Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 2/4/2017, 00:53
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo anioł się o niego troszczy. Cóż, podejrzewał, że tak jest i w zasadzie skrzętnie odmawiał za każdym razem. Brał tylko tyle, ile naprawdę w danym momencie potrzebował albo zwyczajnie nie umiał odmówić - jak to się miało w przypadku jajek. Nawet anielska wstrzemięźliwość by mu nie pomogła w starciu z gniazdem smacznych jajek.
Bardziej od ubrań albo jedzenia cenił sobie nauki Ourella oraz czas, który Bernardyn mu poświęcał. Rozumiał jednak, jak ciężkie i wypełnione obowiązkami jest życie medyka, zatem nie naciskał na zbyt częste spotkania.
Jak ten pies, siedział i czekał cierpliwie, aż nadarzy się okazja porozmawiać.
Nic zatem dziwnego, że kiedy spadł wiosenny deszcz, Kesil nie przestawał chodzić podekscytowany i rozemocjonowany. Umówili się następnego dnia po pierwszej burzy tego roku przy starej kapliczce, więc odczekanie ostatnich kilkunastu godzin było prawdziwym testem cierpliwości. Jak tylko wziął z Kościoła, co potrzebował, ruszył pędem przez Desperację.
Musiał wyglądać naprawdę zabawnie, miał bowiem przyczepione między łapami coś, co wyglądało jak końskie juki. Albo raczej, ośle? Stanowczo za małe na konia, odpowiednie na lisa jego gabarytów. I dzielnie biegł przez niegościnne ziemie, nie zatrzymując się praktycznie ani razu.
Wpadł taki zziajany na schody i potem niemal stratował Ourella. W napadzie radości wpierw go wylizał, wydając przy tym z siebie przeróżne, lisie dźwięki skrajnej ekscytacji, potem przywitał się z Inkiem, a na koniec dopiero pyskiem rozwiązał juki. Zostawił je przy aniele i wciąż popiskując z euforii, zaczął szarżować po ruinach. Podbiegał do Ourella, lizał go, odbiegał, wracał, by znów oślinić anioła i zaczepić dalmatyńczyka.
Musiał gdzieś dać ujście swoim emocjom. Z tej radości nawet wbiegł w błotnistą kałużę i chwilę bawił się w niej razem z psem. Na koniec taki wybłocony oraz skrajnie zmęczony zbliżył się do Bernardyna i padł na schodek obok niego. Nie miał siły stać... Ale ogon dalej mu machał na boki.


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 01:34
Niedługo zdążył nacieszyć się możliwością spokojnego posiedzenia na schodach. Zdążył zdjąć z ramion plecak i ulokować go tuż przy sobie, gdy do jego uszu dotarło głośne szczekanie psa. To Ink stał pośród chaszczy z wściekle rozmachanym ogonem, rozrywając ciszę donośnym alarmem. Na głównego prowokatora donosów dalmatyńczyka nie musiał długo czekać. Teren był ubogo usiany różną roślinnością, aczkolwiek nie zdołała ona przykryć pędzącego z zawrotną prędkością lisa.
Początkowo się uśmiechnął i wsparł rękoma o zimny beton, przymierzając się do wstania. Szybko jednak zaniechał podobnego pomysłu i z lekkim zadrżeniem ust, obserwował jak istna torpeda powala go na plecy i rozentuzjazmowana chlasta językiem po całej twarzy.
- K-Kes-… - zdążył wydusić, wtapiając ostrożnie dłoń w miękką sierść lisa. Głaskał go po głowie z subtelniejszym wyrazem entuzjazmu, mając cichą nadzieję, że ukróci tym samym proces naznaczania swoich policzków śliną. Gdy kwilący nad nim opętany w końcu dał susa w stronę dalmatyńczyka, Ourell powrócił do pozycji siedzącej z cichym śmiechem wycierając twarz rękawem płaszcza. – Mi również miło cię znowu zobaczyć.
Przy lisie wypadał nadzwyczaj statycznie.
Czerpał ogromną radość mogąc po prostu siedzieć na schodach i obserwować, jak pies zniża się na przednich łapach i niemo zaprasza syna do gonitwy. Przynajmniej oboje będą mieli szansę się wybiegać, a Zachariel po prostu odpocząć po podróży. Ogólne zmęczenie i stres zdecydowanie negatywnie wpływały na jego wytrzymałość. Rozłożony na jednym ze schodków siedziby w towarzystwie tak rozentuzjazmowanej ferajny, naprawdę wyglądał na tyle lat, ile miał. Pociągnął zainteresowanym spojrzeniem po ekwipunku, który przyniósł ze sobą lis, choć miał w sobie na tyle pokory i cierpliwości, by wpierw nacieszyć się sielankowym widokiem.
Uśmiech szybko spełznął mu z twarzy.
- Kesil, nie! – zdążył jedynie zawołać, choć niestety, spóźnił się. Czarne plamki na sierści dalmatyńczyka utonęły pod błotnistą warstwą, na wzór pozlepianego, brudnego futra wymordowanego. – Jak ty teraz wyglądasz? – rzucił za nim ze zgrozą, w niczym nie różniąc się od matki, która właśnie oblepiała wzrokiem ciemne od piachu pociechy, wracające z podwórka po całym dniu zabawy. Natychmiast przykucnął przy zdyszanym lisie, już teraz kusząc się o otarcie mu grud błota znad ślepi, byleby broń Boże nie wpadły mu do oka. Pies wywalił jęzor na wierzch i usiadł niedaleko nich.
- Myślę, że chyba najwyższy czas pokazać ludzką twarz. – odparł już nie tak surowo, widząc, że jego nieugięte przesuwanie dłonią po lisim pysku, przynosi jakieś zadowalające efekty. W gruncie rzeczy mogło nawet uchodzić za głaskanie. Wskazał krótkim ruchem głowy na własny plecak, najwyraźniej już zapominając o ciekawości względem pakunku lisa – Przyniosłem ci mnóstwo rzeczy. – uśmiechnął się - Poza tym, nie myśl sobie, że ominie cię kąpiel. I bez wykręcania! Chcę usłyszeć twój głos.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 2/4/2017, 10:49
To było naprawdę miłe. Wpierw spokojne głaskanie, teraz delikatne czyszczenie błota z pyska. Zapewne anioł wyczuł, że sierść jest zadbana i wyszczotkowana, pozbawiona tak charakterystycznych w wiosennym okresie suchych, martwych włosów. Wymordowany przymknął oczy, leżąc z językiem na wierzchu i pozwalając się miziać. Dopiero na wzmiankę o rzeczach, uniósł pysk i zamrugał, zanim wrócił do ludzkiej postaci. Bez żadnego przeciągania ani wykrętów. Nie tylko fakt, że ufa Ourellowi, sprawił, iż tak chętnie przyjął swą "prawdziwą" formę. Ostatnio bywa w niej coraz częściej i zaczął naprawdę się przyzwyczajać.
- Wyglądam jak szczęśliwy lis! - Uśmiechnął się do ojca, a grymas ten przepełniony był dziecięcą niewinnością i szczerą, niezaburzoną niczym miłością do opiekuna. Chociaż ostre kły mogły nieco niszczyć piękny obrazek, sądził, że aniołowi akurat one nie będą przeszkadzać. Bernardyn akceptował go takim, jakiego Kesila pozostawiły mutacje i to było dla wymordowanego czymś wspaniałym.
W pierwszym momencie chciał nadstawić się do kąpieli, szybko jednak otrzeźwiał na tyle, by przyjrzeć się Ourellowi krytycznym wzrokiem. Nie wyglądał no zdolnego do używania mocy. Albo raczej, jakby zaraz miał paść po umyciu syna. A są ważniejsze momenty na używanie magii aniżeli mycie jednego rozszalałego lisa. Pokręcił głową.
- Umyję się później, nie masz siły na to teraz. - Uznał, gdy emocje opadły na tyle, iż był w stanie opanować własny ogon. Odetchnął dwa razy i zaczął ściągać rękoma większość błota z ciała, odrzucając gule mazi gdzieś na bok. - Jakbym tylko mógł trochę się napić? - Zziajał się okropnie i w głowie kręciło mu się od biegu. Jednak dzielnie oczyszczał się z najgorszego błota.
- Chyba mnie nieco poniosło... - Stwierdził z pobrzmiewającym w głosie zmieszaniem. Nie tylko z zabawą w błocie, ale przede wszystkim z tym bieganiem. Kończyny go bolały i drżały lekko przy każdym spięciu mięśni.
- Ja też mam coś dla ciebie! - Względnie oczyszczony - tak właściwie to tylko z mniej ubłoconym tułowiem, bo ogon mógłby wyżymać, na co w tym momencie nie miał cierpliwości - podszedł do swoich pakunków. Kucnął obok, poprawiając co chwila mokre włosy jedną ręką i patrzył na juki, zastanawiając się, jak to zrobić.
- Może jednak ty je rozpakujesz? - Szkoda by mu było zabrudzić skórę. Uśmiechnął się przepraszająco do Ourella. Był ciekaw miny anioła na te skarby, które mu lis przyniósł.
- Ja nic nie potrzebuję. - Usiadł po turecku. - Naprawdę! Mam jedzenie i wodę, nawet ubranie. I bezpieczne miejsce do spania. - Zapewnił żarliwie. Na zabiedzonego na pewno nie wyglądał, trzeba przyznać. Nawet ogolony był, co zapewne mogło stanowić pewne zaskoczenie dla Ourella. Wyszczotkowany, przystrzyżony i odkarmiony lis.


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 12:13
Żaden detal nie potrafił zniszczyć mu widoku uśmiechniętej twarzy podopiecznego. W istocie, niewiele obchodził go wygląd wymordowanego, nieważne jak udziwniony i dziki nie wydawałby się komuś, kto widział go pierwszy raz. Zdecydowanie bardziej przerażała go możliwość wyłapania spojrzeniem przesadnie wystających żeber, ściekającej po skórze krwi czy choćby kataru płynącego potokiem z nosa. Kesil miał być zdrowy i to było dla anioła najważniejsze.
I zaczęło się.
Czasami odnosił wrażenie, że ich spotkania ciągle opierały się na wzajemnym, surowym lustrowaniu własnych sylwetek wzrokiem. Poszukiwaniu pretekstu do pomocy, do wytknięciu przemęczenia lub setnym napomnieniu, że „w nocy będzie zimno, więc masz się ubrać!”. Nie pomagały tłumaczenia, że jeden był lisem z ciepłym futrem, a drugi aniołem, który miał tysiące lat, by przyzwyczaić się do ciągłego stania na nogach.
- Siły? Nie przesadzaj, proszę. pokręcił łbem, jak na zawołanie trochę się ożywiając. W istocie, wyglądał na przemęczonego i trapionego pewnymi sprawami, ale… - Są rzeczy, które wymagają więcej energii, a poradziłbym sobie z nimi - nawet teraz - bez problemu, więc się nie zamartwiaj. Choć istotnie, ostatnio mam więcej powodów do niepokoju. – napomknął od niechcenia, szybko jednak puszczając wypowiedziane słowa w niepamięć. Czym były jego troski, gdy Kesilowi chciało się pić? Niczym!
Sięgnął do plecaka i rozwiązawszy go, wyciągnął z niego niedużą manierkę napełnioną wodą po sam szczyt szyjki. Miała być jednym z podarków dla syna. Póki co wolał dać mu ją do ręki, niż – co uważał za wygodniejsze – po prostu zmaterializować wodę tuż przy jego nosie. Nie chciał go niepotrzebnie denerwować; i tak znów napełni manierkę po sam brzeg, choćby Kesil miał tego nie zobaczyć.
- Dla mnie? Bez potrzeby! – powiedział, szczerze czując, że nie zasługiwał na jakiekolwiek podarunki. Czuł, że wszystkiego miał i tak już nadto, więc po co się fatygować? Pochylił się nad jukami i zaczął ostrożnie mocować się z zapięciami. – Doceniam twój wysiłek, chociaż nie musiałeś się niepotrzebnie męczyć. Wiesz przecież, że… och, Kesil! – rzucił z tak szczerym i niespotykanym zaskoczeniem, że nawet pies, leżący tuż obok z wywalonym jęzorem zerwał się do siadu. Ourell trzymał w dłoniach niewielki skórzany woreczek, a odkręciwszy jego zapięcie, przyłożył do niego ostrożnie nos. – Toż no mleko makowe! – zawył, niemal śmiertelnie zszokowany, co było dość śmiesznym widokiem, jak na kogoś kto zawsze potrafił się opanować. Sam nie zauważył kiedy podniósł się na nogi. W tym momencie powiódł spojrzeniem po sylwetce Kesila. Wydawała mu się promienna od uśmiechu, ale jak mógł na samym początku nie zauważyć, że ta promienność wynikało również z zadbania?
- Dołączyłeś do jakiegoś gangu, Kesilu? Skąd masz to mleko, to naprawdę… – raz jeszcze powiódł zmieszanym spojrzeniem po bukłaku. Zaczął się martwić i niepokoić. - ... trudno dostępny towar.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 2/4/2017, 13:25
To zapewne dla Ourella było coś dziwnego, kiedy ktoś z równym uporem stara się pomóc jemu, co anioł każdemu dookoła. A Kesil akurat nie boi się używać siły czy nawet własnych gabarytów, aby przygnieść ojca i zmusić go do przespania się. Dobrali się pod względem troski o siebie nawzajem... Naprawdę mógłby uchodzić za biologicznego syna Bernardyna. Gdyby tylko zamiast dodatkowych łap miał skrzydła, iluzja byłaby nie do złamania.
Spojrzał wymownie w niebo.
- Nie przeczę, że dałbyś radę, tylko potem byś zemdlał na kilka dni. - Zauważył, biorąc od niego manierkę i dziękując. Upił zeń kilka dużych łyków, nie szczędząc sobie. Akurat o wodę nie musiał się martwić przy Ourellu. Tej zawsze ma pod dostatkiem, wobec tego lis nie odczuwał wyrzutów sumienia z powodu opijania zapasów anioła.
Otarł usta, rozsmarowując nieco po policzku błoto. Siłą rzeczy zabrudził też manierkę, ale niezbyt miał, jak ją w danym momencie doczyścić. Objął pojemnik dwoma rękoma i położył sobie na ogonie, przerzuconym przez kolana. I tak wszystko już brudne.
- Jakich powodów do niepokoju? - Zapytał z pobrzmiewającą w głosie troską. Naprawdę się zmartwił, chociaż może niepotrzebnie? Anioł zawsze przejmuje się wszystkimi i wszystkim, jakkolwiek banalne by nie było.
A potem wymordowany cicho westchnął. I zaczęło się. Teraz oboje będą wzajemnie sobie wpierać, że nic nikomu nie potrzeba i wzajemna troska jest całkowicie zbędna, poradzą sobie... Nie skończył nawet myśli, gdy Ourell krzyknął i poderwał się zszokowany. Gdyby Kesil miał uszy, postawiłby je teraz na sztorc.
Przyglądał się ojcu w wyrazie zaskoczenia, ale też zaciekawienia. Pierwszy raz widział go tak poruszonego i przez moment nawet się przestraszył.
- Nie cieszysz się? Myślałem, że Ci pomogę, bo wspominałeś, że używa się go do robienia leków... - Zapewne w danym momencie uszy by mu opadły, ale nawet bez nich mina wymordowanego i tak była dość ekspresyjna. Łatwo było zeń wyczytać pewnego rodzaju smutek i zawiedzenie, że nie był w stanie nawet w pewnym stopniu odwdzięczyć się ojcu za otrzymywaną od niego przez ostatnie lata pomoc.
Zaraz po tym przyszło pytanie o gang. Lis pokręcił głową.
- Sam jesteś w gangu, tato. Ale nie, nie przywdziałem niczyich barw. Dalej jestem tylko włóczęgą. Chociaż już mniej bezdomnym. Tacy mili ludzie pozwalają mi spać u siebie i dzielą się jedzeniem. - Wskazał trzecią ręką na majaczące w oddali góry Shi. - I nawet mnie szczotkują! Bo podobno strasznie linieję i wszędzie jest moja sierść... Mają tam pola makowe i dużo mleka, więc poprosiłem trochę dla ciebie.


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 15:30
Zemdlałbym na kilka dni?
Westchnął ciężko, przypominając sobie, że w ostatnich miesiącach zdarzało mu się to zdecydowanie zbyt często. Gdziekolwiek by nie poszedł, zawsze miał okazję, by użyczyć komuś własnej mocy. Może faktycznie był zbyt przemęczony, skoro zdjęcie z kogoś zwykłego zadrapania, powodowało u niego mroczki przed oczami? Jak on miał pomagać innym, skoro sam wypadał tak marnie?
- Mam wrażenie, że ostatnio zbyt wiele osób męczy się z obrażeniami. Nie powinienem się dziwić, wszak znam ich temperament bardzo dobrze. Z drugiej strony martwi mnie, że widuję coraz mniej znajomych twarzy. Gavran gdzieś zniknął już kawał czasu temu. Poza tym sporo minęło odkąd zamieniłem słowo z Ryanem lub choćby Kirinem… - zapadł we własne, ciemne rozważania, ale szybko potrząsnął łbem i machnął ręką. – Co ja będę ci opowiadał o osobach, o których nigdy nie słyszałeś. Niemniej nie masz powodów do obaw, bo wszystko ze mną w porządku.
„Nie cieszysz się?”
- Oczywiście, że się cieszę. – odparł, niemal natychmiast przybierając łagodniejszy wyraz twarzy. Nie chciał zostać niewłaściwie odebrany przez blondyna, jednak nie potrafił odpędzić się od niepokoju, który skrzętnie oplatał mu myśli. To nie było normalne… to nie było takie proste… to musiało coś znaczyć. Miał złe przeczucia. – Bardzo ci dziękuję. To naprawdę mi pomoże i wiele dla mnie znaczy. – ponownie nachylił się nad synem i położył mu z czułością dłoń na ramieniu. – Jestem rad, że pilnie mnie słuchasz i zapamiętujesz podobne szczegóły. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
„Sam jesteś w gangu, tato.”
Żółta chusta nawet teraz powiewała na wietrze, ale nie poczuł się hipokrytą. Byłby zadowolony, gdyby Kesil przestał być wspomnianym włóczęgą, a odnalazł się w jakiejś grupie, bo to automatycznie zwiększyłoby jego szanse na przeżycie w tym paskudnym świecie. Niemniej która grupa okazywała się na tyle hojna, by dawać tyle dobroci nowemu członkowi?
Mili ludzie?
Posłusznie pognał spojrzeniem za ręką Kesila, wpatrując się w nieśmiało wychylające się szczyty gór. Czuł, że uginają się pod nim nogi. Momentalnie wyraz jego twarzy nabiegł najczystszą w postaci grozą.
Na świecie jest więcej grup, niż ta jedna, o której myślisz, głupi. Może przesadzasz?
„Mają tam pola makowe (…)”
Zrobiło się tak gęsto, że aż siedzący obok dalmatyńczyk zaczął cicho skomleć, wpatrzony niezmiennie w nienaturalnie pochyloną sylwetkę anioła. Ourell patrzył niedowierzającym spojrzeniem w dal, dopiero po czasie wolno wracając na twarz blondyna. Co on miał mu powiedzieć...? Spojrzał raz jeszcze na juki, przywleczone przez syna, uznawszy, że na pewno muszą pochodzić o tej grupy. Coś go tknęło i pozwolił sobie sięgnąć do niej raz jeszcze, odkładając skórzane woreczki z mlekiem makowym na bok. Przeczucia go nie zmyliły.
Bez słowa rozwinął wyciągniętą z juk szatę, przyglądając się jej z najgorszymi przeczuciami.
Jest.
Znak Ao.
Czuł, że robi mu się słabo. Osiadł z powrotem na schodku, odkładając z niemocą płaszcz na bok.
- Kesil, to Kościół Nowej Wiary. Z kim ty…?
Nie potrafił dobrze sformułować własnych myśli, ale piekła go żądza wiedzy. Kto go zachęcił do przekroczenia progów tej sekty? Jak wiele kłamstw zdążyli mu naopowiadać? Może nie opowiadali kłamstw, a lis na wszystkie zasady Kościoła przystawał? Momentalnie się postarzał.
- Czy coś ci opowiadali?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 2/4/2017, 17:33
Rzeczywiście nie kojarzył żadnego z wymienionych imion. Dopiero przy Kirinie coś mu zaskoczyło. "Kirin" wszak to po japońsku nic innego jak "żyrafa". W prawdzie nie znał ani mitycznych stworzeń, ani tych prawdziwych długoszyich kopytnych, jednak zaczął kojarzyć pewnego wymordowanego o głowie ozdobionej rogami. Wyprostował się z uśmiechem.
- Spotkałem Żyrafę! A przynajmniej tak sądzę, bo wołali na niego Żyrafa. Ale to było dość krótkie spotkanie. Chociaż nakarmił mnie wątrobą... By potem zacząć straszyć, że wokół jest więcej jego ziomków. Zrobiło się bardzo dziwnie, bo rzeczywiście ktoś czekał między drzewami. Acz jak wyszli z cienia, to grozili mu i kazali iść z nimi... Wszystkie Psy wzajemnie chcą się pozabijać? - Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak wiele Dogsów zna, bo często nie zwracał uwagi na powiewające tu i tam chusty. Jakoś mu ten element stroju ciągle umykał, zapominał, że istnieje i nie potrafił skojarzyć, z barwami gangu.
A coś ma wrażenie, że powinien w końcu zacząć...
Uśmiechnął się tylko szerzej, kiedy poczuł ciepłą dłoń na ramieniu.
- Kiedyś mnie wszystkiego nauczysz i będę efektywniej pomagał. - Jak zawsze wykazywał się entuzjazmem oraz zapałem do pracy, nieważne jak ciężkiej. Chciał czuć się potrzebny.
Przypatrywał się twarzy ojca i zachodzącym na niej wszystkim zmianom. Spodziewał się tego. Wiedział, że tak to się skończy. Przymknął na moment oczy i opuścić głowę. Może nie znają się długo, ale Kesil wolałby utrzymać tę relację dobrą. Zdrową. Zatem uważał, że sekrety tylko owej zaszkodzą. Ourell był zawsze taki szczery. Prawdziwy we wszystkim, co robi i mówi. Należy mu się to samo.
Ciepłe Słońce wysuszyło resztki błota na ciele wymordowanego. Jego rozgrzane po biegu, zmiennocieplne ciało też pomogło. Wstał i zaczął się otrzepywać, pozbywając piachu oraz pyłu ze skóry. Kiedy był już względnie czysty, odłożył manierkę do plecaka Ourella i usiadł obok anioła. Pora przestać być głupiutkim liskiem. Teraz należy być człowiekiem.
- Wiem, tato. Ale nie przekonają mnie, że anioły są złe. Nikt mi nie wmówi, że ty jesteś zły. - Objął go. Mocno i ciepło, przytulając do gorącej piersi.
- Możesz nazwać mnie naiwnym, ale ja myślę, że oni nie są źli. Oni tylko są... Są zdesperowani. Jak każdy tutaj, na tym okropnym świecie. - Popatrzył na zniszczoną, porosłą trującymi roślinami pustkę wokół ruin starej kapliczki. - Oni naprawdę myślą, że zabijanie aniołów im pomoże. Ludzie potrafią robić okropne rzeczy, kiedy w grę wchodzi przeżycie. Ja robiłem okropne rzeczy. Oni po prostu się mylą, ale nie chcą widzieć tego błędu. Tak myślę. Tak myślę po czasie, który tam spędziłem. Są okrutni... Tak samo jak wszyscy inni. Jedynie kościół kieruje tę agresję ku aniołom. Wiem, że dla ciebie to okropny cios.
Zamilkł na dłuższą chwilę, pocierając lekko dłonią po ramieniu Ourella. Pocieszająco i pokrzepiająco.
- Nie mówią mi nic. Spotkałem tam kobietę, która w niczym na mnie nie naciska. Pozwala mi być, po prostu być. Umyć się, pogryźć kości z obiadu albo przespać w cieple. Naprawdę, tato. Przysięgam. - Nieco to złagodził, niemniej nie skłamał ani razu. A jeśli Ourell zacznie pytać o szczegóły, odpowie na wszystkie pytania.
- Kocham cię i nic tego nie zmieni. Nawet fakt, że podjadam ze stołu Kościoła.


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 19:35
Opowieść o spotkanej Żyrafie wyraźnie go zainteresowała. Z  początku myślał, że lis opowiadał mu o jakimś osobliwym wymordowanym, który tylko to zwierzę przypominał. Tknęło go jednak dość nieprzyjemne przeczucie. Faktycznie, nie widywał Kirina od dość długiego czasu. Co prawda nigdy też specjalnie za nikim nie biegał, by odhaczyć obowiązkową pogawędkę – z reguły raczej siedział u siebie w lecznicy – ale. Postanowił pociągnąć temat dalej.
„Wszystkie Psy wzajemnie chcą się pozabijać?”
Czasem są narwani. Nie zmienia to faktu, że…
- To nie mogły być Psy. Czy ten Żyrafa miał żółtą chustę? Jesteś tego pewien? – zagadnął go, przekrzywiając nieznacznie głowę z przymrużonymi oczami. Czy Kirin miał jeszcze jakiś element charakterystyczny, o którym mógłby wspomnieć Ourell, a który mógł być łatwy do zapamiętania…? – Opiszesz mi dokładnie tę sytuację?
Gdyby się postarał, potrafiłby w tym samym momencie zszywać rannego, gotować obiad, czytać książkę i prowadzić zajmującą debatę dotyczącą obrońców praw zwierząt, ale najzwyklejszy w świecie szok uniemożliwił mu skupienie się na dwóch tematach rozmowy. Dziewięćdziesiąt procent jego skupienia pochłonęło rozmyślanie o sekcie… dlaczego? Boże miłosierny...
Słuchał z uwagą , choć wyglądał, jakby właśnie trzaśnięto go metalowym prętem w pysk.
„Nikt mi nie wmówi, że ty jesteś zły.”
Gdyby jeszcze zależało mu na samym sobie… jeżeli miałby do wyboru zginąć, ale oszczędzić cierpień innym skrzydlatym, nawet nie fatygowałby się o szukanie żyletki czy noża, a rozerwał sobie żyły własnymi zębami.
„(…) że oni nie są źli. (…) Są zdesperowani. (…) Ja robiłem okropne rzeczy. (…)
Są okrutni... (…)”
Wsparł łokieć o leżący niedaleko, naprawdę obszerny plecak, dłonią rozmasowując sobie skronie. Nie zamierzał przerywać Kesilowi w jego mowie, uznając, że dobrze będzie go wysłuchać. Nawet jeżeli wiedział, że z niemal każdym słowem nie będzie się zgadzać, nieugięcie wysłuchiwał tych słów, czując jak cierpi coraz bardziej i bardziej… im więcej wyrazów wypadało z ust blondyna, tym bardziej puste wydawało się oblicze Zachariela. Czuł, że właśnie coś tracił.
Kobieta?
Brakowały mu w tym jeszcze miłości. Może generalizował… ale przecież znał ludzi, psiamać. Żył dłużej, niż oni, więc miał aż nadto czasu, żeby poznać pewne schematy.
„Kocham cię i nic tego nie zmieni.”
Skończył.
Wydarł z siebie ciężkie westchnienie, czując wszechogarniającą go niemoc. Wytrwał chwilę w ciszy, wpatrując się z boleścią w niebieskie oczy syna, wciąż rozmasowując sobie skroń. Wkrótce uznał, że nie mógł dłużej milczeć.
- Nie pochwalam tego, Kesil. – odparł stanowczo, bez żadnego uśmiechu. – Znam ludzi. Wiem do czego może prowadzić desperacja i chęć przeżycia. Widziałem dużo okropności w swoim życiu i słyszałem wiele ich usprawiedliwień. Może patrzyłbym na to inaczej, gdybym wciąż siedział w Niebie i nie posiadał tego, co przecież dzielę z wami: uczuć. – ciągnął dalej, nie spuszczając z niego spojrzenia. – Dla ciebie nie musi być ważne, czyją krwią skropione są korytarze miejsca, w którym czujesz się bezpiecznie, ale wiedz, że ci sami ludzie, którzy dzielą się z tobą jedzeniem lub wyczesują futro, zabiją mnie, gdy tylko okażę się choć najmniejszą nierozwagą. Życie w ich domu automatycznie oznacza zgodę na taki stan rzeczy. Nie wierzę, żeby zgadzali się sprawować nad tobą opiekę bez żadnych wymagań. Jeżeli nie zmuszą cię do walk, zmuszą cię do przytakiwania temu, co głoszą, a przynajmniej do umniejszania wszystkich brudów, co właśnie uczyniłeś. – odparł, wyraźnie zmęczony własnymi rozważaniami. Wydarł z gardła jeszcze jedno, ciężkie westchnięcie. – Zbyt wielu moich braci zginęło, bym śmiał podejmować prób usprawiedliwiania tego zła. Ze złem się walczy, Kesil. Nawet jeśli nie w zbroi i z mieczem w dłoni, trzeba walczyć. Jeżeli nie chcesz, nie zamierzam cię do niczego zmuszać, bo nie po to Bóg dał ci wolną wolę, żebym teraz ja nakazywał ci działać pod własne dyktando. – poprawił się na schodku, obejmując w końcu blondyna ramieniem. – Ale nikt nie zabrania mi prosić. Kesil, jeżeli nie zdecydujesz się zapomnieć o Kościele, proszę cię, abyś nigdy nikomu nie wspominał, że zadajesz się z jednym z aniołów. – przycisnął go trochę mocniej siebie, przymykając oczy. – Nie znasz żadnego Zachariela, Ourella… jakkolwiek nie będziesz mnie nazywać, ja nie istnieję, dobrze? Przebywając w pobliżu członków sekty, udawaj, że mnie nie znasz. Choćby mnie ciągnęli łańcuchami po całej długości komnaty, wprost na egzekucję, mam być dla ciebie nikim, rozumiesz? To samo z innymi aniołami, jeśli jakieś znasz.– pogłaskał go z troską po ramieniu. Wiedział, że sekta lubiła składać w ofierze nie tylko skrzydlatych. Najmniejszy błąd popełniony przez wyznawcę mógł być dobrym pretekstem do oddania go w ręce Ao. Im bardziej nieszkodliwy wydawał im się Kesil, tym większa szansa, że ominie go taki los.
Wkrótce się odkleił, zarzucając mu na grzbiet jedną z bluz, które dla niego przygotował.
- Narzuć to na siebie, bo zmarzniesz. Jest dość duża, żebyś się zmieścił, choć nie zdążyłem przyprawić jej o dodatkowe rękawy. – zmiana tematu, choć przyozdobiona łagodnym uśmiechem, miała stanowczo uciąć poruszany przed chwilą temat. – Więc… powiedz mi, co z tą Żyrafą?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 2/4/2017, 21:39
- (...) zmuszą cię (...) do umniejszania wszystkich brudów, co właśnie uczyniłeś.
Poczuł się jakby dostał w twarz. Jakby właśnie wymierzono mu siarczysty policzek i zostawiono, aby przemyślał własne zachowanie, by kontemplował błędy swojego postępowania, czując ból i pieczenie obitej skóry. Sądził, że rozumiał, co się wokół niego dzieje, tymczasem Ourell skutecznie go otrzeźwił. Nie bawił się w ładne słowa czy klepanie po główne. Krótko i okrutnie bezpośrednio dał wymordowanemu do zrozumienia, że cały ten czas tkwił w zakłamaniu.
Odwrócił szybko wzrok. Te wszystkie lata, które Kesil spędził jak zwierzak, powtarzał sobie, że nie pasuje już do normalnego społeczeństwa. Że nie dane mu już żyć wśród ludzi, że za mało w nim zostało człowieczeństwa, aby dopasować się do jakiejkolwiek społeczności. Wraz z pojawieniem się w jego życiu Ourella i z czasem Echo, zaczynał wierzyć, że jest dlań nadzieja. Pozbywał się kompleksów, robił się pewniejszy we własnych czynach i decyzjach. Sądził, że zaczyna pojmować otoczenie, nie dawać się naukom sekty, stać z boku i dostrzegać ich prawdziwe oblicze - twarze ludzi chwytających się czegokolwiek w nadziei, że poprawi to ich byt.
Prawda jednak była zgoła inna. To wszystko zgrabna mistyfikacja sekty, mająca na celu oczyszczenie ich wizerunku. Usprawiedliwienie win. Piękny woal słodko brzmiących słów, który zakrywał przesadne okrucieństwo. Kesil nie mógł zaprzeczyć że Kościół był nadmiernie agresywny. Jego posadzki istotnie spływały krwią. Ale cały czas myślał, że to z chęci przeżycia. Desperacji. Tymczasem to, co notorycznie usprawiedliwiał, już dawno przestało być kwileniem przestraszonego dziecka, a stało się nienawistnym krzykiem dorosłego, zbrukanego juchą mężczyzny.
Czy więc oni nie wierzą w to, co robią? Czy robią to z zawiści względem aniołów? Czy robią to z zazdrości o Eden? Czy chcą zniszczyć coś tylko dlatego, że nie mogą tego posiąść we władanie?
Przestawał rozumieć. To, co myślał do tej pory, nie składało mu się w jedną całość z tym, co usłyszał. Które w końcu było prawdziwe? Czy może zaufać własnej ocenie?
Oczywiste, że nie. Słowa anioła sprawiły, że uwierzył we własną niemoc do wydawania racjonalnych decyzji. Tym bardziej utwierdził się w przekonaniu, że lepiej będzie odsunąć się od większości, nim jego złe wybory wyrządzą komuś krzywdę.
- Ze złem się walczy.
- Jak... Jak ty walczysz? - Spytał cicho. - Co robisz w gangu, by umniejszyć zło? - Nie drążył ze złośliwości, by w razie wytykać ewentualną bierność. Naprawdę chciał wiedzieć. Mieć jakiś wzór postępowań.
- nie po to Bóg dał ci wolną wolę, żebym teraz ja nakazywał ci działać pod własne dyktando.
Więc co on ma robić? Skoro nie potrafi podejmować własnych decyzji?
Chciał już się odsunąć od anioła, walcząc z myślami, gdy nagle został objęty i usłyszał najbardziej irracjonalną prośbę, jaka tylko mogła istnieć.
- Co?! Zwariowałeś? - Spojrzał nań i zamilkł na ułamek sekundy, w czasie którego oczy mu się rozszerzyły. - Nie myśl, że jestem taki, jak oni! Masz mnie za takiego egoistę? Myślisz, że tak po prostu bym stał spokojnie, kiedy ktoś by ciebie mordował? Myślisz, że poświęciłbym ciebie dla kawałka mięsa i... dla... odrobiny ciepła. - Zniżał głos, zaczynając od krzyku, pod koniec już tylko szepcząc. Ale przecież to robił. Akceptował śmierć tylu aniołów za jedzenie i schronienie. Jeśli Ourell chciał, by Kesil poczuł się jak śmieć, niezaprzeczalnie mu się udało. Odniósł wręcz druzgoczący sukces, który odbił się na twarzy wymordowanego.
Kolejny raz uciekł spojrzeniem. Roztrzęsiony i skołowany. Nawet nie protestował przed narzuceniem bluzy. Wziął parę głębszych oddechów, patrząc na brudne, zlepione błotem palce u stóp.
- Nie wiem. Nie zwróciłem uwagi. Miał... Czarne włosy. Krótkie. Tatuaże na dłoniach. Śmierdział krwią, był cały brudny i w świeżych bliznach. Upolował coś. Byłem głodny, więc zaryzykowałem i skoczyłem, odrywając kawałek mięsa od jego zdobyczy. Uciekłem następnie w krzaki. Ale nie próbował mnie zabić. Więc jak zjadłem, to wbiegłem na drzewo i patrzyłem na niego z góry. Byłem ciekaw, dlaczego nie chciał dorwać złodzieja. A potem sprawił, że wyrosły mu z głowy rogi. Takie zakręcone. I uszy, duże, odstające na boki. Zbliżyłem się jeszcze mocniej i wtedy wyciągnął na ręce wątrobę, więc... Zawisłem na gałęzi i zjadłem. Złapał mnie wówczas i wziął sobie na kolana. Zaczął oglądać, pytając, co ze mnie za dziwak. I potem chciał sprawdzić, czy rozumiem, co do niego mówię, więc puścił mnie i ostrzegł, że jak ucieknę, to mnie zabiją, bo wokół ukryci są podobni jemu. Wtedy z krzaków wyszli dwaj inni. Jeden miał rude włosy i bliznę, o, przy ustach. - Pokazał na własnych. - A drugi miał przysłonięte oko... Albo oczy. Mieli broń. Mierzyli w tego, kogo nazwali Żyrafą i powiedzieli, że ma pójść z nimi, bo ktoś go oczekuje. Jakaś kobieta. Na herbatce? Jakoś tak powiedzieli. Że właścicielka czegoś chce się z nim widzieć. Baru? Kasyna? Chyba kasyna. Tak, wydaje mi się, że kasyna. Więcej nie wiem. Uciekłem. - Zrelacjonował cicho i beznamiętnie, patrząc cały czas pod nogi.


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 4/4/2017, 22:54
Czyżby przesadził?
Obserwował stopniowe zmiany na twarzy wymordowanego, powoli zaczynając czuć gorzkie ukłucie poczucia winy. Wyrażał się zbyt ostro? Zbyt bezpośrednio? W przerwie pomiędzy własnym wywodem, przymknął z boleścią oczy. Nie. Choć kochał go całym swoim sercem, wiedział, że czystym grzechem byłoby przytakiwanie poglądom, z którymi po prostu się nie zgadzał. Szczególnie, że dotyczyły go tak bezpośrednio i które wedle jego doświadczeń mogły okazać się niebezpieczne. Był łagodnym, zdolny do poświęcenia i skłoniony do samego pasa sztuce nazwanej taktem, ale były sprawy, o których trzeba było wyrazić się wprost, beż żadnych ogródek i rozmyśleniom na temat formie przekazania. Pewne słowa należało mówić ze stanowczością.
„Jak ty walczysz?”
- Pomagam. – odparł bez większego zastanowienia. – Robię to, co nakazał mi Bóg. Poświęcam się dla ludzkiej rasy i służę jej wiernie już od tysięcy lat. – chyba niepotrzebnie rzucił się na słowa, które miały być zwykłym tytułem wstępu. – Poczuwam się do roli stróża tych wszystkich osób w żółci. Nie jest to walka na dużą skalę, ale każdy stróż walczy odrobinę stronniczo. – to były oczywistości, jak to, że po nocy nadchodzi dzień. – Najważniejsze jest dla mnie zdrowie i wygoda moich podopiecznych. Posiadam moce i umiejętności, które umożliwiają mi zażegnanie wielu problemów gangu, wiec służę im jak najlepiej potrafię. Zło może byś szeroko pojęte, Kesil. Fakt, że ktoś jest głodny, zmarznięty lub ranny również się do niego zalicza. Skupiam się na DOGS, nie ukrywam tego, bo nawet nie jestem w stanie. – mimowolnie zahaczył palcem o krawędź żółtego materiału, który zwisał mi niezmienne na szyi, lekko odsłaniający się pod szalikiem. – Ale nie zamykam się na innych, gdy widzę, że również mogę się przysłużyć. Owszem, próbuję czasem walczyć słowem, ale droga dyplomacji jest bardzo trudna w dzisiejszych czasach. Drobne uczynki czasami przynoszą lepsze i szybsze efekty.
Wierzył, że po to Kreator tchnął w niego życie, by szerzył dobro. Pomagał, służył… im więcej było dobra, tym mniej było zła. W istocie, nie znikało, ale niektórych rzeczy nie dawało się anulować jak za odjęciem ręki. Chociaż większość dnia spędzał na zszywaniu ran, segregacji medykamentów w magazynie i ewentualnej nauce dla tych, co chcieli się uczyć, nie oznaczało to, że nigdy w świecie nie podejmował dyskusji z braćmi o problemach, które były znacznie poważniejsze, niż deficyt kaukaskich granatów.
Spojrzał z boleścią w jasne oczy opętanego.
- Kesil, jesteś dobrym człowiekiem. – zapewnił go z największym przekonaniem i żywą szczerością w oczach. – Nie chcę tylko, byś stawał się częścią czegoś tak okropnego. Nieważne jest jednak, co sobie myślę i jakie mam nadzieje. Ty masz być tym, który nie poniesie żadnych konsekwencji za własny wybór, jakiegokolwiek nie zdecydujesz się podjąć. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś ci się stało z mojego powodu. – sam w tym momencie czuł się jak egoista. Wolałby poświęcić samego siebie, byleby umożliwić wymordowanemu przeżycie. Kesil miał żyć, cały i zdrowy; miało tak być i koniec. Nieważne co musiałby poświęcić, by ten cel się ziścił – własne skrzydła, godność, hektolitry krwi… czy samą znajomość.
Pogładził syna po głowie, chcąc dodać mu trochę ze swojego współczucia, siły, otuchy. Sam jednak czuł się okropnie, a parę następnych minut miało być jeszcze gorsze. Ktoś bowiem znajdował się już w rzeczywistym zagrożeniu.
A więc jednak Żyrafa nie był jedynie zbieżnością nazw. Poczuł jak coś przekręca mu się w żołądku.
Niemal natychmiast się wyprostował.
- Muszę natychmiast wracać do siedziby i o tym poinformować. Kirin może znajdować się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. – był spięty do granic możliwości. Stres powodował, że cały wydawał się sztywny i chory. Mimo wszystko ponosiła go energia. Musiał w końcu działać. – To nie tak miało wyglądać, Kesil. Bardzo cie przepraszam, ale... nie mam innej możliwości. Muszę iść. – odparł z wyraźnym przejęciem, zaczynając działać jak automat. Natychmiast zrzucił z siebie płaszcz, rozpiął koszulę i nawet jej nie składając, wrzucił do plecaka, który to następnie podsunął bliżej wymordowanego. – Są tam rzeczy dla Ciebie. Wszystko możesz zachować na stałe. – powodem tego nagłego roznegliżowania była para pięknych, ogromnych skrzydeł, które zaraz wyrosły mu z pleców i przysłoniły kawałek nieba. Nie chciał niepotrzebnie niszczyć sobie ubrania. Wolał marznąć. – Proszę, zaopiekuj się Inkiem przez jakiś czas. Mógłby za mną nie nadążyć i zaginąć. – wkrótce jednak zwolnił i z pełnym uczuciem pochylił się nad głową syna, ucałowawszy ją w czoło. – Naprawdę cię przepraszam, synu. Postaram się, aby następna szansa na rozmowę pojawiła się jak najszybciej. Odnajdę cię.
Spojrzawszy ostatni raz w jego twarz, odbił się potężnie od ziemi i poleciał.

{ z.t }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Kesil on 8/4/2017, 18:40
– Najważniejsze jest dla mnie zdrowie i wygoda moich podopiecznych.
Szarpnął głową, unosząc ją gwałtownie. Czy on się przesłyszał? A może Ourell nie mówi mu wszystkiego?
W pierwszym momencie zagryzł boleśnie wargę, aby nie powiedzieć czegoś raniącego anioła. Nie chciał bowiem kłócić się ani doprowadzać do nieprzyjemnej wymiany zdań. Nie potrafił jednak tak całkiem usiedzieć cicho. Uważał Bernardyna za osobę, której może powiedzieć wszystko. Wyżalić się, wypłakać, przedyskutować każdą wątpliwość dręczącą wymordowanego. Wobec tego, kiedy opanował emocje oraz dwa razy przemyślał swoje słowa, postanowił zabrać głos.
- I tyle? "Droga dyplomacji jest bardzo trudna"? Z całym szacunkiem, ojcze, ale to nie brzmi mi jak pomaganie. To brzmi jak przyzwalanie na zło. A wręcz przykładanie ręki do czynienia tego zła. Ty zadbasz o to, aby członkowie gangu byli zdrowi, a oni pobiegną w całym swym zdrowiu wybijać zęby innym. Nie wszyscy, wiem, ale nie powiesz mi, że każdy tam święty. Czym to by się różniło, jakbym ja zaczął dbać o dobro kapłanów kościoła? Przecież bym czynił dobro. Bym pomagał, bo droga dyplomacji jest trudna. Więc bym siedział w ciszy i opatrywał rany, a oni potem z nowymi siłami by szli zabijać kolejne anioły. - Chyba go jednak poniosło. Nie powinien był. Ale jego jest tak łatwo wprowadzić w skrajne stany emocjonalne... Musi nauczyć się wyciszać emocje. Pokręcił szybko głową.
- Przepraszam, ja po prostu... Jestem skołowany. - Dodał szybko, aby załagodzić ostrość swojej poprzedniej wypowiedzi.
- Kesil, jesteś dobrym człowiekiem.
- Nie jestem człowiekiem. - Zaprzeczył odruchem. - Nie nazywaj mnie tak. To jak kłamstwo. - Słuchał reszty wypowiedzi w ciszy. Skoro tak, to czemu Ourell jest częścią gangu? Naprawdę przestawał rozumieć, co się wokół niego dzieje. Nie zna wszystkich elementów układanki czy po prostu jest za głupi, aby pojąć najprostsze rzeczy?
Ciepła dłoń anioła, gładząca lisa, wyrwała z piersi wymordowanego głębokie westchnienie. Czuł okropną niemoc. Ale nim zdążył coś jeszcze powiedzieć, anioł zerwał się i zaczął rozbierać.
Niebezpieczeństwie? To raczej było do przewidzenia. Zdążył to wywnioskować po broni w rękach napastników. Jedynie nie umiał przejąć się losem obcego mężczyzny. Ale dla Ourella to nie był obcy, tylko członek dziwnej rodziny, niepołączonej więzami krwi, lecz supłami żółtych chust.
Patrząc z dołu na oświetloną ciepłymi promieniami sylwetkę anioła poczuł się nagle mały i nic nieznaczący. Rozchylił usta, częściowo z pewnego podziwu, częściowo z nagłego uderzenia pokory.
Wiedział, że Ourell jest aniołem. Jednak nie zdawał sobie sprawy, co to naprawdę znaczy "być aniołem". A widząc go takiego - zdeterminowanego, ze skrzydłami gotowymi do wzniesienia ciała w przestworza, z zaciętą miną i poświęceniem, chyba pierwszy raz pojął, jak wiele ich dzieli.
Szybko jednak Bernardyn przełamał tę nagłą przepaść, pochylając się i całując lisa w czoło.
- Dobrze... Dobrze. - Przytaknął bezwiednie, zanim nagły podmuch powietrza nawiał mu piachu w twarz. Potarł oczy, patrząc potem za znikającą w jasności nieba postacią.
Z oszołomienia wyciągnął go dopiero Ink, mijając w pogoni za aniołem. Chwycił szybko psa, zatrzymując go i przyciągając do siebie.
Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Stanowczo za dużo. To spotkanie było wielkim, szalonym roller coasterem uczuć.
Pokręcił głową, odzyskując nieco trzeźwości myśli i odruchem gładząc skamlącego psa po głowie. Spojrzał po rozrzuconych rzeczach i sięgnął po ubrania, by je poskładać oraz ładnie spakować do plecaka. Oczywiście, że większość odda Ourellowi jak tylko ponownie się spotkają.
- Widzisz, Ink? Nawet mleka nie wziął w tym pospiechu. - Jedną parą rak w miarę zgrabnie ogarnął swój tymczasowy ekwipunek, drugą za ten czas nieco oczyszczając dalmatyńczyka z błota.
- Musisz trochę wytrzymać ze mną. - Podrapał stworzenie po szczęce, puszczając wolno. - A zaczniemy od kąpieli. - Miał za dużo bagażu, aby móc to wygodnie nieść jako lis. Niechętnie to niechętnie, ale nałożył luźne spodnie oraz narzuconą mu wcześniej przez Ourella bluzę, zanim podniósł się ze schodków kapliczki. Gwizdnął na psa.
- Może pójdziemy do Edenu się wykąpać. - Zarzucił sobie plecak na plecy i wolno ruszył przed siebie.

/ zt


|| a7a887

Kesil i jego lew:
avatar





Kesil
Opętany
GODNOŚĆ :
Kaede Shimizu


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics