Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Wartakus on 9/2/2018, 23:58
Po określonym przez jednego z napastników czasie cała trojka zebrała się nad leżącą na ziemi członkiniom DOGS.
Nad wojskowym specjalnie nie rozpaczali, choć dorwanie go byłoby naprawdę czymś wielkim, zwłaszcza gdyby udało się dobrać do jego ekwipunku, lecz przy dziewczynie mogli poskromić swoje męskie rządzę.
Kiedy dwójka z nich przyglądała się kobiecie, tu i ówdzie pozwalając sobie na macanie, jeden z nich przejrzał plecak pozostawiony przez mężczyznę. Nie mogli być niezadowolenie.
Po oględzinach zostawionych przez SPECa rzeczach do dwójki dołączył trzeci z napastników.
Jednocześnie w tym czasie członkini DOGS zaczęła się budzić. Czując w głowie ból i pisk, przez mglisty obraz mogła zobaczyć trzy szkaradne mordy przyglądające się jej ciału, po chwili poczuła także, że jest związana. Oczywiście jak każdy w takiej sytuacji zaczęła się szarpać, lecz to tylko spowodowało, że jeden z mężczyzn boleśnie potraktował jej brzuch pięścią.
- Nie wierzgaj suko.
Po tych słowach kolejny zerwał z niej koszulę i zaczął dobierać się do jej piersi.
Kolejny zaczął ściągać jej spodnie i tym razem przy próbie wierzgania kobieta dostała ponownie w głowę z kolby strzelby.
Ekran zrobił jej się ponownie ciemny.
Mężczyźni natomiast zabawiali się z jej na wpół przytomnym ciałem dobierając się do praktycznie każdego zakamarka jej ciała. Kara czuła i słyszała obleśne sapanie oraz wszechobecny dotyk oprawców.

Po długim czasie kobieta ponownie odzyskała świadomość, było ciemno i chłodno, a ona natomiast była cała naga oraz brudna. Na jej ciele było pełno siniaków i tym podobnych. Mężczyźni natomiast leżeli kawałek dalej i spali.
Mimo związanych rąk mężczyźni nie związali jej nóg... a to pozwoliło na to by kobieta, z trudem, mogła dźwignąć się na nogi i uciec. Po drodze zebrała jakąś szmatę i uciekła, na szczęście nie budząc oprawców. Mogła spróbować ich zabić, lecz zapewne by to nie wypaliło.


=====================================================
Efekty:
Kara - w wyniku gwałtu choruje na: SYFILIS; silnie podrapana i posiniaczona; możliwe powracając wizje z gwałtu;   (NPC)
Hachiro - noga i bark wymagają oględzin lekarza.

KONIEC INGERENCJI MG


~Głos~

#663366
Mokry sen Wartakusa:

Deus Vult:
avatar





Wartakus
Żmij     Dezerter
GODNOŚĆ :
Ballantine "Ghoul" Buraddo


Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 7/5/2018, 21:52
Nie znajdował się wcale tak daleko od bazy, a jednak nie można zaprzeczyć, że nadchodząca burza piaskowa zaskoczyła go i niejako odcięła możliwość bezpiecznego powrotu. Kto to widział? W tej cholernej, znienawidzonej przez niego piaskownicy, ciężko było o przyjemne podmuchy wiatru, ale o piaskowe piekło już nie, no po prostu świetnie. Tym bardziej ironiczny był fakt, że Moroi raz jeszcze zatrzymał się na paskudnej stacji kolejowej, gdzie poprzednio spotkał tę rąbniętą babunicę z DOGS. Szczerze powiedziawszy, nie obraziłby się za widok jej kosteczek; trochę źle się czuł z tym, jak skończyło się tamto spotkanie. Trochę bał się, że jednak faktycznie miał do czynienia ze zwykłym człowiekiem.
 Odepchnął tę myśl od siebie; jeśli została wydalona z Miasta, to z pewnością miała coś na sumieniu. Mimo to w jego wnętrzu czaiło się coś, co kazało mu jakkolwiek przejąć się losami ludzi. Przecież był bohaterem, jeśli nie teraźniejszym, to z pewnością przyszłym! Uśmiechnął się do własnych wyobrażeń, natomiast nogi poprowadziły go w stronę jednego z budynków. Nie wyglądały najlepiej, ale zdecydowanie lepsza taka osłona niż żadna; wślizgnął się do środka przylegając do ściany. Tym razem nie miał zamiaru dać się zaskoczyć w żaden sposób, a obok tego celu w jego głowie pojawiła się myśl, że powinien znaleźć pomieszczenie możliwie najbardziej pozbawione okien. Nie chciał ani nałykać się piasku ani dać się zauważyć czemuś większemu i bardziej odpornemu na warunki tego pustkowia.
 Moroi, póki miał czas i póki jeszcze nie tak wiele piachu wznosiło się w powietrzu, lufą karabinu odsuwał bądź popychał kolejne drzwi. Czujne, jasnoniebieskie spojrzenie utkwione za celownikiem lustrowało pomieszczenia. Ostatnio jego koleżanka schowała się w łazience, jednak sam pomyślał, że taka kryjówka daje nieduże pole do manewrów. Chociaż może? Ta stacja nie wyglądała na taką znowu najmniejszą, więc w najlepszym razie zastanie coś zaopatrzonego w kilka kabin ustawionych w zgrabnym rządku.
 Kiedy wślizgiwał się za te konkretne drzwi, obejrzał się przez ramię. Piaszczyste tumany wzbijały się w powietrze i mknęły w jego stronę, jednak zanosiło się na to, że miał jeszcze minutę czy dwie. Wziął ostatni wdech pysznie zakażonego powietrza i zaczął sprawdzać kabiny. Nie miał zamiaru dać się zjeść. Gdy okazało się, że jest czysto — stawił pierwsze kroki w kierunku ściany znajdującej się najdalej od drzwi wejściowych. Miał zamiar mieć je na celowniku przez całą burzę.
 Był w końcu wielkim bohaterem!
 I na pewno nie przeklinał się w myślach za decyzję samotnego wypadu. Westchnął ciężko. Ostatnio zdecydowanie czuł się zbyt samotny i znudzony. Nie dość, że nie mógł znaleźć Wilkoryjka, to i Nyacchi był przecież na misji. Jeśli upierdliwa żona umiała sobie radzić, to leniwy mąż powinien jej pokazać, kto w tym związku nosi spodnie. Ot co.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 7/5/2018, 23:38
Skrzyp.
Uchylił leniwie powiekę zerkając na przybysza do jego kryjówki. Nie obawiał się zbytnio. Już wcześniej przewidział ewentualne niedogodności, dlatego też zostawił swoje kimono ładnie złożone w kącie, na starym krześle, a sam przemieniony w kruka wzniósł się na drewnianą belkę pod dachem, by uciąć sobie krótką drzemkę.
Problem pojawiłby się wtedy, gdyby był to zdziczały. Wtedy też istniało spore prawdopodobieństwo, że upatrzyłby sobie ptaka jako posiłek, od razu wyłapując jego zapach. Ale nieznajomy wydawał się nader normalny. Miał w miarę pełne ubranie, zero poszarpań i dziur, do tego w miarę czyste. No i nie cuchnął gównem na kilometr, więc nie stanowił jako takiego zagrożenia.
Już miał zamknąć na powrót oczy, kiedy ujrzał jego twarz.
Znieruchomiał, jedynie oczy poruszały się śledząc mężczyznę.
Nie, to niemożliwe. Nie było takiej możliwości, żeby-
Poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Jakby ktoś wbił mu kilkanaście ostrych igieł i zaczął nimi dłubać. Momentalnie zalała go fala wściekłości, że ten rudy gnojek śmiał się tutaj pojawić. Rozprostował skrzydła i zakrakał głośnie, czując żółć i gorycz zalewająca jego gardło. Sfrunął na dół, zatrzymując się tuż przed nim, nim swobodnie opadł na drewnianą podłogę, zadzierając wyżej głowę, i wlepiając w niego paciorkowate spojrzenie. Mógłby go zadziobać. Tak, to brzmi jak dobry plan. Wydziobać oko, a potem drugie i.... i wtedy...
Odwrócił się tyłem, a kształt ptaka zaczął powoli się powiększać i zmieniać. W pomieszczeniu rozległ się dźwięk rozciąganych i pękających kości, czarne pióra lekko opadały na podłogę, warknięcie wydobyło się z bladego ciała, które coraz bardziej przypominało człowieka.
Nienawidził szybkiej przemiany. Zawsze bolała. Wolał powolną, na spokojnie, ale teraz, tutaj, nie miał czasu. Podniósł się do pozycji stojącej i rzucił krótkie spojrzenie zupełnie czarnych oczu w stronę rudowłosego, zupełnie nie przejmując się swoją nagością.
Moroi. Jego nazwisko paliło jego język, jak wylana trucizna, wżynająca się w jego wnętrzności. Cudem nie splunął obok. Podszedł do krzesła, na którym znajdowało się jego kimono, a następnie zarzucił je na swoje ciało, powoli ubierając się i zawiązując pasem.
- Zgubiłeś się? - zapytał cicho, trochę zachrypniętym głosem po przemianie. Sięgnął do rękawa kimona i wyciągnął podłużną fajkę, którą odpalił, wreszcie stając na wprost niższego mężczyzny.
Czego chcesz? - warknął.
Bo na pewno nie przyszedłeś po mnie. A czekałem. Czekałem, aż przyjdziesz po mnie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 8/5/2018, 23:20
Uważał się za sprytnego, jednak jednej rzeczy zupełnie nie przewidział. Ptaki. W końcu wymordowani mieli te swoje paskudne sztuczki ze zmienianiem się w zwierzaki. Spojrzał na stworzonko, które pewnie wcześniej zwyczajnie zignorował, a które pojawiło się przed nim. Postąpił krok w tył, czując na sobie spojrzenie zwierzęcia. Zachowywało się w sposób dość śmiały, przez co drugą opcją, jaką dopuścił, była wścieklizna i w zasadzie na to liczył trochę bardziej. Zwykłe, ale chore zwierzę, było zdecydowanie mniejszym zagrożeniem niż uzbrojony w moce mutant.
 Jego żołądek chyba próbował zrobić salto, gdy do uszu Hachiego dotarł ten okropny odgłos, który znał z własnego ciała i z ciał innych ludzi. Wzdrygnął się i praktycznie przylgnął plecakiem do ściany, a dłonie zacisnął bardziej na karabinie. Nie unosił go jednak na tę abominację, którą widział przed sobą; wszak nie należało celować w cokolwiek, o ile nie miało się zamiaru zabicia tego. Mógł w końcu trafić na bardziej obeznanego w takich rzeczach wymordowanego, a choć był dość porywczym stworkiem, to postanowił w tej chwili raczej spokojnie to rozegrać.
 Rudy nie odwrócił spojrzenia od groteskowej sceny ani na chwilę, choć w czasie jej trwania sekundy strasznie mu się dłużyły. Zawartość żołądka zdawała się podchodzić pod jego gardło, jednak jej wędrówkę dzielnie powstrzymywał. Kimono jakoś dodało sytuacji absurdalności i odjęło jej całkiem sporo realizmu. Twarz Moroia przybrała skonsternowany wyraz, gdy jego nowy kolega zarzucał na siebie ubranie, a potem, niczym gąsienica z Krainy Czarów, dobywa fajki.
 –  … Jestem na spacerze – Tak, Hachi, dokładnie tak. Odpowiedział tonem zdezorientowanym, bardzo pasującym do tego, co czuł. Na drugie pytanie zareagował zmarszczeniem brwi; poczuł się tak, jakby tamten coś mu sugerował. Pomylił go z kimś?
 – Wyjrzyj za drzwi to zobaczysz, oi. Chcę tu przeczekać wymianę piasku w tej piaskownicy – Wyjaśnił, bardziej już siląc się na spokój i stanowczość w głosie. –  A ty… Ty… Nie wiem, zignoruj mnie i ptaszkuj sobie? „Tylko mnie nie dotykaj. Stój gdzie stoisz. I nie zdejmuj ubrań”, dodał w myślach, tłumiąc wzdrygnięcie się z obrzydzeniem. Dotychczas nie odnosił się bez tego do wymordowanych i nie zanosiło się na to, by miał zmienić podejście do nich.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 11/5/2018, 23:02
Uniósł ciemną, równą brew wyżej, kiedy z ust rudego padła tak absurdalna odpowiedź. Jeszcze trochę brakowało, a Seiji wybuchnąłby głośnym śmiechem uznając go za dobrego kawalarza. Ale nie było mu do śmiechu. Nie w momencie, kiedy brutalna prawda zaczynała powoli do niego docierać, chociaż ostatkiem sił walczył z rzeczywistością, jakby nie chciał do końca przyjąć faktów.
Nie pamięta mnie
- Nigdy nie byłeś dobrym kłamcą. - powiedział cicho, zaciągając się dymem ziołowym z fajki.
A potem wszystko dotarło do niego ze zdwojoną siłą. On nie tylko nie szukał go, ale zupełnie wymazał ze swoich wspomnień. Porzucił. Pozbył się, jak zużytego śmiecia, a przecież obiecali sobie, że bez względu na wszystko, zawsze będą razem. Zawsze....
Ciemnowłosy opuścił głowę i zaczął się cicho śmiać. Szczupłe ramiona zaczęły drżeć w rozbawieniu przepełnionym gorzkim żalem.
- Nie pamiętasz mnie... - wyszeptał cicho, wreszcie unosząc głowę, by spojrzeć na niższego mężczyznę.
- Zapomniałeś o mnie. - usta wykrzywiły się w dziwnym grymasie, jakby naprawdę coś go zabolało, a potem nagle postąpił parę kroków do przodu, zupełnie zacierając odległość, jaka ich dzieliła. Drewniana fajka odbiła się o podłogę w chwili, kiedy Seiji uderzył otwartą dłonią w drewniane drzwi tuż obok głowy rudowłosego. Wpatrywał się intensywnie przez dłuższy moment w jego spojrzenie, aż nagle wykrzywił usta w szerokim grymasie.
- To ja ci pomogę sobie przypomnieć. - wyszeptał cicho, łapiąc obiema dłońmi za policzki Moroia, by przypadkiem mu się nie wyrwał, i wpił się swoimi ustami w jego. Pocałunek był gwałtowny i namiętny, wręcz agresywny, gdy siłą rozchylił jego usta wsuwając pomiędzy jego wargi swój język, by pogłębić pocałunek. Jeżeli rudowłosy próbował się wyrwać, to Seiji nie pozwalał mu na to, napierając swoim ciałem na jego.
Aż wreszcie zerwał pocałunek równie gwałtownie, co go rozpoczął, patrząc na niego z nutą tryumfu czającą się w hebanowym spojrzeniu.
- Prawie jak wtedy. Brakuje tylko zapachu jesiennego deszczu, czyż nie, Hachi? - wypuścił jego policzki, ale nie odsunął się od niego. Zamiast tego położył dłoń na jego brzuchu, powoli zsuwając dłoń niżej, aż wsunął palce lekko za materiał spodni, zahaczając o nie. Nie wsunął jednak dalej, zatrzymał się.
- Pamiętasz? Czy mam kontynuować aż do momentu, kiedy sobie przypomnisz?






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 15/5/2018, 19:36
Nie rozumiał.
 Pojąłby sytuację, gdyby wymordowany chciał przepędzić go ze swojego terytorium. Tak działały zwierzęta, a w rozumku Moroia przedstawiciele tej rasy byli niczym więcej jak dzikimi zwierzami. Stał więc tak przy tych drzwiach, gotów nawet wycofać się przez nie i starać jakoś znaleźć jakiekolwiek inne miejsce, w którym mógłby się schować. Zmarszczył brwi w reakcji na słowa o kłamstwie, a potem lustrował spojrzeniem stalowobłękitnych oczu obserwował mimikę twarzy i mowę ciała tego drugiego.
 Dlaczego nie mógl teraz wyskoczyć z którejś kabiny i krzyknąć „mamy cię, to ukryta kamera!”? To na pewno tłumaczyłoby mu więcej niż to, co rzekomo było prawdą. Mięśnie hycla napięły się, umysł przygotowywał do podjęcia walki, ale wyszło trochę na opak. Ataku się spodziewał, jednak tamten okazał się od niego szybszy, a sam atak był zupełnie nie tym, co Hachi miał w swoim ślicznym łebku.
 Ciało wojskowego wzdrygnęło się, co było w znacznej mierze spowodowane obrzydzeniem i chyba tylko cudem nie cofnęło mu się śniadanie. Brzydził się dotykania tych istot w sposób inny niż próby uduszenia bądź przytrzymania tak, by nie wierzgały za bardzo, gdy zaliczą bliskie spotkanie z jego własnym nożem. Dlaczego ten musiał być łatwy w sposób, który Moroiowi pasował tylko i wyłącznie przy ludziach?
 Nie odwzajemniał tego pocałunku, ale mając w pamięci to, z kim się właśnie bawił, chwilę po prostu wymuszał w sobie uległość. Najpewniej gdyby w Mieście potraktował go w ten sposób jakiś natręt, rudy ugryzłby go w ten obrzydliwy język, odepchnąłby go od siebie albo po prostu zrównał do poziomu podłogi, ale… No właśnie, ale. Zwykle nie napastowały go groteskowe żarty z matki Natury. Poza tym wolał zmniejszyć prawdopodobieństwo zarażenia. Niech się znudzi, to się odsunie, da mu spokój. Hachi przepłucze sobie usta — choć chyba powinien wyparzyć je wrzątkiem — i łyknie milion tabletek.
 Pozycja, w której się znajdowali, była niebezpiecznie bliska, tak bardzo, że całe ciało rudzielca biło na alarm jednym wspólnym rytmem przepełnionym strachem, obrzydzeniem i brakiem zrozumienia. Naprawdę przemknęło mu przez myśl nawet, że może śnić; przecież niemożliwe, żeby coś takiego działo się realnie. Odbiegł pamięcią na moment do przygód z pozostałymi trzema muszkieterami; przecież wtedy zabijanie wymordowanych szło mu tak łatwo.
 W tym wszystkim najbardziej gorzki smak ironii zabarwiał pewien niby to na co dzień błahy fakt. Hachirō nie należał do osób wiernych, nie był też kimś, kto mógłby przylgnąć do drugiej osoby na czas dłuższy niż przewidywała zwykła zabawa. Partnerów swego czasu zmieniał praktycznie jak rękawiczki; odkąd jednak dołączył do wojska, bawił się we flirt jedynie z paroma osobami. Mógłby je policzyć na palcach jednej dłoni.
 I właśnie w tej chwili jego serce niemal podskoczyło do gardła — z jednej strony dlatego, że coś, czego się bał, najpewniej starało się obrzydzić mu seks, a z drugiej dlatego, że przecież nie wiedział, co się właściwie działo z kimkolwiek z tych osób. Shinya miałby umrzeć na misji? Warnuś cudnie przemarudny? Z kolei Ryouta nie wyglądał na kogoś, kto albo zadarłby z prawem, albo wymknąłby się za mury albo został wcielony do S.SPEC.
 Zatem kto?
 Gdyby miał więcej dobrego humoru w tej chwili, najpewniej zażartowałby w myślach, że do dalekich podróży wgłąb siebie potrzebne byłyby mu magdalenki. Spojrzał podejrzliwie w czarne oczy potencjalnego przeciwnika i bardziej przyległ pośladkami do drzwi, jakby chcąc pokazać, że dotykane przez mężczyznę miejsca to raczej no-no square i że nie wolno tak robić. Jego oddech dalej był nierówny po tej namiastce pocałunku, jednak po trochu spowodowane burzą emocji.
 Jesień, jesień. Z kim całował się jesienią? W pierwszej chwili chwycenie się tego toku rozumowania również nie dało mu za wiele. Przez jego głowę przechodziły różne imiona, nazwiska, pseudonimy, a pamięć o tym, że wymordowani często swój wygląd zmieniają w wyniku działania wirusa, też mu nie pomagała.
 Czy czułeś kiedyś wielki żal po czyjejś śmierci, Hachi?
 Podobno gdy członkowie rodziny umierają, człowiek pogrąża się w głębokim smutku. On sam jednak nie był tego pewien — nawet najbliższych ze swej wesołej rodzinki traktował niemalże jak wrogów. Naprawdę bolesną stratę przeżył dwukrotnie. Z własnego wyboru. Nie wiązało go z tymi osobami zupełnie nic wymuszonego…
 Zaciągnął się powietrzem, powoli, biorąc oddech tak głęboki, by wypełnił całe jego ograniczane kamizelką kuloodporną płuca. Poczuł coś znajomego, natomiast obok tego powoli zdawał się podpełzać do niego nieśmiało spokój. Drgnął. Różnica wzrostu nieco się wyrównywała za sprawą obuwia wojskowego, ale było coś znajomego w tym głosie, w delikatnych rysach.
 Czy nie byliście ładną parą?
 Drżenie na nowo otulało jego ciało, teraz jednak z zupełnie innego powodu niż wcześniej. Nie czuł strachu, poczuł się bardziej oszukany. Jakim cudem ktoś, na kogo pogrzebie był, stał się wymordowanym? Zacisnął palce na materiale jego ubrania w sposób cokolwiek tęskny sposób.
 – Dlaczego ci się to stało? – Wydusił krótko, nie mogąc jednak wyzbyć się pewnych podejrzeń. Jeżeli coś wyda mu się alarmujące, to tak czy inaczej sięgnie po nóż.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 17/5/2018, 22:43
Powieki o wyjątkowo długich rzęsach delikatnie opadły, choć nie przykryły hebanowych oczu całkowicie. Usta drgnęły, jakby chciały wykrzywić się w gardzącym uśmieszku, ale ostatecznie pozostały nietknięte. Widział to. Widział to zdegustowanie i obrzydzenie w jego oczach. Widział tę niechęć, nienawiść tlącą się w jasnym spojrzeniu dawnego kumpla. Przyjaciela. Kochanka. Poczuł w żołądku lód ściskający jego żołądek. Po tylu latach wciąż bolało. Każda myśl, każde wspomnienie, nadal było ciężkie i bolesne. Ale przedstawienie musiało trwać dalej, skoro sam uniósł kurtynę.
- A dlaczego ludzie umierają? - odpowiedział pytaniem na pytanie i przyłożył swoje czoło do jego, a dłonie położył na jego, delikatnie, nie chcąc go spłoszyć.
- Hej, Hachi. Brzydzisz się mnie. - dodał po chwili, nawet nie pytając, a po prostu stwierdzając oczywistą oczywistość. Widział to. Czuł to. Długie palce zakończone ostrymi paznokciami zacisnęły się na dłoniach rudowłosego i odepchnęły je od siebie, samemu robiąc parę kroków w tył, zrywającym tym samym jakikolwiek kontakt fizyczny między nimi. Wpatrywał się przez moment w niego ciemnym, chłodnym spojrzeniem pełnym wyrzutów, a potem schylił po swoją fajkę.
- Ostatnie co pamiętam to samochód. - wyprostował się obracając fajkę w palcach. - Ból. Cholerny ból miażdżenia. Potem ciemność. Wreszcie obudziłem się tutaj, na piaskach Desperacji. Sam. Porzucony. Jak śmieć. - wargi drgnęły wykrzywiając się w lisim uśmiechu, chociaż w jego oczach nie było ani krzty wesołości. Wręcz przeciwnie. Wylewały się z nich jedynie negatywne emocje i uczucia.
- Musiałem przeżyć. Jakoś. Nawet nie wiesz do czego byłem i w sumie nadal jestem zmuszony. Nawet nie wiesz co muszę robić, by przeżyć. Brzydzisz się mną. Oczywiste. Ja też się sam sobą brzydzę. Ale żyję. - parsknął cicho i pokręcił lekko głową. Westchnął wreszcie ciężko i ponownie podszedł bliżej, zatrzymał się jednak w takiej odległości, że brakowało zaledwie paru ułudnych milimetrów, by ich ciała na powrót się dotknęły.
- Ale przez cały ten czas czekałem na ciebie, Hachi. Pamiętasz? Powiedziałeś mi, że cokolwiek się nie stanie, zawsze będziemy razem. Że zawsze mnie odnajdziesz. Że zawsze po mnie przyjdziesz. Obrzydliwy kłamco. - warknął, a jego dłoń wystrzeliła w jego stronę, łapiąc go za gardło, choć nie na tyle mocno, by go skrzywdzić. Nie, jeszcze nie. To byłoby zbyt proste i banalne. Musi poczuć. Musi sobie przypomnieć.
- Jak naiwne szczenię karmiłem się tą nadzieją. Ale pewnego dnia nie wytrzymałem i wiesz co? Wybrałem się do miasta. W mojej zwierzęcej formie to dość proste. Prześlizgnąć się. Ot, zwykły ptak. Znalazłem cię. Ale... - nachylił się tym razem, przyciskając swój policzek do jego, a każde wypowiadane słowo drażniło ciepłym oddechem ucho rudowłosego.
- ... widziałem cię z nim. Kochasz go? Szybko się zadowoliłeś po moim zniknięciu. Nawet wymazałeś mnie ze swoich wspomnień. Hej, pamiętasz chociaż jak mam na imię? - palce nieznacznie zacisnęły się na jego gardle.
- No dalej, pieprzony zdrajco. Wypowiedz je głośno!





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 24/5/2018, 02:11
Nie każda śmierć to ta… Zmiana – Skontrował niby to spokojnie. Oczy rudego nieco się zmrużyły, możliwe, że chciał w ten sposób trochę zminimalizować te wszystkie negatywne emocje, które się odbijały w tęczówkach przyćmionych przez powiększone za sprawą słabego oświetlenia źrenice. Na myśl o wymordowanych wręcz gotowała się w nim krew, swoim wrzeniem powodując drżenie rąk, zaciskanie palców w pięści i nieprzyjemne zgrzytnięcie zębami. Byli zarazą tego świata, byli czymś, czego absolutnie nie dało się zaakceptować, czymś, co należało wyniszczyć. Nie drgnął jednak w reakcji na dotyk tamtego, co już jest jakimś postępem.
 – Widziałem… Dużo śmierci  – Powiedział trochę stłumionym głosem coś niby nie powiązanego ze stwierdzeniem, które padło ze strony rozmówcy. Posłusznie jednak odsunął na chwilę ręce, zaraz znowu ułożył je tam gdzie były przed momentem.
 – A w sumie byłem dzieciakiem, kiedy jedna zdarzyła się bezpośrednio przede mną. Oddech człowieka, którego gardło właśnie coś rozszarpało, nie jest przyjemny do słuchania. Co parę miesięcy tu bywam i jeżeli akurat nikt nie zginie przez wymordowanych, to cud. I jak od paru lat to widzę, to ciężko mi zareagować czymkolwiek poza lękiem. To nie zależy ode mnie – Oho, czyżby ktoś starał się brzmieć szczerze? Sam nie wiedział, co tak naprawdę o tym sądzi. Nigdy tak na serio nie zastanawiał nad swoją chorą nienawiścią, ale był przecież człowiekiem. Jeżeli czegoś nie znał, obawiał się tego i jako jednostka słabsza, był zwyczajnie bardziej wrogi; podobnie jak małe psy reagujące na obecność większych.
 – Ale na mnie jeszcze nie jest pora  – Wymamrotał, uciekając wzrokiem kiedy ten schylił się po fajkę. Moroi miał w sobie za dużo woli przeżycia; jeśli już umierać, to jako bohater. Tylko, jeśli twoje imię wspomni całe miasto. To był jego cel i nie było możliwości, by go nie osiągnął.
 Wzdrygnął się po raz kolejny; tym razem już nie z obrzydzenia, choć lekkie drżenie ciała mogło sugerować gotowość do zwrotu towaru z półek z żywnością.
 To wszystko budziło w nim mieszane uczucia, przy czym przeważały znacznie te negatywne. Pewnie, że znał niektóre metody S.SPEC i słyszał, że wiele z nich powodowane jest widmem przeludnienia, ale czyżby nie było już nawet miejsca dla martwych? Och, bohaterowi nie podobała się ta perspektywa.
 Nie można jednak powiedzieć, żeby cokolwiek przypadło mu do gustu w byciu chwyconym za gardło — w pierwszym odruchu zachłysnął się powietrzem, w kolejnym uniósł ostrzegawczo własną rękę, gotów by sięgnąć po nóż bądź uderzyć. Na ustach pojawił się uśmieszek, a oczy się zmrużyły. Bawiło go trochę to, jak naiwny był jeszcze parę lat temu. Co za słodki dzieciak.
 Na moment wstrzymał oddech w reakcji na ponowną bliskość. W innych okolicznościach może i by mu się to podobało. Może by go podnieciło, ale na pewno nie teraz.
 – Seichan~  – Mruknął zaczepnie w odpowiedzi, na dobry początek. Zgodnie z poleceniem. Fortunnie ten związek miał miejsce jeszcze zanim Moroi przeszedł w ten mniej zdrowy tryb życia i postrzeganie cudzej bliskości.
 – Nie kocham nikogo. Jestem  – „Praktycznie dziwką” wojskowym, przebywam głównie z mężczyznami. To jest normalne. Nie nazywam się Nakahara Chūya, żeby powiedzieć, że kiedy umiera ktoś, kogo kochasz, musisz zabić się sam  – Przesunął językiem po własnych zębach, a uśmiech stał się na krótki moment szerszy.
 – Niemniej jednak, jeżeli twoje grzechy są ciężkie i masz zamiar żyć, powinieneś zmusić się do służenia. I służę, ale już nie sobie, służę…  – Prychnął. – Nie wiem czemu. Komu. Miałem mojemu przyjacielowi. Wiara w sprawiedliwość pewnie już go zabiła  – Nie zabrzmiał smutno. Raczej był niezadowolony, zakrawało to powoli o wściekłość. Czuł się zostawiony przez Shinyę.
 – Miałeś ładny pogrzeb  – Odparł szczerze, zamknąwszy na chwilę oczy. – Kiedy cię zabrakło, znowu poczułem, że nie mam celu. Ponieważ ktoś, kogo kochasz, umarł, i jest to nieodwołalne, ponieważ nic już nie możesz dla tej osoby zrobić, nic już nie możesz – Nadał cytowanemu fragmentowi nieco melodii, leniwej i nieskładnej. Nie miał za grosz muzycznego talentu. Umiał za to grać na nerwach i uciekać.
 – Wszak rozumiemy, że brakuje nam odrobiny szczerości~  – Dorzucił, przypomniawszy sobie kolejny fragment wiersza. – Rozumiem, rozumiem, ale zrozum i mnie. Wiesz, co się ze mną działo?  – Głos rudego drgnął z bólu, sam zaś właściciel złapał intensywniej powietrze. Nie potrafił mówić o uczuciach. Nie umiał mówić szczerze. Nie umiał… Nie umiał być kimś przydatnym. Och, zdecydowanie był żałosny w swojej pogoni za marzeniem o posiadaniu celu.

To prawie Hachi teraz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 10/6/2018, 22:45
- Nie. - odpowiedział cicho, wymuszając lekki uśmiech na swoich bladych ustach. - Nie każda śmierć to przemiana. - dodał cicho, rozluźniając nieco palca z gardła rudowłosego, drugą dłonią dotykając chłodnymi opuszkami jego policzek.
- Może i widziałeś wiele śmierci, ale tak naprawdę nie wiesz co to oznacza. Śmierć. Nie wiesz, jak to jest, kiedy jej lodowate macki otaczają twoje ciało i miażdżą. Nie wiesz jak to jest, kiedy twój mózg wyłącza się, a ty do ostatniej chwili masz świadomość, że gdy już zamkniesz oczy i słodka czerń cię otuli, to nigdy więcej nie ujrzysz światła. Nie masz pojęcia jak to jest zdychać w samotności, pławiąc się we własnym strachu. Och biedny Hachi, tak mało wiesz. - wyszeptał ostatni raz głaszcząc go po policzku, a potem na bezczelnego złapał za jego arafatkę i niemal zerwał ją z niego, odsuwając się na odległość paru kroków. Przesuwał po szorstkiej strukturze materiału, napawając się nią. Ile to minęło, kiedy ostatni raz trzymał coś takiego w dłoniach?
- Nie masz nic przeciwko, prawda? - pomachał nią przed drugim mężczyzną, przywłaszczając sobie jego własność. Cena niewielka za te wszystkie lata, prawda?
Odetchnął cicho pod nosem i wycofał się jeszcze bardziej, tym samym zwracając w pełni wolność Hachiemu. Usiadł na starym stole, a raczej jego cząstkach, i podciągnął nogi, siadając po turecku, kładąc zdobyty materiał na swoich kolanach.
- A jednak pamiętasz. - powiedział z dziwnym sentymentem, który wkradł się pomiędzy słowa. Teraz sam nie wiedział co było gorsze. To, że mógł go nie pamiętać i to tłumaczyłoby dlaczego go nie szukał, czy też fakt, że jednak pamiętał i nadal nie próbował go znaleźć. Bolało zarówno pierwsze, jak i drugie.
- Ty nigdy nikogo nie kochałeś. - przerwał mu jego wywód, przeszywając go niemal na wskroś lodowym spojrzeniem, ciemnym i bez blasku, jakby całe światło z niego zabrano.
- Widziałeś moje ciało? - zapytał, prostując się nieco, chociaż i tak znał odpowiedź.
- Czemu nie postanowiłeś tego sprawdzić? Doskonale wiedziałeś, że moja rodzina mnie nienawidziła. Nie pomyślałeś nawet przez moment, by potwierdzić to wszystko? Sprawdzić? Wystarczyło zobaczyć, że nim poddali mnie kremacji.... nie było mnie tam. Nie zrobiłeś nic. Zupełnie nic. - wargi drgnęły, unosząc się lekko i obnażając zwierzęce zęby.
- I za to cię nienawidzę. - skwitował na koniec, nie spuszczając z niego swojego spojrzenia.
- Nie, nie rozumiem. Opowiedz. Chętnie posłucham. - przechylił zaczepnie głowę na bok, a lewy kącik ust nieznacznie się uniósł.
- I podejdź. Przecież cię nie zjem. Ani nie zarażę. Nie zarazisz się od wdychania tego samego powietrza co ja, Hachi. A może aż tak bardzo się mnie brzydzisz, co?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 16/7/2018, 03:26
W co ty się wpakowałeś, Moroi?
 Czuł śmierć, czuł jej zapach, dotykała go, szczęśliwie jeszcze nie posmakował jej tego dnia. Mimo to szeptała, szeptała bez przerwy, że niedługo po niego  sięgnie. Bał się niesamowicie, ponieważ tak podpowiadał mu instynkt, czuł, że to wszystko źle się skończy, jeśli nie odegra tego dobrze. Nie wiedział, w jakim stopniu zmienił się Seiji. Nie potrafił określić, w jakim procencie to jeszcze jest jego Seiji, a w jakim ma przed sobą zwierzę, które chce uśpić jego czujność i zaatakować. Mięśnie wojskowego nieustannie były spięte w bardzo nieprzyjemny i męczący sposób, wołały bez przerwy „uciekaj stąd”, ale jakie, tak na dobrą sprawę, miał szanse z ptakiem?
 Widział, co te małe sukinkoty robiły w tym starym filmie Hitchcocka, nie wspominając o cudzie kinematografii, jakim było znakomite „Birdemic”. Jedyne dobre skojarzenie z ptakami, jakie miał, to zbieranie wypadających z nich granatów i amunicji w czwartym „Resident Evil”, choć to, jak upierdliwe te zwierzaki były w poprzednich częściach, jakoś przyćmiewało ten malutki plusik. Bał się ich, no co poradzić, a teraz będzie się bał ich jeszcze bardziej. Cholerny monitoring osiedlowy z dziwnymi kolanami, co dobrze prezentuje się tylko na talerzu, najlepiej w panierce i przyprawach, z ryżem albo inną dobrocią obok.  
 Zachowywał twarz spokojną jak kamień, choć oponent pewnie widział, jak kąciki jego ust drgają nieznacznie, próbując przełamać maskę. Odetchnął jeszcze nie za głęboko, gdy dłoń na jego gardle poluzowała się. Chciał pokazać, że nie poczuł nagle wielkiej ulgi, choć wrażenie wątpliwego spokoju znowu zostało zachwiane przez kolejny gest tamtego. Hachi się wzdrygnął, jednak wydawało mu się, że bardziej za sprawą kontrastującego z temperaturą pustyni chłodu niż obrzydzenia.
 Chciał mimo wszystko walczyć. Wiedział, że powinien, przecież to była jego misja. Zabić każdego plugawego wymordowanego, jakiego spotka na drodze. Zbierać próbki tej ohydy, ale tylko po to, by możliwe było zniszczenie kolejnych przedstawicieli tego przebrzydłego gatunku. Przecież całym celem jego istnienia było to jedno zadanie, które wypełniał dość sumiennie, a teraz nie potrafił go dokończyć. Sam upominał i pouczał rekrutów jeszcze jakiś rok temu, że nieważne, jak wygląda i kim jest wymordowany, przede wszystkim jest bestią, która jednym prostym ruchem może skręcić im karki.
 Nie umiał słuchać nawet własnych wyuczonych rad.
 Siedział cicho jak mysz pod miotłą, wystraszony, zdezorientowany. Nie chciał rzucać się w oczy, choć w pomieszczeniu byli tylko oni dwaj. Wmawiał sobie, że przeczeka, potakując, skoro rozmowa się z jego strony nie kleiła. Prawie tak, jakby miał do czynienia z marudną żoną. Nie, żeby tamtego nie słuchał, że nie docierało, bo to absolutna nieprawda. Czy czuł się winny, to już kwestia sporna — mimo wszystko jego sumienie od zawsze kulało, a jako dwudziestoletni smarkacz przecież nie mógł za wiele zrobić. W tamtym czasie jego jedyne znajomości w S.SPEC to te polegające na uciekaniu przed panem policjantem, który porządku pilnuje.
 – … Bierz – Wydusił w końcu, z rozgoryczeniem odnotowując, że dał się zrobić jak szmaciana lalka z tym zabieraniem chusty. Lubił ją i czuł się bez niej nagi, zwłaszcza, że była jedynym, co w polu walki zakrywało jego bliznę. Starał się brzmieć beztrosko — w końcu danie kawałka materiału to prawie nic — ale jednak bardzo mu brakowało tego rekwizytu.
 Gdy wymordowany przysiadł z jego chustką, Moroi miał nadzieję, że tamten nie zauważył, z jaką ulgą przyjął stopniowe rozluźnianie się mięśni. Odsunął się od drzwi; wolał, żeby czasem nie wbiło się przez nie nic, co mogłoby chcieć go zjeść. Przeszedł kilka kroków wzdłuż ściany — a warto wspomnieć, że nogi dalej miał jak z waty — i przysiadł w kącie, ułożywszy karabin na swoich kolanach.
 – To na wszelki wypadek, stąd widzę drzwi. Nie wiem, co ty umiesz, ale ja umiem strzelać – Prawie jakby chciał odkupić to, że wcześniej go nie uratował.
 – … Nie wiem, może kochałem – Odparł wreszcie, czując, jak jego gardło znowu się nieprzyjemnie zaciska. Przynajmniej raz był szczery, raz zdobył się na coś ponad próżność i kłamstwa. Wzdrygnął się, gdy poczuł na sobie jego wzrok, kojarząc czarne spojrzenie z tym, które należało do demonów w jednym z seriali. Gdzie, do cholery, posiał sól? Może ona by go uchroniła od tego absurdu niesionego przez stęchły powiew wspomnień. Otoczyłby się kręgiem z soli i poczekał, aż zło się nim znudzi.
 Spuścił głowę i zapewne, gdyby miał bardziej zwierzęce uszy, położyłby je po sobie jak pies besztany za to, że coś spsocił. Mówił wyjątkowo mało jak na siebie i wiedział, że wina po części jest po jego stronie. Zacisnął jednak palce w pięść, choć uścisk był jakiś mdły i wyblakły.
 – Wiesz przecież, ile może zrobić mieszkaniec. Może oddychać powietrzem, które łaskawie pozwala wdychać rząd – Odpowiedział już z większą mocą niż tą, która charakteryzowała jego poprzednie wypowiedzi. Uniósł spojrzenie zabarwione nową porcją uporu.
 Czyżby kłótnia małżeńska?
 – Raczej nie mówiłem, nie lubię wspominać porażek ani rzeczy, które mnie bolą, jestem klaunem. Bawię innych, a smucić to mi się w sumie nie chce. Miałem kuzynkę, kilka lat starszą ode mnie. Spotkałeś kiedyś te tam, anioły? To ona była lepsza, bo bardziej prawdziwa i niewymuszona – Oto rasizm odzywa się znowu. – chciałem być dobry jak ona, naśladowałem ją. Wiesz co się z nią stało? Zginął jej ojciec, w akcji na Desperacji. Później matka popełniła samobójstwo z rozpaczy, a ona… Do tej pory nie wiadomo. Nigdy potem jej nie widziałem. Zniknęła z dnia na dzień. Czułem się znowu gorszy, bezużyteczny – Przygasał wtedy. To chyba najlepsze określenie. – Nic nie umiałem, byłem bezradny, potem agresywny. Mało kto chciał podejść bliżej, jak do szczekającego psa bez kagańca. Problemy, szukanie nowych zabaw, niszczenie się. Byleby tylko nie myśleć o stracie, o tym, że to przecież na pewno moja wina – Prychnął cicho. Sam nie umiał określić, jak wtedy dotarł do tego nieracjonalnego wniosku.
 – Zgubiłem się. Próbowałem różnych rzeczy, od osoby do osoby. Budziłem się w różnych łóżkach, czułem ból w różnych rodzajach, brzydziłem się… Sobą – Głos utknął w jego gardle i dopiero kilka prób złapania oddechu sprawiło, że mógł podjąć wypowiedź. Nie dość, że uważał mówienie o tym za słabość, to jednak był Japończykiem. Zasada jego działania była prosta — nie martw innych swoimi problemami. A więc tamten go nienawidził. Cóż, mieli coś wspólnego.
 – Byłem dzieciakiem, zostawionym samemu sobie, aż do… Aż do ciebie, wiesz? Przestawałem się czuć jakbym się zgubił, kiedy miałem cię obok. Taki… Bezpieczny. Może i wolny. A potem to wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Jedyna różnica była taka, że po tym, jak mi cię zabrali, nikogo nie dotknąłem – A to, że być może był zakochany w tym beznadziejnym przypadku, jakim był Shinya, i że rok z kawałkiem temu prawie oddał się Desperatowi i że zrobiłby to faktycznie za wino z granatów kaukaskich, to już swoją drogą.
 – Chciałem poznać śmierć – Wypuścił gwałtownie powietrze, choć lada moment poczuł, że to był błąd. Zachłysnął się tlenem, pilnując jednak, by czasem nie pozwolić sobie nawet na pisk zbliżający się do płaczu.
 – To część naszej kultury. Tak jak to, że nie chciałem nikogo martwić. A jednak nie wychodziło mi zupełnie nic. Wieczna presja, nazywanie nieudacznikiem, norma. Aż do poznania mojego arcywroga – Mimowolnie się uśmiechnął na myśl o tym, jak głupio to brzmi. Doskonale to wiedział. – Dołączyłem do wojska, bo on dołączył. Wyższy, silniejszy ode mnie. Idealne wyzwanie. Poczułem, że coś mi wychodzi, że mogę coś zmienić. Zmieniam to wszystko… od ostatnich siedmiu lat. Zaadoptowałem psa, bo chciałem czuć się komuś potrzebny. Bo chciałem, żeby ktoś mnie bezwarunkowo kochał. Nie mógłbym go przecież zostawić z tak głupiego powodu – Wreszcie Moroi umilkł, nie spodziewając się jednak żadnego współczucia. To brzmiało tak nieciekawie, że powinno oblewać jego intrygującą (w swoim mniemaniu) postać szarą farbą. Było mu tak głupio, że o tym mówił. Tak głupio, że nie umiał ująć swoich problemów tak, by nie brzmiały banalnie i żałośnie. Czuł się znowu taki nieistotny.
 – Nie podniosę się teraz. Nie dam rady. Ty chodź, mówiłem, że stąd dam radę nas obronić jakby ten, no wiesz.


To jest równie długie co moje zwlekanie z tym postem i równie nudne co sesja...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 17/7/2018, 21:00
Przesuwał opuszkami po nierównej tkaninie jeszcze przez chwilę, jakby chciał zapamiętać jej strukturę, a następnie owinął ją sobie dookoła szczupłej szyi, wdychając zapach rudowłosego. Wspomnienia na krótką chwilę boleśnie w niego uderzyło, a klatka piersiowa uniosła się bezradnie do góry, czując chłód, który rozlewa się po jego trzewiach. Z jednej strony chciał się ich wyzbyć, wymazać, bo może wtedy tak bardzo nie bolałoby, ale z drugiej... dzięki nim po części zachował swoje człowieczeństwo.
Wysłuchiwał jego słów, historii, i choć na niego nie spoglądał, to łapał wszystko, co wypowiadał. Zapamiętywał, upychał głęboko w pamięci, by w przyszłości móc przywoływać jego barwę głosu, nim ponownie zapomni. Wątpił, by kiedykolwiek się spotkali. Gdy wreszcie zapadła cisza, Mugaro uniósł głowę, spoglądając na swojego towarzysza. Nie odezwał się jednak, nie od razu. Wyglądał raczej jak ktoś, kto powoli analizuje to, co usłyszał, smakuje na wargach słowa, dobiera wszystko z nadmierną ostrożnością, chcąc rozdzielić cierpki posmak jadu od słodkiego nektaru.
- Ja cię kochałem. - odezwał się nagle, nieco zachrypniętym i nieobecnym głosem, jakby należał do kogoś innego. Kogoś obcego.
- Bezwarunkowo. Za wszystko. Za to, kim byłeś. Nie obchodziło mnie, że byłeś złamany i zniszczony. Nie obchodziło mnie, że podchodziłeś do wielu spraw w żarcie zamiast na poważnie. Chyba właśnie na część ciebie mnie urzekła, kiedy cię poznałem. Potrafiłeś mnie rozbawić, chociaż wielu przed tobą nie powiodło się to. Byłeś... - jesteś - - ... całym moim światem. - opuścił głowę, wpatrując się przez moment w swoje dłonie. Były piękne, jak na kogoś, kto zamieszkiwał Desperację. Szczupłe, jasne, o długich palcach. Ale też przerażały. Długie i ostro zakończone czarne paznokcie, jak u ptaka.
- A teraz spójrz na mnie, na to, czym się stałem. Spójrz na siebie. Nie siedzisz tam tylko dlatego, jak to ująłeś, że NAS obronić. Siedzisz tam, żeby samego siebie obronić. Przede mną. Myślisz, że nie wiem? - przechylił głowę lekko w bok i posłał mu delikatny uśmiech. W końcu się podniósł i ruszył w jego stronę, niespiesznie, jakby czas się nie liczył. Przykucnął przed nim, kładąc dłoń na karabinie, na który naparł, powoli go unosząc.
- Znam cię. Znam to spojrzenie, każdy ruch mięśnia na twojej twarzy. Boisz się mnie. Brzydzisz się mnie. Nie chcesz mnie dotknąć. - przyłożył lufę broni do swojego czoła, wpatrując się intensywnie w twarz rudowłosego.
- Wystarczy, że pociągniesz za spust. Pociągnij. Nie jestem zagrożeniem, jak ci się może wydawać. Natura zrobiła mnie w chuja i zamieniła w ptaka. Jedyne, co mogę ci zrobić to zadrapać. To wszystko. No dalej. Uwolnij się od tego ciężaru. W końcu i tak już umarłem. Co za różnica, jeżeli umrę drugi raz? - zapytał, wciąż nie zmywając z ust tego dziwnego uśmiechu.
Ramiona drgnęły, lekko opadły, wypuścił karabin. Przysunął się jeszcze bliżej, wyciągając dłoń w jego stronę, by dotknąć chłodnymi opuszkami jego policzka, ale w ostatniej chwili zatrzymał się, zaledwie parę milimetrów od jego skóry.
- Twoje oczy wiele zdradzają. - wyszeptał, a dłoń opadła na jego ramię, potem jeszcze niżej i zmusiła go do jego uniesienia. Wtedy też opadł na klatkę piersiową mężczyzny i otulił się sam jego ramieniem, zamykając na moment oczy.
- Nie będę miał ci tego za złe. Może nawet ocalisz moją duszę w ten sposób.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Powrót do góry

- Similar topics