Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next   

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Jekyll on Pią Wrz 22, 2017 5:17 pm
Przedłużająca się - w opinii doktora - w nieskończoność nieobecność Dobermana (PIĘĆ DNI, tyle minęło czasu od ich burzliwej rozmowy, która została zakończona rękoczynem i trzaskiem drzwi) zaczęła go powoli drażnić. Hyde nigdy nie znikał na tak długo, a jeśli znikał - Jekyll znał jego położenie i wiedział, gdzie go szukać. Zżerająca go od środka niewiedza powoli doprowadzała jego nerwy do niepokojącego stanu. Był drażliwy i warczał na wszystkich jak rasowy pitbull. W końcu nie wytrzymał - zatrzasnął czytaną przez siebie książkę, zarzucił na ramiona kurtkę i opuścił gmach kryjówki DOGS, by odnaleźć na własną ręką tego nie mającego poszanowania do własnego zdrowia darmozjada, choć tego typu idiotów nie brakowało.
Przemierzał pustkowie w biokinetycznej formie, by efektowniej wykorzystać zestaw ulepszonych przez mutację zmysłów – w tym głównie węchu. Szybko złapał pożądany trop, mając wystarczająco dużo próbek zapachu swojego celu, który notabene towarzyszył mu nieprzerwanie od stu lat. Sam zdążył nim przesiąknąć od cebulek włosów po paznokcie małych palców u stóp. Obolałe, zakurzone lisie łapy zatrzymały się dopiero wtedy, kiedy trop ostatecznie się urwał i znajoma woń przestała dolatywać do nozdrzy.
Powrót do humanoidalnej postaci był bolesny w skutkach — jak zawsze, ale bardziej dotkliwe były luki w przepływie informacji. I niewiedza. Hyde zniknął bez śladu na okres przeszło trzech miesięcy.
Jego zapach ponownie został wyłapany przez Bernardyna w chłodny, jesienne popołudnie, w dniu zakończenia badań nad obiektem „Asmo”. W towarzystwie swoich złych przeczuć i małej wiewiórki, która z nieznanych przyczyn wprowadziła się bez pytania do życia Jekylla i na stale zadomowiła się w jego włosach, zrobił to, co powinien – stanął twarzą w twarz ze swoim dawnym doświadczeniem.
Na widok znajomej sylwetki doktor złapał w zęby dolną wargę, a palce prawej dłoni skonfrontowały się ze skórą lewego policzka.  Zadrapanie na nim - pamiątka po ich ostatniej rozmowie - zdążyła się już dawno całkowicie zagoić. W zasadzie wystarczył tydzień, aby zaczerwienie, a potem purpurowy śnieć zniknął bez śladu, zastąpiony przez opaleniznę, na którą jego skóra była wyjątkowa podatna.
Twoja nieobecność liczyła dokładnie trzy miesiące, dwa tygodnie i sześć dni, natężenie poziomu wirusa X we krwi na pewno przez ten okres czasu zdążyło się ustabilizować — zdiagnozował ponuro i zmierzył surowym wzorkiem zmarniałe ciało właściciela genów mamby czarnej i kobry królewskiej, jak rentgen, z pedantyczną dokładnością - cal po calu, rejestrując każde mniejsze i większe zmiany, które odcisnęły się na jego wyraźnie poturbowanej skórze. Jekyll zwalczył w sobie chęć opatrzenia jego ran, wbijając paznokcie w zewnętrzną część dłoni. — Oswoiłeś się ze swoją naturą, Zhanie? — zadrwił, umiejętnie kamuflując przez to zalążek rozczarowania, który w postaci guli utknął na ułamek sekundy w przełyku. Przełknął go razem ze śliną, czując nieprzyjemny ból migdałów.
Zbliżył się do niego jeszcze trochę i zatrzymał się, zachowując dwumetrowy dystans od nieudanego eksperymentu. Przykucnął wbijając chłodne spojrzenie wprost w tętniące bezgraniczną rozpaczą oczy pianisty.
Jekyll popełnił kategoryczny błąd w sztuce lekarskiej — pozwolił mu żyć.

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1525
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Hyde on Sob Wrz 23, 2017 9:37 pm
Wyostrzony słuch wyłapał dźwięk charakterystyczny do przedzierania się przez wysokie trawy, lecz nie spodziewał się tutaj zastać innej, żywej duszy, a co dopiero takiej, która umyślnie chciała go odnaleźć, poza stworzeniami żyjącymi pośród tutejszej zieleni, dlatego pewnie nie raczył się nawet odwrócić, aby zapobiegawczo sprawdzić cóż to takiego. Ciekawość w Zhanie Crane'ie uschła nieodwracalnie i dotknęła go, lekka niczym piórko, apatia. Otępienie sytuacyjne zdawało się go otulać niczym ciepły koc w jesienne wieczory w opozycji względem stale zawodzącego wiatru między gęsto porośniętymi drzewami.
Moja nieobecność liczyła blisko sto lat, jeśli trzymałbyś się rzeczywistych faktów. I nie zapominajmy, że za twoją sprawką. — odparł beznamiętnie pianista, pozwalając by na jego twarzy zagościło niezadowolenie ujawnione w lekko zmarszczonym nosie. Osobnik znajdujący się naprzeciw niego odebrał mu nie czas, tym Anglik nie mógł się pochwalić z racji tak zaawansowanego stadium gruźlicy, lecz prawo decydowania o sobie. Człowieczeństwo z kolei odebrał sobie sam, nieświadomie, choć nie miało to większego znaczenia. Nie zmniejszało to ani jego win, ani tym bardziej ofiar. Być może od nieznającego granic wstrętu do samego siebie ratowała go niepamięć, lecz nie oznaczało to, że nie przypomni sobie czynów Hyde'a rządzonego przez doprawdy szokująco wysokie stężenie wirusa X dające prymat instynktom, nie logice czy wagi czyjegoś życia, a to mimo wszystko dla czarnowłosego ogrywało znaczącą rolę. — Twoje dokładne obliczenia wskazywałyby na to, że się martwiłeś, lecz daleko ci do odczuwania tak złożonej emocji. Jesteś jedynie oszustem pozbawionym uczuć i jakiejkolwiek godności. Zawsze myślisz tylko o sobie, nigdy o innych, nawet jeśli chciałbyś przykrywać to medycyną, rzeczywistości nie da się oszukać. Obydwaj wiemy jaki jesteś zepsuty. — skwitował zimno Zhan Crane, przyglądając się temu doktorowi od siedmiu boleści, tylko dlatego, że postanowił przykucnąć naprzeciwko niego. W innym wypadku jego wzrok wciąż spoczywałby na robiącej wrażenie wysokością ruinie wieżowca, a on sam nawet, by się nie odwrócił, rozpoznając głos jasnowłosego.
Na sam dźwięk słowa natura pianista zacisnął szczęki, w ten oto sposób powstrzymując się, z racji odzyskanej samokontroli, przed powiedzeniem czegoś doprawdy niestosownego. Przekrzywił głowę w bok, patrząc na Lisa z wyraźnym niesmakiem.
Naturą? — powtórzył ponuro, a stale gwiżdżący za jego plecami wiatr prawie zagłuszył to pojedyncze słowo. Doprawdy cała ta sytuacja była całościowo nieśmiesznym żartem. — Tu nie ma racji bytu natura, to co zrobiłeś jest wbrew naturze wszelakiej. Odczuwasz niebotyczną satysfakcję z faktu, że wygrałeś z moją chorobą tak obrzydliwym kosztem? — dodał z przewijającą się w jego wypowiedzi niemal kompletnie goryczą. Och, na jej ilość nie starczyłaby jedna czara. — Powinienem umrzeć sto lat temu, a ty zgodnie z moją prośbą powinieneś dać mi święty spokój, więcej mnie nie nachodzić. Tak bardzo nie potrafiłeś zaakceptować tego, że świat nie kręci się wokół twojego urażonego ego i kaprysów? — prychnął, kręcąc delikatnie głową. Oczywiście, że nie mógł. Ten parszywiec nie potrafiłby przełknąć tej porażki.
Nie musisz się obawiać — mruknął bez większych emocji, spuszczając wzrok na Earla, który właśnie domagał się jego uwagi. Pogłaskał martwe zwierzę po gładkiej czaszce, a to zdało się wtulić w odpowiedzi na pieszczoty we wnętrze jego prawej dłoni. — Nie zaatakowałbym cię nigdy, będąc w pełni świadomym. Pamiętam parę prób uduszenia cię jak przez mgłę, lecz nadal nie rozumiem ich podstaw, i za to należą ci się moje najszczersze przeprosiny. To nie byłem ja. Zresztą od stu lat nie pozwalałeś mi intencjonalnie bym odzyskał świadomość. Zapewne świetnie się bawiłeś. Dla kogoś twojego pokroju... to wspaniała rozrywka, bowiem innej nie jesteś w stanie zdobyć.

_________________

'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }



Hyde
-----------
Pianista     Opętany

avatar

Liczba postów : 430
GODNOŚĆ : Zhan Crane.

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Jekyll on Nie Wrz 24, 2017 5:20 am
Dr Jekyll był egoistą, makiawelistą, perfekcjonistą, hipokrytą, oszustem, złodziejem, hazardzistą, alkoholikiem, mordercą – zdawał sobie z tego sprawę, ale, ale jakie to miało, do cholery!, znacznie w świecie, kiedy człowieczeństwo zgniło raz z upadkiem cywilizacji? Jego kręgosłup moralny był jak plastelina – praktyczny i elastyczny; mógł go modelować jak mu pasowało i dostosowywać do aktualnej sytuacji. Na przestrzeni minionych wieków wyrzekł się wszystkiego: boga oraz wiary w ludzkość – i w pierwszej kolejności był przede wszystkim doktorem, dopiero później Anglikiem, Wymordowanym, członkiem gangu DOGS, i każdym innym cisnącym się na usta sformułowaniem. Gdyby ktoś go zapytał: „Żałujesz, skurwysyny, tego co zrobiłeś?”, odpowiedź byłaby prosta i krótka, ale przy tym również szczera do bólu: „Nie, nie żałuję.”. Nie żałował niczego – to czyny ukształtowały jego charakter, to one spowodowały, że wyprodukował lekarstwo na obniżenie poziomu wirusa X krwi, a następnie opracował dwie przełomowe prace na ten temat. Spalał za sobą mosty - jeden po drugim, postawiają po sobie zgliszcza i zapach rozkładu. Okaleczony psychicznie, nie był już człowiekiem i NIGDY nim nie będzie. Nie miał prawa roszczyć sobie takowego przywileju. Czasu nie dało się cofnąć, rany zaś goiły się swoim tempem - zabliźniały się i stopniowo ślad po nich zanikał. Ten powtarzający się w kółko proces zagwarantował doktorowi stabilność emocjonalną. Crane musiał być naprawdę ślepy, że nie dostrzegał tej zależności, ale z drugiej zaś strony czego Jekyll mógł się po nim spodziewać? Był tylko produktem społeczeństwa – ograniczoną istotą z urojoną wizją o pięknie świata. Zlepkiem mięśni, nerwów, tkanek i kości.
Największą słabością.
Obsesją.
Największym rozczarowaniem.
Nieudanym eksperymentem.
Powinieneś i z biologicznego punktu widzenia właśnie to się stało. Umarłeś w momencie, kiedy ustały funkcje oddechowe w twoim organizmie, a akcja serca ucichła. Zachowując poprawność - miał to miejsce sto pięćdziesiąt lat temu — poprawił go, zerkając mu prosto w wściekle zielone oczy, które kiedyś powodowały dreszcze na naznaczonym przez blizny i tatuażem ciele Bernardyna. — I tak, odczuwam ją, gówniarzu. Tylko ta satysfakcja tak długo utrzymała ci przy życiu — przyznał bez cienia litości, a na jego ustach uformował się delikatny, ale wyraźnie dostrzegalny uśmiech. Nie miał skrupułów, by to otwarcie przyznać. Takowe już dawno się ulotniły i zostały unicestwione. Jekyll był pewny swoich umiejętności i możliwości, które były w zasadzie nieograniczone. — Medycyna jest nauką postępową, a co za tym idzie - eksperymentalną, czy to ci się podoba, czy też nie, daje nam wiele nowych innowacyjnych możliwości i niekonwencjonalnych, ale skutecznych rozwiązań. Dopóki cię nie zbadałem i nie postawiłem diagnozy, okłamywali cię na każdym kroku, wciskając ci kit, że wszystko jest dobrze, więc nie pierdol. Byłeś martwy od dawna, nawet zanim zaaplikowałem do twoich żył wirus X, a prośbę wystosowałeś już po fakcie. Jestem doktorem, nieskromnie mówiąc – c h o l e r n i e dobrym i skutecznym doktorem i nie zrobiłem nic, co wykraczałoby poza zakres moich obowiązków. Wyleczyłem ci. Okaż wdzięczność. Czujesz. Oddychasz. Żyjesz.
Wirus X - przekleństwo, boska kara, skurwysyństwo, ale także - z szerszego punktu widzenia - kolejny krok w historii ludzkiej ewolucji, dający wiele możliwości jej rozwoju, a także skuteczne lekarstwo na powstrzymaniu rozwoju wielu nieuleczalnych chorób, w tym gruźlicy. Jekyll zaczął rozpatrywać jego istnieje właśnie w takich kategoriach.
Sadie przemieściła się z jego głowy na ramię, zahaczając o nie boleśnie pazurami, które bez żadnych problemów przebiły się przez cienki materiał kurtki w akompaniamencie syku i wiązanki przekleństw swojego właściciela. Potem poszła o krok dalej – zeskoczyła na ziemię i znalazła się tuż przy szkielecie ptaka. Wychyliła swój rudy łebek i powąchała go ostrożnie.
Jekyll kolejne słowa Zhana Crane’a skomentował gorzkim uśmiechem, jakby właśnie przeżuwał cytrynę bez dodatku glutenu.
Te przeprośmy możesz sobie wsadzić w dupę, pomyślał refleksyjnie, mimowolnie opuszkami palców badając skrawek swojej szyi, na którym widniała ledwo widoczna szrama – pamiątka, która uchowała się po jednej z wspomnianych przez pianistę brutalnych prób zgładzenia doktora. Poczuł jej wypukłą, chropowatą wręcz powierzchnie i mimowolnie się wzdrygnął. Odebrała mu oddech na przynajmniej minutę – przez ten krótki okres czasu krztusił się i dusił na zmianę, a potem miał krótkotrwały problem z wysławianiem się, otóż jego słowa były obleczone grubą, nieprzyjemną dla ucha chrypą, którą nie dało się przepędzić nawet za pomocą chrząkania.
Dźwignął się na swoich długich, kościstych nogach i zmniejszył dystans dzielący go od Dobermana. W kąciku jego ust widniał zalążek uśmiechu, który w każdej chwili mógł zostać wyeksponowany.
Cena za życie. Ile jest one warte, jak myślisz, Crane? — zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oczach, pochylając się nad nim.
Twoje jest teraz gówno warte, Crane. Zachowujesz się jak dziecko. Małe dziecko, roztrząsające upadek z roweru, które na jego skutek roztrzaskało sobie kolano. Weź się w garść, do diabła, bo jestem o krok od uznania ciebie za moją największą, życiową porażkę.
Zimne serce doktora było całkowicie odporne na wewnętrzną tragedię pianisty. Odczuwało coś innego od współczucia. Rozczarowanie przeszyło go na wskroś jak chłód zimowego poranka.

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1525
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Hyde on Wto Wrz 26, 2017 9:03 pm
Zhan Crane był za to kompletnym wytworem kultury odrodzonych miast, przesiąkniętym nią do cna, owinięty siecią ich kłamstw i nieświadomy zagrożenia czyhającego poza murami każdego z nich. A z tego Dr Jekyll jak nikt inny zdawał sobie sprawę, wiedział również, że światopogląd i ocena niezwykle utalentowanego pianisty okażą się niemal tak trwałe, a zarazem cieszące oko swą odmiennością, niczym oszlifowany diament. Anglik stanowił fundament, esencję tego co jasnowłosy utracił na przestrzeni minionych wieków, co w istocie czyniło ich względem siebie yin i yang. Czy jednak dokładnie sto lat temu doktorowi udającemu studenta medycyny nie wystarczyło jedno zdanie przy zgoła niewinnej, czarnej kawie sugerujące, że nie powinien na nic liczyć? Czy nie okazałoby się to doprawdy dalekosiężnym stwierdzeniem w obliczu aktualnych wydarzeń? Zapewne, lecz dla tegoż osobnika najwyraźniej słowa przeczące jego wizji rzeczywistości traciły wypowiadane znaczenie, stanowiąc poniekąd zachętę i napędzające jego zakusy do sięgania dalej. Dr Jekyll w oczach Zhana Crane’a okazywał się zepsuty do tak niewyobrażalnego stopnia, że samo to pojęcie nie do końca odzwierciedlało je w pełni, co więcej w dość zaawansowanym procesie gnilnym, choć ten nie wykazywał na to żadnych faktycznych oznak w postaci charakterystycznego, odpychającego zapachu, czy paskudnego rozpadu ciała. Wiedział o tym, lecz czym była ta podła świadomość, gdy nie wzbudzał w nim jednoznacznych uczuć, mimo że za nimi ustawiał się rząd powodów, przez które pianista odczuwał względem samego siebie wstręt. Niestety bądź stety nie działało to tak prosto, tak łatwo. Nigdy nie odbywało się to w tak gładki sposób.
Nie przerywał jego wywodu ze zwykłej grzeczności, z powodu wysokiej kultury osobistej, co nie znaczyło, że się z nim zgadzał. Zapewne Jekyll bardzo, by tego chciał, lecz nie miał na co liczyć. Ktoś taki jak Zhan Crane nigdy mu nie przytaknie, nawet dla spokoju jego ducha, czy zaspokojenia jego nabrzmiałego, rozepchanego do granic ludzkiej wyobraźni ego. Nieoczekiwanie pianista roześmiał się krótko, perliście, by wbić uważne, choć chłodne spojrzenie w Anglika naprzeciwko siebie.
Nie okłamuj mnie, wystarczy już tych bajek. Pytanie tylko, czy chcesz przekonać siebie do tego, że to co mówisz jest prawdą, w momencie, gdy nią nie jest — oświadczył takim tonem, w którym ostały się pozostałości chwilowego rozbawienia. Nie pozostało ono jednak na długo, nie mogąc zamazać w żadnym stopniu tragedii pianisty, choć zręcznie odrywało jego uwagę od plugawych dokonań. — To nie przez satysfakcję utrzymywałeś mnie przy życiu, ty nie lubisz nieudanych zabawek, nie potrafisz znosić porażki i obydwaj doskonale o tym wiemy. Tu chodzi zupełnie o coś innego. Udało ci się wygrać z moją chorobą, zarazić mnie jakimś parszywym wirusem, nawet mnie uprowadziłeś… — Zrobił celowo pauzę, by lewą ręką objąć metaforycznie teren dokoła siebie i westchnął bezgłośnie. Zhan Crane nie potrafił nawet określić miejsca, w którym się znajdowali. — Gdziekolwiek właśnie jesteśmy, lecz nigdy nie dostałeś takiego rezultatu jakiego oczekiwałeś. Przez blisko sto pięćdziesiąt lat nie mogłeś wydobyć z tego eksperymentalnego fiaska nic poza godną pożałowania ruiną i upadkiem moralnym. — dodał z niechęcią, nad wyraz dobrze słyszalną w głosie Anglika, zwłaszcza w drugiej części tej wypowiedzi. Potrząsnął głową w akcie jawnego sprzeciwu wobec kolejnych słów, które popłynęły niczym rwący potok z ust jasnowłosego ku niezadowoleniu pianisty. Nie zamierzał wdawać się w tak niedorzeczną, we własnym odczuciu, dyskusję osadzoną na płaszczyźnie poniekąd ideologicznej, dlatego wybrał odpowiedź inteligentną, pod zupełnie innym kątem. — Nic nie czyni cię lepszym od nich, nie liczy się wynik. Nic nie osiągnąłeś, zaraziłeś mnie kolejnym. Postawiłeś diagnozę i co z tego? Też kłamałeś, nigdy nie byłeś od nich lepszy. Pacjenci zwykle godzą się na swój los, ja żadnej dokumentacji nie wypełniałem, więc nader dobrze znane ci jest moje stanowisko. Nie ma potrzeby byśmy brnęli w ten groteskowy temat, pozostaw go do polemiki z kimś kto jest na tym samym poziomie zepsucia. — prychnął rozdrażniony Zhan. Jekyll nigdy nie miał prawa, by rościć sobie władzę nad Crane’em i decydować za niego. Nie sposób określić, czy działanie na własną rękę, czy brak zapytania o rzecz tak elementarną, bazującą bowiem na zaufaniu, choć wymuszającą zarazem pełne ujawnienie się doktora, który wówczas urządzał sobie zjawiskowy teatrzyk na oczach posiadacza intensywnie zielonych tęczówek. — Nigdy nie przeszłoby ci nawet przez te egoistyczne myśli, że nie złamie mnie żadna choroba, a ty. Nie mnie uratowałeś, przez ciebie się tylko stoczyłem i skończyłem jako wrak. Największą ironią jest chyba to, że nigdy nie chciałem żyć wiecznie, ale ty byś tego nie pojął. Dla ciebie to jest zbyt trudne, rozumiesz wszystko co kręci się wokół ciebie i twego kaprysu. W obliczu takich okoliczności wolałbym, byś zamilkł, lecz nie dlatego, że nie lubię twojego głosu, wręcz przeciwnie, a ze względu na to, że słowa, które dobierasz są wyjątkowo niesmaczne. — Wbrew pozorom nie było w tym niebotycznej pretensji, lecz oschłe stwierdzenie faktów, jakby te trawione były przez apatię. Zmarszczył brwi, a jego wypowiedź nabrała większej lekkości, kiedy jego uwagę przyciągnęła śliczna, ruda wiewiórka. Następnie wtórowało temu syknięcie Lisa, by ta z gracją przeskoczyła na ziemię i jak gdyby nigdy nic zbliżyła się nie tylko do Crane’a, ale i również Earla. Nie powinien dziwić fakt, że kąciki ust Zhana uniosły się lekko, kiedy ostrożnie wyciągnął lewą rękę, by delikatnie pogłaskać dzikie, nieoswojone zwierzątko.
Niewątpliwie zaabsorbowany urokliwą wiewiórką zapomniał na moment o jej paskudnym z usposobienia właścicielu. Zhan Crane miał swoistą słabość do żyjątek, ale po zmianie w wymordowanego łączyła go jedna kwestia z tą bardziej zezwierzęconą wersją jego samego — sympatia nieokreślanego wręcz kalibru do kotowatych. Nie spodziewał się zatem, że ten doktor od siedmiu boleści postanowi zmniejszyć odległość między nimi, a tego niezaprzeczalnie sam pianista się niejako obawiał. Anglik znajdujący się w pobliżu, zbyt blisko, zawsze zakłócał przebieg myśli i racjonalną ocenę sytuacji, odcięcie się od niego dawało mu tę przyjemną swobodę, którą cieszył się jeszcze chwilę temu. Dostrzegł niezdrowy błysk w jego spojrzeniu, dlatego pewnie pomyślał, że być może jego umysł trawiony był przez chorobę. To wyjaśniałoby te wszystkie paskudne słowa, które padły z jego ust, a które Zhan Crane powstrzymał się, by nie skwitować stwierdzeniem, że „brak mu taktu i niestety uroczym wyglądem tego nie nadrabia”. Być może dlatego Wąż odsunął się nieco w tył, a jego lewa ręka powoli uniosła, rozjaśnione przez desperackie słońce, włosy Lisa, zatrzymując się na dłuższą chwilę jego czole.
Chyba się przeziębiłeś, bo taka bliskość jest do ciebie niepodobna. Powinieneś się odsunąć, przeszkadzasz mi w radzeniu sobie z utratą stu lat z życia i trawieniem swojej osobistej tragedii — mruknął beznamiętnie, cofając rękę i wpatrując się w niego surowo. Tak, o wiele lepiej, by było, gdyby się odsunął, lub pozostał na swoim poprzednim miejscu. Z perspektywy dystansu wszystko wydawało się dużo łatwiejsze pod względem podejmowania następnych kroków, czy chociażby oceny. Dla odmiany to jednak Zhan Crane przybliżył się do niego odrobinę. Prawą rękę odsunął niepocieszonego chyba tym faktem Earla, by następnie palcami musnąć skórę na policzku Jekylla. — Chciałbym dobrotliwe powiedzieć, że każde wartość ma tę samą, lecz w obecnych okolicznościach nie byłoby to ani szczere, ani zasadne. — W pewnym sensie miał do siebie żal, że nie potrafiłby wypowiedzieć tych słów z pełną prawdomównością. Pianista nie spoglądał na niego,  a choć mówił cicho, to na tyle głośno, by gwiżdżący za jego plecami wiatr nie zagłuszył tego co mówi. Nie wiedzieć kiedy jego długie, smukłe palce chwyciły kosmyk jasnych, zniszczonych przez słońce włosów doktora. — Widzisz, moje obecne, o ile można, by nazwać je w ogóle życiem, ma wartość zerową, jeśli nie ujemną. A chyba zbyt dobrze zdajesz sobie sprawę, że niezależnie od okoliczności, tego jak bardzo mam ci za złe, sumy wszystkich twoich podłych występków, liczby bezkresnych kłamstw, które wyszły z twoich ust, wciąż, jak na złość, bardziej dbam o twój żywot niż mój własny. Zadałeś zatem niewłaściwe pytanie, a do tego nieodpowiedniej osobie. — Dopiero przy ostatnim zdaniu spojrzał Lisowi w oczy, ponownie nawiązując między nimi kontakt wzrokowy.

_________________

'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }



Hyde
-----------
Pianista     Opętany

avatar

Liczba postów : 430
GODNOŚĆ : Zhan Crane.

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Jekyll on Sro Wrz 27, 2017 1:40 am
Ukształtowany na jego ustach karykaturalny uśmiech zgasł, na wzór knota wypalonej świecy – stopniowo, ale ostatecznie, przynajmniej w tej chwili. Podtrzymanie go mogło okazać się zbyt trudne, zresztą całkowicie nie pasowało do jego nastroju i obecnej atmosfery. Mimo obecności chłodnego wiatru, w powietrzu unosiła się drażniąca go w gardła duchota - cisza przed burzą, niepowiązana w żaden sposób z zakłóceniem przestrzeni osobistej Zhana, który zagrał na nerwach Jekylla jak na czarno-białych klawiszach ulubionego instrumentu – umiejętnie, z gracją i tylko sobie znaną delikatnością. Czyżby Hyde na przestrzeni lat nie zamordował jego wszystkich człowieczych odruchów? Crane pod tym względem nadal pełnił ciekawy obiekt obserwacji. Jego przydatność i dalszą egzystencja w tej kategorii podległa rozważeniu.
Przejechał językiem po zębach, po czym zazgrzytał na nich, przez nieuwagę zaciskając nimi koniuszek tego wrażliwego na dotyk organu wspomagającego narząd mowy, acz skutecznie podtrzymał się do adekwatnego przy tej czynności syku lub też - jak to woli - jęku z bólu. Ot, po prostu zacisnął dłoń w pięść i policzył w myślach do dziesięciu, by przynajmniej w minimalnym stopniu zapanować nad erupcją swoich emocji, które były aktywne niczym wulkan przed wybuchem i w zasadzie każdej chwili na niego gotowe. Gdyby teraz wścieklizna przejęła nad nim kontrolę, najprawdopodobniej toczyłby pianę z pyska i splunąłby nią na twarz niczego nieświadomego Crane’a, zabierając go ze sobą do groby. Musiał jednak powściągnąć emocje i założyć im kaganiec, wyprodukować w myślach wiązankę przekleństw i ją przełknąć, zanim ujrzy światło dzienne. Podczas bezpośredniej konfrontacji z tym osobnikiem musiał wykazać się większym asortymentem słów, niż podczas rozmowy z jego drugą, nieludzką i przede wszystkim całkowicie oddaną zwierzęcym skłonnością naturą, zatem nie mógł sobie pozwolić na ekspozycje uczuć.
Przejrzałeś mnie — przyznał, bo dłuższej chwili namysłu, w trakcie której analizował i przetwarzał słowa Dobermana. Nie dało się ukryć, że eksperyment „Hyde” nie zakończył się pełnym sukcesem i w efekcie czego był pełen kompilacji, zatem wymagał wielu mniejszych lub większych usprawnień, w tym ciągłej manipulacji stężeniem poziomu wirusa. Mimo iż udało mu się dokonać niemal niemożliwego - połączyć ze sobą genotyp dwóch najbardziej jadowitych gatunków węży w niezwykle krótkiej, ale za to bogatej w zdarzenia historii ludzkości w postaci mamby czarnej i kobry królewskiej, a następnie uwięzić niezwykle skomplikowany kod genetyczny w ponad dwu metrowym pojemniku w formie organizmu niczego nieświadomego, młodego i dobrze rokującego na muzyczną przyszłość swojego Miasta pianisty (co samo w sobie było medycznym przejawem geniuszu), stał się na przestrzeni lat powodem bezsenności doktora i jego największą, życiową, pełną wad i niedociągnięć porażką. — Twój wycieńczony przez chorobę organizm był zbyt słaby, by w pełni udźwignąć ciężar wplecionej w niego mieszanki genetycznej, a więc końcowy wynik nie był w pełni zadowalający — zgodził się z nim, przekornie znów nawiązując do medycyny, bo przecież, do diaska!, na tym opierał się jego bogaty w doświadczenia światopogląd. — Zbyt długo zwlekałem z podjęciem decyzji, rozważając w myślach jej konsekwencje, które odbiły się rykoszetem nie tylko od każdej komórki twojego ciała, ale też naiwnie wierzącej w równość psychiki.Łżesz, jak pies, Jekyll. Komplikacje były nieuniknione, jego organizm był już dostatecznie zrujnowany, a ty czekałeś, by dostrzec ten ostatni, dogasający błysk w jego oczach. Wiesz, Zhan, nigdy nie byłeś TYLKO pacjentem — przyznał w końcu, wzruszając niby to obojętne ramionami, jakby tym samym chciał podważyć wiarygodność swoich słów: byłeś też debilem, który dał się zrobić w chuja za półdarmo..
Złapał w zęby dolną wargę - Crane dobrze znał ten gest. Był częstym zjawiskiem w mimice twarzy, wykreowanego na poczet uwiedzenia pianisty dwudziestoczteroletniego studenta medycyny z wymiany o angielsko-włoskich korzeniach, Duncana, który poprzez to zdradzał swoje zmieszenie albo/i zdenerwowanie.
Twoja choroba postępowała w tempie ekspresowym. Spanikowałem i zaaplikowałem ci do krwi wirusa, bo nie chciałem cię stracić — wyznał po krótkiej przerwie milczenia, wyraźnie bijąc się z własnym myślami. I tak nie zrozumiałbyś tego skomplikowanego procesu, ani tym bardziej nie zgodziłbyś się na niego. Byłeś gotowy na śmierć, a przynajmniej takie sprawiałeś wrażenie. Wrażenia są ulotne i krótkotrwałe. Nie chciałeś umierać. Nikt nie chce umierać. Myślisz, że tego nie zauważyłem? Ja potrzebowałem szczura doświadczalnego, ty chciałeś ujrzeć jeszcze raz świt. Wyświadczyłem ci przysługę. Uśmiechnął się słabo do własnych myśli. — Nie chciałeś umierać, prawda? — zapytał cicho, ze ściśniętym gardłem, w zasadzie nie miał żadnej pewności, czy te słowa się przez niego przedostały. Umiejętnie złapał w swoje zwinne palce dłoń pianisty, która dotknęła przed chwilą jego czoła, by sprawdzić poziom gorączki, a teraz bawiła się zniszczonym przez słońce i pigmentacje kosmykiem. Temperatura ciała doktora była podwyższona - jak zawsze, ale ten stan rzeczy przestał mu przeszkadzać, przywykł do niego. Splótł ze sobą ich palce, gładząc kciukiem wierzchnią stronę dłoni Zhana. — Popełniłem kategoryczny błąd, który nie powinien zaistnieć i jest mi z tego powodu bardzo przykro — szepnął i puścił jego dłoń. Uklęknął, kolana dociskając do wilgotnej ziemi, przez co obdarty materiał spodni od razu nią przesiąknął i oparł głowę o pierś pianisty, w której biło serce. Kiedyś miało dla niego kojące właściwości, dziś tylko drażniło swoją pospolitością.
Na twarzy Jekylla wykreował się paskudny, niewidoczny z tej perspektywy dla Crane’a uśmiech.
Minąłeś się z powołaniem, skurwysynu.

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1525
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Hyde on Nie Paź 01, 2017 4:28 pm
Pianista bywał niespotykanym wirtuozem w sztuce doboru słów, w jego wykonaniu te wcale nie musiały być jadowite, czy nasączone, niczym wacik alkoholem, którym odkaża się na szybko ranę, ekspresją. Zhan Crane i tak miał pewność, że trafią do celu i ustrzelą samą dziesiątkę na tarczy. Słowa te bowiem mogły sprawiać wrażenie z pozoru grzecznych, wyszukanych i stosownych, lecz potrafiły ugodzić na tyle mocno, by pozostawić po sobie trwały ślad. Zdenerwował Jekylla? Och, co do tego ciemnowłosy Anglik nie posiadał najmniejszych wątpliwości — zagrał mu na nerwach. Lis mógł ukrywać z wprawą wyrobioną na przestrzeni lat, zwłaszcza minionym stu pięćdziesięciu, lecz Zhan Crane miał się na baczności tylko dlatego, że zdawać, by się mogło, że we wnętrzu jego czaszki wyryły się, jak na kamiennej płycie, ostatnie słowa Jekylla przebijające się przez niemożliwy do opisania ból, świadczące o tym czym go zaraził. W odróżnieniu od swojej w pełni zezwierzęconej natury, oddanej istynktom, aniżeli racjonalizmowi w choćby najpłytszej postaci, której pojmowanie rzeczywistości było ograniczone, a zrozumienie motywacji i zachowań Jekylla odznaczane mogło zostać jedynie w kategorii krzywdzące, negatywne lub pozytywne. Podstawową różnicą pozostawał również światopogląd — u pianisty był on twardy, niczym jego kręgosłup moralny, znający granice dobrego smaku i przyzwolonego postępowania, lecz ta u bestii z góry skazana została, na to co Dr Jekyll uznał za potrzebne, stąd widoczne już na pierwszy rzut oka spłycenie granic i brak zahamowań wszelakich — dzieło Lisa na wzór jego zepsucia.
Wypadało uznać to zajście za przejaw cudu, choćby tak minimalne powstrzymanie się przed wypluciem z siebie wiązanki pełnej ekspresji, do której kto jak kto, ale jasnowłosy Anglik lubujący się w herbacie i angielskich powieściach, był zdolny jak mało kto. Stanowiło to dla tej ciemnowłosej ostoi kultury odrodzonych miast, że istnieje dla sumy jego paskudnych uczników, choćby minimalne światełko nadziei, lecz nie chwalił dnia przed przysłowiowym zachodem słońca. Dr Jekyll był urodzonym kłamcą, jednostką uosabiającą swoją biokinetyczną formę — lisa, równie przebiegłego, charakternego i nieobliczalnego. Na tle zakłamywania rzeczywistości ten osobnik, uważający się za geniusza medycyny i wizjonera, zwykł do oszukiwania siebie samego. Niestety — świadom bądź nie — Zhan Crane nie był już na tyle naiwny, by wierzyć w każde jego słowo, ten etap umarł ostatecznie i opadł w zapomnienie, niczym wyschnięte płatki róży, które oddzieliły się od kwiatów. Teraz filtrował każde wypowiadane przez jasnowłosego słowo, poddając je w wątpliwość, nie umknęła mu nagła zmiana tonu, czy odmiana w zachowaniu. Intuicja podpowiadała mu, by nauczony przez własną nawiność, trzymał się wyciągniętych wniosków z lekcji. Jekyll mógł kłamać i wypierać się niczym małe dziecko, lecz Zhan Crane nie mógł pozwolić na to, by ten zyskał nad nim tego typu przewagę i go oszukiwał.
Przejrzałeś mnie — nawet gdyby zaprzeczył, ten i tak wiedziałby, że miał rację. Wielki geniusz medycyny spieprzył po całości swoje rzekomo największe dzieło, czyniąc je niespotykanym fiaskiem. Podjął niewłaściwą decyzję w doborze pacjenta — w opinii samego Zhana, lecz Anglik nie zamierzał się nią dzielić na głos w obliczu przewidywalnej odmiany stanowisk — wybierając właśnie jego. Utalentowany pianista po prawidłowo postawionej przez Duncana — tak naprawdę Dr Jekylla udającego studenta medycyny, aby się do niego intencjonalnie zbliżyć — diagnozie, postanowił wykorzystać pozostały mu czas, doprowadzając tym samym do częstego przemęczenia organizmu, co z kolei wpłynęło znacząco na zaostrzenie się zbierającej swe śmiertelne żniwa choroby. Wzmożone komponowanie, dłuższe koncertowanie i wyciskanie z resztek życia ostatnich soków, jak z cytryny. Wiązało się to jednak z silniejszymi bólami w klatce piersiowej, narastającymi problemami z oddychaniem, stałym osłabieniem organizmu, i nasilającymi się atakami kaszlu w towarzystwie nieodłącznej krwi.
Przez chwilę pianista milczał, tak jakby analizował wypowiedziane przez Lisa słowa. Dr Jekyll mylił się dokładnie sto pięćdziesiąt lat temu, mylił się również teraz — Zhan Crane pogodził się ze swoim losem. Śmierć była w jego opinii nieodłączonym elementem życia, a jeśli choroba zawęziła mu tę linię, nic nie mógł na to zaradzić. Człowieka zawsze w takim czasie chwytają myśli, owijając się niczym złośliwe macki, że mógł go lepiej wykorzystać, lecz tego nie zrobił. Jako pianista wiedział, że dopóki jego muzyka będzie odgrywana przez kogoś innego, choćby na nagraniach — pewna cząstka jego osoby przetrwa niesiona dalej, niczym niknący, efemeryczny zapach przenoszony przez wiatr. Dla potomnych i dla tych, którzy znali go bliżej, osobiście. Nie rozpatrywał nigdy opcji wiecznego życia, dla niego takowe nie istniało. Aż do teraz, gdy został postanowiony przed samolubnym, jakże egoistycznym faktem dokonanym. Nie potrzebował tak naprawdę żadnej argumentacji, i próby przykrywania ich chęcią eksperymentowania — te nie miały najmniejszego znaczenia, ginęły jak kaczki puszczane na wodzie za pomocą płaskich kamieni, w obliczu jego zrujnowanego organizmu znalazłyby się lepsze okazy, zdrowsze i pozwalające na realne powodzenie, nie ledwie paroprocentowe. To nie był szczyt geniuszu, ani tym bardziej szczyt możliwości kogoś tak ambitnego jak Jekyll, za tym kryło się coś zupełnie innego. Każdy aktor kiedyś wchodzi z odgrywanej roli, ta kończyłaby się w przypadku interesownego Lisa w momencie ujrzenia nieoczekiwanego, pełnego zawodów rezultatu. Kłamał. Znowu, jak założył Zhan, lecz nie skomentował tego w żaden sposób. Nie czuł się urażony, nie aż tak, aby to unaocznić, czuł się zniszczony świadomością dokonanych w akcie nieświadomości czynów, towarzyszący temu wstręt do własnej osoby był poniekąd zasługą Jekylla.
Nie byłem tylko pacjentem — potwierdził spokojnie, po chwili. — W innym wypadku poszukałbyś kogoś innego kto wykazywałby się końskim zdrowiem. Nie lubisz porażek, Jekyll, one cię drażnią, grają ci na nosie, a w moim przypadku klęska była wpisana w podejmowane ryzyko. Mogłem umrzeć naprawdę, nie tylko tymczasowo. Wirus, który mi zaaplikowałeś mógł się w pełni nie rozwinąć. Takie ryzyko, w którego skład wchodzi więcej minusów niż plusów, nie sumuje się. — dodał, marszcząc bardziej mimowolnie brwi. Nie mylił się, że kryło się za tymi jekyllowymi występkami emocjonalne podłoże. Zhan Crane nigdy nie uważał się za jednostkę wyjątkową, zasługującą na więcej niż ktokolwiek inny, to nie uległo żadnej zmianie. Wyróżniał się diabelską wręcz skromnością, za którą wielu dałoby uciąć sobie kończyny, ale on po prostu taki był. Nigdy się nie wyróżniał, nie unosił ze względu na osiągnięty status, gdyż sława jaką zyskał nie wpłynęła na niego destruktywnie. Ten gest, iście teatralny upodabniający Jekylla do Duncana, Zhanowi się ani trochę nie spodobał, przypominając mu tylko o tym oszustwie, czego świadectwem mogło być ściągnięcie ust pianisty do prostej, wąskiej linii.
Nic nie rozumiesz — mruknął cicho, a w tych dwóch słowach zgorzknienie nie mogło zostać niewychwycone. Można, by odnieść wrażenie, że pianista odczuł coś na wzór lekkiego ukłucia rozczarowania, lecz tak naprawdę nie oczekiwał większego zrozumienia ze strony Jekylla. Osobnik ten poza własnymi możliwościami i zdolnościami wypracowanymi na przestrzeni rosnącej linii czasu, nie posiadał głębi. — Ty nadal tego nie rozumiesz i pewnie nigdy nie zrozumiesz. Ktoś kto żyje wiecznie i dla niego to pojęcie jest swoistą normą, nie może się pogodzić z wizją końca, nieprawdaż?  Otóż w odróżnieniu od ciebie zawsze patrzyłem na to zupełnie inaczej: moje chęci nie miały, ani nie mają tutaj żadnego znaczenia. — Posiadacz intensywnie zielonych tęczówek roześmiał się krótko, dźwięcznie, by zostać ostatecznie zapomnianym przez dźwięk gwiżdżącego za jego plecami wiatru. — Wiedziałem, że nie zostało mi zbyt wiele czasu. Zdiagnozowałeś mnie poprawnie: gruźlica w stopniu zaawansowanym, nienadająca się do leczenia, każda kuracja okazałaby się przecież bezowocna, to w końcu usłyszałem. Kiedy ty głowiłeś się, jak ten problem rozwiązać, mając w głębokim poważaniu moje zdanie, ja przyjąłem to do wiadomości. Jeśli jeszcze nie wyraziłem się jasno: byłem gotowy na śmierć, w końcu jedną nogą już byłem w grobie. Nieubłagany postęp choroby okazał się jedynym pewnikiem w moim życiu, wszystko inne miało przeminąć wraz ze mną. — dodał chłodno, może nieco wyniośle. Nie oczekiwał szczerości w zachowaniu po tym osobniku, który nadal budził w nim jasne, dość klarowne emocje. Duncan Rubinetto, jak przedstawiał się swego czasu Dr Jekyll, pojawił się w jego życiu nieoczekiwanie, wywierając na nie znaczący wpływ. Wydawał się jednostką niebywale upartą, wbrew urokowi osobistemu, wyjątkowo również odporny na częste, choć uprzejme odrzucenie ze strony pianisty, jakby zupełnie nie pojmował odmowy. Wisząca w powietrzu cisza przed burzą świadczyła tylko o tym, że coś się miało wydarzyć, a Zhan nie spodziewał się empatii ze strony zimnego, niczym martwa ryba, doktora – nie mógł oczekiwać od niego niczego. Tak potulne zachowanie nie wydawało się normalne, jak na niego, budziło zatem masę podejrzeń, ale Crane nie uczynił nic, aby pokazać Lisowi, że odczuwa w jego obecności napięcie, niezwiązane w żadnym wypadku z zainteresowaniem, czy bliskością tej godną pożałowania pod względem moralności jednostki.

I żebym nie musiał już tego poprawiać, prostaku. XD

_________________

'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }



Hyde
-----------
Pianista     Opętany

avatar

Liczba postów : 430
GODNOŚĆ : Zhan Crane.

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Jekyll on Wto Paź 03, 2017 2:28 am
Oprócz układu nerwowego, jad uszkodził ci także mózg? — szepnął wprost w ucho pianisty, drażniąc je jednocześnie swoim ciepłym oddechem. Jedna z dłoni doktora została przyciśnięta delikatnie do gardła pianisty w towarzystwie pięciu długich, zgrabnych palców - delikatnie. Wyczuwał pod opuszkami drganie grdyki, tak niespokojnej jak serce Dobermana. Druga zacisnęła się na jego  bicepsie. — Ryzyko i jego konsekwencje są wpisane w wykonywany przeze mnie zawódAle to teraz ty nim jesteś, Zhanie, największym z możliwych zawodów.a ja lubię się takowego podejmować, nawet jeśli ceną jest czyjeś życie i, nie chwaląc się, sprostałem mu. Funkcjonujesz.
Na jego usta zabłąkał się pełen satysfakcji uśmiech. Był hazardzistą - lubił zakładać się o życie swoich pacjentów i stawić na szali cały zestaw swoich medycznych dokonań. Oszustem - już nie raz zatańczył z Kostuchą danse macabre, walcząc o cudze istnienie, by ostatecznie wydrzeć z jej lodowatego objęcia umierającego i doprowadzić go do stanu używalności. Medycyna była ośrodkiem jego kultu, wiary i nadziei, ostatnim promykiem szczęścia. Miała niesamowitą, destrukcyjną, ale także zbawczą moc - dawała i odbierała. Subtelna i delikatna niczym kwiat róży, cięta i przebiegła, niczym jej kolce. I jak jej zapach – uzależniająca.
Sunął dłoń z szyi Crane'a, zahaczając palcami najpierw o wystający obojczyk, potem o prawy sutek i sieć blizn zakrytych lśniącymi w świetle dnia czarnymi łuskami. Dokonał rzeczy wcześniej awykonalnej, która była możliwa do realizacji tylko dzięki przeprowadzonym, wieloletnim badaniom i ciężkiej pracy. Proces ten był długoletni, kosztował Jekylla wiele nerwów i zabrał wiele istnień do grobu, ale wysiłek ten opłacił się. Geny obu węży, które znalazły się w kodzie genetycznym Zhana, pochodziły z tej samej rodziny biologicznej, zdradnicowatych - najbardziej jadowitej, niebezpiecznej. W skład ich jadów wychodziła przytłaczająca liczba neurotoksyn, które zaraz po wprowadzeniu do krwiobiegu zaczęły - niczym pasożyty - żerować na układzie nerwowym, rujnując go doszczętnie i nieodwracalnie. Najpierw pojawiły się hemolizyna - podstawa część składowa jadu, charakterystyczna dla tych gatunków. Wywołała hydrolizę – rozpad erytrocytów, tzn. krwinek czerwonych. Następne w kolejce były fibrynolizyna - enzym, który rozpuścił skrzepy włóknika i ułatwił inwazję drobnoustrojów w głąb tkanek. Crane pożegnał się z oddechem parę minut później - szybka śmierć. Raz, dwa i po strachu. W połączeniu z wirusem gruźlicy skreśliły całkowicie jego szanse na przeżycie, ale tym samym oszczędziły mu ciągnących się w nieskończoność cierpień i w minimalnym stopniu zagwarantowały mu nowe życie, które według buddyjskich wierzeń było czymś na wzór reinkarnacji. Neurotoksyny ostatecznie doprowadziły do ostrego, wręcz natychmiastowo paraliżu mięśni oddechowych, w efekcie końcowym dusząc pianistę.
„Nic nie rozumiesz.”
Słowa miały niesamowitą moc sprawczą - miażdżącą i paraliżującą, ale także kojącą i uspokajającą. Raniły głębiej i mocniej niż znajdujący się w rękawie kurtki doktora skalpel. Uśmierzały ból lepiej niż nie jedna, niezastąpiona maść na otarcia.
Słowa Zhana Crane’a pobrzmiewały w jego uszach dwa razy głośniej niż zazwyczaj. Dudniły i odbijały się od czaszki.
To on nie rozumiał. Nie rozumiał, że właściwie Halliwell Locklear także nie marzył o życiu wiecznym, ciągnącym się jak tasiemiec w organizmie swojego żywiciela, ale nikt nie był na tyle uprzejmy, by spojrzeć mu prosto w oczy i  zapytać: „— Chcesz udławić się posmakiem porażki?”. Nikt, bo on nie był na tyle zdesperowany, by się zgodzić na taki układ. Porażka wtargnęła do jego życia bez pytania – jak promienie słońca przez niedbale zasłonięte okno. Nakopała mu boleśnie do dupy i umiejętnie przerodziła się w serię kataklizmów. Najpierw była ta Suka przez duże „S”, która niesłusznie odebrała Nobla i tym samym chęci do życia obiecującemu studentowi. Potem wściekłość, która zadomowiła się w nim wraz z tym faktem i dała ujście po tym, jak przez nieuwagę zakuł się podczas pobierania krwi. Dobrze pamiętał imię i twarz jednej z pierwszych odnotowanych ofiar wirusa X, choć do tych pierwszych nigdy nie miał pamięci – Leith, Leith Locklear. Czy ten Skurwiel przez duże „S” nadal żyje? Nie zdążył się z nim rozliczyć. I wisienka na torcie, apokalipsa – personifikacja jego obaw, lęków i sennych koszmarów, zwiotczenie jego emocji, które porzucił pod gruzami swojej ojczyzny. Wizja końca nadeszła trzy razy, jedna po drugiej i nie miał odpowiednio dużo czasu na pogodzenie się z nią. Przełknął jej gorzki smak. Musiał działać, szybko i precyzyjnie. Przeżyć. Przetrwać. Zakpić sobie życia, tak jak ono zadrwiło z niego.
Ręką prześlizgnęła się wzdłuż wyposażonego w mięśnie ramienia Crane’a i opadła. Przez ten gest z rękawa wysunęło się ostrze skalpela, zaraz pochwycone przez zwinne palce jego właściciela.
Bernardyn spojrzał Dobermanowi głęboko oczy, po czym oparł czoło o jego czoło.
Chcę naprawić ten błąd — wyszeptał, niemal ocierając swoje usta o te należące do Zhana; czuł na nich wyraźny oddech pianisty, przez co wykrzywił je w delikatnym, niemal niewinnym uśmiechu, krótkim, ale okrutnie szczerym — i zwrócić ci te wszystkie utracone dni — mruknął, jeszcze ciszej, tym razem dociskając swoje wargi do tych pianisty i zamknął je w pocałunku. W tym samym momencie, skalpel w jego dłoni wbił się w skórę na plecach właścicielach gadzik genów i przebił się przez jej warstwy z niebywałą wręcz łatwością. — Dostosuję się do twojej prośby i pozwolę ci umrzeć, Zhanie.
Poczuł na zębach i języku posmak obcej krwi, kiedy skalpel głębiej zanurzył cię w ciele pianisty. Przerwał pocałunek.
Pozwolę, by moja słabość odeszła wraz z twoją śmiercią.
Wyjął ostrze z wnętrzności Zhana.
Prychnął.
Jego definicja uzewnętrzniania się zdecydowanie różniła się od tej, która funkcjonowała.

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1525
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Hyde on Pon Paź 09, 2017 12:00 pm
Jako lekarz sam powinieneś to już wiedzieć — odparł zaczepnie w odpowiedzi, lecz nie zareagował, gdy Lis zacisnął rękę na jego szyi. Zapewne jego zezwierzęconą w całości naturę taki gest, by zirytował, tworząc reakcję na podobieństwo lawiny śnieżniej, ale Zhan Crane nie postępował w równie lekkomyślny sposób. — Twój zawód od wieków zobowiązany jest przysięgą mówiącą o działaniu dla dobra pacjentów, a nie dokarmianiu własnego ego, mój drogi. Nie prosiłem o desperacki ratunek, zatem nie powinienem go dostać, nawet jeśli odniosłeś niezaprzeczalny sukces, to miał on wiele wad, które przewidziało twoje ryzyko, a ty nie byłeś do tego zdolny. Jeśli nadal nie pojąłeś, dlaczego nie odczuwam wdzięczności wobec twojego występku powiem wprost: nie zasługiwałem na takie wyróżnienie, a ono zostało usłane dywanem zbędnego cierpienia i bólu innych jednostek. — odparł spokojnie i chłodno pianista, jakby rozprawiał się z rozwojem jakiegoś niedorzecznego nurtu; oczywistą oczywistością był fakt, że się nie dogadają ze sobą na tym tle. Fascynacja medycyną w przypadku Jekylla przekroczyła już dawno temu normalny, zdrowy poziom, który określa się ambicją, i wkroczyła w coś co określa się mianem anormalnej, niepożądanej mutacji – pasowała, by określić ją mianem nowotworu, najpospolitszego raka. Dla porównania Crane'a – jako kompletny wytwór społeczeństwa zakłamanej do cna, owiniętej nimi niczym pajęczą siecią, nie posiadał świadomości tego, co kryło się za murami miasta i doprawdy nigdy nie poznałby prawdy, gdyby jego droga nie przecięła się z jasnowłosym, niepozornym Duncanem. Kolejne kłamstwo do kolekcji, pozornie nieszkodliwe, wymuszające jednak wyjście z roli studenta medycyny, jeśli utalentowany pianista miał dostać to drugie życie, lecz ono jedno wystarczająco przelewało dość znacząco czarę goryczy i zarazem budziło kolejne nieoczywiste pytania.
Jak na ironicznie zrządzenie losu dla Dr Jekylla największą — ponoć — rolę odgrywała medycyna, lecz Hyde bądź Zhan Crane w tym miejscu stawiał nie kulturę osobistą, nie kulturę odrodzonych miast, nie piękno — a muzykę klasyczną i pianino. Pasja obydwu wręcz zarażała, trzymała mocno w ryzach, stanowiąc punkt odniesienia, pozwalając postrzegać rzeczywistość w nieco innych barwach, w odrębnym świetle. Być może to Lis dostrzegł w młodym, utalentowanym pianiście, to swoiste podobieństwo między nimi nieodznaczające się ani w spojrzeniu, ani w wyglądzie zewnętrznym. Znajdowali się wówczas, jak i obecnie — na zupełnie innym płaszczyznach wynikających ze świadomości i przeogromnej różnicy wieku zgoła podobnej do przepaści; to samo tyczyło się empatii.
Zhan Crane nie potrzebował dokładnego zrozumienia co oznaczały w teorii dwa skumulowane jady w jego organizmie — istny kataklizm. Wcześniej zaaplikowany do jego organizmu wirus X potrzebował czasu na rozwój, a tego niestety nie gwarantowało słabe zdrowie i zaostrzająca się gruźlica, która wraz z przepracowaniem pianisty, zbierała przeogromne żniwo. Wprowadzenie mieszaniny jadów było niezwykle ryzykowne, mogło w więcej niż 50% zakończyć się fiaskiem, jeśli założyć, że wirus X nie przyjął się wystarczająco, aby udźwignąć to wobec wyniszczonego, zrujnowanego nieuleczalną już chorobą Crane'a. Wspomniana mieszanina — w stężeniu okazywała się śmiertelna z racji specyfiki jadów mamby czarnej i kobry królewskiej; u Crane'a w przeciągu niewielu minut wywołała ona ostry paraliż mięśni oddechowych, prowadząc do uduszenia, lecz związana była również z dwoma aspektami: paraliżem ciała, lecz zachowaniem pełnej świadomości, a także niewyobrażalnym, palącym od środka bólem, której ukoronowaniem było duszenie się. Uszkodzenia układu nerwowego były niemożliwe do uniknięcia, stąd wyższy próg rejestrowania bólu — doszło bowiem do rozległego uszkodzenia receptorów, które za to odpowiadały, a całości dopełniała niezdolność do odczuwania różnic temperatur jako druga pamiątka efektów ubocznych po dwóch jadach. Czy Dr Jekyll mógł być nie do końca świadom dramatycznych konsekwencji, której efektem końcowym okazać miało się wspomniane nowe życie? Owszem, zakładając, że nie specjalizował się w tak szerokiej znajomości węży, a jedynie medycynie. Nie zmieniało to jednak faktu, że ponosił za każdą z osobna konsekwencje, włącznie z brakiem zadowolenia ze strony Zhana, czy jego pogardą do siebie samego. Jekyll je znał i ewidentnie nie przyjmował opinii pianisty do wiadomości; nadmuchane ego, by mu na takie poniżenie nie przyzwoliło.
Zhan jednak już wiedział, czym był wirus X, odczuł jego przytłaczającą siłę na swojej własnej skórze aż nazbyt dobrze; mógł wszystkiego nie pamiętać, tak też w rzeczywistości było, stale obrzucany przez strzępki z odmętów własnej pamięci, które nie składały się w zrozumiałą, a co dopiero logiczną całość. Zapewne przez tę świadomość i słowa, które wyły mu się w umysł tuż przed śmiercią, a które padły z ust sprytnego, zdradliwego Lisa, wciąż rezonowały we wnętrzu jego czaszki. Dlatego pewnie ta bliskość, choć w żadnym wypadku nieobojętna pianiście (taki stan rzeczy byłby pożądanym, lecz niewykonanym w obecnych okolicznościach), spotykała się z jego nieufnością, budziła niepokój, zapalała czerwoną lampkę w głowie. W jego aktualnym stanie nie sposób, by oczekiwać porządnej reakcji, więc odsunął się od niego z lekkim opóźnieniem, lecz nie na tyle szybko, by Jekyll zaprzestał swoich niecnych planów. Chcę naprawić ten błąd — jeśli ta wypowiedź miała na celu ukoić pianistę, to wzbudziły w nim masę dodatkowych podejrzeń, zwłaszcza przy wymuszonym niedługo potem pocałunku. Ostry skalpel z łatwością przeciął chudą, napiętą skórę; ból dotarł do niego chwilę później — najpierw w postaci lekkiego ukłucia, które urosło do monstrualnych rozmiarów. Jeśli istniało coś czegoś nie znosił, to właśnie metalicznego posmaku krwi w ustach, który nieodłącznie towarzyszył mu schyłku ludzkiego żywota. Ciężko było określić czy bardziej skrzywił się w momencie wyczucia go, czy na towarzyszący mu ból.
To doprawdy żałosne — skomentował i roześmiał się krótko, szczerze rozbawiony, a dźwięk ten nie doszukał się współbraci z przyczyny zgoła oczywistej – objawiającej się bólem rezonującym z pleców, gdzie skierował również bladą, niepodatną na słoneczne uroki dłoń. Na długich palcach odznaczyła się posoka, a Zhan Crane wiedział aż nader dobrze, że w związku ze swoim mizernym stanem fizycznym nie będzie zdolny do wykorzystania mocy regeneracji, którą, jak na ironiczne zrządzenie losu, miał okazję bliżej poznać i stracić na nią sporo energii. Zakrwawiona dłoń pianisty na chwilę zatrzymała się na szyi Lisa, na szczęście nie w geście, który zapadł mu w pamięć w momentach jego afektu fizjologicznego, by rozmazać posokę na jednym z jego policzków. — Naprawdę nie masz godności, jeśli uważasz, że cokolwiek możesz mi zwrócić na tym etapie, na którym się znajdujemy. — mruknął po chwili, odczuwając znajome problemy z oddychaniem, tak jakby poprzednie zajęcie go pochłonęło w jakimś minimalnym stopniu jak gra na ukochanym instrumencie. — Zachowujesz się jak skrzywdzone, dzikie zwierzę, którego postrzeganie zostało znacznie uszczuplone przez krzywdzącą działalność człowieka. — Czyżby sugerował, że coś go upośledziło? Ubytek krwi ze świeżej rany sączyła się powoli, nie była to tętnica, aby jej ubytek był nagły i szybki. Crane poruszył się niechętnie, zbliżając powoli do Dr Jekylla zapatrzonego w czubek własnego nosa, wypatrującego z niemą lubością cierpienia, wymalowanego na twarzy swoich pacjentów, stanowiących co najwyżej sposób do zabicia czasu; tą samą zakrwawioną ręką wsparł się na trawiastym podłożu, drugą zaś chwycił jasnowłosego Anglika za podbródek; trudno ocenić czy dobrze wycenił użytą siłę – w tej formie nie należało to do łatwych zadań. — Obydwaj wiemy, że jedyną osobą, którą może zaboleć moja śmierć jesteś ty. Na mnie jej kurtyna nie wywarła wrażenia, ani za pierwszym razem, ani za tym, przecież już jestem martwy. — wyszeptał mu wprost do ucha, cofając się na wcześniej zajmowane przez siebie miejsca. Oczywiście, że odczuwał ból, choć zdawał się docierać do niego z lekkim opóźnieniem, jak na wzór echa, lecz ten wcale nie osłabł. Dla lekarza takiego jak Jekyll równie niekwestionowanym faktem powinna być świadomość, że ten dodatkowy wysiłek ze strony Crane’a przyspieszał ubytek krwi.

_________________

'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }



Hyde
-----------
Pianista     Opętany

avatar

Liczba postów : 430
GODNOŚĆ : Zhan Crane.

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Jekyll on Czw Paź 12, 2017 9:46 pm
Na nieszczęście Crane, Halliwell nie zdążył podpisać klauzuli sumienia, dlatego został całkowicie zwolniony z jej przestrzegania. To czy działał na czyjąś korzyć, czy też nie — nie miało dla niego znaczenia. W historii ludzkości podstęp medyczny zawsze wzbudzał sprzeczne emocje i moralne, po dziś dzień nie rozstrzygnięte dylematy, ale mimo ich istnienia, człowiek w obliczu perspektywy śmierci chwytał się wszystkiego jak tonący brzytwy. Pianista w tej materii nie był żadnym wyjątkiem; mógł wieść te swoje spokojne, pozbawione trosk i odpowiedzialności życie kosztem tych, którzy ponieśli za nie w przeszłości straty.
Nie jesteś zbyt bystry — ocenił krótko, bo spostrzeżenie Anglika posiadającego chińsko brzmiące imię – jego etniczność wzbudzała w doktorze pewne podejrzenia - nie było odkrywcze, nie podziałało również na Dr jak zimny prysznic, zresztą jak żadne inne słowo, które w opinii Wymordowanego z lisimi genami było czczym pierdoleniem, kogoś kto posmakował dorosłości tylko na dokumencie o niej świadczącym, bo przecież pianista był idealnym przykładem kogoś, kto utknął w świecie oczekiwań, pięknie dobranych słów i rozczarowującej iluzji. Utopijnej wizji życia nie mającego racji bytu.
Godność? Kodeks moralny? To ograniczenia, bzdury. Porzucił wszystko na rzecz medycyny, która była jednym, trwałym punktem w jego życiu. Wszystkie aspekty, które czyniły go ludzkim, wyparowały, a teraz miał zamiar unicestwić ostatnie pokłady człowieczeństwa, zalegające w nim jak w człowieku niedoleczona choroba. Nazywały się Zhan Crane, albo raczej Hyde.
Odsunął się od swojej słabości, która właśnie awansowała na stanowisko ciężaru, z wyraźnym obrzydzeniem, jakby była rozpowszechniającą się w z szybkością dźwięku zarazą i podlegała kwarantannie.
Śmiech w pewnych sytuacjach jest pierwszą oznaką histerii — ocenił krótko zachowanie Crane'a, dla którego nie widział dalszych perspektyw. Był rozchwiany emocjonalnie i przesadzał. Zaprzeczał własnym słowom i gubił się w zeznaniach, jak dziecko we mgle. Zachowywał się jak ktoś na skraju śmierci, ale tak właśnie było – balansował nad przepaścią, aby w końcu stracić równowagę i wpaść w jej niezgłębioną przez nikogo otchłań. Powoli umierał, a krew sącząca się z rany przyśpieszała ten proces. Bernardyn nie miał zamiaru interweniować i udzielać mu pomocy medycznej. Jego wzrok, którym omiótł Dobermana, był chłodny i zdystansowany, jakby był dla niego całkowicie obcym, niepowiązanym w żadnym sposób bytem.
Otworzył apteczkę i wyjął z niej chusteczkę higieniczną - ostatnią z jego wyposażenia. Owinął w nią zakrwawiony skalpel, którego musiał po powrocie do kryjówki poddać sterylnym zabiegom.
W pierwszej kolejności, jestem doktorem, Crane'a, zatem ty jesteś moim pacjentem, a raczej eksperymentem — odparł. — Przeprowadziłem na tobie wszystkie badania, które chciałem. Twoja data ważności się skończyła, dlatego podtrzymywanie cię przy życiu nie ma już najmniejszego sensu — stwierdził, uważając, że ma pełne prawo do decydowania o losie, kogoś kto najwidoczniej nie umiał go udźwignąć. — Zresztą oni prędzej czy później i tak cię dopadną, Crane. — Na ustach Bernardyna ukształtował się złowieszczy uśmiech. Nie musiał pytać, by zrozumieć, gdzie pianista przebywał. Znał metody S.SPEC, choć nigdy nie zapoznał się z nim na własnej skórze, to jednak był świadkiem ich użycia nie raz, współpracując z nimi na początku ich działalności. Nie musiał też pytać, gdzie Zhan zgubił żółtą chustkę, którą należała do Hyde’a. Najprawdopodobniej została skonfiskowana. Nie pytał też, dlaczego jeszcze żyje, mimo iż teoretycznie powinien być martwy. Wiedział, dlaczego. Wiedział, co było ceną za przeżycie, ale wiedział też, że pianista nie posiadał zbyt wielu ważnych informacji, z którymi mógłby się podzielić, bo Zhan Crane nie był Hyde’m i nigdy nie upodobni się do niego nawet minimalnym stopniu. Nie był zatem obsesją Jekylla. Zhan Crane był dla doktora całkowicie obcą osobą, a nawet jeśli jego śmierć wyrwie na Bernardynie jakiekolwiek wrażenie, to prędzej czy później, one zniknie. Jak wszystko inne. Zostanie zmielone przez upływ czasu jak kawa w młynku. Pozostanie tylko aromat, który w końcu wywieczeje.
Wielokrotnie powtarzałem twojej zezwierzęconej osobowości, co jest karą za nieposłuszeństwo. — Zamknął apteczkę, chwycił ją w jedną rękę i wstał. — Teraz muszę wyciągnąć konsekwencje z jego niesubordynacji. — Zielone tęczówki spoczęły na szkielecie ptaka. Jedna z nich, ta, w której znalazł się artefakt, zmieniła barwę na żółć. Przydeptał go podeszwą buta, ignorując niezadowolony pisk Sadie, która zaraz doskoczyła do Dr z pazurami, urażone, że ten tak brutalnie obszedł się z jej nowym kompanem. Wskoczyła mu na ramię, szybko się przemieszczając w akompaniamencie nienawistnego syku. Złapał ją bezlitośnie zakrwawionym palcami za kark, trzymając w stosunkowo bezpiecznej odległości od swojej twarzy.
Kiedy odsunął buta, Earl już nie żył. Zmienił się w nieruchome, pomieszczane niczym puzzle popękane kości. Pazury zwierzęcia wbiły mu się do nadgarstka. Jekyll w odwecie wcisnął małe stworzonko do głębokiej kieszeni z dziurawą podszewką, do której wpadło, szamocząc się dziko, po czym odwrócił się napięcie.
Transakcje uznał za zakończoną. Zhan Crane nie musiał mu płacić za prywatne leczenie. Byli kwita.

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1525
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Aequalis on Sob Paź 14, 2017 9:37 pm
W głowie Aequalisa trwała niesamowicie silna i zawistna burza myśli i uczuć, miotająca na prawo i lewo jego logiką, sumieniem oraz preferencjami. Niechęć wychodzenia naprzeciw okazji suszyła mu gardło niczym burza piaskowa na Desperacji, wstręt dzikich wspomnień wykręcał mu niemiłosiernie żołądek wytrącając resztki skromnego pokarmu pod samą krtań, gdzie słono-kwaśny posmak zaszczycał jego biedne kubki smakowe, a miliardy igieł nasączonych przerażeniem bestialsko wbijały się w jego serce, gdy tylko wspomnienia o Tym Potworze powstawały z martwych jak trupy, wymordowani, którymi byli. Minęły wieki wypełnione spokojem i wolnością, które Aequalis niezmiernie doceniał i w których obiecał sobie, że jak tylko jego Najwyższy Ojciec i Pan uraczy go okazją wyrwie głowę temu bożkowi szaleńca wraz z kręgosłupem i powiesi na najbliższym suchym pniu zmarniałego drzewa, aby wszyscy wiedzieli, że oprawca tej biednej ziemi został pokonany.
Lojalność, wiara i obowiązki… te nieszczęsne cechy gloryfikowane przez rogacza niestety odbierały mu możliwość dopełnienia swej obietnicy. Ao nie zaszczycił go swoimi łaskami, a wręcz przeciwnie - upokorzył nakazując mu teraz szukać pomocy w byłym oprawcy.
Tak, więc znalazł się tutaj. Leciał w przestworzach smagany przez wiatr w miejsce, w którym rzekomo dostrzeżono bernardyna psiarni i nie oszukano go. Z nędznej smugi chmur wyłoniły się stosunkowo szybko szczyty wzgórz, na których widniały dwie wyraziste sylwetki. Prorok powstrzymał mdłości, przełknął kwaśną ślinę i zatrzepotał mocniej skrzydłami przyspieszając. Przepłynął w powietrzu jedno koło, niczym sokół obserwujący polanę z wysoka, zanim nie zapikował w dół twardo lądując na ziemi parę metrów przed nieszczęsnym Doktorem. Ziemia wokół zatrzęsła się od jego ciężaru, a Aequalis nim zdążył podnieść się z klęczek rzucił się na Jekylla. Nie minęła nawet sekunda, moment grozy, czy zaskoczenia. Niczego. Rogacz nie czekał na nic. Pragnął jego śmierci bardziej, niż błogosławieństwa swego boga. Sięgnął po jego szyję, chcąc unieść nędznika w powietrze i powoli dusić jego wątła szyję, tak łatwą do złamania.

_________________
#e3a629


IF I LOSE CONTROL
                                    I FEED THE BEAST WITHIN

::




Aequalis
-----------
Prorok     Oswojony

avatar

Liczba postów : 495
GODNOŚĆ : Aequalis Tremoris

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Hyde on Nie Paź 22, 2017 11:47 pm
Na nieszczęście zapatrzony w czubek własnego nosa Dr Jekylla był dobry tylko w jednej dziedzinie — medycynie. Ocena pochodzenia czy etniczności szła mu marnie, o ile nie tragicznie, niemal tak samo, jakby ktoś nagle wcisnął mu rzeczy to dziergania i poprosił o stworzenie czegoś — chińsko brzmiące imię Anglika nie świadczyło w żadnym razie o niczym, a jedynie o upodobaniach jego względem imion matki. Niezależnie od słów, którymi jasnowłosy chciał miotać na oślep jak mieczem, nie był w tej materii tak dobry jak Zhan Crane; jego odpowiedzi nie do końca łączyły się z oceną pianisty, lecz nie musiały. Każdy z nich wiedział jak sytuacja się prezentowała. Jekyll znał ciemnowłosego Anglika niemalże na wylot, znając wszystkie jego słabości, czy światopogląd. Takiej przewagi nie posiadał Zhan Crane, lecz to wcale nie przeszkodziło mu w racjonalnej ocenie i wyciągnięcia wniosków z tego, że żył sto pięćdziesiąt lat, wbrew przeciwstawnym zapewnieniom Jekylla, które mówiąc w całkowicie jego stylu: były do rozbicia o kant dupy, czcze tłumaczenia nie mogłyby wpłynąć na nic.
Niedługo pewnie zaczniesz histeryzować, jak runie ta twoja udawana fasada spokoju. Nie przykrywaj się byciem doktorem, to nader niestosowne i niesmaczne — skomentował beznamiętnie Zhan Crane, subtelnie krzywiąc się z niesmakiem i wracając na poprzednie miejsce, które zajmował na trawie. Nie oczekiwał niczego po tym fałszywym osobniku, a ten jedynie utwierdził go w przekonaniu, by jakiekolwiek zaufanie do jego godnej pożałowania osoby miało ograniczony charakter. Zadana rana na całej długości skalpela, z której w rzeczy samej powoli wydostawała się ciepła posoka. Niedługo zapewne poczuje większe skutki tego, a przyspieszy ten proces znacząco jeśli zacznie się ruszać. — Zamilcz, twoje tłumaczenia zostaw dla osoby, która naiwnie w nie uwierzy i przyjmie za prawdę. — Uniósł widocznie podbródek, rzucając mu krytyczne spojrzenie. Chowanie się za etykietką lekarza była wygodna, zwłaszcza dla kogoś takiego życiowo skrzywdzonego jak Jekyll, pozwalało mu to przetrwać i utrzymać go w przekonaniu, że ma nad czymś kontrolę. Zhan Crane uśmiechnął się lekko, sięgając lewą ręką w stronę karku, na którym poczuł znajome wybrzuszenie. Nie było widoczne, lecz dało się je wyczuć bez najmniejszego trudu. — Oni? — powtórzył, mrużąc delikatnie oczy. Zakres tak szerokiej wiedzy i obycia u Jekylla widocznie go zainteresował. — Skąd wiesz, czy nie mają na mnie oka nawet teraz? Mam coś co może ich interesować w przyszłości, ale muszę odpowiednio popracować nad ułożeniem tego w swojej głowie. Jak zapewne się domyślasz, mam poważny problem z nieskładnymi wspomnieniami, których nie rozumiem. — odparł szczerze, z domieszką wyższości w głosie. Wszystko co zrobił w akcie swojej zezwierzęconej natury wykraczało poza jakąkolwiek kontrolę Zhana Crane'a i stanowiło czarną przestrzeń, do której ten nie miał najmniejszego dostępu. Nie pojmował jej, stanowiła zlepek nielogicznych, nieukładających się w całość scen, w których przewijało się parę twarzy, których nie umiał nawet poprawnie nazwać. Już sama świadomość win, krwi na rękach działała na niego paraliżująco, wpychając go w ramiona depresji, burząc jego fundamenty i wiarę we własne człowieczeństwo, które miało mu przyświecać niczym płomień świecy odpychający mrok. Jako Zhan Crane nie mógł sobie pozwolić na taki upadek moralny i obojętność, nie zniży się do poziomu Dr Jekylla, niezależnie od jego życzeń.
A wyciągnąłeś konsekwencje przy mnie, wiedząc, że nie zrobię ci krzywdy, czyż nie? Widzę, że odwaga się ciebie trzyma, dzielny doktorze — Anglik zakpił wyjątkowo złośliwie, jak na siebie i własne możliwości, wyzbywając się swej stałej uprzejmości, przyglądając się kościom, które opadły na trawę jako pozostałości po Earlu. Karanie bestii formą uśmiercenia jego pupila, jedynego towarzysza musiało być aktem desperacji w próbie utemperowania go, lecz teraz egoistyczny Jekyll nie miał żadnej władzy. Chyba nawet nigdy jej nie posiadał; kontrola nad Hyde'em była znikoma, a on nie potrafił utrzymać go w ryzach – w innym wypadku nie wyszedłby i nie spoliczkowałby Lisa. Próba grożenia, a co dopiero zabicia Earla mogłaby być dla Dr Jekylla doprawdy tragiczna, gdyby miał przed sobą Węża. Najwyraźniej Sadie – wiewiórka darzyła swojego właściciela najczystszą z możliwych form nienawiści, którą jedynie jasnowłosy Anglik pogłębiał.
Nie minęło wiele czasu, ledwie parę sekund, gdy Lis wrzucił wiewiórkę do kieszeni, rozprawiając się tymczasowo z jej agresją, następnie podniósł się i zamierzał odejść, gdy zdawać, by się mogło zrobiło się ciemniej, ziemia zadrżała pod czyimś ciężarem, a podmuch nagłego wiatru sprawił, że Zhan Crane zmuszony był się na moment osłonić, gdy jego ciemne, czarne włosy zostały namiętnie zmierzwione przez niego. Kiedy odsunął rękę, na której widniała zakrzepła już krew i jego oczom ukazało się przeogromne monstrum, które pochwyciło Dr Jekylla za gardło, uzewnętrzniając swoje negatywne emocje do tejże jednostki, to z kolei dało pianiście jasno do zrozumienia, że doktor nie był zbyt popularną i lubianą osobą, ale czy powinien się tym dziwić? Tym nie, lecz pojawieniem się tegoż stwora już tak, zdezorientowanie i zdumienie zawitało na twarzy ciemnowłosego, uwidaczniając się w rozchylonych wargach; zapomniał nawet o dającym o sobie znać bólu ze zranionych plecach. Nie ruszył się z miejsca, tylko przyglądał się tej nietypowej, zupełnie nieoczekiwanej tego dnia scenie.

_________________

'Cause I could touch a hundred thousand souls
But none of them would ever feel like home
{ theme | CraneHyde | poszukiwane relacje }



Hyde
-----------
Pianista     Opętany

avatar

Liczba postów : 430
GODNOŚĆ : Zhan Crane.

Powrót do góry Go down

Re: Wichrowe szczyty.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry