspaniała i niedościgniona w boju rosyjskich cudów wytwórczych — Putinka umknęła Rosjaninowi w akcie agresji. Do czasu
Zajebie cię własnoręcznie, ty jebana kurwo — warknął po rosyjsku na powitanie Ilya Antonowicz Morozov, skupiając swoją uwagę na Wiecznym, nie dbając tym samym zbytnio o członków tej dziwnej, ćpuńskiej grupy, której to interesów i celów nie rozumiał. Interesowało go tylko odegranie się na tym nie w pełni zdrowym na umyśle palancie, z którym łączyła go wspólna, acz burzliwa przeszłość.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Tyrell on 11.04.17 20:18
Długą chwile leżał na barowym blacie podśpiewując "Row, row, row your boat" zapuszczonym, pijackim głosem. Dopiero ton Cedny spowodował, że lenienie podniósł łeb; na jego policzku tkwił wyraźny, czerwony ślad odbity od ręki na której zaliczył krótkiego zgona. Poruszył się na boki roześmiany. Przytknął pieść do twarzy.
  — Zgona? — powtórzył tępo i rozciągnął szeroko usta. — Nie. Niee. Chce dziś zatańczyć.
  Zapach taniego piwska, szary odcień twarzy i zamglone spojrzenie trochę zepsuło efekt, ale wątpił, aby Cedna należała do czepialskich. Dopiero po chwili zauważył, że przysuwa mu talerz z jedzeniem. Spojrzał na Hydre z całą wdzięcznością swego ledwie widocznego trzeźwego oka, co jednak nie zmieniało faktu, że gdyby ta chciała coś w zamian, nie miałby najmniejszego zamiaru jechać na żaden festiwal Hawajskch tańców brzucha. Musiałby się najpierw rozgrzać.
  Niespodziewanie obrócił się, czując na nadgarstku wyjątkowo silną dłoń Shane'a. W tym momencie dziękował Bogu za to, że nie dał mu za podopiecznego dwustukilogramowego grubasa. I tak jego kości ledwo co wytrzymywały. Zeskoczył gwałtownie z krzesła, nawet nie muskając palcami jedzenia. Wygiął się dziwacznie — z pewnością zaryłby twarzą o starannie wypucowaną na ten szczególny dzień podsadzkę — ale Shane w ostatniej chwili pochwycił go i z łatwością uniósł na swoje kolana. Machinalnie przymknął oczy i rozciągał cienkie usta w uśmiechu. Wydawało się też, że zamruczał przeciągle.
  Bezwiednie przywarł plecami do klatki piersiowej rudzielca i odchylił głowę, tak, że czarne kosmyki włosów rozlały się na ramieniu Pradawnego. Znów zaczął nucić piosenkę. Blisko jego ucha. I choć słowa były niewyraźne, oddech zaczepnie parzył skórę.
  Wtedy też uchylił ledwo przytomnie powieki i zauważył, że zbliżają się do nich: Roma — w przebraniu Świętego Mikołaja, co go lekko rozczarowało; zmarszczył nawet brwi, bezskutecznie szukając jego czepka ochronnego na włosy — i Szalony Gepard, który bardziej niż wcześniej podskakiwał na swoich chudych nogach.
  Jego naćpany umysł wydawał się już słyszeć dużo opowieści o Smoczym Mikołaju. Czy to prawda, że specjalizował się w nielegalnym handlu długopisami w M-3? W sumie nie zdziwiłby się nawet, gdyby jego decyzja o dołączeniu do Drug-on uwarunkowana była przyjemnymi wspomnieniami z nocnych klubów o tej samej nazwie. Ostrożnie obserwował ich wzorkiem i choć słowa już cisnęły się na jego wargi, to bliskość Shane'a, wydawała go utemperować. Odchylił lekko głowę, wciąż spoczywając wygodnie na ramieniu mężczyzny. Zahaczył bosa stopą o jego łydkę. I właśnie wtedy zobaczył kogoś zbliżającego się do mężczyzny w opiętych, czerwonych bokserkach. Chwilowo był ogłupiony, nawet zamrugał krótko, kiedy pieść jasnowłosego wystrzeliła w kierunku spożywającego legalnie trunek gentlemana, przecinając ciężkie procentowe powietrze.
  — Oh. Pojedynek na taniec? — rzucił cicho, rozbawiony. Ciągle chichocząc pochylił się nad blatem i sięgnął po pieczywo. Jego palce bardzo długo próbowały pochwycić jedzenie. W końcu zrobił półprzytomny kęs, odchylając się z powrotem i przysuwając nadgryzioną część w kierunku Shane'a. — Shane. — mruknął melodyjnie. — Chcesz?
  Wcale nie wciskał mu cały ten czas bochenka w podbródek. Wcale.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Yury on 12.04.17 20:30
Odpowiedź Ravena zabrzęczała w uszach biomecha, który spojrzał na mężczyznę sceptycznie, nie sądząc w żadnym wypadku, że te słowa były w pełni szczere. W końcu żaden z nich na przestrzeni pięciu lat nie wykazywał chęci do zawieszania broni. Po chwili machnął na to ręką, by nie psuć sobie nastroju i znów napełnił swoją literatkę przezroczystym trunkiem. Zacisnął zęby na krawędzi naczynia, uważając, aby nie okaleczyć się o jego poszarpaną strukturę i dopiero po wypiciu jego zawartość, uwaga Yury'ego znów została całkowicie przeniesiona na Żmija. Otworzył usta, na których już formowała się odpowiedź, tym razem nie mająca żadnego podłoża ironicznego, lecz żadne słowa nie zdążyły z nich paść. Nieoczekiwanie stał się ofiarą niewątpliwie znajomej pięści, lecz jej właściciela rozszyfrował w chwilę później, kiedy ulokował na nim swoje ulegające procesowi starzenia ślepię. Zanim cokolwiek powiedział, sięgnął do kieszeni spodni po kolejnego papierosa. Włożył go sobie do ust, lustrując postać chorego na głowę nacjonalisty od stóp go głów. Wykrzywił usta w sardonicznym uśmiechu.
To dlatego ta kolejka była taka okropna w smaku. — Zgarnął ze stolika prawie do połowy opróżnioną butelką i przyglądnął się jej minimalistycznej etykietce, jakby obecność eks-lekarza wojskowego nie wywarła na nim żadnego wrażenia. — Obudziła się śpiąca królewna, hm? — Prychnął z wyraźnym rozbawieniem, tym razem adresując te słowa bezpośrednio do niego. Rozmasował sobie ludzką dłonią piekące miejsce na policzku. Nie miał żadnych wątpliwości, że na miejsce zaczerwienie w efekcie końcowym powstanie paskudny, siwy siniec, który zniknie po paru dniach. Chashka zasłużył na nagrodę.
Odłożył ostrożnie butelkę na blat i wstał. Jednocentymetrowa różnica w ich wzroście nie było dostrzegalna, ale te budowie ciała owszem. Przewaga biomecha w tym zakresie była dodatkowo zaakcentowana przez usprawnienia w postaci mechanicznych części ciała. Złapał w sztuczną dłoń podbródek Rosjanina, zaciskając palce boleśnie na jego szczęce. Miał wystarczająco dużo siły, by ją zmiażdżyć, albo przynajmniej częściowo uszkodzić. Och, i zapewne taka byłaby kolej rzeczy, gdyby postanowił odwdzięczyć się Rosjaninowi pięknym za nadobne, zaprzyjaźniając swoją ciężką pięść z jego twarzą. Jasnowłosy miał wyjątkowo szczęście, że aktualnie Wieczny był w wyjątkowo dobrym nastroju. W przeciwnym wypadku najprawdopodobniej nikt nie pomógłby mu zbierać ząbków z usłanej zarazkami podłogi, ani tym bardziej doprowadzić go do stanu używalności po przemeblowaniu tej niewyparzonej mordy.
Pociągnął Morozova ku sobie, co w jego obecnej kondycji fizycznej było czynnością bezwysiłkową. Yury czuł świszczący oddech eks-kochanka na swojej skórze i bez zbędnych ceregieli docisnął swoje szorstkie wargi do jego miękkich ust, nie zamykających ich jednak w pocałunku. Używka, którą nadal trzymał między zębami, otarła się o policzek nosiciela, wyginając się.
Napij się, bo gwiazdorzysz — wychrypiał, drugą ręką sięgając po Putinkę. Obnażył usta w podłym uśmiechu, mocniej zaciskając palce na znajomej szczęce, by tym samym zmusić Morozova do rozchylenia niewyparzonej mordy. Uzyskując pożądany efekt, wcisnął do niej bez zbędnych kurtuazji gwint flaszki, przechylając ją jednocześnie. Uniósł ten jego podbródek ku górze, by alkohol szybciej został przez Rosjanina połknięty, tym sposobem wlewając mu do gardła jedną czwartą zawartości butelki. Po tej niewątpliwej przyjemności w ustach świeżo upieczonej hydry wylądował papieros.
Yury odepchnął go siebie, tym samym rozluźniając uścisk. Po czym zajął swoje poprzednie miejsce, nadal trzymając w ręce butelkę ulubionego trunku.
Kurwa, Rush, kto cię podmienił? — zagaił w końcu do swojego poprzedniego rozmówcy, chwilowo ignorując Ilyę, któremu na otarcie łez rzucił leżące na stole pudełko zapałek.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 14.04.17 0:27
Putinka zdecydowanie nie była jedynym pokrętnym interesem, który łączył Romę z Yurym, lecz Francuz jako doświadczony na przestrzeni ośmiuset lat biznesmen wiedział, kiedy pewne sprawy najzwyczajniej w świecie przemilczeć. Kiedy biomech zabrał oryginalny, rosyjski alkohol, którego zdobycie kosztowało Fafnira o parę chwil powagi za dużo, krew i pot, a to pierwsze można, by śmiało odhaczyć jako traumatycznie, stygmatyzujące jego lekceważącą wszystko dokoła beztroskę. Teraz już nie stało mu na drodze dotarcia do baru, gdzie Rudy raczył się perfidnie ukradzioną wprost z jego plecaka szkocką.
Roma rozsiadł się obok Shane’a, zajmując wyznaczone mu miejsce i oparł przedramię na barze, patrząc na rozchwytywanego na tej imprezie irlandzkiego leprechauna Rudego. To co, że nie pasował do tamtych dawno zapomnianych, wyspiarskich stron wyglądem, nieważne... To nic, że dalej nie pamiętał jak miał na imię, nie szkodzi, to się wyklepie.
Rudy… — rzucił, udając ton, którym nie wzgardziłby pewnie najszlachetniejszy grecki myśliciel antycznych czasów. — Tak się właśnie zastanawiałem… Nie czujesz się zdrajcą własnej irlandzkiej ziemi, sącząc tak bezdusznie szkocką? — Tak, idealne pytanie na powitanie po paru miesiącach od jego poprzedniej wizyty. Nieświadomy zmian Roma żył zatem w słodkiej niewiedzy, niemęczony zbytnio rozważaniami kto byłby skłonny oddać głos na Rudego, ba! jakim niby cudem on został Pradawnym. Atrybutem Shane’a był w końcu rudy odcień włosów symbolizujący bowiem tylko jedno według pradawnym podań niewiadomego pochodzenia, a mianowicie — brak duszy.
Tak, złotko, to pojedynek na taniec — potwierdził z rozbawieniem Roma, kładąc plecak na brudnej podłodze, wcześniej wyciągnąwszy z jej środka whisky. Jako smakosz tego trunku nie zamierzał raczyć się szkocką. Cały czas jednak przyglądał się znajdującemu się w stanie dość niepewnym i niezbyt obliczalnym Anioła Stróża, który dzielnie ciągnął się za Shanem, chcąc stanąć na straży jego dawno zagubionej cnotliwości czy też moralności. Całe szczęście, że w łapki małego leprechauna nie trafił wspominany dawno temu album, mogący upokorzyć imprezujących niegdyś we Włoszech i na terenie Watykanu wymordowanych. Francuz podejrzewał, że siedzenie na kolanach Shane’a i wciskanie mu nadgryzionego kawałka chleba ma z tym sporawy związek, choć nie do końca go rozumiał, widocznie tym wszystkim rozbawiony.
Może wreszcie coś z tego będzie. Wygląda na to Shane, że wraz ze stanem nietrzeźwości wzrastają twoje szanse, więc lepiej tego nie spierdol — parsknął głośno Roma, otwierając whisky i robiąc sobie chwilę przerwy przy raczeniu się trunkiem z niemałą przyjemnością jak na smakosza wysokoprocentowych alkoholi przystało. Na moment zamilkł, a znaczące lub dwuznaczne spojrzenie, którym chciał Rudego obdarzyć musiało chwilkę zaczekać. — W ogóle… jak on ma na imię, bo mi się zapomniało? — dodał bez jakichkolwiek niezręczności Roma, bo przecież Hydra nie zapamięta tego faux pas ze strony Francuza. Jak gdyby nigdy nic wujaszek Fafnir zmierzwił mu włosy, zupełnie nie zwracając uwagi na rosyjsko-japońskie zamieszanie, które było zresztą do przewidzenia.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 14.04.17 19:09
Nieoczekiwane, acz niezaprzeczalnie udane spotkanie pierwszego stopnia pięści Morozova z paskudną mordą biomecha, było ledwie wstępem do odpłacenia mu się za urażenie jego carskiego majestatu, na co z kolei składało się między innymi zniszczenie przepustki Rosjanina, uprowadzenie go z terenów miasta utopii wedle yurowego widzimisię, a tym samym pozostawienie samemu sobie podopiecznego lekarza oraz słynnego, czarującego Kido-żółwika — oczko w głowie swego właściciela, lecz najbardziej rzutującym spośród tych elementów okazywało się bezczelne wrzucenie jego srebrnej obrączki do groty, gdzie na krótko jego droga przecięła się z obrzydliwym, przerośniętym Filipem, o oddechu tak cuchnącym, że można, by pisać o tym legendy lub opowieści mające na celu przestraszyć małe dzieci. Ilya w dalszym ciągu nie wierzył, że ten egzamin, jak to nazwała jego ciemnowłosa znajoma, kręcąca się nieopodal w czerwonej sukience, miał charakter rzeczywisty. Nie dawał również wiary temu, że to prawda, gwoli ścisłości wciąż był skłonny uwierzyć, że ktoś go wkręca. Nikt go również nie wprowadzał w szczegóły dotyczące działań czy chociażby celów tej podejrzanej grupy, co skazywało rosyjskiego nacjonalistę na mentalność pijanego dziecka we mgle.
W momencie kiedy Car dostrzegł pożądany efekt zadanego ciosu w postaci paskudnego zaczerwienienia, kąciki jego ust uniosły się w niemal złośliwym, przesyconym satysfakcją uśmieszku. W ten oto sposób nagromadzona irytacja wymieszana skrupulatnie z nagromadzoną wściekłością znalazła swoje ujście w pewnym mniejszym odsetku. Jego spojrzenie zatrzymało się na bardzo znajomym kształcie butelki i znajdującym się w jej wnętrzu przezroczystym płynie. Etykietka, o ile się nie mylił pokryta została w całości zapisem cyrlicy, choć równie dobrze on sam chciałby dojrzeć znajomy alfabet. Niemożliwe, to właśnie podpowiedział mu zdrowy rozsądek chwilę później. Musiała to być na pewno marna podróbka niewarta jego najmniejszej uwagi. Ilya Antonowicz Morozov odkąd z najszczerszym bólem i mieszanymi uczuciami przekraczał wejście wagonu metra kursującego do Trójki, już wtedy godził się z faktem, że dostanie tam rosyjskiej wódki będzie niezwykle rzadki. Możliwe, że to właśnie okazało się głównym czynnikiem odpowiadającym za to, że od blisko ośmiu lat jego romanse z trunkami kończyły się szybciej niż się zaczynały, na dwóch, góra trzech kieliszkach. Nic nie mogło mu zastąpić smaku czystej. Nic. Sake przy tak przyjemnie piekącym w gardło płynie wprost z Dzielnicy Rosyjskiej było tanimi pomyjami dla osiedlowych żuli. 
Obudziła się śpiąca królewna, hm?
Z rozmyślań wyrwał go irytujący głos biomecha, który to raczył odezwać się do niego w jego ojczystym języku, choć zastrzegał, aby tego nie robił. Wątpił jednak, aby jego prośba odniosła jakikolwiek skutek. Ilya posłał mu dość niechętne spojrzenie, zatrzymując je na zaczerwienieniu, co ponownie wywołało w nim wręcz złośliwą satysfakcję. Kiedy tylko usłyszał wzmiankę o tej śpiącej królewnie prychnął od razu, mrużąc groźnie oczy o intensywnym niebieskim odcieniu. Zapewne w kolejności rzeczy do zrobienia znalazłoby się powiedzenie temu kretynowi eleganckiego, oschłego spierdalaj po polsku, lecz właściciel blaszanego tyłka chwycił jego szczękę w żelazny uścisk, następnie ciągnąc go do siebie, co ostatecznie zniesmaczyło Cara. Jego marny stan zdrowotny i nie zaleczone rany, a także obolałe ciało nie sprzyjało się jakiemuś opieraniu czy zapieraniu się. Naruszenie granic akceptowalnych w odległości działało mu na nerwy jak zbyt wyszczekani, a nieznający się na medycznym fachu pacjenci. Co było wręcz oczywiste — niejaki Żur, imiennik ohydnej, polskiej zupy, według przypuszczań samego Morozova nie zrobiłby mu większej krzywdy w obrębie twarzy, która skutkowałoby zmianami wręcz nieodwracalnymi. Biomech jednak chyba za bardzo cenił sobie cherubinkowy, jak to określił dużo wcześniej, wygląd rosyjskiego nacjonalisty, choć w jego przypadku niczego nie mógł być pewny.
Napij się, bo gwiazdorzysz.
Chashka wyczuł intencje tego pojeba już na wstępie, chcąc się oczywiście w pierwszym odruchu samozachowawczym wyrwać, bo przecież żadnych marnych podrób spożywać nie zamierzał. Widział już na przykładzie byłego wojskowego jak wygląda zachowanie po brudnej mecie i zdecydowanie nie chciał tak podle skończyć. Wyrwanie się jednak z uścisku biomecha, tym bardziej w jego aktualnym stanie, graniczyło z cudem. Chyba że wykonałby o wiele boleśniejszy manewr skupiający się poniżej jego pasa, co niewątpliwie starłoby ten paskudny uśmieszek, nim jednak się na to zdecydował — ten niewydeukowany, japoński tłuk wlewał mu znany w smaku alkohol wręcz na umór, zmuszając go tym samym do nadmiernego spożycia za wszystkie te lata swojej umownej abstynencji, przerywanej od czasu do czasu pojedynczym kieliszkiem jakiegoś wyższego jakością trunku.
Teraz jednak zawartość Putinki wlewana siłą do jego gardła pozostawała po sobie zbyt znajome pieczenie, które szło w parze z chwilowym odcięciem go od czynności niezbędnych do dalszej egzystencji (tj. oddychania). Kiedy ten przychlast go odepchnął, co było do przewidzenia, zachwiał się. Oznaczało tylko tyle, że jego otwarty konflikt z grawitacją nadal miał się całkiem nieźle, ale na szczęście w porę zachował równowagę. Jasnowłosy skupił się na zachowaniu prawidłowego rytmu oddychania, skoro tymczasowo został od tej czynności odcięty, trzymając między zębami fajkę, którą ten kretyn mu wcisnął, jakoby w nagrodę.
Zaczął się zastanawiać… I dość poważnie nad tym jakim kurwa cudem — najprawdziwsza rosyjska Putinka znalazła się na imprezie gdzieś na środku jebanej pustyni. JAK. Przynajmniej bez najmniejszego problemu złapał pudełko zapałek. Po wykrzesaniu ognia na jednej zapałce, poczuł znajomy zapach siarki, mały płomyczek przytknął do końcówki papierosa, by w końcu zaciągnąć się ulubioną używką. Od nadmiaru alkoholu i dymu nikotynowego wędrującego po jego płucach początkowo zakręciło mu się w głowie i szczerze zaczynał obawiać się tego jak to się skończy. Nie był laikiem tematu, a alkoholu przecież nie spożywał w dużych ilościach od długiego czasu, a już na pewno nie tak jak na wojskowych popijawach w Dzielnicy Rosyjskiej. Nie należał już do szczęśliwego grona posiadaczy mocnej głowy, co z kolei sprowadzało się do jednego stwierdzenia — pewnie spożyty alkohol uderzy go ze zdwojoną siłą wcześniej czy później.
Skąd do cholery masz prawdziwą Putinkę na tym zadupiu? — rzucił pytająco Ilya Antonowicz Morozov, a w jego tonie dało się dosłyszeć jawną podejrzliwość. Rosjanin wypuścił siwy, bezkształtny dym ustami, ciesząc się chwilą spędzoną swoim ulubionym nałogiem.


Ostatnio zmieniony przez Chashka dnia 15.04.17 22:20, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 15.04.17 5:19
Omiotła zadowolonym spojrzeniem zebranych przy barze Smoków w pełni usatysfakcjonowana, że impreza, na którą tak ciężko się pracowało wypaliła i rozkręcała się z minuty na minutę. Wychyliła łyk swojego własnego trunku odsuwając się nieco w tył z konwersacji mężczyzn. Mieli swoje momenty, swoje sprawy, których nie chciała za nadto przerywać, a też nie potrzebowała być wiecznie w centrum uwagi. Wyszła zza baru z literatką, kradnąc perfidnie butelkę Hashimowego trunku imitującego wódkę, który z pewnością w smaku nawet nie śmiał dorównywać majestatowi sowieckiego dziedzictwa narodowego tak wielce zachwalanego i sakralnie czczonego przez samego Wiecznego Drug-On. Postanowiła wykonać rundkę po stołach ze znajomymi Smokami. W pierwszej kolejności już chciała wziąć Tails w obroty, ale na nieszczęście wszystkich lisiczka nie skalała swych warg jakimkolwiek wydestylowanym, czy sfermentowanym trunkiem. A szkoda.
Stanęła przy najbliższym stoliku, wystawiła szkło z taką samą gracją, z jaką profesjonalny hazardzista stawia wszystkie żetony na jedną wygraną, po czym polała po kolejeczce trunku każdemu i na raz wychyliła, przedwcześnie stukając się szkłem w charakterystyczny sposób. To samo powtórzyło się z kilkoma innymi stolikami, zanim do pomieszczenia nie przyszedł nie kto inny jak sam eks-małżonek, a równocześnie morderca urokliwego Filipka, którego śmierć została w szczególności zapamiętana przez zebrane w jaskini gadziny, ponieważ dzięki niemu miały zapewnioną wyżerkę na blisko następny tydzień. Zaskoczona rozchyliła usta, gdy blondyn od tak dał Yuremu zasmakować kostek swojej pięści, na co Cedna w alkoholowym nastroju mogła zareagować w tylko jeden sposób.
ŁOOO WALKA! ZAKŁADY STAWIAĆ U MNIE! – wiwatem. Wiwatem, który szybko się skończył pozostawiając, po raz kolejny, kobietę nienasyconą widokiem przemocy. Zupełnie tak samo jak ze świętej pamięci Filipem, któremu niech Desperacja lekką będzie. Westchnęła zawiedziona, wypiła kolejną kolejeczkę z nowymi towarzyszami z drugiego końca sali i widząc, że butelka szybko się skończyła ruszyła w stronę baru wypełnić zapasy. – Buu, szkoda chłopaki, że się na siebie nie rzuciliście – skomentowała wymijając akurat Yurego i jego niedawnego więźnia, którego imienia nie miała jeszcze okazji nawet poznać. – Liczyłam już na jakiś porządny pokaz imprezowej przemocy i szybki zysk z wygranej Żura, a tu takie rozczarowanie. – Z udawanym smutkiem wyłożyła się torsem na bar obok grupki, wykładając się na blacie i wychylając przy tym za ladę, odstawiła pustą butelkę i pomachała do Hashima, aby dał jej coś nowego. Czekając na trunek popatrzyła na trzech kolegów po fachu i posłała im zalotne oczko przyozdobione perfidnym uśmieszkiem.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Yury on 16.04.17 3:25
Reakcja samozwańczego cara nieistniejącego kraju, który wymarł na skutek apokalipsy niezwykle go ubawiła, sprawiając tym samym, że uśmiech na szorstkich wargach jedynie się powiększył. By mieć na niego oko, oderwał spojrzenie od Evana, kierując je z powrotem na palącego papierosa świeżaka. Wieczny nie wiedział jeszcze czy pożałuje swojej decyzji, a może wręcz przeciwnie, jednakże nie miał też zamiaru przepuścić takiej doskonałej okazji, by zabawić się kosztem tego kretyna. Już na tym etapie jego pobytu w najemniczej bazie pojawiła się u biomecha pewność, że Rosjanin był w stanie dostarczyć mu niezapomnianej rozrywki i tyle samo wrażeń. Szach-mat dla jego rozjebanej w drobny mak na przestrzeni kilkunastu lat godności, jeśli kiedykolwiek takową posiadał, co było tematem spornym.
Parsknął rozbawiony, słysząc te pytania. Jeden do zera. Dla niego, oczywiście. Zgodnie z założeniami Yury'ego, Morozov rozpoznał smak swojej rodzimej Putinki.
Jeśli powiem, że zajebałem recepturę z brudnych łap twoich rodaków, to mi pewnie nie uwierzysz, hm? — zapytał z wyraźnym rozbawieniem, po czym znów złapał w zęby szyjkę butelki i pociągnął z niej zdrowego łyka, zgarniając opuszkiem języka posmak z ust. Nie przejął się paroma kroplami alkoholu, które znalazły się na jego podbródku, choć w oczach innych smakoszy tego trunku lub wszelakich wysokoprocentowych napojów zakrawało to o marnotrawstwo.
Rozsiadł się wygodnie na twardym krześle.
Podejdź tutaj. Wypijmy za te nieoczekiwane — wolną ręką nakreślił cudzysłów, bo nie miał wątpliwości, że pojawienie się eks-wojskowego nie było dziełem przypadku czy też rządzeniem losu, nie wierzył w końcu w takie bzdety — spotkanie po tych długich latach milczenia — powiedział (choć poprawniejszym określeniem w tej materii był rozkaz, ach, te złe nawyki), wyciągając dłoń z flaszką w kierunku Rosjanina w ramach zachęty. — Kido Arata na pewno by się ucieszył, widząc cię w jednym kawałku. — Yury nie podzielał tej samej opinii, ale wolał to przemilczeć. W końcu miał do czynienia z tym pojebem tylko parę razy, będąc jeszcze za murami M-3 jako jego pełnoprawny obywatel, zanim nie sfinalizował śmierci wojskowego.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Gość on 16.04.17 18:37
Ilya Antonowicz Morozov przewrócił oczami, słysząc tak głupkowatą odpowiedź ze strony biomecha. Pokręcił głową z jawnym politowaniem, darując sobie dodatkowy komentarz. Powoli już odczuwał jak po ciele rozchodziła się fala ciepła w efekcie spożytego alkoholu, odbierając mu chęci na wszczynanie burd, sprawiając, że stawał się bardziej zobojętniały. Nikt, a już tym bardziej ten pozbawiony rodowodu rosyjskiego z prawdziwego zdarzenia imbecyl, który niegdyś wyróżniał się wyczuciem i niezaprzeczalnym urokiem osobistym, nawet nie byłby zdolny do zdobycia tajemnej, ścisłe tajnej receptury słynnej Putinki. Żaden obcy nie zostałby dopuszczono do kręgów wtajemniczonych, gdyż nieodpowiedni ruch w tej materii skończyłby się utratą rosyjskiego dziedzictwa, autonomią, wyższością nad innymi miastami i obszarami M-6, a także idącą z tym wszystkim w parze masą pieniędzy.
Zmierzył go niemal od razu nieufnym wzrokiem, dla podkreślenia braku jakiegokolwiek zaufania dla tego pojeba zmrużył wyraźnie oczy. Jego propozycja może i skusiłaby go po pewnym namyśle, ale ostatnie zdanie zatrzymało go w tym samym miejscu. Car mimo otwartych i jasnych żądań niejakiego Żura — do którego tak zwracać się nie zamierzał, chyba że w formie prześmiewczej — pozostał sztywno na swoim miejscu w bezpiecznej odległości od tego oszołoma, tak jakby wcale nie mówił go niego. Rosjnanin, co było łatwe do przewidzenia — spokojnie palił papierosa, którym swoją drogą dzielić się z nim nie zamierzał (ukradziona jasnowłosemu paczka musiała zadowolić jego niewykształcone ego), dlatego też skupił się na siwym, tańczącym w tylko sobie znanym rytmie, dymie. Większą uwagą ze strony lekarza cieszyła się również trawiona z sykiem fajka przy każdym następnym zaciągnięciu się.
Podejdź tutaj. Wypijmy za te nieoczekiwane spotkanie po tych długich latach milczenia…
Na dźwięk tych słów wybuchnął niemal od razu głośnym, przyjemnym dla uszu śmiechem. Czy ten palant zamierzał siebie oszukiwać? Sam go tutaj na to zadupie zaciągnął siłą, bez żadnego pytania Morozova o zdanie. Póki co większym zainteresowaniem lekarza cieszyła się chwila z ulubioną używką, którą zamierzał dokończyć w spokoju. Rozluźnienie zatem wyraźnie postępowało, kiedy ten kretyn skutecznie wybił go z rytmu, wspomagając się jedną czwartą wódki i swoją cholerną przewagą fizyczną, która za całkiem niedługo da mu się poważniej we znaki. Niczego od niego nie potrzebował po tych pięciu latach, jak za pierwszym razem wpierdolił się w jego spokojnie życie na siłę.
Kido Arata na pewno by się ucieszył, widząc cię w jednym kawałku.
Dopiero ta wypowiedź przykuła uwagę jasnowłosego, by zmarszczył widocznie nos, skłaniając go skuteczniej niż jakiekolwiek rozkazy do zbliżenia się. Morozov na wydawane ogórnie polecenia nie był zbyt podatny, nawet za swojej kadencji w wojsku Szóstki czy Trójki, co sam Yury powinien wiedzieć po doświadczeniu niejakiego Kido Araty.
Ja pierdolę — skomentował bezceremonialnie ze słyszalnym politowaniem w głosie. Lewą rękę przyłożył na moment do twarzy, tym samym zakrywając ją, by przeczesać nią jasne włosy. Roześmiał się głośno, wlepiając w biomecha spojrzenie na wypełnione mieszaniną pogardy i niedowierzania. —  Jakie ty pleciesz bzdury… Ile razy do cholery mam powtarzać, że jesteś Kido Aratą? Jesteś niedojebany mózgowo czy rzeczywiście desperackie słońce wypaliło ci do końca resztki mózgu, zmieniając go w jajecznicę? — dodał, zaciągając się błogim dymem po raz ostatni, nim pet został zdeptany przez podeszwę ciężkiego wojskowego buta. Sam Ilya zatrzymał się w pewnej odległości od biomecha, mając na uwadze fakt, że jest nieobliczalnym pojebem, a odruchowe cofnięcie się w tył nie byłoby takim złym posunięciem, zanim jego blaszane dupsko ruszyłoby się na dobre.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stara stołówka - Bar.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics