Strona 3 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Sty 31, 2016 5:53 pm
    
Zwłoki pokracznych bestii malowniczo zdobiły brzeg. Krew i śluz zmieszały się z piachem tworząc barwne plamy, a panujący półmrok dodawał tajemniczości gotyckiemu obrazowi rzeczywistości. Jak postać pierwszoplanowa, Ford stała wsparta nogą o zagłębiony w ciele śluzołapa nóż, a promyki światła padały na jej rozwichrzone, mokre włosy z całym stadem ziarenek piasku. Postapokaliptyczny, XIV-wieczny obraz na całego.
Niestety to nie był koniec pracy dla pani eliminator, ponieważ został jeszcze jeden cel. Pierwszy raz nie paliła się do swojej roboty. Z cichym westchnieniem wyjęła kajdanki i popatrzyła na krzątającego się Sleipnira. Doszli chyba do początkowej części, w której ona oznajmiała mu, że musi go aresztować. Wtem ich spojrzenia się spotkały, a łowca podszedł do niej powoli. Chyba to nie będzie takie trudne, skoro sam do niej przychodzi. Schowała trzymającą kajdanki dłoń do kieszeni spodni i uśmiechnęła się krzywo. Jej piękna wizja w której to Sleipnir grzecznie wyciąga rączki i aż błaga by go skuć, prysła bardzo szybko. Po tej całej rzeźni i ferworze walki, gdy wyjątkowo wróg walczył z wrogiem ramię w ramię, pocałował ją. Zszokowana Ford kompletnie zapomniała o ściskanych kajdankach. W nagrodę ugryzła lekko Sleipnira w dolną wargę i odsunęła go stanowczo od siebie. A przynajmniej próbowała, bo facet waży więcej od niej, nie wspominając o tym, że góruje nad nią wzrostem.
Spojrzała na niego spode łba, a w oczach widać było tylko sceptyczne pytanie „no serio?!”
Gdy odsunął się i zaczął pakować, ekspresowo zaczęła zbierać manatki. A chciała go przeprosić, że uświniła mu krwią i śluzem podartą koszulę, która i tak się na mało zdała, bo dłonie piekły ją niemiłosiernie. Ale tego nie zrobi, może się pożegnać z tą częścią garderoby, bo z pasją wycierała o nią swój nóż. Przynajmniej torowanie bólu zadziało, dlatego nie czuła już skutków spotkania z trującą wodą. Gotowa do ewakuacji stanęła pewnie na grząskim gruncie i planowała najzwyczajniej w świecie dać nogę. Już pal licho łowcę, tym razem mu się upiecze. Na nią czeka gruntowne badanie medyczne, zanim się okaże, że wirus X obrał ją sobie za cel.
Znaczne ochłodzenie temperatury wywołało mały alarm w podświadomości Ford. Kolejny wróg? Jakoś nie miała ochoty tego sprawdzać. Chojrakowanie nie jest jej cechą. Tacy giną pierwsi.
Zanim dała nogę w jakiś załom jaskini, Sleipnir ponownie do niej podszedł. Wyprostowała się, tym razem przygotowane na ewentualne niespodzianki.
- A żeby cię cholera wzięła, Armstrong. – powiedziała swoim niskim głosem, po czym skuła mu dłoń kajdankami. Fakt, nie była przygotowana na kulturalne walnięcie z bańki, ale wiedziała, że coś się szykuje za czułymi słowami pożegnania. Bez namysłu skuła też swoją dłoń. To ostania rzecz jaką pamiętała, bo ogłuszający ból wciągnął ją w ciemność.
Księżniczka w glanach padła w ramiona czerwonookiego księcia i złączeni żelaznym węzłem kajdan za pomocą jego biednego Anioła Stróża jakoś muszą się wydostać.

[z/t]

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Pon Lut 01, 2016 2:34 am
    
- Coś. - Zaznaczył i nieprzychylnie spojrzał na nieprzytomną, a potem na Slepnira. - Coś na pewno. - Lecz zdecydowanie mogłeś więcej. Dodał już w myślach, lecz sam łowca mógł to niedopowiedzenie wyczytać z oczu anioła, gdy ten ciągnął z głowy hełm. Zawsze wyjątkowo łatwo było odczytać myśli Williama z jego twarzy, a on sam doskonale zdawał obi z tego sprawę. Wykorzystywał więc to by, o dziwo, w sposób dosadniejszy wyrażać to co sądzi o decyzjach swego podopiecznego.
- Doprawdy. - Uniósł nieznacznie jeną z brwi gdy ten wspominał o pożyczaniu. Właściwie było to pytani, które zabrzmiało wyjątkowo twierdząco.
Musieli się wydostać...To ci niespodzianka. Willian westchnął i nałożył na głowę hełm, podążając za Slepnirem, który niósł w ramionach wojskową niewiastę. Widok ten był niecodzienny, lecz nie budził w stróżu nowych myli czy też pytań. Jego zadanie na chwilę obecną polegało na bezpiecznym doprowadzaniu Sleia do domu i dopilnowani by nie naraził się na gniew boży. Anglik bowiem zdążył sobie już popaść w niełaskę długą listą przewinień. Will nie miał zamiaru pozwolić, by przy nim się powiększyła, choć nie wyglądało na to, by kobiecie groziło co ze trony łowcy.
Burza przeszła.
Will rozprawił się z kajdanami łączących łowce i wojskowego.
Jakże niecodziennie.
Gdy Sleiowi nic nie groziło, Will zamierzał zadbać również o bezpieczeństwo ludzkiej kobiety, a więc odstawić ją tam, gdzie jej luzie będą mogli ją znaleźć i zabrać do siebie. W odpowiednim momencie poinformował więc o tym łowcę i jak powiedział - tak zrobił.
Był aniołem.

z/t

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Sleipnir on Pon Lut 01, 2016 11:55 am
    
KONIEC WYDARZENIA.


avatar
Sleipnir

Zastępca






GODNOŚĆ :
Marcus Sleipnir

Liczba postów :
886


Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Cze 19, 2016 5:33 pm
    
Desperacja była akurat taką przestrzenią, w której Shinichi wbrew pozorom czuł się o wiele bezpieczniej. Miasto nigdy mu nie odpowiadało. Miejsce pełen buców, chamów, arogantów i ludzi, którzy chcą zabrać Kurokawie pozycję sprzed nsoa. Dlatego też skrzydlaty często korzystał ze wszelkich okazji, które pozwalały mu na wydostanie się poza te dławiące mury. Dzisiaj jedna z nich wpadła w jego podłe łapska. Los akurat chciał, że naukowcy wynaleźli nowy komponent do skrzydeł, który rzekomo miał usprawnić ich działanie. Większa stabilność, łatwiejszy zapłon, a przy tym lekko zwiększona prędkość lotu. Oczywiście wszystko to nadal było w fazie testowej i mądrale w okularkach wymieniali Shinichiemu co takiego może się stać, ale brunet jakoś nie za bardzo zwracał na to uwagę. Jakieś pożary, wybuchy, odcinanie zapłonu i inne cuda. Na co mu to wszystko, jeśli prawdopodobnie i tak nie przeżyje spotkania z ziemią, jeśli zacznie spadać? A nawet jeśli jakimś cudem uda mu się przetrwać, to zapewne skończy z połamanymi nogami lub rękoma, a w takim stanie z Desperacji na pewno sam nie wróci. Niby naukowcy dali mu też nadajnik GPS, który ma nastawiony alarm co pół godziny. Jeśli żołnierz nie naciśnie go w ciągu dwóch minut od uruchomienia, wtedy wysyła on sygnał do bazy i ktoś po niego przylatuje. Niby przydatne, ale raczej do odzyskiwania zwłok, bo w takim tempie na pewno nie zdążą nikogo uratować.
W każdym razie Shinichi nie zamierzał zwlekać. Założył specjalną koszulkę z dziurami na plecach, która była przeznaczona dla skrzydlatych i stanął na murach. Tam też rozłożył skrzydła i zaczął przecinać przestworza metr za metrem.
- Lot stabilny, skrzydła wytrzymują. Na razie nic się nie ujebało. - zakomunikował przez odbiornik, który miał w uchu i leciał dalej bez słowa. Instrukcje były jasne. Lecieć na dość wysokim pułapie, żeby ludzie na dole nie byli pewni co właśnie ich mija i jednocześnie kierować się nad teren, na którym nie mieszka zbyt wiele istot. Shinichi doskonale rozumiał takie zalecenia. W końcu skrzydlaci powinni pozostać w ukryciu jak najdłużej się dało, a ich tożsamość nie powinna wychodzić na jaw. To były jednak tylko podręcznikowe reguły, których mało kto tak naprawdę przestrzegał. Przecież o skrzydlatym nie dowiaduje się od razu cała Desperacja, a alkohol potrafi wymazać wszystkie wspomnienia. W każdym razie Kurokawa na razie skupaił się bardziej na losie. Trochę nim trzęsło na boki, ale nie uznał jeszcze, że to wystarczający powód, żeby kontaktować się z bazą. Mogła to być równie dobrze wina wiatru, który wiał dziś dość mocno. Jedyne zbawienie dla ciepła, które powoli zaczynało bić od metalowych skrzydeł nagrzewanych przez słońce i silniki.


Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Cze 19, 2016 8:31 pm
    
Shin mógł naiwnie liczyć na spokojne popołudnie. W końcu, no kto może mu poprzeszkadzać w przestrzeni? Jakiś zabłąkany, paskudny latający wymordowany? A może samolot? A może… O Boże. Może ona?
Stańmy przed pewnymi faktami.
Na tejże trasie rzadko kiedy, z przyczyn oczywistych, zdarzały się korki, roboty drogowe, czy wszelkiego rodzaju nieszczęsne karambole. A jednak, jak widać tu również roiło się o piratów… powietrznych? Halo, policja! Proszę przylecieć pod skaliste wzgórza, ktoś tu przekroczył dozwoloną prędkość lotu.
- Hej sweetheart! Po twojej lewej! – Zdążył tylko usłyszeć, przy akompaniamencie czegoś brzęczącego, kiedy śmignęła koło niego blondwłosa strzała. Czyżby jakaś młódka, która cudem dostała się po znajomości do skrzydlatych?
Wyhamowała, pozwalając mu się sobie przyjrzeć.
- Aniołku, bezpiecznie to tak latać bez trójkąta ostrzegawczego? Dokumenty do kontroli.- Zaśmiała się, krzyżując nogi w przykrótkich poprzecieranych spodenkach w oczojebnie wręcz różowym kolorze. Do tego zbyt luźna koszulina na ramiączkach z napisem „all men must die” i czarne trapery. Jedna skarpetka w czarno-białe koty. Druga w szare paski. I wreszcie to nieszczęsne źródło brzęczenia pod postacią kilkunastu metalowych bransoletek.
Skrzydła dziewczyny nie przypominały tych stworzonych przez spec. Smukłe, nieskazitelnie wręcz białe, aczkolwiek w paru miejscach sprawiały wrażenie nierówno zrośniętych, jak kości, którymi zajęły się niezbyt fachowe ręce.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Cze 19, 2016 9:29 pm
    
Wymordowany, samolot, rakieta czy Faustynka? Cztery możliwości, ale tylko jedna śmiertelna. Tak, zgadliście - Faustynka. Może i Shinichi jej jeszcze nie znał, ale kiedy przeleciała po jego prawej stronie od razu ogarnęło go dziwne uczucie podirytowanie. Sweetheart? Znał to słowo, dzięki nauce angielskiego, ale w tej chwili nie był pewien czy powinien się z tego cieszyć. Na twarz bruneta od razu wkradł się grymas niezadowolenia. Kto to był? Czemu śmiała się do niego tak odezwać i dlaczego zachowywała się w taki sposób? Odpowiedzi na część tych pytań przyszły dość szybko. Kobieta się zatrzymała, a po chwili dotarł do niej również Kurokawa. Oczy przymrużone, usta wykrzywione w grymasie, a ręce założone na klatce piersiowej. Shinichi nigdy nie ukrywał tego, że ludzi oceniał często po wyglądzie, a jeśli chodzi o nieznajomą, to ten był dość nietypowy. Różowe szorty nie były w jego stylu, ale za koszulkę mógł jej dać porządnego plusa. Gdyby tylko nie zirytowała go dwoma zdaniami, to zapewne podszedłby do całej sprawy inaczej.
- Wszystko w porządku, kontynuuję lot. - powiedział niby do siebie, ale przy okazji podniósł rękę do ucha i nacisnął nadajnik. Naukowcy odczepią się na parę najbliższych minut, a on będzie mógł się zająć się nieproszonym gościem. Blondynka? Najwyraźniej nie tylko z wyglądu. Jednak była jedna rzecz, która interesowała Shinichiego bardziej - skrzydła. Te nie były metalowe, na pewno nie pochodziły też z miasta. Duże, śnieżnobiałe, wyglądające tak, jak u gołębia. Wszystko było jasne - spotkał anielicę. Cholera, kolejną! Teraz jest ich więcej niż wymordowanych.
- Nie jestem żadnym aniołem. Strzeliłbym sobie w głowę, gdybym się odrodził jako ten kurczak. - odpowiedział z wyraźną pogardą w głosie. Nie podejrzewał, żeby kiedykolwiek dane było mu się stać tym rodowitym mieszkańcem Edenu, ale jakoś szczególnie z tego powdu nie zamierzał płakać - A co do dokumentów, to zrobimy tak. Ty stąd znikniesz, a ja nie zabiorę Cię ze sobą na przesłuchanie do miasta. Nic nie widziałaś, nic nie pamiętasz. Jak po mocnej imprezie. - zakomunikował jedyne, sensowne rozwiązanie, które mu teraz przyszło do głowy. Anioł nie był zagrożeniem. Teoretycznie powinni być neutralni, więc nikt się nie dowie o małym usprawnieniu Kurokawy. Dodatkowo, nawet jeśli chciałby ją pogonić, to i tak nie dałby rady z powodu niekompetencji naukowców. Pozostało się tylko modlić, że ta zwariowana blondynka da mu spokój i jak najszybciej stąd odleci.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Cze 19, 2016 10:10 pm
    
- Nie żebym nie chciała czy coś… Ale wiesz… Widzę w tym całym twoim rozumowaniu, malutki… minimalny problem.- Bardzo charakterystycznym gestem dwóch jedynie delikatnie rozsuniętych palców pokazała jak mały problem widzi w tej całej sytuacji.- Żeby mnie zabrać do Miasta… Musiałbyś mnie złapać. A tego nie zrobisz… Bo latasz gorzej ode mnie.

Prosta, całkowicie logiczna matematyka, prawda? Parsknęła śmiechem, odgarniając z twarzy krzywo ściętą grzywkę.
- Po mocnej imprezie pamięta się wszystko. Z nagrań, opowieści, czasem z nagłówków gazet…
Znacie ten irytujący motyw, w każdej bajce, gdzie wróżka kręci przeróżne piruety rozsypując dookoła siebie magiczny pyłek? Faustine robiła to samo. Co prawda nieuzbrojona w brokat, ale ze stwierdzonym zapewne ADHD, latała z jednej strony na drugą.
W pewnym momencie podleciała na odległość dłoni.
- Niesamowite masz te skrzydła, wiesz?- Przechyliła głowę przyglądając się technologii. Nawet wyciągała już palce co by podotykać, kiedy nagle poczuła zawroty głowy.
Kichnęła raz. Potem drugi, przy okazji gubiąc parę piór.- Inzwinietje, alergia. Ale.. Ale! Co taki… no wiesz… „waaażny” wojskowy jak ty robi w takim paskudnym miejscu całkiem sam?
Obniżyła nieco lot, wciąż wpatrując się w tą fenomenalną budowlę. Ludzie mogli latać. To oznaczało, że Jinx też mógłby…
Przez jej umysł przebiegła jej przepiękna wizja ukochanego ze skrzydłami. Czarne… Albo czarno-lawendowe… Och tak. To byłoby coś. Westchnęła rozmarzona. Jak go znajdzie, to wtedy mu to zaproponuje. Na pewno się zgodzi… Kto by nie chciał w końcu latać, nie?


Ostatnio zmieniony przez Faustine dnia Pon Cze 20, 2016 6:58 pm, w całości zmieniany 1 raz

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Nie Cze 19, 2016 11:33 pm
    
Mina Shinichiego zdradzała wszystko, a trzeba przyznać, że w tym momencie nie należała ona do najprzyjemniejszych. Zawsze wydawało mu się, że przeciętny anioł ma kija w dupie i cały czas mówi o zbawieniu, pokucie, grzechach i nawróceniu się na dobrą drogę, żeby bóg powrócił. Tymczasem przed nim szybował właśnie obraz całkowicie inny, może nawet groteskowy. Niby to ma skrzydła i wygląda tak, jak sobie to ludzie wyobrażają, ale znowu zachowuje się kompletnie inaczej. Dziewczyna była lekko pyskata, nietypowa, a być może i zakręcona. To jednak nie zmieniało niczego. Kurokawa był na misji, którą wykonać musiał, a to, że uczepił się go gołąb nie jest wystarczającą wymówką, aby powrócić do bazy.
- Może i potrafisz latać lepiej, ale chyba nie wmówisz mi, że szybciej od pocisku wylatującego z lufy? Nie wiem jak to jest u Was, ale u nas ludzie posiadają broń. Taki kawałek metalu, który wystrzeliwuje z siebie mniejszy kawałek metalu i w efekcie robi kuku przeciwnikowi. Widziałaś kiedyś? - zakpił trochę, wyraźnie podirytowany jej zaczepką. Oczywiście, że lata gorzej od niej, bo ci pieprzeni naukowcy musieli mu dać testowy sprzęt. To wszystko było jeszcze eksperymentem, który nie nabrał kształtów, a tymczasem pojawia się przed nim anielica, która zapewne wpisywałaby się do jego rodowodu jako praprapraprapraijeszczewięcejprababka mająca skrzydła od urodzenia. Szkoda, że jeszcze nie pokazała mu jakichś sztuczek.
- Po mocnej imprezie nie masz sił na nic, ale co anielica może wiedzieć o imprezie? Rozdają Wam tam czasem mszalne? - tym razem, choć mogło to zabrzmieć inaczej, Kurokawa nie miał niczego złego na myśli. Był zwyczajnie ciekawy jak na takie sprawy spoglądają skrzydlaci. Alkohol tłumi zmysły, zwalnia hamulce moralne i namawia do robienia czegoś, czego na trzeźwo by się nie zrobiło. Dopóki więc ta blondi nie jest zbuntowaną anielicą, dopóty nie powinna wiedzieć nic na ten temat. Tak przynajmniej wychodziło Shinichiemu na podstawie jego przestarzałych poglądów o aniołach.
Wojskowy nie ruszył się nawet o milimetr, kiedy anielica się do niego zbliżyła. Przez cały czas za to spoglądał jej w oczy, starając się przy tym wybadać o co jej tak naprawdę chodzi. Shinichi nie dopuszczał bowiem do głowy myśli, że nieznajoma mogła być zwyczajnie ciekawska. Może to już skrzywienie zawodowe, ale zawsze szukał drugiego dna w tym, co robi druga osoba.
- Niesamowicie bolesne. - sprostował szybko, przypominając sobie ile musiał się wycierpieć, żeby zamontowano mu to ustrojstwo w plecach. Co przeżył to jego, ale przynajmniej ma pamiątkę, którą tylko nieliczni mogą się pochwalić. Wracając jednak do sedna, Kurokawa podziękował sobie w myślach, że to kichnięcie nie dosięgło jego osoby. Jakoś nigdy mu się nie uśmiechało posiadanie zaplutej twarzy.
- Słuchaj, blondi. Jestem tutaj na misji i nie mam czasu na pogaduszki. - potwierdził to tylko alarm na nadajniku, który dał o sobie znać głośnym dzwonkiem. Shinichi sięgnął do kieszeni i wyłączył ustrojstwo - Także wiesz... Żegnam! - rzekł i obniżył swój pułap lotu, po czym pomknął przed siebie modląc się jedynie o to, żeby za nim nie podążyła. Chciał mieć chwilę spokoju na Desperacji. Czy prosił o tak dużo?

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Czw Lip 07, 2016 11:53 pm
    
- Wiesz… Za moich czasów pociski robiło się z ołowiu. A ołów to stop metali.- Zaczęła niepewnie, drapiąc się po policzku. Ewidentnie zastanawiała się jak takiemu laikowi wytłumaczyć całą subtelną mechanikę działania broni palnej, jednak w końcu sobie odpuściła. Biedne to to, skrzydła mu sztuczne dali jakby zabrakło zwykłych w magazynie papy. Jeszcze miała go dobijać?- Od pocisku nie umiem uciec. Ale ty pewnie też nie. Chyba, że ten co strzela ma zeza. Jakiś czas temu… bodajże w 2006 roku byłam na takich Mistrzostwach Świata. Wiesz, kiedyś ludzie dla zabawy, szczególnie faceci, lubili sobie pokopać skórzaną piłką po boisku i kopać ją do bramki. Macie coś takiego w tym swoim Mieście? Dawno u was nie byłam. W sumie nigdy. Nie przepadam za zamkniętymi przestrzeniami. Ale wracając do tej piłki nożnej. Nudne to było jak flaki z olejem, ale faceci 10/10. I to mocne 10.- Rozgadała się, leniwie unosząc się w powietrzu. Przerywała jedynie na chwilę, gdy musiała kichnąć rozsypując tym spore ilości piórek ze swoich puchatych skrzydeł.- I na tych mistrzostwach. To był bodajże finał. Był taki jeden piłkarz. I on ewidentnie miał zeza, bo stał tuż przed bramką. Tak jak ja teraz przy tobie, ni mniej ni więcej. I on nie trafił! Ty rozumiesz? Nie. Trafił. Piłka się odbiła od bramki. Bum. Trzask. Płacz. Kobiety mdleją. Puchar świata odchodzi w zapomnienie. Stadion rozpacza. Tabloidy kryczą! Arrrrmagedon!- Na sam koniec rozłożyła załamana ręce.- Przed takim strzałem dałabym radę uciec.
Jeśli Shin chciał zobaczyć jakieś sztuczki, wystarczyło Faustynkę ładnie poprosić. Ba! Chętnie by go jeszcze nauczyła jakiś. Wychowała tabuny psów / kotów / karaluchów / wymordowanych (niepotrzebne skreślić), więc wiedziała jak do kogo podejść, żeby grzecznie łapę podał czy zawarował. Albo mogła go nauczyć gry na butelkach. Fajna sztuczka. Albo gwizdania. Umiała wygwizdać marsz weselny i żałobny. Gotowa na każdą ewentualność, potrafiła nawet wygwizdywać je naprzemiennie jakby panu młodemu zeszło się na zawał w trakcie ceremonii.
- Mszalne wino jest słabe. Rozcieńczają je wodą, żeby potem łatwiej było je spierać z obrusów. Znaczy kiedyś tak robili. Kiedy kościół mojego papy jeszcze istniał. Ale teraz to już go chyba nie ma nie? Znaczy kościoła, nie papy. Bo papa…- Zamilkła raptownie, przygryzając wargę. Właśnie. Papa co? Zniknął. Może się na nią zezłościł jak wtedy, kiedy postanowiła ratować bardzo zagrożoną populację rekinów i usuwała tabliczki ostrzegawcze na plażach? Albo jak poznała te kochane majestatyczne wodne flap flapy i przez kompletny przypadek stało się tak, że Atlantyda zatonęła? Ale żeby tak zaraz wszystkich ludzi wytruwać?
Zawiesiła się na chwilę. Niestety. Papy nie było i trzeba było jakoś żyć.
„Co anielica może wiedzieć o imprezie”
- Przeżyłam więcej imprez w swoim życiu niż gwiazd na niebie! Albo i więcej, ale nie pamiętam. I wiesz jaka była jedyna rzecz jakiej nigdy mi wówczas nie podano? Przez całe swoje, w cholerę długie życie nie wypiłam nigdy… piwa bezalkoholowego. Jak to w ogóle smakuje? I po co pić piwo, skoro się go nie pije.- Sama myśl o tym napawała ją grozą, która odbijała się na jej uroczym obliczu, wraz ze smutkiem, żalem i modlitwą za dusze tych biednych oszukanych na takich bezalkoholowych siuśkach duszach.
- Swoją drogą ile masz lat, skoro zgonujesz po imprezach? Wolno wam się tam w wojsku upijać? A co robicie potem? Bo chyba nie chodzicie… jak to się mawiało… czekaj, ja wiem! Na… na panienki? Pamiętam, że jak moi przyjaciele na nie chodzili to wracali o połowę biedniejsi. Albo nie wracali wcale i potem ich znajdowano z wyciętymi narządami. A tobie brakuje jakiś narządów? Bo mam kolegę. I on ma mechaniczną rękę. Jak Anakin Skywalker ze Star Warsów. Ja mu mówię „użyj mocy”, ale on nie wie o co chodzi. Ty pewnie też nie. Dzieciuchy.
Faustine parsknęła tym swoim dziecięcym śmiechem, jednak bardzo szybko zmarszczyła urażona brwi. To ona mu kulturalnie dotrzymuje towarzystwa, szlaja się z nim po niebezpiecznym rejonie, a on ją tak odtrąca?!
Niedoczekanie!
Poleciała za nim.
- A co to za misja? Jakaś tajna. Łał. Nigdy nie widziałam nikogo, kto byłby na tajnej misji. Masz jakiś pseudonim na ten czas? Nie wiem… Jak John Smith. To zawsze dobry pseudonim. Sprzedaję ci ten patent. A tak w ogóle to jak ci na imię, bo chyba nawet nie wiem? Niech zgadnę… Um… jesteś…. Jesteś…. Daj jakąś podpowiedź…. Pierwszą literkę…

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Pią Lip 08, 2016 1:23 am
    
Shinichi nie do końca wierzył w to, co właśnie się przed nim wyprawiało. Oczywiście nie chodziło o spotkanie anielicy, bo wbrew pozorom nie są one tak rzadkie, jakby komuś mogło się wydawać. Kurokawa był raczej pełen zachwytu i zwątpienia jednocześnie z powodu zachowania blondynki, która postanowiła przeszkodzić mu w misji. Brunet przez większość czasu po prostu nie poruszał się z miejsca i patrzył na Faustine z lekko rozdziawionym dziobem, zachodząc przy tym w głowę jak tak pokręcona osoba w ogóle przyszła na świat w Edenie. No bo chyba stamtąd pochodziły wszystkie anioły, które do tej pory poznał. Jakim cudem Faustine z taką łatwością mogła przechodzić z jednego tematu do drugiego? Jak potrafiła tak szybko przeskoczyć na coś, co było kompletnie niezwiązane z sednem sprawy? Dobrze, że tym natłokiem słow Faustine nie przymroczyła Shinichiego do tego stopnia, że zapomniałby połykać ślinę, bo zapewne połowa jego koszulki byłaby już mokra niczym ludzie szukający na plaży schronienia przed deszczem. I jedno, i drugie kończyło się tak samo.
- A-aha. - tylko tyle wyrwało się z jego ust, kiedy blondynka zakończyłą swój monolog. Zdawało mu się, że starała mu się wytłumaczyć czym jest broń palna, ale zamiast tego dostał gadkę o mistrzostwach, której kompletnie nie rozumiał. No bo skąd miał rozumieć? W 2006 roku nie było go jeszcze na świecie, dzieciaki w bidulu nie chciały się z nim bawić, bo był wrednym, małym sukinkotem, a później ćwiczył tylko po to, żeby dostać się do wojska. W koszarach też nie grali w żadne sporty zespołowe. No chyba, że w "kto padnie ostatni - wygrywa". Całkiem prosta i przyjemna zabawa. Grupa rekrutów zbierała się w kole niczym gimnazjalistki do słoneczka, a potem każdy strzelał z liścia osobie po prawej stronie. Jeśli ta odpadła, to kółko się zmniejszało. I tak dalej, i dalej, aż na placu boju pozostała tylko dwójka najwytrzymalszych. Wtedy nie było żadnych tur i zasad.
- Ale czy takiego strzału nie powinnaś bronić, skoro stoisz na bramce? - zapytał poważnie skonsternowany, po czym gwałtownie pokręcił głową - Arghh! Zresztą nieważne! - warknął zaraz, będąc jednocześnie złym na siebie, że dał się wciągnąć w tę bezsensowną dyskusję. Przeczuwał, że jeśli będzie ciągnął temat dalej, to na pewno nie skończy się to dla niego dobrze, a mimo tego nadal się w tym wszystkim pogubił. Musiał przyznać, że do tej pory jeszcze nikt nie wciągnął go tak głęboko w bagno. A to dopiero kilka minut spotkania! Ta kobieta była nieprzewidywalna, a przez to niebezpieczna. Nic dobrego z tego nie wyniknie, jeśli nadal będzie się nią zajmował. Ominięcie jej i wyruszenie wydawało się jak najrozsądniejsze. Dokończyć te parę zdań i znikać, tak.
- Jakiś kościół jest. Wprowadził się nam ostatnio do miasta. Nazywają swojego boga Boa, Aro czy jakieś inne o. Nie pamiętam dobrze. Ale chyba nie chodzi Ci o ten. Wyglądają na trochę dzikich. - stwierdził, kiedy usłyszał wzmiankę o kościele. Sam jeszcze nic więcej się o nim nie dowiedział, ale nie powinno to nikogo dziwić. Shinichi nigdy nie lubił zbytnio zbliżać się do fanatyków. Ani się z nimi podroczyć, ani się z nich ponabijać, a nawet i pobić nie można, bo góra traktuje ich jak zwierzęta w zoo. Są pod ochroną. Nie było więc w nich nic, co mogłoby zainteresować Kurokawę. A mimo wszystko niektórzy ludzie lgnęli do tego miejsca niczym ćmy do ognia, więc może i coś w tym było? Oby i ta blondyna też wpadła do ognia. Shin byłby przynajmniej pewien, że więcej już go nie zagada.
- Jestem dorosłym facetem. Mogę pić, stać mnie na panienki i wszystkie organy mam na miejscu. Nawet mam skrzydła jako dodatek. Musisz być wyjątkowo stara jeśli myślisz, że w mieście pozwolonoby na taki proceder. I nie. Nie wiem kim jest jakiś Skywalker. To jakiś magik? Może to po prostu wymordowany, który ma trochę inne moce. - odpowiedział niezbyt dokładnie, bo już oczami wyobraźni widział jak przecina przestworza z dala od tej anielicy - Nie obchodzi mnie to. - dorzucił jeszcze dla podkreślenia swojego braku zainteresowania i ruszył przed siebie. I ta chwila była właśnie tą, w której Shinichi żałował, że jego życie nie ma podkładu muzycznego. Pewnie każdy kojarzy jakąs wspaniałą melodię, która pasowałaby mu akurat do jakiejś jednej, konkretnej chwili. Przez chwilę poczułby się wtedy jak w filmie i w ogóle. Cóż... W tym momencie Kurokawa liczył, że w tle puści mu ktoś melodię ze "Szczęk". Dobra... Nie wiedział czym są Szcżęki, ale gdyby je znał, to na pewno by się zgodził! Faustynka była bowiem takim rekinem, który przyczepił się do łodzi i za wszelką cenę chciał przy niej zostać pomimo tego, że ta wyraźnie odpływała w drugą stronę. A co się zawsze w takich filmach dzieje? Rekin dogania uciekających. Faustynka też to zrobiła i dodatkowo sprawiła, że Kurokawa w myślach wymyślał najbardziej wyszukane epitety na naukowców, którzy sprawili, że jego skrzydła są tak wolne.
- Tajna misja, tak. Tajna oznacza, że tylko ja o niej wiem, a Ty nie możesz. To ja jestem tutaj tajnym agentem. Nadali mi nawet specjalny pseudonim. Wiesz jaki? - chwila ciszy, żeby podsycić ciekawość - Szyszkomatokronusoflapominatorowór. Tylko nie powtarzaj tego nikomu, bo mnie zdemaskujesz. A moje imię zaczyna się na jedną z liter, które zostały uzyte w pseudonimie. - powiedział to tylko po to, żeby anielica połamała sobie język na jego wymyślonym wyrazie, którego teraz i tak już za żadne skarby nie powtórzy. Może gdy spotka się z taką barierą, to zwyczajnie da sobie spokój i zdecyduje, że kariera tajnego agenta nie jest dla niej.
- Albo... Chcesz mi pomóc w misji i zostać tajną agentką? - zapytał, licząc na to, że Faustine wpadnie w jego małą gierkę i oczywiście się zgodzi. Wtedy wystarczy jedynie wymyślić jakieś niemożliwe do spełnienia zadanie, żeby wreszcie mógł już wrócić do pracy. Pozbycie się tej przylepy wydawało się priorytetem.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Gość on Pon Lip 18, 2016 7:25 pm
    
- To nie jest prawdziwy Kościół Ojca!- Krzyknęła, zaciskając palce w pięści.- To są jacyś popieprzeni fanatycy, którzy łamią nam skrzydła! Zabijają moich niewinnych braci, przeinaczają słowa Ojca! Są chorzy i niebezpieczni!
Zatrzymała go gwałtownie, przytrzymując za skrzydło, co naturalną koleją rzeczy sprawiło, że koordynacja ich obojga stanęła pod ogromnym znakiem zapytania.
- Szyszkomatokronusoflapominatoroworze! Musisz mnie posłuchać! Trzymaj się od nich z daleka… Oni… Oni cię zabiją. Albo i jeszcze gorzej. Nie masz pojęcia co się dzieje w tych górach.
Nagle dotarło do niej, że przecież jej nowy przyjaciel nie miał zapewne okazji być w górach.
- Ja ci pokażę!- Już chciała zacisnąć palce na metalowej konstrukcji skrzydeł Shina, gdy jedna z iskier przeskoczyła na jej palce. Dziewczyna pisnęła, zupełnie jak gdyby przynajmniej wpadła na płot pod wysokim napięciem, a nie doprowadziła do malutkiego zwarcia.
Jasne oczy zalśniły od łez, kiedy po raz pierwszy od momentu ich spotkania zamilkła, pakując sobie do buzi osmalonego palca.
- Albo... Chcesz mi pomóc w misji i zostać tajną agentką?
Potrząsnęła gwałtownie blond czupryną, trzymając się już na bezpieczną dla ich obojga odległość.
- Kiefyś byfam afentfką fiesz? – Wysepleniła nagle ożywając. Wyciągnęła wreszcie palucha, wycierając go ze śliny o tył spodenek.- Przyjaźniłam się kiedyś z takim jednym artystą. I on był naprawdę wspaniałym malarzem. Pejzaże, portrety, co tylko chcesz! Sprzedawał swoje prace na ulicy, w przepięknym Wiedniu. Nie znasz Wiednia, nie? Bo kiedyś, przed tym całym burdelem i Miastami, wszędzie mieszkali ludzie. Wszędzie było pięknie. Kwitła sztuka, kultura....- Westchnęła, w jakimś stopniu ograniczając swoją gestykulację. O ile w przypadku tej dziewczyny, w ogóle było to możliwe.- Ale. Ten mój przyjaciel bardzo chciał się dostać na Akademię Sztuk Pięknych. To taka szkoła. Jak u was wojsko. I ja… ja chciałam mu pomóc! Więc mu trochę poprawiłam portrety, które miał dać tym swoim profesorom. Ponoć go przez to nie przyjęli. Ale ja chciałam dobrze! Naprawdę! Dla Adi’ego skończyło się to całkiem nieźle, bo został … dyktatorem… tak to się chyba nazywało. Dość poważna fucha w państwie. I pewnego dnia grupa głąbów postanowiła go zabić! Ot tak, po prostu! Więc się przyłączyłam do ich spisku, a potem wszystko powiedziałam Adi’emu. Ucieszył się… I nawet się na nich nie gniewał, bo ich wysłał na jakieś wakacje do obozu... czy gdzieś tam. Ale to mnie nauczyło, że nie nadaję się na agentkę. Tam trzeba było siedzieć cicho! Rozumiesz?! No przecież życie jest za krótkie żeby milczeć!
Parsknęła śmiechem. Kolory na nowo powróciły na twarzyczkę dziewczyny, zupełnie jakby kompletnie zapomniała już o całym temacie kościoła. Najwyraźniej postanowiła wyprzeć z pamięci każdą chwilę rozmowy związanej z przerażającymi ją fanatykami.
- Zaprosiłabym cię na drinka, ale moja szefowa nie lubi speców. Ani psów. Ani w sumie nikogo. Ale nie martw się, ja cię lubię.- Wyszczerzyła tylko ząbki.- Więc możesz mi powiedzieć jaką to masz misję, a ja ci pomogę duchowo, oraz dotrzymam ci towarzystwa!- W tej chwili wydało jej się już niemożliwe, opuścić tego dzielnego, samotnego żołnierzyka, który tak dzielnie walczy w imię swojego Miasta. Respekt i te sprawy. Fausta mogła z kolei mu zapewnić szacun na swojej dzielni, ale to jeszcze nie dzisiaj.- A potem możemy się czego napić Szyszkomatokronusoflapominatoroworze. I nawet nie wrócisz biedniejszy! Ze mną pijesz za free, albo i darmo!

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Skalny teren Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 3 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach