Strona 2 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Zero on 12/12/2015, 14:44
Już sam nie wiedział, co drażniło go bardziej – szaleńcze ciosy pięściami wymierzane w jego tors czy może wrzaski czarnowłosej, od których miał wrażenie wierteł wsuwających się w jego uszy z nieprzyjemnym zgrzytem. Zacisnął zęby, chwytając dziewczynę za nadgarstek w momencie, gdy ta całkiem straciła swój rezon, choć wydawało mu się, że mięśnie zaraz odmówią mu posłuszeństwa, gdy musiał się z nią siłować. Była dużo mniejsza, słabsza, a mimo tego otwarte rany i ciężar jej nienawistnych emocji, przytłaczały go do tego stopnia, że padnięcie na kolana przez krótką chwilę wydawało mu się dobrym pomysłem. Naprawdę krótką. Starał się nie stracić swojego głównego celu sprzed oczu, a odcięcie brunetki od Syona było jego priorytetem, nawet jeśli białowłosy wcale tego nie oczekiwał. Nie musiał. Sam też zrobił wcześniej coś, co było niewskazane, choć Lesliemu udało uchronić się przed śmiercionośnym nabojem w ciele.
„Zero, puść ją.”
Żartu-- ― reszta słowa została urwana przez nagłe zamknięcie się ust Zero, gdy zerknął na Growa kątem oka. Dostrzegł wymowny ruch głową, choć w pierwszej chwili sceptycznie podszedł do tego planu. To jednak nie od niego zależał los dziewczyny, choć obecnie w równym stopniu był zamieszany w całą tę szopkę. Nic więc dziwnego, że już po chwili odepchnął ciemnowłosą we wskazane miejsce, nie mając czasu na odnalezienie lepszego rozwiązania. Tępe pulsowanie rozchodziło się z każdego uderzonego miejsca. Ten nagły przypływ adrenaliny u Vesper już wkrótce mógł połamać mu żebra. Wolał tego uniknąć.
HUK.
Młodzieniec uniósł ramiona wyżej, mrużąc dwukolorowe oczy, choć nawet to nie uchroniło go przed kaleczącym bębenki brzmieniem. Krew zahuczała mu w uszach, przez co ledwo usłyszał głuchy dźwięk upadającego na ziemię ciała, ale doskonale widział moment, w którym kula przeszyła czaszkę, jednocześnie uwalniając go od lepkich objęć nienawiści. Ciężar spadł z jego barków z gracją kowadła, a mimo tego zamarł w bezruchu, jakby nadal nie mógł się pozbierać. Co prawda, bardziej przypominał kogoś, kto nie do końca rozumiał, co się właśnie stało.
„Musiałem jej powiedzieć.”
Mimowolnie pokiwał głową w niemym zrozumieniu, chociaż bliżej było temu do udawania, że w ogóle go słuchał.
Nie wiem, Syon ― wymruczał pod nosem, wyglądając na nieco nieobecnego, gdy przyglądał się niewidzącym oczom brunetki, które równie dobrze mogły należeć do ryby. Były równie puste i zimne. Jedynie jej usta zdradzały stan, w którym odeszła z tego świata. Nie było mu jej żal. Nie potrafił zrozumieć tylko tego, dlaczego musiał przejść przez to wszystko, by potem odkryć, że i tak zamierzał ją zabić. Rozmasował ręką obolałą klatkę piersiową, uwalniając się od chwilowego letargu. Pozbawionym wyrazu spojrzeniem najpierw przemknął po ścianach budynku, jakby celowo odwlekał moment, w którym wreszcie zderzył się spojrzeniem z różnobarwnymi tęczówkami. Zdusił w gardle słowa, które byłyby adekwatne do jego odczuć, nie mając ochoty się nimi dzielić.
Jak zawsze.
Co „jak zawsze”?
Odpuszczasz mu.
To nie odpuszczanie.
To może powiesz mu, jak bardzo bolało, gdy znienawidziła was tak mocno, jak tylko można nienawidzić drugiej osoby?
Ale to już raczej nieważne. Prędzej czy później i tak postanowiłaby targnąć się na nasze życia, choć wydaje mi się, że nie o to ci chodziło. W końcu to tylko człowiek ― rzucił, wzruszając ledwo widocznie barkami. Wolał spojrzeć na to wszystko z tej perspektywy, choć bynajmniej nie miał na celu wybielenia swoich win. Wiedział, że tkwili w tym razem. Tak samo jak wiedział, że nie cofnąłby czasu, by zapobiec śmierci czarnowłosej, mając na uwadze, że nadal mogłaby skrzywdzić i tak poważnie rannego O'Harleyh'a, który odgrywał o wiele ważniejszą rolę w jego życiu. Skrzydlaty już nawet nie próbował zastanawiać się, dlaczego tak było, nawet jeśli czasem nie był już całkowicie pewien, z kim miał do czynienia.
Rozluźnił palce jednej dłoni, dopiero teraz zauważając, że przez cały ten czas zaciskał je na tyle mocno, że po jej wewnętrznej stronie zdążyły uformować się łukowate ślady po paznokciach, które stopniowo odzyskiwały biały kolor. Rozmasował je kciukiem drugiej dłoni, zwracając głowę ku wyjściu z budynku, gdy pokój wypełniło światło błyskawicy, która uderzyła gdzieś nieopodal. Matka Natura coraz bardziej chciała uświadomić im, jaki ten dzień był zjebany, choć z początku wydawało się, że wszystko przebiegnie wręcz idealnie – tym bardziej, że po ostatnich wydarzeniach jakoś udało im się pogodzić.
Nie mów hop, Leslie.
„Opatrzę ci jednak te plecy.”
Do trzech razy sztuka, co? ― spytał, nawiązując do wcześniejszych ofert. Różniły się od siebie wyłącznie formą – białowłosy wcześniej pytał, czy ma mu pomóc, a tym razem wymagał, by usiadł przed nim i pozwolił sobie pomóc. Blondyn wypuścił powietrze ustami i chwycił za kołnierz koszuli i niechętnie zsunął ją z ramion. ― I tak dość już zrobiłeś ― dodał po chwili, uważniej przyglądając się zmianom na twarzy albinosa, jakby oczekiwał, że po tych słowach zmieni zdanie i postanowi odpocząć, zamiast zawracać sobie głowę czymś, z czym jasnowłosy mógł sobie poradzić później.
Nie będzie żadnego później.
Zwinął niedbale koszulę w rękach i odrzucił ją na łóżko obok Wilczura. Złapawszy za brzeg podkoszulka pod szyją, podciągnął go do góry, od razu odczuwając, jak materiał nieprzyjemnie przesuwa się po otwartych ranach, podrażniając je jeszcze bardziej. Poszarpana partia ubrania została rzucona na ziemię, gdy straciła już swoje pierwotne zastosowanie. Teraz już mało kto odważyłby się wytrzeć nią podłogę. Chłodny podmuch wiatru wprosił się do środka, wywołując dreszcze na odsłoniętym torsie. Potarł dłonią przedramię, zanim odwrócił się tyłem do wymordowanego i powoli opadł do siadu skrzyżnego tuż przy jego nogach. Pochylił się lekko do przodu, opierając ręce o kolana i wbił wzrok w miejsce, w którym jeszcze przed momentem leżało ciało brunetki, o czym świadczyła plama krwi, od której ciągnęła się nieco bledsza smuga, wskazująca kierunek wyjścia.
Nie jest tak źle, jak na to wygląda ― rzucił, jakby to miało zabezpieczyć go przed niechcianymi komentarzami. Rany wyglądały paskudnie. Przypominały breję świeżego mięsa, ciągnącą się od łopatek do lędźwi. Nierówne brzegi ran dzieliła dość głęboka przestrzeń, która nieustannie wypluwała z siebie szkarłatną ciecz, która ubarwiła jasną skórę anioła. Miejscami, z tego obrzydliwego morza czerwieni, wyglądała biel gdzieniegdzie ogołoconych z mięśni kości. Vessare przekręcił głowę w bok, ukradkiem zerkając na kumpla przez ramię, choć stosunkowo szybko wbił wzrok przed siebie, wzniecając błękitno-fioletowy płomień na samym środku pokoju. Tańczące języki ognia, rzucały na przemian cienie i światła na ich twarze, jakby nie potrafiły się zdecydować, w jakim wydaniu wyglądają najlepiej, jednak najważniejsze, że wreszcie zrobiło się cieplej. ― Posłuchaj ― zaczął, milknąc na chwilę, jakby jeszcze rozważał, czy w ogóle powinien mówić dalej, chociaż fakt, że w ogóle podjął się zaczęcia tego niewiadomego powodu sprawił, że dla Cilliana nie było już odwrotu, a palące uczucie w gardle od dłuższego czasu nie dawało mu spokoju. ― Wiem, że dla ciebie to nic. Znowu ci się udało, ale nie chcę, żebyś więcej pakował się na linię strzału. Wystarczyło, by udało jej się wycelować nieco wyżej i... ― uniósł rękę, by przesunąć paznokciami po boku szyi. Nie dokończył zdania, uświadamiając Syonowi, że jego wyobraźnia nie była w stanie sięgnąć tak daleko, gdy uparcie wypierał z głowy możliwość, że chłopak właśnie mógł leżeć martwy w towarzystwie pozostałych ciał. ― Nie mam zamiaru nosić twojej krwi na rękach. Czułbym się o wiele gorzej niż z tą, którą już noszę ― dodał nieco ostrzej po  głębszym oddechu, który wziął, zanim wypowiedział te słowa.
Nie mów, że ci ich szkoda.
Nie szkoda.




WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.

avatar





Zero
Anioł Stróż

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Arcanine on 12/12/2015, 14:45
Wsunął rozcapierzone, ciepłe palce na zziębnięte, przygarbione ramiona Lesliego, przez chwilę opierając tylko wnętrza dłoni o jego barki, nim nie wydał z gardła czegoś na wzór pomruku. Milczał przez jakiś czas, przyglądając się wyzutym z barw spojrzeniem po ciągnącym się na podłożu śladzie. Parabola czerwieni to zwężała się, to rozszerzała do paskudnych rozmiarów, co jakiś czas ubarwiona kleksami – w zależności od tego, w którym momencie Vesper wypadła z uchwytu Shatarai, w którym została przeciągnięta mocnym szarpnięciem, a kiedy przesuwała się niespiesznie płynniejszym ruchem. Aż w końcu Growlithe zacisnął palce na jego ramionach i wypuścił powietrze przez zęby.
No niestety – mruknął, wpychając w ton pozostałe szczątki rozbawienia. Rozluźnianie atmosfery na siłę nigdy nie było jego priorytetem, ale teraz wydawało się, że miał szczególnie dość słuchania o poważnych sprawach, od których huczało mu w głowie równie mocno, co Zero po przejęciu nienawiści dziewczyny. Poklepał go nagle po ramieniu, prostując się. ─ Ale musisz usiąść tutaj. – I jak na zawołanie podciągnął jedną z nóg, by wsunąć i ją, i siebie głębiej na łóżko. Jego dłoń stuknęła w powietrze, tuż nad miejscem, gdzie przed chwilą sam siedział, a spojrzenie utkwiło w twarzy Lesliego, dając mu znać, że przecież cię nie ugryzę, kretynie.Nie mogę się tak pochylać – mruknął, wykrzywiając lekko usta. Oparł obie ręce o kostkę, którą przyciągnął jak najbliżej, aż stopą nie dotknął boku uda drugiej nogi. Zwolnił miejsce dla Zero i uniósł przy tym nieco ramiona, czując wewnętrzne rozbawienie. Czyli jednak, jakkolwiek źle by nie było... ─ Rozumiesz.
Odczekał niecierpliwie, aż Leslie i jego szeroko pojęte Nigdy-Więcej-Tak-Nie-Rób-Grow spełni jego prośbę – o ile można to w ogóle nazwać prośbą – a potem, korzystając z faktu, że był do niego tyłem, uśmiechnął się lekko i oparł opuszki o miejsce między jego łopatkami. Czuł pod nimi napiętą skórę, czuł ciepło krwi, był nawet w stanie zaryzykować, że czuł też rytm jego serca. Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w długie smugi czerwieni, jakie zdobiły paskudnie poharatane plecy, nim nie zjechał dłonią niżej, aż do linii lędźwi, ostrożnie badając wypukłości kręgosłupa.
Wiesz. – Powiedział to tak dobitnie, że równie dobrze mógł mu przyłożyć z pięści w szczękę. Oboje mieli już jednak wystarczająco dużo ran, by dać sobie na wstrzymanie, więc Wilczur ograniczył się tylko do zerwania z nim kontaktu fizycznego, choć z wewnętrzną niechęcią. Ubrudzona dłoń sięgnęła na bok, w kierunku rzuconych tam wcześniej medykamentów, pozostawiając na niepotrzebnych, przestawianych fiolkach szkarłatne ślady. ─ Doskonale wiesz, jakby to było. Musieliśmy ją zabić tak czy inaczej, nie? Takie prawo. Jeśli wypuścilibyśmy ją, nabrałaby celu, mobilizacji, ambicji... Syciłaby się tą zemstą i hartowała nią, aż w końcu znów byśmy się spotkali. Ze świadomością, że mogliśmy zakończyć to dawno temu, ale byliśmy zbyt słabi, żeby wziąć odpowiedzialność za grzechy. – Ostatnie kwestie wypowiedział marudnie, gdy  czystym materiałem ostrożnie dotykał miejsc blisko mięsnych, wygrzebanych, porwanych krawędzi. Widział strzępy skóry, choć nie prezentował się jak ktoś, komu podobne widoki przeszkadzają. Robił to, co do niego należało i jakkolwiek Zero nie chciał mu wcześniej pokazywać obrażeń, tak mógł mieć pewność, że jeśli nie po dobroci, to Growlithe siłą dopiąłby swego. ─ Mogliśmy dać się jej zabić, by się uspokoiła, rozkoszując zemstą. Tyle, że jej śmierć była mniejszą stratą. Brak nienawistnej kobiety... – zawiesił na moment głos, zatrzymując nawet rękę; szybko jednak parsknął, wznawiając i czynność, i wątek: ─ brak takiej dziewczyny nie zrobi nam, hah, nawet światu, żadnej różnicy. W sumie wychodzi na to, że poszedł na naszą korzyść. Gdyby sprawiedliwości stało się zadość i sprzątnęłaby nas, jak sobie to zaplanowała... umarłyby trzy jednostki z indywidualnymi celami. Wiesz, jak mało osób ma teraz własny cel? A jak mało do niego dąży?
A ona? Z chwilą, gdy pociągnęłaby dwukrotnie za spust, straciłaby sens życia. I była bezwartościowa. Ja, pociągając za spust, wyeliminowałem wroga, a mój cel istnieje nadal  - wyszedłem na plus. Ty również, hm?

Przerwał, by przyjrzeć się porządniej dużym, czerwono-brązowym dziurom, z których – mimo prowizorycznego, wstępnego oczyszczenia – nadal wyciekały gęste łzy bólu. Każda kropla oznaczała minimalny spadek energii, życia. Growlithe wiedział o tym aż za dobrze.
Shiva prychnęła gdzieś z kąta. Zawtórowała jej Haye. Tylko Lars drżał gdzieś pod łóżkiem, stale mamrocząc to samo zdanie. Zabito ją. Zabito ją... Zabito ją... Zabito...
Jak wolałbyś umrzeć, Leslie? – Anioł mógł poczuć coś ciepłego na plecach. Chwilę wcześniej miękkie kosmyki włosów wymordowanego tknęły jego kark, ramię... aż wreszcie Wilczur szorstkimi wargami musnął miejsce, gdzie skrzydła rozerwały tkankę. ─ Ze świadomością, że zmarli wszyscy, na których ci zależy i nie tylko zmarli: zostali zamordowani, bo byłeś za słaby, za słaby też na to, by się postawić, gdy zostawiono cię i zaczęto wykorzystywać dla idiotycznych, trywialnych spraw, a potem, też z racji zachcianki, by cię zabito. – Warczał, nieświadom, że jego głos wprawia powietrze w tak wielkie drżenie. ─ Czy będąc przekonanym, że umarłeś, bo musieli cię zabić, bo stanowiłeś dla nich zagrożenie, bo chciałeś odpłacić się za przyjaciół, rodzinę, kochanka, bo próbowałeś? – Usta Growlithe'a musnęły raz jeszcze poszarpaną skórę, nim nie wysunął nieco języka, zmywając nim świeżą krew. ─ Była świadoma, że nie puścimy jej wolno. Z nienawiścią była spokojniejsza. Nie umarła bezsilna. Nie musi tego żałować. W końcu to my... – Uśmiechnął się – można to było wyczuć po samym głosie. Palce dotknęły bioder Lesliego, ciało przysunęło się, nie przylegając jednak do jego pleców, broda wsunęła na ramię, wargi dotknęły ciepłym oddechem płatka ucha. ─ Ja ją sprowokowałem. Zrobiła tylko to, co należało zrobić. Nie jej wina, że została pokonana przez kogoś silniejszego. Ale wiesz... – Wypuścił powietrze przez zęby, przymykając na moment oczy i opierając czoło o jego ramię. Obejmował go lekko, bez natarczywości, zahaczając palcami jednej ręki, o nadgarstek drugiej, czując szorstki materiał spodni Vesssare'a, do którego nimi [rękoma] przylegał. Wiedział, że powinien opatrzyć go jak najszybciej, pozwolić odpocząć i odsapnąć, bo zmusił go – gdybyś był silniejszy, Jace, nie musiałby używać skrzydeł! - do pokazania swojej prawdziwej formy. Formy, która była równie przydatna, co niebezpieczna.
Wiem o tym.
Wystarczyło, by pociągnięto za spust tylko sekundę wcześniej i...
Nie różnili się od siebie tak bardzo. Charakterem, wyglądem, poglądami – owszem. Ale to wszystko sprowadzało się do jednego skrzyżowania. Growlithe parsknął nagle i puścił go – zabrał ręce, wyprostował plecy, sięgnął dłonią po materiał nasączony wodą utlenioną, by przytknąć go do miejsca, na którym jeszcze nie tak dawno złożył przelotny pocałunek, zmazując tym samym jakiekolwiek ślady. Oczyszczał sprawnie, mimo wrażenia ciężkości w dłoniach (co zabawne: nadgarstki wydawały mu się lekkie), manewrując wyłącznie przy ząbkowanych brzegach.
Wiedział, że anielska krew była dla Vessare'a dużym brzemieniem, które dźwigał w samotności. Mimo zadziornych chwytów, mimo czasu, jaki spędzili razem, złych, dobrych, niezapamiętanych motywów, kłótni, doświadczenia, czegokolwiek, co jeszcze było możliwe w relacji, jaką zawiązali, Growlithe wyczuwał pod dłonią szorstkość muru, jaki został postawiony.
Kocha cię, Jace. Wiesz, że to wszystko niszczy. Nie pozwoli ci na wiele decyzji tylko z tego powodu.
Zmrużył ślepia, odkładając na bok zakrwawioną szmatę. Drgnął jakiś mięsień na szczęce, gdy zacisnął kły, aż rozbolały go dziąsła i poczuł ucisk w skroniach. Puścił jednak, gdy zabrał się za bandażowanie, by jak najprędzej zminimalizować drogę ucieczki wszystkim kurwiszonom, tym małym uciekinierom-erytrocytom, które akurat w tym momencie postanowiły wyprowadzić się z organizmu przyjaciela i zamieszkać w pościeli. Dopiero kiedy głębokie obrażenia zostały przykryte przez biel, klepnął go w bark, dając znak, że to już koniec i oparł się o ścianę, zerkając na jasnowłosego spod przeschniętej już grzywki.
Nie traktuj mnie tak ostro, skoro wiesz, jak to jest. Nie muszę ci mówić wielu rzeczy, pojmujesz to po swojemu, nie zgadzasz się na masie płaszczyzn, ja ujadam ci przed twarzą, napierając gardłem na twoją rękę, ale w kwestii, że przyjaciel to nie ten, który podaje ci rękę, gdy upadniesz, ale który nadbiega z naprzeciwka, nim zorientujesz się, że pomocy w ogóle potrzebujesz, na pewno się ze mną zgodzisz. – Ostrożnie wciągnął drugą stopę na łóżko polowe, siadając skrzyżnie, z dłońmi opartymi o kostki. ─ Nie chcę cię stracić w tak głupi sposób. Nie wtedy, gdy strzelano ci w plecy, nie, gdy robił to najgorszy tchórz z nich wszystkich, pieprzony chojrak, nie umiejący spojrzeć ci w oczy, gdy odbezpieczał broń. Nie obchodzi mnie, że była kobietą, że była słaba, bała się, chciała chronić innych. Masz żyć – nawet ceną mojego zdrowia, bo krew na twoich rękach to moje decyzje. Nie pchałeś mnie w linię strzału. Nie żałuję tego. Do diabła, niczego nie żałuję. – Warknął gardłowo, przełykając głośno ślinę. ─ Rany, pocałunku, wyznania, kłótni, spotkań, milczenia, kłamstw, zabaw. Przepraszam, cholera, że oferowałem ci ciało. Wcześniej jakoś nie pomyślałem, że to dla ciebie trudne, a ja zachowałem się jak dupek. Ale ty też się naucz, że nie jesteś jedynym, który czułby się winny.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Zero on 12/12/2015, 14:45
Nie poddał się elektryzującemu uczuciu, które przebiegło przez jego ciało, gdy ciepłe ręce Growlithe'a spoczęły na jego ramionach, niemalże parząc wychłodzoną skórę skrzydlatego. Wiedział, że to jedno się nie zmieniało, a temperatura ciała wymordowanego, jak zawsze odznaczała się przyjemnym ciepłem, jednak mimo wszystko ciężko było przywyknąć do bliskości, od której stroniło się od wielu długich lat, nawet jeśli nie miała ona nic wspólnego z dwuznaczną sytuacją. Zerknął za siebie przez ramię, jakby mocniejszy uścisk był dla niego sygnałem, by w tym momencie skupił swoją uwagę na przyjacielu. Może i całkiem słusznie, bo szybko przekonał się, że pomyślał wyłącznie o własnej wygodzie, zamiast wziąć pod uwagę dobro przyjaciela. Niemalże trzasnął się w czoło z otwartej dłoni, powstrzymując ten gest lekkim stuknięciem pięści o swoje udo, gdy zdał sobie sprawę, że podświadomie nadal starał się utrzymywać należny dystans, pomimo wszelkich zapewnień, że nie musi tego robić.
Racja. Wybacz ― przyznał, a kącik jego ust uniósł się wyżej dosłownie na ułamek sekundy, jakby przez tę mało znaczącą chwilę usiłował przekonać samego siebie, że w tej sytuacji tkwił jakiś komizm. Z marnym skutkiem, chociaż starał się, by ta zgęstniała atmosfera w końcu się rozrzedziła. I tak nie mógł zaprzeczyć, że odkąd Vesper zniknęła z powierzchni ziemi, było już znacznie lepiej. Grow też zdawał się powoli odzyskiwać energię, choć po wszystkim, co razem przeszli, Leslie nie zawsze ufał jego zachowaniom i swobodnemu przedstawianiu niemal śmiertelnych wypadków.
Nie ufasz mu.
Nie o to chodzi.
Myślę, że sam najlepiej potrafi ocenić, jak tragicznie się czuje.
Albo nie chce tego pokazać.
Zaparł się rękami o brzeg polowego łóżka. Ramiona Vessare'go tylko w pierwszej chwili zatrzęsły się lekko, zdradzając wysiłek, jaki musiał włożyć w podniesienie się o te paręnaście centymetrów. Brzegi rany z każdym ruchem anioła to odsuwały się, to przybliżały się do siebie, a do tego widoku zabrakło już tylko mięsistych plaśnięć. Podrdzewiała rama, podtrzymująca cienki materac, skrzypnęła nieznośnie, gdy jasnowłosy runął ociężale na wskazane miejsce. W pierwszej chwili przechylił się niebezpiecznie do tyłu, jednak prędko odzyskał rezon, nie chcąc nieumyślnie przycisnąć Syona do ściany. Pochylił się nieznacznie do przodu, zupełnie nieświadomie, ułatwiając białowłosemu dostęp do głębokich bruzd wypełnionych krwią. Poranione miejsca były na tyle odrętwiałe z bólu, że w pierwszej chwili ledwo zdał sobie sprawę z dotyku O'Harleyh'a. Dopiero, gdy palce albinosa zaczęły sunąć niżej, zahaczając o niemalże każdy odznaczający się pod skórą kręg, zamarł na moment w absolutnym bezruchu, próbując doszukać się jakiegokolwiek sensu w tym niepotrzebnym geście. Problem tkwił w tym, że nie potrafił zmusić się do wyrzucenia z siebie, by jak najszybciej mieli to za sobą. Zdał sobie sprawę, że nie tylko oszukałby samego siebie, odnajdując jakąś dziwną ulgę w tym całkiem przyjemnym kontakcie, ale raz jeszcze postawiłby między nimi mur. Dokładnie jak ostatnio. Po tym co się stało, przestał wierzyć, że jeszcze kiedykolwiek będą mieli okazję się spotkać. Czarnowidztwo w kwestii Growlithe'a dosięgało go niezmiernie często.
Przełknął ślinę, spychając marudny pomruk gdzieś w odmęty przełyku. Wiedział, że podobny odgłos byłby nie na miejscu – szczególnie przy tak oczywistej okazji, jaką było odsunięcie ręki od jego pleców. Wykrzywił jednak usta w niezadowolonym grymasie, korzystając z okazji, że Wilczur nie miał możliwości, by go zobaczyć. Tkwił on tam na tyle krótko, że gdyby nawet postanowił nagle zmienić swoją pozycję, nie zdążyłby go zarejestrować.
Wiem, że musiałaby zginąć. Ba, zastanawiałem się, dlaczego nie kazałeś postrzelić jej już na zewnątrz. Nie jest mi jej szkoda ― przyznał bez zawahania, jakby było to coś zupełnie na miejscu. Anielskie wyrzuty sumienia przestały dręczyć go już wieki temu. Obecnie nie rozumiał przejmowania się losem kogoś, z kim nie było się w żaden sposób powiązanym. Chodziło mu raczej o inne czynniki, a także dam fakt, że dało się to zrobić inaczej. Przeważnie wierzył w słuszność osądów sytuacji kumpla, ale zdarzały się momenty, w którym poddawał wątpliwościom sens niektórych przekonań. Ale zawsze potrafił go wysłuchać – teraz także, choć jego uwaga chciała przedzielić się na pół, by na równi skupiać się i na pogarszającym się stanie fizycznym i na słowach Wilczego.
Spiął się w chwili, gdy białowłosy zaczął przemywać jego rany. Pierwszy impuls był najgorszy. Zacisnął zęby, powstrzymując się od zbolałego syknięcia. Na szczęście dzięki temu, powstrzymał się od komentarzy nie w porę, pozwalając przyjacielowi na dokończenie myśli. Nienawidził chwil, w których rozumiał wszystko, co mówił, ale jednocześnie potrafił zachować swój odmienny punkt widzenia. Tym razem jednak zastanawiało go, czy nie spoglądał na tę sprawę z perspektywy minionych wydarzeń, kiedy musiał przyjąć na siebie całe tsunami burzliwych emocji.
Nie czuję w tym ani zysku, ani straty, Syon. Sam przyznałeś, że zabiłbyś ją tak czy inaczej. I to jeszcze dzisiaj, bo ciężko byłoby spać spokojnie z wrogiem tuż obok. Chodziło mi raczej o sam fakt, że mogła się tego nigdy nie dowie--
„Jak wolałbyś umrzeć, Leslie?”
Wyprostował się lekko, czując oddech na swoich plecach. Przekręcił twarz w bok, próbując kątem oka wyłapać, co białowłosy wyprawiał. Zdołał jednak jedynie objąć spojrzeniem jasne, pozlepiane deszczem kosmyki i wyczuć dziwne mrowienie w chwili, gdy wargi otarły się o jego ramię. To znacząco utrudniało skupienie się na przekazie, ale głębszy, drżący z wyczerpania wdech i gwałtowny wydech pozwoliły na częściowe odzyskanie rezonu. Oparł dłoń na kolanie, zaciskając na nim palce. Nie protestował, doszukując się w tym czegoś, czego Grow własnie potrzebował. Nie chodziło tu o bliskość, ale o krew, którą i tak już kiedyś mu zaoferował, chociaż wtedy spotkał się z dobitną odmową.
Co za różnica? Rzuciła się z gołymi rękami na uzbrojone osoby i zarobiła kulkę w łeb. To idiotyczna śmierć. I przede wszystkim śmierć. Oczywiście, że nie chciałbym zginąć w trywialny sposób ani nie kiwnąć palcem w chwili, w której moim bliskim coś by zagrażało, ale jej gniew niczego tu nie zmieniał. Myślę, że zdawała sobie sprawę, że zjebała, jeszcze zanim poznała prawdę. Pomogłeś jej zrozumieć, że nawet wtedy nie dała rady nic zrobić. Mogła jedynie płakać i wymachiwać pięściami. I wrzeszczeć, wyzywając ci-- nas od najgorszych. Może nawet chciała, żebyśmy ją zabili. Została sama, nikt nie wspominałby tego, jak zginęła. Ale dla niej to też bez różnicy. Jest martwa. Nie ma dla niej absolutnie niczego, a jedynymi osobami, które jeszcze będą mogły uczcić jej pamięć, jesteśmy my ― zawiesił na chwilę głos, który przez cały czas brzmiał zadziwiająco spokojnie, jak na poruszany przez niego temat. Nie chciał się z nim kłócić, a jedynie podzielić swoim punktem widzenia. ― Rzecz jasna jesteśmy beznadziejną gwarancją podzielenia się z innymi jej bohaterskim czynem. Bo dała zrobić się w chuja, kiedy mogła zaatakować od razu. Bez ślepej wiary, że spełnianie naszej woli ocali jej życie. ― Zamilkł, spotykając się z nagłym ciepłem drugiego ciała. Przechylił głowę na bok, gdy wargi zbliżyły się do jego ucha, paradoksalnie przysuwając się do źródła gestu, zamiast od niego uciekać. ― Wierz mi, że to nie była spokojna śmierć ― dodał zaraz, by uwieńczyć to cichym świstem powietrza przeciskającego się przez zęby. Brzmiał dokładnie tak, jakby miał o tym jakieś pojęcie. Od jakiegoś czasu zaczynał wierzyć, że – owszem – miał. Co prawda, daleko było mu do empatycznego nastawienia.
Opuścił wzrok na splecione na jego brzuchu, poharatane ręce i mimowolnie uwolnił swoje kolano z nachalnego uścisku, gdy uniósł rękę wyżej, odnajdując w tym wszystkim jakieś nieme pozwolenie na dotyk. Co z tego, że nigdy nie otrzymał bezpośredniego zakazu? Wsunął palce w wilgotne kosmyki Syona i opuszkami palców przesunął po jego skroni, wędrując nimi tuż za ucho i pogładził skórę tam kilkoma okrężnymi ruchami. Zaraz zabrał dłoń i sam parsknął krótko, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że gdyby nie cały ciężar, jaki na niego spadł, nie widziałby nic szczególnego w tym rodzaju śmierci.
Nieważne. Od jakiegoś czasu ciężko mi znieść obecność takich osób ― mruknął pod nosem i potarł ręką bok szyi, ściągając brwi w zamyśleniu.
„Wystarczyło, by pociągnięto za spust tylko sekundę wcześniej i...”
Zdaję sobie z tego sprawę ― rzucił, zdecydowanie chcąc uciąć ten temat, by zaraz syknąć, gdy środek antybakteryjny w momencie dostał się do jego ran. Takie cholerstwa zawsze szczypały. Ten nagły powrót do zabiegu na tyle różnił się od wcześniejszej delikatności, że Cillian mimowolnie obrzucił wymordowanego z jakimś cieniem wyrzutu – wciąż bardziej udawanego niż autentycznego. ― W końcu nie mogłem zapomnieć o twojej subtelności przejeżdżającego po ciele kombajnu ― prychnął pod nosem, unosząc brew, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że powinien go uprzedzić. Gdy teraz wspominał opowieść o pracy w szpitalu, wątpił w sympatię pacjentów do niego. Niemniej jednak przez resztę czasu siedział w ciszy, czekając aż opatrunek w pełni przysłoni szpecące rany. Na klepnięcie w ramię zareagował natychmiastowo, sięgając po leżącą w pobliży koszulę, którą narzucił na ramiona, chroniąc ciało przed wdzierającymi się do pomieszczenia, niemalże mroźnymi podmuchami wiatru, mimo że prowizoryczne ognisko przynajmniej częściowo łagodziło odczuwane zimno.
Dzięki ― rzucił, zapinając niedbale guziki za szerokiej nawet jak dla niego koszuli. Podwinął mankiety, by w momencie odwrócić się przodem do jasnowłosego i... zderzyć z jego niezbyt przychylnym spojrzeniem.
Nie spodziewał się podobnych słów padających z ust albinosa. Choć jakaś jego część wciąż starała się wyprzeć z nich prawdopodobieństwo szczerości, druga opowiadała się za tym, że nie miał najmniejszego powodu, by okłamywać go w tej sprawie. Milczał, przez chwilę, zastanawiając się, czy może dotychczas nie brał pod uwagę ich relacji w wąskim zakresie. Przez cały czas wydawało mu się, że był tu jedynym, który swoimi, przez długi czas utajonymi, uczuciami nie zobowiązał się za bardzo do bycia stroną, od której się wymaga, a sama nie oczekuje niczego w zamian. To nie tak miało wyglądać, ale wiedział, dlaczego wypierał z siebie przekonanie, że Growlithe'owi też na swój sposób mogło zależeć. Wolał założyć najgorsze, by nie przejechać się na tym, by zacząć oczekiwać od niego jeszcze więcej. W końcu to pierwszy taki raz, gdy musiał mierzyć się z czymś odmiennym od złości, nienawiści czy niezobowiązującej tolerancji. Jego uczucia miały w sobie coś dojrzałego, ale nadal było w nich całe mnóstwo szczeniackości, której stopniowo się wyzbywał, ale z marnym skutkiem. Nie potrafił przyznać tego na głos, ale wydawało mu się, że Jace także zdążył to zauważyć, choć niekoniecznie musiał to rozumieć.
„Nie żałuję tego. Do diabła, niczego nie żałuję.”
Przesunął paznokciami po boku szyi, hacząc o zawieszony na niej ciemny rzemyk.
„Ale ty też się naucz, że nie jesteś jedynym, który czułby się winny.”
I co?
Co „co”?
Kiedyś powiedziałeś, że--
Wiem, co powiedziałem. Już zdecydowałem.
Przestań ― rzucił, kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem i wlepiając uważne spojrzenie w dwukolorowe tęczówki Wilczura. ― Nie chcę, żebyś przepraszał mnie za coś, czego sam w porę nie powstrzymałem. Nie chciałem i sam nie żałuję tego, co się stało. No, nie o końca ― ucichł na chwilę, wracając pamięcią do momentu, w którym wyszedł, pozostawiając go samego sobie. ― Żałuję, że cię tam zostawiłem. Po tym wszystkim, na co sobie pozwoliłem, miałem wrażenie, że wykorzystałem cię bardziej niż zrobiłbym to, gdybym tego nie przerwał. ― Skrzywił się mimowolnie, na moment odbiegając spojrzeniem gdzieś w bok. ― Nie sądziłem, że po tym jeszcze się odezwiesz ani też nie sądzę, że zasłużyłem sobie na to, żebyś narażał za mnie własne życie ― tu uniósł dłoń, układając ją w geście mówiącym „stop”, by uniknąć jego wtrącenia. Jeszcze nie skończył. ― Przez taki głupie błędy całkiem łatwo umniejszyć swoją wartość w cudzych oczach. Tak myślę. Chyba przez to przez większość czasu myślałem tylko o tym, jak ja będę się czuł bez ciebie, a nie o tym, co zmieniłoby się, gdybym to ja zarobił dziś kulkę w plecy. Nie oszukujmy się, zrobiłem już większość rzeczy, które sobie zaplanowałem. Gdy wcześniej wspomniałeś o celach, wyobraziłem sobie, że mógłbym być równie bezużyteczny, co ona, gdyby udało jej się nas pozbyć. Chcę tego czy nie – i czy ty chcesz czy nie – twoje przeżycie jest dla mnie priorytetem. Gdyby coś ci się stało, to ja straciłbym swój cel z oczu. I nie chodzi tu o to, że widzę w tobie kogoś, z kim zamierzam ułożyć sobie życie albo że liczę na to, że któregoś dnia zmienisz zdanie, ale o samo to, że nie wyobrażam sobie braku tych spotkań, milczenia, kłótni, kłamstw, zabaw.
Zapomniałeś o pocałunkach, wyznaniach...
Zamknij się.
Wierzę, że posiadasz ambitniejsze cele. Może kiedyś sam znajdę kilka innych, ale na ten czas musisz pogodzić się z tym, że jeśli kiedyś umrzesz, poszukam sposobu, żeby przywrócić ci życie i dać ci w pysk za to, że zrobiłem z siebie kretyna, a ty nie wziąłeś tego pod uwagę ― parsknął pod nosem, na moment wyginając usta w słabym uśmiechu. Zaraz odchrząknął, przybierając bardziej neutralny wyraz twarzy, maskując przy tym lekkie zażenowanie. Podobne zwierzenia i tak nie były jego najmocniejszą stroną. ― Nie powiem, że inny cel sprawiłby, że twoja śmierć by mi się uśmiechała, ale przynajmniej nie miałbyś mnie za bezużytecznego. Na razie chciałbym, żebyś to wziął ― rzucił, sięgając za siebie. Plecy znów odstawiły cierpiętniczy chór, gdy przez moment siłował się z ciasnym splotem rzemyka. Wreszcie jednak udało mu się zdjąć go z szyi wyciągając rękę i zawieszając go w powietrzu. Srebrny wisiorek na przemian migotał, dopasowując się do blasku rzucanego przez niecodzienne ognisko. ― Jeżeli kiedyś uznam, że znalazło się coś ważniejszego, zabiorę go od ciebie. Na razie możesz uznać to za prezent. Wspomniałeś coś o urodzinach, a wątpię, żebym zdołał cię wtedy złapać. Hm?
Prezentów się nie zabiera.
Nie zakładam, że będę chciał go odebrać.




WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.

avatar





Zero
Anioł Stróż

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Arcanine on 13/12/2015, 04:15
─ Nie jest mi jej szkoda.
Wiedział to. Nie potrzebował kwitków, by zdać sobie sprawę, że nie tylko jego ukształtowała Desperacja na tyle solidnie, aby przy śmierci przechodzić swobodniej, niż przy szarych ludziach bez twarzy – wszak to oni stanowili większe zagrożenie, niż przygarbiona kostucha w porwanym płaszczu i czaszce poobgryzanej z mięsa. Dla niektórych wielką przysługą było szybkie wbicie haka w gardło – traktowali to niemal jak dar od drugiej osoby, bo nie ma nic cudowniejszego, od prędkiego zejścia ze świata, któremu niedaleko było do czeluści piekielnych. Growlithe zdawał sobie z tego sprawę, niejednokrotnie stając przed myślą, że gdyby obecne uniwersum stało się nie do zniesienia, byłby gotów pociągnąć za spust mając przed oczami – tu uniósł na moment wzrok ku jasnym kosmykom – w zasadzie każdego.
─ Co za różnica?
Powietrze szybko prześlizgnęło się przez ostre zęby, gdy usłyszał pytanie, będące niemal jak uderzenie w twarz. Wysłuchał go, choć z rosnącym, szczeniackim przeświadczeniem, że ze zdania na zdanie przestaje się z nim zgadzać, mimowolnie wykrzywiając własną twarz w wyrazie niezadowolenia – niezbyt poważnego co prawda, ale na tyle wyrysowanego, by nie było wątpliwości, jakie utrzymywał stanowisko w temacie śmierci dziewczyny, będącej teraz pożeranej przez warczącą Shatarai. Czarne zęby wgryzły się w bebechy i wyszarpały sprawnym ruchem oblepione krwią jelita akurat w chwili, w której głowa Growlithe'a opadła lekko na bok, kierując się ku zimnej dłoni anioła, niemal jak pies poszukując czułości. Nie chciał o nią prosić. Pewne odruchy bywały bezwarunkowe nawet w chwilach, w których próbowało się nie opuszczać gardy.
─ Wierz mi, że to nie była spokojna śmierć.
Przekręcił ledwo głowę na bok, ale powstrzymał się przed pokręceniem nią – Leslie i tak nie był w stanie dostrzec zaprzeczenia. Powoli Wilczur zaczynał się zresztą niecierpliwić, chętny do wtrącenia dodatkowych argumentów, które tym razem – tak zakładał – bardziej sprecyzują jego poprzednie myśli. Ułożenie ich w zdania wydawało się równie ujmujące co ogarnięcie barbarzyńskiej wichury gołymi rękoma, ale dukając słowo po słowie dało się mniej więcej nakreślić obraz, który w jego mniemaniu wydawał się bez żadnych luk w logice, uczuciach – generalnie czymkolwiek. Wyładowany impulsywnością w końcu nie wytrzymał, rozchylając spękane usta.
Jasne, że nie umarła w pełni spokojna – szczupłe ramiona wyprostowały się, gdy wypowiadał durną oczywistość – wiedział o tym aż za dobrze ─ ale, tak jak mówiłem, spokojniejsza. Zresztą, czekała na śmierć w takiej czy innej postaci, na mniej albo bardziej bestialską, a opcji nie miała zbyt wielu. Z dokonaniem wyboru trochę jej pomogliś-- – uciął, bo nie traktował go w tej zbrodni jak wspólnika. Odchrząknął rozbawiony, poprawiając poprzednie słowo: ─ Pomogłem. Otóż to, mój drogi Watsonie, jej gniew zmieniał wszystko. Wiedząc, że koniec nadejdzie prawdopodobnie jeszcze dzisiejszej nocy, może prędzej, musiała zdecydować się na jeden z dwóch dostępnych wariantów. Czekać na zbawienie, może nawet coś w rodzaju faktycznego cudu, wiesz, wbiegnięcie tu całego pułku S.SPEC albo aniołów, które postanowiłyby wybawić niewinną damę z opresji albo zaatakować, ze świadomością, że być może będzie to oznaczać postawienie krzyżyka już teraz... ale. – Zatrzymał się na moment. To był jeden z tych momentów, których się nie znosi, za które widzowie wstrzymywali dech, próbując opanować wściekłe zniecierpliwienie. ALE co? Mów do cholery! Białowłosy przymrużył dwukolorowe ślepia, przyglądając się zaintrygowany Vessaremu, jakby oczekiwał od niego kiwnięcia głową albo innego sygnału, że potrzebuje dalszej części, choć była na tyle oczywista, że równie dobrze można było przemilczeć resztę. ─ Istniał procent, że zrobi nam krzywdę. Tobie lub mnie. Na pewno był większy, niż gdyby miała czekać na rycerza z białym rumakiem. Nie była słaba. – Jak na zawołanie dłoń wymordowanego musnęła przecięty policzek. Sam był wykończony przez piekące promienie słońca i gdyby nie to, faktycznie szybciej poradziłby sobie z eliminacją zagrożenia; może nawet obyłoby się bez postrzału, bo mógłby zająć się wcześniej tą małą snajperką. Ale nawet mimo tego... ─ Miała dobrze wyćwiczone ciało. Przede wszystkim była zręczna, a jej ciosy padały szybko. W obecnym stanie pokonanie mnie nie stanowiłoby dla niej aż tak wielkiego problemu. Może, gdyby udało jej się wyminąć cię lub natrafić na nerw, przez który opuściłbyś gardę, dopadłaby do broni – postukał palcem w powietrzu, wskazując leżący na łóżku pistolet ─ i dokonała zemsty przynajmniej w jakimś procencie. Wiesz o co chodzi. Niekoniecznie o samo zabójstwo. Wystarczyłoby, że przed śmiercią, która i tak by ją spotkała, zrobiłaby coś więcej, nawet jeśli to „więcej” oznacza zadraśnięcie, uderzenie cię w twarz albo postrzelenie mnie w ramię. Więc yup. Gniew zmieniał tutaj wszystko. Fakt faktem... – Nagle wydawał się dziwnie rozbawiony. Przybrał bardziej buntowniczą, zadziorną minę, gdy usta ułożyły się w lekki uśmiech, jak ktoś, kto pomyślał o głupim niewypale kumpla z ławki. ─ Liczyłem, że bardziej się postara. Widocznie miała za słabe nerwy.
Wiedział, że się wścieknie. Sam czułby szał niemożliwy do opanowania, gdyby ktoś wodził go za nos w kwestii śmierci rodziny lub przyjaciela. Nauczony doświadczeniem nie wbiegłby jednak w samo ostrze – o wiele rozsądniej byłoby wytrącić je z rąk rannego przeciwnika, chwycić zręcznie za rękojeść i przybrać rolę wilka, nie owcy. Tym razem nie trafiła mu się wystarczająco obyta zawodniczka, a zareagować i tak musiał prędko.
Bo co?
Shatarai akurat wśliznęła się do pomieszczenia, czerwienią brudząc podłoże. Growlithe zerknął na nią tylko przelotnie. Spuściła pysk, kierując teraz wzrok na Zero, świdrując go ciężkim, osądzającym spojrzeniem. Białowłosy oblizał naprędce dolną wargę i zerknął na jasnowłosego, który akurat odwrócił się do niego przodem.
─ Przestań.
Hm?
Zero był chyba pierwszą osobą, która z taką łatwością strącała z jego twarzy wyraz rozbawienia. Sekunda i pozamiatane. Wilczur zmarszczył od razu brwi, niezbyt rozumiejąc, w czym teraz był problem, a im dalej Leslie brnął w swoim monologu, tym ramiona opadały niżej, a spojrzenie robiło się namacalnie zmęczone. W końcu otworzył buzie, ale idealnie w tej chwili dłoń anioła podniosła się w charakterystycznym geście, uciszając go jeszcze zanim się rozkręcił. Wypuścił tylko ciężko powietrze z płuc, które nabrał wraz z chęcią podzielenia się swoimi burzliwymi myślami, a potem poczekał na metę. Ulga niesamowita, gdy wreszcie zapanowała cisza. Zmącił ją wpierw przelotnym, cichym pomrukiem, łudząco przypominającym odgłos rozleniwionego kocura.
Ustalmy coś, Leslie. Nie ma podziału na „ja mogę, a ty nie”. Nie ma różnicy między mną, a tobą w tej relacji. Nigdy nie było. Nie będzie, jakkolwiek byś się nie użerał przy swoim. Twoje uczucia nie upoważniają cię do umierania dla mnie, tak samo, jak ja powinienem smażyć się w garze, jeśli umrę za ciebie. Czułbyś się winny za moją porażkę. Gdyby tylko nabój trafił trochę wyżej, trochę ponad linią żeber, trochę... – Uciął nagle, choć nieposłuszeństwo nadal malowało się na jego twarzy. ─ Ale mnie również zżerałby kwas winy, gdyby stała ci się krzywda. Nie będziesz znosił blizny, która mi pozostanie, wiem to, ale ja również bym jej nienawidził, gdyby znaczyła twoje ciało. Mówisz o poświęceniu, ale to nie jest dla mnie żadne poświęcenie. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo i tak samo nie chciałbyś słuchać narzekania, że tego dnia to nie ja byłem tarczą. Tak wyszło, Leslie. Gdyby mi nie zależało, gdybym nie stawiał twojego zdrowia nad swoim, nie zrobiłbym kroku, bo ryzyko byłoby dla mnie zbyt duże. Z tego samego powodu nie osłoniłbyś mnie przed Vesper, gdy się na mnie wkurwiła. To tylko zwykła, skrzywdzona dziewczyna. Ale na jej miejscu można postawić kogokolwiek, nawet kogoś silniejszego od ciebie albo ode mnie, a nie zmieniłbyś swojego wyboru, hm?
Wyciągnął dłoń i wsunął palce pod zawieszkę, zaciskając na niej szorstkie opuszki. Spojrzenie zalśniło równie intensywnie co srebro. Wślizgnęło się do wnętrza dłoni wymordowanego, który ścisnął prezent w pięści.
Jeśli kiedyś umrę, specjalnie nadstawię dla ciebie policzek. – Zerknął na niego spod potarganej grzywki, mimowolnie czując, jak na ustach pojawia się zadziorny półuśmiech. ─ Chociaż teraz będę musiał na siebie bardziej uważać – parsknął, odchylając się, aby przylgnąć ścierpniętymi plecami o ścianę. Niemalże czuł, jak rana na brzuchu odzywa się marudnie, przypominając o błędach dzisiejszego dnia. Tym razem nie żałował ich popełnienia, traktując to niemalże jak powinność. Wiedział jednak, że faktycznie „tym razem mu się poszczęściło”, że następnym razem role mogą się odwrócić i to on będzie zmuszony dławić się własnym grzechem. Zsunął wzrok na pięść i otworzył ją, przyglądając się otrzymanemu wisiorowi. Powieki opadły odrobinę, a on sam przechylił głowę na bok, by zaraz przekręcić ją do przodu i zawiązać ciemne rzemienie na obdrapanym karku. Zawieszka spoczęła zimnem na odsłoniętej piersi, gdy potrząsnął czerepem, prostując się i unosząc brodę, by obrzucić Vessare'a wyzywającym wzrokiem.
Miał ochotę powiedzieć to, co i tak zalegało mu w krtani, ale ostatecznie zrezygnował. Podniecenie zaskrzyło się w zwierzęcych ślepiach. ─ Pewnie byś nie złapał. Urodziny to czysta szmira. Zresztą... teraz, gdy nie starzeje się ciało, wiek jest praktycznie bezsensowny. Psychikę liczy się doświadczeniem, nie czasem. A skoro mowa o doświadczeniu... – Szczupłe barki uniosły się i opadły nagle. ─ Znasz las w Desperacji? – A kto nie znał? ─ Miałem tam podejść za jakiś czas, ale może już teraz będzie sens odwiedzić jedną znajomą. Potrzebowałbym tylko jakiegoś...
Uniósł nagle dłoń, by wsunąć ją na pysk Shatarai. Wilczyca pojawiła się znikąd, podchodząc bez najmniejszego szurnięcia łapą po podłożu, choć jej hakowate pazury powinny wystukać dźwięczny rytm podczas kroków. Wślizgnął się ręką pomiędzy jej ślepiami i przesunął nią aż na jej kark, za który ścisnął. Ledwie zacisnął palce, a wadera rozpłynęła się, jakby stworzono ją z mdłych oparów. Wymordowany zatoczył niewielki okrąg nadgarstkiem, unosząc dłoń wnętrzem ku górze. Przemieszany dym sklepił się w całość, stawiając na jego przegubie długie szpony.
Liv, lżej – mruknął warkliwie, gdy ptaszysko wbiło pazury zdecydowanie zbyt mocno. Mara wydała z siebie coś na kształt zduszonego kaszlnięcia i zatrzepotała rozłożystymi skrzydłami, zaraz na powrót je składając. ─ Skye. – Po tym jednym słowie Livai wystartował, zrzucając z siebie kilka miękkich piór, którym nie dane było dotknąć podłoża. Rozpryskiwały się tuż nad ziemią albo jeszcze wysoko nad nią, zamieniając się w małe, bezgłośne fajerwerki.
Noc przebiegła szybko.

---------------------------------

Odkaszlnął w brzeg bluzy, szarpiąc za zamek. Rozległ się szybki dźwięk zapięcia, a potem wsunął jeszcze dłonie w głębokie kieszenie. Ubrania praktycznie na nim wisiały, ale przez wzgląd na okoliczności, nie było sensu narzekać, ani nawet zwracać na to uwagi. Był kryty przed chłodnawym porankiem, choć – co do tego nie było wątpliwości – jeszcze kilka godzin, a znów spotka ich paskudny upał.
Jak się pospieszymy – mówił, poprawiając kaptur ─ zdążymy przed południem.

|| zt x2 → las


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 13/4/2016, 15:10
Wielkimi krokami zbliżała się wiosna i Desperacja znów zaczęła przypominać patelnię wyciskając pot z podróżników i mieszkańców. Jednak ta pora była zdecydowanie lepsza na wędrówki niż pełnia lata, dlatego właśnie teraz Kot przemierzała zapomnianą krainę w poszukiwaniu dogodnego miejsca na przeczekanie najgorętszych miesięcy.
- Patrz, to jednak nie była fatamorgana! - wskazała na majaczący w oddali zarys wiekowej ruiny, której ciemne ściany kontrastowały z czerwienią piasku i błękitem nieba. Widziała je już od dłuższego czasu, ale nie była pewna czy wzrok nie płata jej figla. Na szczęście im bardziej się zbliżali, tym wyraźniejsze były kontury budowli. Kot otarła czoło. Pomimo zmęczenia ucieszyła się ze znalezienia schronienia na tę noc i być może kilka następnych jeśli miejsce okaże się odpowiednio bezpieczne. Poprawiła pasek torby przewieszonej przez ramię i przyspieszyła kroku. Od czasu do czasu osłaniała oczy przed ostrym słońcem starając się dojrzeć więcej szczegółów zapomnianego budynku. Niezmiennie u jej boku kroczył Tygrys, czujnie rozglądając się na boki, jakby wiedząc, że jego towarzyszka skupiona na jednym celu mogłaby nie dostrzec potencjalnego zagrożenia. I faktycznie. Brnąc przez miałki piasek potknęła się o coś i padła jak długa wzniecając tuman pyłu. Towarzysz Tygrys kichnął, otrzepał się i stanął przed ofermą wlepiwszy w nią spojrzenie złotych ślepi. Kot machnęła ogonem niczym prawdziwy, zirytowany Mruczek i spojrzała spode łba.
- Nic nie mów.
Nic nie mówię.
Wyczuła w przekazie ewidentne rozbawienie. Towarzysz odsłonił kły w zwierzęcej parodii uśmiechu, więc pacnęła go ręką w masywny bok. W odpowiedzi otrzymała podobne szturchnięcie, po którym miał jej zostać spory siniak. Warknęła ostrzegawczo na co Tygrys wciąż się szczerząc wsunął wielki łeb pod jej ramię. Kot dźwignęła się do pionu nic nie mówiąc, że taka pomoc była jedynie utrudnieniem. Wiecznie się przekomarzali, a gdy dziewczyna przeistaczała się w Irbisa zdarzyło im się urządzać małe sparingi. Większość z nich przegrywała. Cóż, nie była tak potężna jak Tygrys.
Potknęłaś się o deskę.
Bestia odgarnęła łapą piach odsłaniając drewnianą podkładkę i fragment szyny. Oboje niemal w tym samym momencie spojrzeli na odległy budynek.
- Stacja.
Zwierzę przytaknęło.
- Może znajdziemy gdzieś tabliczkę z nazwą!
Towarzysz nie podzielał entuzjazmu Kota, ale jak zawsze dotrzymał jej kroku gdy pędziła przed siebie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 14/4/2016, 00:43
Czasy nie rozpieszczały, a Łowcy wcale nie zmniejszali swoich wymagań. Zresztą było to normalne dla organizacji, która nadal chce stanowić realne zagrożenie dla konkurencyjnego, skorumpowanego M-3. Aby pokonać tak silnego wroga, samemu również trzeba mieć odpowiednie zasoby, a o te trudno. Różne skupiska ludzi potrafią jednak wyszukać sobie frajerów, którzy zwyczajnie będą grzebali dla nich w śmieciach, narażali karki i zdobywali relikty przeszłości z gruzów i innych odpadków, aby następnie dało się je przerobić na coś przydatnego. Tak, tak. Jednym z nich był właśnie Not, który postanowił, że dzisiejszego dnia wybierze się właśnie w okolice stacji kolejowej tylko po to, żeby poszperać w jej pozostałościach. Nikt mu tego zadania nie przydzielił, bo jak zwykle o tym zapomnieli, ale sam od czasu do czasu lubił się na coś przydać. Zawsze lubił patrzeć na zdziwienie wymalowane na twarzach swoich kolegów "po fachu", kiedy nagle w magazynach znalazły się jakieś nowe zapasy lub zwykłe przedmioty. Często też robił im zwyczajnie psikusy i na ich oczach przestawiał dane rzeczy, żeby chwilę później oglądać ich przerażenie i słuchać kolejnych historii o duchach nawiedzających siedzibę Łowców. Te zmory i strachy, które tak dręczyły niewinnych członków organizacji tak naprawdę były całkowicie realne oraz niegroźne, choć psotliwe.
Dość jednak o czerwonookich! Teraz Not musiał skupić się na wyciągnięciu z tej sterty nieprzydatnych rzeczy jakiegoś skarbu. I tak wrzucał do plecaka większość tego, co wydawało mu się przydatne. Tutaj znalazł jakieś narzędzia, tutaj zwykły kawałek metalu, a tam jeszcze starą, lekko podniszczoną mapę. Być może nie są to środki niezbędne do życia, ale takich Łowcy zbytnio nie potrzebowali. Potrafili poradzić sobie z jedzeniem czy pomniejszymi lekami, ale nie było żadną tajemnicą, że technicy zawsze mieli w kanałach pełne ręce roboty, więc dodatkowy kawałek blachy czy metalu przydaje się w każdej sytuacji. Co prawda nadal nie ma takiego zastosowania jak taśma izolacyjna, ale to zawsze już jakiś początek. Kiedy jego zasób zgromadzonych materiałów był na tyle duży, że szeleścił w plecaku przy każdym ruchu, Not zdecydował, że jeszcze trochę się rozejrzy. Nie było w końcu tajemnicą, że na Desperacji nie żyją sami dobrzy ludzie. Dodatkowo całkiem łatwo spotkać tutaj wymordowanego, dziką bestię albo zwykłe oddziały szabrowników, które nie cofną się przed niczym, żeby dostać się do tego, czego pragną. Carter postanowił więc, że wspięcie się na częściowo zniszczoną ścianę będzie doskonałym początkiem rekonesansu. Z wysokości w końcu widać o wiele więcej niż z ziemi, a wyższe położenie pozwala również na obserwację terenu dookoła stacji. Jak pomyślał, tak też zrobił... A raczej miał zrobić, bowiem gdy jego głowa wychyliła się kilkanaście centymetrów nad szczyt zdezelowanej ściany zauważył on tygrysa. Tak! To było pierwsze, co rzuciło mu się w oczy. Dopiero później dostrzegł sylwetkę, która wydawała mu się człowiekiem. Z tej odległości nie mógł stwierdzić czy aby na pewno należy ona do homo sapiens, ale wiedział, że nie może z góry zakładać dobrych zamiarów przybyszów. Sytuacja była jednak o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Tereny dookoła stacji były raczej puste, więc nie było mowy o schronieniu. Ucieczka również odpadała, bo ten bydlak (tygrys) dopadnie go w paręnaście sekund. Jedynym wyjściem było więc schowanie się w rogu budynku, zaraz za biurkiem, którego znaczna część przywalona była gruzem i drzwiami z pobliskiej szafki. Idealna, nierzucająca się w oczy kryjówka. Blake jednak, z powodu tego zaskoczenia, zapomniał o swoim plecaku, który leżał teraz na ziemi. Mężczyzna przeklął pod nosem, wciskając się w szparę jeszcze bardziej i mając nadzieję, że ten niemały szczegół nie zostanie zauważony przez przybyszów. Jednak na wszelki wypadek naszykował już w dłoniach swój pistolet. Lepiej być przezornym, niż martwym.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 15/4/2016, 01:29
Fumiko brnęła przez piaski do obranego celu. W myślach wyprzedziła teraźniejszość i już-już zdejmowała pełne piasku buty, jadła skromne zapasy i odpoczywała w przyjemnym cieniu. Na jej buzi gościł więc wyraz pociesznego zadowolenia.
Minęła spora chwila nim dało się usłyszeć dziwaczny monolog jaki towarzyszył tej nietypowej dwójce. Niósł się echem wśród ścian zrujnowanej stacji.
- Wygląda nieźle. Patrz, ma nawet dach. - dziewczyna wskazała kciukiem do góry gdy przechodzili przez wyrwę w jednej ze ścian. - Nie trzeba będzie się przenosić co kilkanaście minut żeby uciec przed słońcem.
Rozsypuje się.
- No to co? A poza tym czego się spodziewałeś? Nie marudź, starczy na jeden czy dwa dni. - Stanęła w cieniu i biorąc się pod boki obejrzała wnętrze pierwszego z pomieszczeń. - Tu jest trochę starych desek. Zrobimy sobie ognisko w jakimś niezadaszonym miejscu. Chodź.
Gruz chrzęścił jej pod nogami gdy przemierzała pustą salę. Gdy wkroczyli do kolejnej Towarzysz zwrócił w stronę Fumiko masywny łeb.
Myślałem, że chcesz tu zostać dłużej.
- Jeszcze nie wiem, ale raczej nie. Kończy nam się woda, a w pobliżu nie ma sąd jej wziąć. - Poklepała się po pękatej torbie nie przerywając oględzin.
Poszukamy jutro.
Kiwnęła głową.
Stali właśnie u wejścia do jednego z dawnych biur, sadząc po szczątkach umeblowania. Pomieszczenie było suche, ale strasznie zrujnowane. I zapewne Kot minęłaby je nieświadoma obserwujących ją oczu, gdyby nie Tygrys. Bestia nagle uniosła pysk i wyraźnie węszyła w powietrzu.
Czujesz?
- Co?
Ktoś tu jest.
Dziewczyna jak na komendę przykucnęła u boku Towarzysza i rozejrzała się czujnie. Sama posmakowała powietrza i... faktycznie. Wyczuła świeżą, ludzką woń. Końcówka puchatego ogona zaczęła podrygiwać w wyrazie zaniepokojenia. Jeśli ktoś tu był, to całkiem prawdopodobne, że to miejsce jest niejako "zajęte". Lud Desperacji rzadko dzielił się swoimi małymi osiągnięciami niekiedy będąc w obronie ich bardzo agresywnymi. Kot już się o tym przekonała, dlatego wzmogła czujność. No i była zawiedziona. Jeśli zostaną stąd przegonieni, będą zmuszeni spać gdzieś na otwarty polu, a to było piekielnie niebezpieczne. Szykowała się kolejna bezsenna noc.
Tam.
Tygrys napiął mięśnie spoglądając w stronę wystającego z gruzów plecaka, gotów w każdej chwili skoczyć jeśli tylko w polu widzenia pojawi się jego właściciel. Fumiko podążyła spojrzeniem za wzrokiem Towarzysza. Zmrużyła oczy, obejrzała się i jeszcze raz rozejrzała. Nikogo nie dostrzegła. Po salach hulał jedynie wiatr.
- Sprawdź. Może porzucony. Ja popilnuję.
Tygrys posłusznie ruszył ku tobołkowi, Kot natomiast pośpiesznie wysunęła z pochwy długi, myśliwski nóż.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 17/4/2016, 19:56
Jak cżłowiek miał pecha, to mu nawet cegła w drewnianym kościele mogła spać na głowę. Niestety, ale Carter Blake właśnie należał do tego typu osób. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nieznajoma ze swoim zwierzakiem trafiła akurat do tego samego budynku, w którym ukrywał się Łowca? Jak inaczej wyjaśnić, że samotny mężczyzna musiał trafić akurat na kogoś, kto posiada przy swoim boku wielkiego tygrysa? Zresztą, skoro ten ktoś potrafi nad nim panować, to oznacza, że sam wcale nie jest taki bezbronny, jakby mogło się wydawać. Wychodziło na to, że Not ma do czynienia z bestią, na którą sam pistolet może nie wystarczyć i jeszcze z jej właścicielką, która na pewno ma jakiegoś asa w rękawie, skoro taki bydlak w ogóle się jej słucha.
I jeszcze przez chwilę Carter miał nadzieję, że mimo wszystko go nie zauważą, że przyjdą sobie, zobaczą pustkę i pójdą, ale nie! W oczy rzucił mu się plecak. I to nie byle jaki, bo należał do niego. Nosz, kuuuurwa. Tylko takie zdanie pojawiło się w jego myślach, kiedy zdał sobie sprawę, że przez ten jeden cholerny kawałek materiału wypełniony śmieciami może mieć problemy. Jednakże nie oznacza to, że jednak tak się na pewno stanie. Może tygrys i kobieta są ślepi? Może zwyczajnie ominą ten plecak uważając go za jakąś cegłę lub cokolwiek innego? Niestety wszystkie nadzieje zostały rozwiane jednym, ale za to bardzo prostym zdaniem. Sprawdzić? Ale co? Plecak, kryjówkę, a może jeszcze coś innego? Cokolwiek by to było, sam wydźwięk przytłumił lekko zmysły Cartera, któremu kobiecy głos powinien wydawać się znajomy. Ba! Przecież z tą istotą przebywał przez paręnaście dobrych miesięcy dzień za dniem, więc nie byłoby w tym nic dziwnego. Teraz jednak jego umysł skupił się na czymś innym, a szkoda, bo wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Blake jednak obecnie rozmyślał nad jakimkolwiek wyjściem z sytuacji. Wybiegnięcie, dalsze chowanie się, rozpoczęcie walki. Nic nie wydawało mu się właściwe. Uciec nie ucieknie, jeśli nieznajomi będą dociekliwi, to i tak go znajdą, a sam wygrać raczej nie zdoła. Mimo wszystko ta ostatnia opcja wydawała mu się najbardziej kusząca. W końcu ma przy swoim boku pistolet, a jeszcze nie spotkał się z kreaturą, która przeżyłaby spotkanie z całym magazynkiem baretty, a co dopiero starałaby się go zaatakować.
Raz, dwa, trzy, cztery i... Pięć! Odliczanie w myslach zawsze było najlepszym wyjściem, bo w pewnym sensie zmuszało do działania. Tak samo teraz Blake wyszedł ze swojego ukrycia z pistoletem w dłoniach i gdy tylko zobaczył tygrysa od razu wziął go na muszkę, będąc gotowym do wystrzału.
- Nie ruszać się. Nie chcę kłopotów, więc pod ścianę. Zbiorę tylko swój plecak i już... - w tym momencie przerwał, bowiem kątem oka dojrzał kobietę, która przybyła tu z tygrysem. I ją znał! Tak, dokładnie tak! Doskonale pamiętał jej twarz i cechy szczególne. W końcu niecodziennie spotyka się kogoś, kto jest podobny do irbisa. Zresztą to ona opiekowała się nim w Edenie, więc był jej coś winien.
- Fumiko? A-ale jak?! - zaczął po raz kolejny, tym razem opuszczając już pistolet i kompletnie rezygnując z zamiaru zaatakowania tygrysa. Być może przez to się całkowicie odsłonił, ale trudno. Zdziwienie zrobiło swoje i w tym momencie każdy mógłby pozbawić życia czerwonookiego.
- Czemu jesteś poza Edenem? Wyszłaś z tygrysem do ludzi? - zapytał się, kompletnie zapominając przy tym, że na pewno o nim zapomniała. Miał swój artefakt już tak długo, że w ogóle go nie zauważał, a to prowadziło do dziwnych sytuacji. Dokładnie takich, jak ta teraz.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 17/4/2016, 23:47
Tygrys właśnie wielką łapą przewrócił plecak kiedy z pomiędzy zrujnowanych mebli wychynął mężczyzna. Bestia momentalnie najeżyła rdzawe futro, gotowa do skoku. Płomień na ogonie buchnął wściekłym pomarańczem rozświetlając półmrok pomieszczenia. Nie lubił gdy do niego celowano. Tymczasem Fumiko zacisnęła dłoń na rękojeści noża, ale zamarła. Nie chciała narazić na szwank przyjaciela. Sama też nie chciała kłopotów, więc gotowa była przystać na propozycję nieznajomego, oczywiście dopóki nie odezwał się do niej po imieniu. Obrzuciła go wtedy taksującym spojrzeniem jakby nie tylko chciała określić czy się znają, ale też jak sprawny może okazać się w walce. Nie była zdziwiona tym, że nikogo jej nie przypominał, przecież straciła pamięć. Miała na to jednak pewien patent.
- Towarzyszu, znasz go? - Rzuciła w przestrzeń, pozornie spokojnym głosem, tylko o pół tonu wyższym niż normalnie. Jedynie katem oka patrzyła na Tygrysa, resztę uwagi poświęcając intrygującemu nieznajomemu.
Nie. I jeśli ty go nie znasz, to pewnie kłamie.
Towarzysz powoli zaczął się wycofywać, stąpając na miękko ugiętych łapach, ale wciąż był gotowy rzucić się na napastnika gdyby wykonał fałszywy ruch. Złote ślepia śledziły każde drgnięcie jego mięśni.
Dziewczyna zaś zmrużyła niebieskie oczy w zastanowieniu. Miała paskudną dziurę w pamięci i tylko tygrys był jej łącznikiem z przeszłością, czy raczej z tą jej częścią, w której przy niej trwał. Więc jeśli tygrys nic nie wiedział o tym człowieku, to całkiem prawdopodobne, że trafiła na kogoś z bardzo dawnych lat, jeszcze sprzed wyruszenia do Edenu, ale czy to możliwe? Przechyliła głowę i rozluźniła się odrobinę. Również opuściła broń. Grunt, że nie chciał walczyć i zamierzał sobie iść. Czyli całkiem możliwe, że znalazła schronienie. Musiała tylko rozwikłać tę dziwną sprawę.
- Znamy się, czy strzelałeś co do imienia i Edenu? - Uśmiechnęła się leciutko tym samym dając jeszcze niewerbalny znak, że również nie jest nastawiona agresywnie do przypadkowo spotkanych na swojej drodze ludzi.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Gość on 22/5/2016, 17:33
//Nie przejmujcie się nami, jesteśmy w zupełnie innej części~//

Porywisty wiatr przesuwał rozwlekłe szare obłoki, szastał ubraniami, a płaszcz, którym okrył siebie i dziewczynę łopotał na wietrze, dając zaledwie minimalna ochronę przed suchym wiatrem. Byli już niedaleko. Nie wiedział ile czasu właściwie szli, to znaczy on szedł. Godzinę? Pół? A może piętnaście minut? Nie potrafił tego jednoznacznie stwierdzić, zresztą nie obchodziło go to. Obrał sobie cel i do niego dążył. Mięśnie napięły się w odpowiedzi, kiedy stawał czoła kolejnemu podmuchowi. Zdradliwy wiatr to popychał na przód, to wymuszał krok w tył. Mimo to parł zawzięcie wiedząc, że do stacji już niedaleko. Tory kolejowe jakiś czas temu stały się monotonną częścią panującego krajobrazu. Ciągnęły się nieprzerwanie przed nimi i za nimi. Bez początku, czy też końca. Dwa kruki zatoczyły kilka kręgów nad ich głowami i postanowiły towarzyszyć w wędrówce. Cholerne ptaszyska, nigdy nie odstępowały go na krok. Zawsze przylatywały. Kraczący komedianci, krążący szydercy losu. Doskonale wiedział czym jest, a mimo to one non stop mu o tym przypominać musiały.
Zawalająca się budowla, o płaskim dachu z zaledwie jednym oknem, czy też rama jaka po nim pozostała, jawiła się przed oczami. Z jednego syfu do drugiego, ale o ile go pamięć nie myliła kilkanaście lat temu pewien wymordowany pędził tam alkohol. Miał paskudne sake, ale ocet ryżowy wychodził mu przednio. W końcu dotarłszy zajrzał przez okiennice, ale nie zastał w środku nikogo. Okrążył rozpadający się dom motorniczego i wszedł do środka.
- Jesteśmy. – rzucił ni to w przestrzeń, ni to do dziewczyny, kładąc ją na ziemi, a nogą zamykając drzwi. W środku panował półmrok, ale na spokojnie dało się zobaczyć małe pomieszczenie ze starą pryczą w kącie, stół po środku z dwoma kartonami udającymi krzesła, resztę zajmowała stara, podniszczona aparatura destylatora. Wszystko pokryte warstewką kurzu, od dawna zapomniane.
- Kiedyś tu mieszkał pewien wymordowany, który znany był w okolicy z robienia paskudnej sake. Najwidoczniej nie żyje, bo nigdy nie wychodził z tej nory. – wyjaśnił jej pokrótce sytuację, ryglując drzwi, które po posiadały takich luksusów jak klamka. – W każdym razie, przyprowadziłem Cię tutaj z konkretnego powodu. – Podszedł do niej, wyciągając pomocną dłoń. Jeżeli ją odrzuciła, niewzruszony poszedł dalej rozglądając się wkoło, co rusz czegoś dotykając. Gdyby tylko pamiętał, gdzie ten pędrak to schował byłoby mu łatwiej. Obrócił się na pięcie, w stronę Blair. – Pomogłabyś? – starał się nie brzmieć pretensjonalnie, ale wsparcie byłoby mile widziane, nawet przez myśl mu nie przechodziło, by dziewczyna mogła być zła na niego za „porwanie”. Uznał za rzecz naturalną to, że musieli zmienić lokację. – Stara, śmierdząca na dobrą sprawę, butelka. Z octem ryżowym. Gdzieś powinna tu być. – na powrót zaczął się rozglądać, nerwowo poruszając szkieletem skrzydeł. Rozpięta koszula zsunęła się ramienia, toteż poprawił ją odruchowo, coraz bardziej rozzłoszczony. Komarzyce to paskudne kobiety, ugryzienia wręcz nie dawały mu spokoju, wystawiając jego cierpliwość na próbę, która może być fatalna w skutkach.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Blair on 23/5/2016, 09:07
Chłodny wiatr szargał jej kosmyki spychając je na twarz mężczyzny. Było jej zimno. Drżała. Zawsze była typem "zmarzlucha". Na jej skórze pojawiła się gęsia skórka, a ona nic nie mogła poradzić na to, że mimowolnie lgnęła do ciepła. To ciepło zdecydowanie nie było bezpieczne, a mimo wszystko Blair poczuła się spokojna. Pozwoliła sobie wtulić się w szeroką pierś i nawet przysnąć. Jednak jej sen był czujny. Najmniejszy, fałszywy ruch wyrwałby ją z objęć Morfeusza. Jej nos wtulony był w jego pierś, a jej obliczę było spokojne jak rzadko kiesy. Dłońmi kurczowo obejmowała go. Obudziła się dopiero słysząc jego słowa
"Jesteśmy"
-Mhm...Dobrze. - Powiedziała zaspanym głosem.
Dźwięk ten sprawiał wrażenie na prawdę słodkiego. Prawdę mówiąc, to właśnie taki był... Blair tuż po przebudzeniu była uroczą istotką. Potulnie przetarła oczęta i ziewnęła słodko.
Pomieszczenie było hm.. Sprawiało wrażenie zapomnianego. Tona kurzu pokrywała każdy, nawet najdrobniejszy mebel. Była pewna, że jeśli dotknęłaby czegoś, całą dłoń miałaby pokrytą kurzem. Kichnęła.
-W sumie to napiłabym się.- westchnęła na myśl o alkoholu.
Dokładniej to chętniej upiłaby napastnika i jak najszybciej uciekła, korzystając z jego wesołego stanu.
-Z jakiego powodu?-zapytała.
Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną. Nigdy nie była też specjalnie pomocna, dlatego nie miała problemu, by powiedzieć bez żadnych dodatkowych wyjaśnień:
-Nie.
Po co miałaby pomagać, komuś kto ją porwał? Nie widziała w tym żadnego sensu. Czuła na plecach chłód ostrza schowanego za zapięciem stanika. Mimo to starała się sprawiać wrażenie bezbronnej.
-Oddałbyś mi mój sztylet?
Całe ciało swędziało ją od ukąszeń tych paskudnych stworzeń i wciąż w myślach powtarzała sobie:
"Tylko nie drap."



There was a time,
I used to look into my father's eyes.
In a happy home
I was a queen, I had a golden throne.
Those days are gone,
now the memories are on the wall.
I still hear the sounds from the places that
I was born.

Up on the hill across the blue lake,
That's where I had my first heartbreak.
I still remember how it all changed.
My father said:
"Don't you worry, don't you worry, child.
See heaven's got a plan for you."
avatar





Blair
Kat
GODNOŚĆ :
Blair Isobelle Arielle White


Powrót do góry Go down


Re: Opuszczona stacja kolejowa.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Powrót do góry

- Similar topics