Strona 8 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 1/12/2016, 05:02
Morozov zdążył się w trakcie zabiegu Hydry przebudzić i nie było w tym bowiem nic dziwnego — etap pozbywania się naboju, a następnie zszywania nieznieczulonej, acz uszkodzonej tkanki nigdy nie należało do największych przyjemności. Lekarz wojskowy kwalifikował towarzyszący temu ból gdzieś pomiędzy ciężkim do zniesienia, a tym doprowadzającym niemalże do kurwicy. Być może nadwrażliwość w tej materii wynikała z osłabienia i wycieńczenia organizmu przez co umysł wzmacniał odczuwanie cierpienia. Na bladej twarzy między brwiami szybko wymalowała się zatem lwia zmarszczka. Nie miał nawet siły, ani tym bardziej ochoty na przyglądanie się pracy medyka. Prawda pozostawała niezmienna — w normalnych warunkach, w co najwyżej rzadkich przypadkach, pozwoliłby się komukolwiek tknąć. Możliwe, że to tylko pozbycie się naboju i cholerne oczyszczenie rany znieczuliło go dostatecznie do tego stopnia, że samo zszycie wcale nie zrobiło na nim większego wrażenia, bo w zasadzie w jego trakcie zasnął. Nie dostrzegł zatem rzucającego się w oczy różowego plastra zwieńczającego cały zabieg w iście symboliczny sposób.
Agresja tego bezczelnego Smoka przy usilnym zakuciu jednostki dotkniętej sporym ubytkiem krwi byłoby kolejną rzeczą, w której na próżno większego sensu Rosjaninowi przyszłoby się doszukiwać. Jednakże tego typu zachowanie jedynie sprzyjało jego wieloletniej bezsenności na przekór osłabieniu czy utracie krwi, które wymagały odpoczynku i przede wszystkim — snu. Problemy z niskiej jakości snem od zawsze był jego zmorą, notabene Chashka tendencję do normalnego zasypiania przejawiał, jak na ironię, przy boku tylko jednej osoby, która z kolei obecnie dziwczyła się na terenie Desperacji, jak Tsar otwarcie, by to nazwał, choć… na pewno nie w tym momencie.
Ograniczenie ruchów przez metalowe bransoletki sporo utrudniało, ból odzywający się zarówno przy świeżo opatrzonej ranie postrzałowej czy miejscu po uderzeniu przez tego japońskiego kretyna, który już dawno zapomniał czym jest takt i przypominał żywy zmierzch swojej lepszej wersji. Morozov nie był jednak w pełni sił witalnych, a osłabienie dawało mu się wyraźnie we znaki, kiedy podjął się pierwszej i chyba zbyt szybkiej próbie podniesienia, zaskutkowało to pojawieniem się mroczków przed oczami. Pochylił nieco głowę w dół, na moment przymykając oczy, chcąc zminimalizować nieprzyjemne skutki tego. Ze względu na to przerwał również podjętą wcześniej czynność, pozostając jedynie przy siadzie. Szybko zdał sobie sprawę z tego, że zbyt gwałtowna próba wstania wyjdzie mu jedynie bokiem. Chwiejnie, z brakiem jakiejkolwiek równowagi, a to z kolei mogło zaskutkować jedynie bliższym zapoznaniem się z tą cholerną ściółką.
Rozkuj mnie, Kido. — mruknął głosem pozbawionym większego wyrazu, marszcząc jedynie nos z niezadowoleniem na ograniczenia własnego ciała. Zabrakło w nim jakiejkolwiek ironii, do której Dr najchętniej, by się w towarzystwie tego przychlasta skłaniał. Do czasu względnej regeneracji, której mógł uraczyć jedynie przy odpowiedniej ilości snu, co w jego przypadku mogło być co najwyżej pobożnym życzeniem, a na którą nie mógł zresztą liczyć z wiadomych względów – zapewne pozostanie jedynie cieniem własnej osoby wyzbytej ze złośliwości i agresji.


Podziwiaj, pozwalam~





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Yury on 1/12/2016, 23:55
Śpiąca królewna się obudziła, a Smok, zresztą jak sama nazwa wskazuje, nie był jej księciem z bajki, więc siłą rzeczy nie miał zamiaru dbać o jej dobre samopoczucie.
Przesunął pogardliwie spojrzenie po twarzy Morozova i splunął na trawnik, by zaakcentować swój stosunek do jego przebudzonej osoby. Wzdrygnął się na wzmiankę o swojej dawnej tożsamości. Kido Arata zginął pod zgliszczami własnego człowieczeństwa, ale najwyraźniej ta informacja nie docierało do pustego łba Rosjanina. Wlatywała jednym i wylatywała drugim uchem.
Zacisnąwszy zęby na filtrze, pogrzebał w kieszeni, by wyjąć mały kluczyk do kajdanek. Przykucnął obok skrępowanego nimi imbecyla, całkowicie terroryzując jego przestrzeń osobistą. Nachylił się nad jego ustami, rękoma przeszukując kieszenie. Kiedy palce zacisnęły się na upragnionej rzeczy – paczce papierosów. Schowawszy ją do kieszeni, uśmiechnął się kącikowo.
Konfiskuję — wyszeptał mu wprost w ucho, dociskając do niego na moment szorstkie wargi, jednak zaraz się podniósł, nie pozwalając tym samym Morozovi na absolutnie żaden ruch. Zresztą przez spory ubytek krwi jego reakcja była mocno opóźniona, co w mniejszym lub większym stopniu działało na korzyść biomecha. — W ramach zapłaty daję ci to. — Kierując się -zasadami handlu wymiennego rzucił kluczyk parę centymetrów obok lekarza. Nie ma w końcu nic za darmo. Nie miał zamiaru zostać w tej kwestii dłużnikiem tego kretyna. — Sam się rozkuj— dodał, patrząc na niego znów z góry.
Oprócz wstrętu i zrozumiałej pogardy, absolutnie nic nie czuł w stosunku do tego człowieka. Kido Arata też siedział cicho..
A teraz, jeśli nie chcesz bardziej nadwyrężyć mojej cierpliwości, rusz dupsko. — Pchnął szpicem buta jego plecy, by tym samym zmotywować jasnowłosego do ówże działania. Miał nogi i ręce, toteż biomech nie miał zamiaru spełniać się w roli jego tragarza, nawet jeśli skądinąd przez jego kondycję fizyczną ich podróż rozciągnie się w czasie. Nie brał nawet tego jako czynnik łagodzący frustracje opóźnieniami. Jeśli zatem tsar będzie się guzdrał, oberwie za to z nawiązką.
Złapał worek z bronią w mechaniczną rękę i zarzucił go sobie na plecy. Ruszył przodem, zostawiając lekarza nieco w tyle. Poniekąd wcale mu nie zależało na tym, by ten idiota z rosyjskim rodowodem za nim szedł. Miał do dyspozycji właściwie trzy opcje. Zostać i czekać na wybawicieli w charakterze swoich wojskowych kumpli, co samo w sobie w tej materii było dość ryzykowane. Był zakuty, a co za tym szło – bezbronny. Mógł też działać na własną ręką, ale z wyżej wymienionego powodu pole manewru samo w sobie miał ostro ograniczone bądź pójść za Yury’m – zarazem najbezpieczniejsza i najbardziej bolesna dla niego w skutkach opcja.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 31/12/2016, 03:57
Kto jak kto, ale Ilya Antonowicz Morozov — nawet w tak mizernym stanie wynikającym bezpośrednio ze sporej utraty krwi, o czym świadczyła przede wszystkim nadmierna bladość skóry, nieodłącznej dezorientacji i wybitnego osłabienia organizmu — nie liczył na tego typu kurtuazje, a tym bardziej ze strony tejże nad wyraz przebiegłej shlyukhy, jak Car nazwałby to wprost, gdyby był oczywiście w nieco lepszym stanie. Jego ciało okazywało się tak słabe i ociężałe, jakby ktoś umyślnie wypełnił je ołowiem. Zresztą już na pierwszy rzut oka — łatwo było dokonać obserwacji, w której Rosjanin nie zachowywał się jak zwykle, choć intensywnie niebieski kolor jego tęczówek mógłby dawać sprzeczne, a tym samym złudne znaki. Dla dopełnienia wokół jego osoby oplatało się sytuacyjne otępienie, a podsumowując wszystkie wymienione czynniki — cierpiała na tym wszystkim jego reaktywność i charakterystyczna dla jego osoby nieobliczalność.
Yury nie przewidział i nie rozumiał jednego — co z tego, że Morozov zauważył drastyczną zmianę w jego zachowaniu jeszcze w tamtym zaułku, kiedy nie do końca rozumiał jej podstaw; teraz jednak nie był sobą w nawet najmniejszym calu. Wiedział, że jego Arata nigdy nie męczył swoich ofiar, a sam Rosjanin uznawał znęcanie się nad pewnym trupem za przejaw skrajnej i jawnej głupoty, dlatego też tak skutecznie i łatwo ex-Smokowi udało się wyprowadzić go wówczas z równowagi, okraszając to wylewającą się z niego wściekłością. W odróżnieniu od Yury’ego — wbrew wszelkim pozorom oziębłości Dra — Chashka posiadał kręgosłup moralny, którego granice mimo wszystko zostały przez lekarską profesję i zawód wojskowego znacząco przesunięte, na czele z jego wrażliwością. Czy dostrzegł bijącą od niego zmianę osobowości, którą wypadałoby określić mianem degradacji i autodestrukcji? Jak na ironię — Morozov zauważał takie detale od ręki, nawet po paru latach przerwy, wymuszonej odległości i towarzyszącej im wzajemnej niechęci.
Teraz przeszukiwanie kieszeni Morozova przez tego zmechanizowanego palanta sprawiło jedynie, że zmarszczył brwi, a na jego twarzy wymalował się grymas niezadowolenia. Naruszał bezczelnie carską przestrzeń osobistą, jakby należała do niego, co wyraźnie zagrało na nosie Chashki. Nie podjął jednak żadnych działań mających temu procederowi zapobiec lub uśpić go w zarodku — reaktywność, szybkość i otępienie robiło w tej materii swoje, ale przede wszystkim różnica siły odrywała tutaj równie ważną rolę.
Ciągle coś kradniesz, Kido, jak nie mój kubek, to moje papierosy. Jesteś bezczelnym gnojkiem — skomentował zajście marudnym i zgorzkniałym tonem Ilya, jakby dla podkreślenia, że ten rasowy debil przekracza nie tylko podstawowe granice, ale i powiela schemat, który go zwyczajnie drażni. Jako, że był w takim, a nie innym zdrowotnym stanie, co oczywiste, o wiele otwarciej wyrażał swoje emocje, które nie znajdowały się pod zbytnim filtrem samego Cara, który zwyczajnie nie miał na to siły ani tym bardziej ochoty. Zasada handlu wymiennego według Yury’ego wcale nie przypadła mu do gustu – nie dość, że ten palant z blaszanym dupskiem raczył go zakuć, to jeszcze rzucał parą kluczyków jak gdyby nigdy nic, doskonale wiedząc, że ze świeżo zszytym ramieniem (czego sam opatrywany przez hydrę jeszcze nie zarejestrował, a wielki różowy plaster czekał tylko na zauważenie) nie mógł podejmować się zbyt śmiałych działań, żeby nie zerwać szwów spajających skórę w jedno i przy okazji nie wznowić krwawienia. Nic więc dziwnego, że Chashka posłał mu spojrzenie spode łba, które mógł również rozumieć bardziej w przenośni jako zachętę do jebnięcia się w czoło. Morozova wcale nie bawiły te żarciki, a i sam nawet się nie ruszył się szczupakiem w stronę kluczy niczym tonący w stronę rzuconego koła ratunkowego.
Za to pchnięcie, które odczuł wyjątkowo dotkliwe, gdyby oczywiście Morozov był w pełni tego słowa znaczeniu — sobą (nie był, toteż skrycie życzył mu wypierdolenia się na prostej), to pewnie jego naczelnym celem okazałaby się chęć odpłacenia się temu pustynnemu robalowi i to od razu, ale w tym wypadku musiał martwić się zachowaniem równowagi, co mu się zresztą nie udało. Poturbowany już był wystarczająco, aby się nad tym zastanawiać — do towarzyszącego bólu i ociężałości ciała można przywyknąć, lecz zmuszenie się do dodatkowego wysiłku w postaci podniesienia się na nogi i skierowania za Yurym nie należało do zadań łatwych. Wymagało podjęcia co najmniej czterech prób, ale mroczki przed oczami i zawroty głowy szybko sprowadziły go na ziemię, dając jasno do zrozumienia, że grawitacja sobie z nim igra. Dopiero szóste podejście okazało się realnym sukcesem, choć samo osłabienie organizmu i obolałość dawała mu się mocno we znaki, tak jak szczere zdumienie widokiem różowego plastra, który na moment wybiło go z równowagi, przez co przystanął na dłuższą chwilę. Można, by pokusić się o stwierdzenie, że ruszenie za Japończykiem wymagało poświęceń, ale nie tak wiele jak dorównanie mu kroku — a to trochę mu zajęło z oczywistych względów. Czy Morozov zastanawiał się nad skutkami tego wyboru? Nie. Okazywało się w pełni spontaniczne. Jedno nie pozostawia wątpliwości i było jasne jak słońce — siedzenie gdzieś… na jakimś… eee… zadupiu, bo w zasadzie dezorientacja nie podpowiadała mu w żadnym razie gdzie tak właściwie się znajduje, a to jednak bardzo zły znak. Z opóźnieniem, jakby w ślad za gorącymi promieniami słońca, uświadamiał sobie, że na pewno nie jest w M-3 i ten parszywiec go stamtąd uprowadził. Tak, to nie miało sensu.
Gdzie tak właściwie idziemy, Kido? — zapytał nagle Morozov z wyraźnym w głosie zainteresowaniem, nie dbając przy tym o zachowanie jakiejś szczególnej odległości. W międzyczasie bawił się kajdankami, w które ten palant go zakuł, próbując się ich w ślimaczym tempie pozbyć, przez co, co rusz krzywił się z bólu. Jakoś chciał tego dokonać. Zgodnie z zasadą handlu wymiennego planował oddać mu te lśniące bransoletki w zamian za paczkę papierosów.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Yury on 31/12/2016, 21:37
Parsknął, idąc kilka centymetrów przed tym zarozumiałym palantem, który nawet teraz – stąpając po niezwykle cienkim lodzie – uważał się za Władce Świata, a nie mógł osiągnąć swoim życiu nic wartościowego, czego dowodem było jego aktualne, beznadziejne wręcz położenie. Był jednak kowalem własnego losu. Sam wszedł Yury’emu w drogę, prosząc się o coś boleśniejszego niż guz.
Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Morozov. Na Desperacji rzeczy non stop zmieniają właściciela, wiec pozwól, że wyprowadzę ci z błędu — odparł od nie chcenia. Zatrzymał się, obracając w kierunku przegrywa. — Mówisz o tych papierosach? — Zapytał, wyciągając paczkę tytoniu, będąc  przed paroma minutami własnością Rosjanina. Pomachał mu ją przed twarzą i z powrotem umieścił w kieszeni. — Są teraz mają własnością. Jeśli chcesz je odzyskać, musisz je ukraść. Śmiało, Morozov, taka okazja może się już nie powtórzyć — sarknął, prześlizgując lodowate spojrzenie poszarzałej tęczówki po twarzy Antonowicza. Krew w jego włosach błyszczała pod wpływem wschodzącego słońca, wyraźnie swoją czerwienią kontrastując z bielą jego czupryny. Grzywka zaś – ułożona zwykle w artystycznym nieładzie – oklapła, klejąc się do spoconego czoła. Wizerunek nędzy i rozpaczy podtrzymywał piasek, który lepił się do wilgotnych ubrań doktora i śnice pod oczami. Na ustach Yury’ego pojawił się kącikowy uśmiech. Wyrzucił pet i zdeptał go ciężką podeszwą trapera. Dopiero wtedy, po kilku chwilach milczenia, ponowił ten bezproduktywny dialog. — Masz w tym fachu doświadczenie, nieprawdaż? Zajebałeś dzieło rosyjskiej ceramiki, które następnie rozbiło się przez twój chujowy refleks i wrodzone roztrzepanie. — Splunął, by zademonstrować swoje niezadowolenie z tego faktu. Rosyjska ofiara losu. Stoczył się, mieszkając przez te wszystkie lata w M-3. Osiadł na laurach, co nie niesamowicie wkurwiało biomecha. Kiedyś realizowali ze sobą na każdej płaszczyźnie, teraz mógł go zdeptać jak karalucha. Potraktować gorzej niż psa. Morozov – z kajdankami czy bez – był bezbronny w starciu ze Smokiem, czego dowiódł w ślepym zaułku. Nadal kierował się swoją pierdoloną dumą i zazdrością, dlatego też Yury da mu jeszcze więcej powodów do niej, by raz na zawsze oduczyć go ślepego przywiązania i miłości. — Ale to jedna z dwóch rzeczy, które sobie przywłaszczyłeś. — Podszedł do niego, złapał go za kłaki i skonfrontował biochemiczną pięść z nosem lekarza, co musiało dla niego samego być bolesne w skutkach. — Obaj dobrze wiemy, że obrączka, którą zapewne chwalisz się na prawo i lewo, nie należy do ciebie. Zabiłeś żonę Araty Kido, a potem ją okradłeś, tuż po jego zniknięciu.To ja miałem ją własnoręcznie udusić, chuju. Popełniłeś kolejny błąd. Za błędy się płaci, ty zapłacisz za nie z nawiązką, bo zadarłeś z niewłaściwą osobą.
Zacisnął mocniej palce na jego bujnej czuprynie i cisnął nim, jak szmacianką lalką. Kido Arata zniknął i nie wróci. Im szybciej Morozov wybije sobie go z głowy,  tym szybciej będą mogli przejść do interesów.
Pójdziesz tam, dokąd zechcę  — rzucił w ramach odpowiedzi. — Ale jeśli musisz wiedzieć – będziesz gnił w najbardziej odległej celi w podziemiach Smoczej Góry. To idealne miejsce dla szczura twojego pokroju.

/Będzie lepiej. Mieliśmy sporą przerwę.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/1/2017, 00:10
Na Desperacji — te dwa słowa odbiły się od jego czaszki głośnym echem, a jego zmęczony umysł dodał nareszcie dwa do dwóch, rozumiejąc gdzie tak naprawdę się znajduje i dlaczego nie przypomina mu to nijak Trójki. Ten palant zaciągnął go na bezkres, kiedy pozbawił go przytomności — innego logicznego wyjścia nie było, a nawet jeśli… Morozov w obecnym zdrowotnym stanie nie posiadał wystarczających sił witalnych, by walczyć z samym sobą i katować się głębszymi przemyśleniami — osłabienie dawało mu się mocno we znaki, ale to wcale nie przeszkadzało mu w kręceniu rękoma zakutymi w kajdanki, przez co stopniowo gwarantował sobie bolesne obtarcia przy próbie wydostania przynajmniej jednej z nich. Rosjanin nie był jednak naiwny i nie robił sobie szczególnych nadziei na to, że przeciągnie je, wykonując manewr przeniesienia rąk na przód, przy uprzednim przełożeniu przez stalową pętlę nóg — oj, nie, w tym stanie nie było na to żadnych szans bez ryzyka, że zerwie sobie przy takim ruchu szwy spajające skórę postrzelonego, lewego ramienia. Pozostawało mu jedynie to niecierpliwe kręcenie rękoma, a choć szanse minimalne na wydostanie przynajmniej jednej istniało — nie zamierzał rezygnować. Wątpił, że ten palant z manią wielkości rozkuje go bez oczekiwania czegoś w zamian, jak mniemał poczynił takie „środki ostrożności” jedynie dla własnej satysfakcji.
Kite. Przez tego zjeba zapomniał o swoim podopiecznym i zostawił go samemu sobie wraz z powierzoną mu opieką nad żółwiem imieniem Kido. Świadomość tego uderzyła go tak nagle, jakby ktoś ośmielił się wrzucić mu za koszulkę śnieżkę, uświadamiając mu jednocześnie, że został po prostu wyrwany ze swojego dawnego życia bez jakichkolwiek wskazówek zostawionych dla Promyczka, a przecież nie mógł przewidzieć, że w tamtej uliczce dojdzie do tak ostrej reakcji i starcia. Co nie powinno budzić żadnego zaskoczenia — priorytetem Rosjanina stało się bowiem odnalezienie swojej komórki, kiedy wreszcie odzyska względną wolność, lub jakiegokolwiek telefonu, nawet jeśli miałby go podwędzić temu bezczelnemu gnojkowi, aby nawiązać choćby krótki kontakt z rudowłosym. W końcu pełny dostęp do konta bankowego i odkładanych tam na przestrzeni lat pieniędzy, z którego Kite mógł dowolne — wedle własnego uznania, aczkolwiek z wyjątkiem słodyczy — korzystać, to nie dokładna opieka i uwaga ze strony Dra, a ten nie mógł pozwolić sobie, aby jego Promyczek się rozwydrzył, nie czując na sobie uważnego spojrzenia Morozova.
Z rozmyślań o swoim podopiecznym i jego stającym pod coraz to wyraźniejszym znakiem zapytania bezpieczeństwie, wyrwał go jakże pouczający wywód właściciela blaszanego dupska, więc Morozov prawie od razu z piasku przeniósł wzrok na twarz tego palanta. Zmarszczył brwi, a jego spojrzenie zrobiło się od razu krytyczniejsze na widok szramy na policzku po draśnięciu kulą i gdyby nie te cholerne kajdanki, to niewątpliwie odruchowo wyciągnąłby w jej stronę ręce.
Chętnie bym je zabrał, skarbeńku, ale w swoim braku męskości postanowiłeś mnie zakuć jak swoją własność, więc skorzystam z tego zaproszenia, kiedy odzyskasz jaja, żeby zabrać sobie te błyszczące bransoletki, kiedy się w końcu za nimi wystarczająco stęsknisz, choć wątpię, że twoje ego zniesie brak aż taki kontroli. — odparł jadowitym tonem Rosjanin, mocniej ocierając przegubami o metal, a otarta skóra odezwała się tępym bólem, przez co Ilya Antonowicz Morozov skrzywił się niemal automatycznie. Widok oddalającej się paczki papierosów dodatkowo dorzucił mu posępnego wyrazu twarzy. Chuj jeden. Jeśli przez jakiś czas obrzucał go w myślach salwą obelga, których nie wypada, dla zachowania dobrego smaku, przytaczać, to tekst zarzucający Rosjaninowi posiadania złodziejstwa we krwi, sprawił, że przechylił głowę w bok, mrużąc groźnie oczy. Nie wykonywał żadnych gwałtownych czy energicznych ruchów, gdyż jego możliwości w obecnym stanie okazywały się niewyobrażalnie ograniczone, co swoją drogą działało mu na system nerwowy. Zdawał się w pierwszym odruchu ignorować słowa tego kretyna z uniesionym widocznie podbródkiem, skłaniając się ku temu, by dotychczasowe otępienie i osłabienie otuliły go silniej. Nie to, że uznawał tę rozmowę za bezsensowną, ale… Miał najzwyczajniej w świecie ochotę, aby przestał chlapać tym ozorem. Naprawdę nie miał ochoty wysłuchiwać jego filozofowania, szczególnie w kwestiach, o których wiedzy nie posiadał i pozostawiały jedynie furtkę dla jego wyobrażeń, a także teorii. — Nie prosiłem o twoje kretyńskie komentarze, shlyukho, więc mógłbyś wreszcie przymknąć ten ryj. — mruknął Dr w międzyczasie, przeskakując płynnie na japoński z rodzimym, rosyjskim akcentowaniem słów. Dla lepszego efektu przewrócił nawet oczami. Rosyjski rodowód, co Yury’emu powinno być doskonale znane, podstawą dumy i nacjonalistycznej postawy Cara. Ilya Antonowicz Morozov miał zdanie tej biomechanicznej pokraki w głębokim poważaniu, bo i przecież nie musieli się zawsze ze sobą zgadzać, aby doskonale ze sobą współpracować.
Agresja w ich znajomości na przestrzeni lat… była wartością stałą, swoistym pewnikiem, jakby zarazem czymś spajającym, aczkolwiek teraz trudno, by to interpretować w jednoznaczny sposób. Od tego w zasadzie, jak na ironię, zaczęła się swego czasu ich znajomość w Szóstce. Jednakże w tym przypadku ten rasowy tchórz wykorzystywał swoją przewagę w sposób nad wyraz miażdżący dla osłabionego w wyniku utraty krwi Morozova. Uderzenie było na tyle mocne, że zakręciło mu się w głowie, jakby z opóźnieniem przez komórki nerwowe został odebrany kurewski ból nosa, z którego co oczywiste zaczęła cieknąć krew. Rosjanin zachwiał się na nogach, wtórował temu brzdęk kajdanek, które powstrzymały odruchową chęć sięgnięcia w stronę tej konkretnej części twarzy i chyba tylko jakimś cudem zachował równowagę. Z racji tego, że były to sekundy zdążył mimowolnie, acz głośno zakląć pod nosem, by niedługo potem zaliczyć bliższe spotkanie z piaskiem, padając na nie jak bezwładne ciało. Wkurwienie sięgnęło jednak swojego kresu, łącząc siły z uwolnioną adrenaliną w wyraźnym kontraście z osłabieniem organizmu.
Słuchaj bardzo uważnie, ty tania kurwo, bo powiem to tylko raz — zaczął z pogardą Ilya, zlizując z warg przy okazji gorącą posokę cieknącą z nosa, kiedy obrócił się w jego kierunku. Przesunął się wtedy na plecy, rękoma skutymi wciąż z tyłu zatopił gdzieś w ciepłych ziarenkach piasku. Przeraźliwa bladość twarzy wchodziła w znaczący kontrast w krwią. — Ta pierdolona szmata zostałaby przede mnie zamordowana dużo wcześniej za posuwanie mojej japońskiej połówki, ale pozwól, że przypomnę, iż usilnie mi w tym przeszkadzałeś, więc… tak, zasługiwała na śmierć gorszą niż tę jaką jej zadałem, szczególnie, że miała czelność później mnie podrywać. Jebnąłeś się tylko w czasie, zjebie. Zrobiłem to dopiero po pół roku, kiedy wróciłem pełnoetatowo do wykonywania zawodów po zyskaniu odpowiedniej opinii lekarskiej i wtedy złożyło się, że ta suka trafiła mi w ręce. Ta obrączka od zawsze była moja, symbolizując twoje błędy i porażki, bo nie zwykłem się tą własnością nikomu chwalić. — odparował zimno, z wyższością, patrząc na niego w taki sposób, jakby ten właśnie zaliczył awans na jakiegoś pobliskiego robala, skrywającego się między piaskami bezkresu. — Dzieło rosyjskiej ceramiki zostało zniszczone nie przez mój refleks, a przez to, że jesteś pierdolonym bezmózgiem, któremu brak piątej klepki. W tym zaułku wszystko mogło rozejść się po kościach, ale jak zawsze… jak zawsze, kurwa, wszystko spierdoliłeś. — warknął z odrazą i jawną pretensją, z przyspieszonym w złości oddechem. Morozov nie pojawił się tam z powodu wyśnionej przez tego zjeba troski, a przez to, aby nikt nie odkrył, że niejaki Kido Arata może żyć, bo na terenie Trójki na kamerach została zarejestrowana jednostka, choć trochę podobna. Po chwili podjął się próby podniesienia się i z całą energią włożoną w to, aby się podnieść, tak jakby chciał temu pajacowi udowodnić, że może więcej, jeśli tylko będzie chciał. Adrenalina i wściekłość robiły w tej materii swoje, choć to nie oznaczało, że jego stan w magiczny sposób się poprawił. Nigdy w życiu. Cudy tego typu się nie zdążały, nawet w przypadku jego organizmu trawionego przez wysokie stężenie wirusa we krwi. W dalszym ciągu czuł się jakby ktoś wrzucił go do mielarki do mięsa, a potem dla poprawienia jego stanu używalności przejechał po nim walcem. — Nie rób sobie też niepotrzebnie żadnych marzeń, że cokolwiek nas łączy, bo jesteś dla mnie okrągłym zerem. Od początku swojej udawanej śmierci, obecnie tylko potwierdzając to jakim śmieciem się stałeś. Przyznaj… Nie umiałeś mnie tam zabić, co? To, że jesteś na tyle nieudolny, aby tego dokonać to już twoja osobista porażka, więc lepiej dla siebie przyjmij ją na klatę, bo jeszcze mi się tu rozpłaczesz jak jakaś panienka. W końcu i tak nie posiadasz nawet za złamanego jena godności osobistej, więc przestań się wymądrzać, bo jesteś jedynie popapranym tchórzem, który od zawsze uciekał od odpowiedzialności. — Splunął z pogardą krwią, która dotychczas przez jego pozycję leżącą na plecach i wspartą na rękach, spływała mu do gardła, a na języku stale pozostawał charakterystyczny, metaliczny posmak. — Pójdę, skoro sobie tego życzysz, skarbie — rzucił Morozov, ale słowa zostały przez niego do cna przesiąknięte złośliwym sarkazmem. Uczynił też stosowny nacisk na słowo „skarbie”. Zmierzył go góry na dół z jawnym lekceważeniem. — Chcesz mnie zamknąć w jakiejś celi? Śmiało, nie krępuj się, cioto, przecież sensu, że to bezproduktywne nie zrozumiesz. Zanim jednak pójdę ci rękę należy mi się jeden telefon do mojego Promyczka. — wzruszył ramionami, jakby zupełnie tym newsem niewzruszony. W obecnym stanie, poza wkurwieniem Morozova, należało mieć na uwadze, że jego wyniosłość i obojętność odgrywały tutaj sporą rolę. Wypuścił głośno powietrze ustami, czując jak serce w wali mu jak oszalałe i robi mu się gorąco, ale i przy okazji słabo. Yury znacząco przyczynił się do gwałtownego, acz niespotykanie skutecznego wyprowadzenia Ilyi Antonowicza z dotkliwego kręgu dezorientacji i otępienia, choć wciąż czuł się jak ledwo żywy, co w sumie nie mijało się aż tak bardzo z prawdą...


Więc lepiej dla Ciebie, żebym nie musiał długo czekać. Nie spierdol tego~





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Yury on 2/1/2017, 01:29
Monolog Morozova jawnie go rozbawił. Przewrócił oczami w geście politowania. Rosjanin był odrealniony na całej linii.
Widocznie ta japońska połówka, o której tak namiętnie pierdolisz, ktokolwiek to jest, nigdy nie należało do ciebie, skoro w tak szybkim czasie pocieszyła się kimś innym — odparł. Kido Arata nie protestował na to stwierdzenie, a on sam, oprócz jawnego obrzydzenia, nie czuł w zasadzie nic do tego ćpuna, który nie miał przysłowiowych jaj, by spojrzeć prawdzie w oczy, za swoje błędy oskarżając innych. Jak dzieciak szukający desperacko usprawiedliwienia. Rosjanin właśnie taki był – mentalnie zatrzymał się gdzieś w okolicach czternastu lat. — Powiem nawet więcej, Morozov, jesteś sam jak palec na obcym, bezwzględnym zadupiu, które rządzi się własnymi prawami. Bardziej bezdomny niż kiedykolwiek. Wartość portfela nie ma tu żadnego znaczenia. Wyświadczam ci akutalnie przysługę, ale jeśli aż tak bardzo pragniesz samotności, dostaniesz ją. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że do tego właśnie dążę. Wszystkie drogi więc prowadzę co celi. Mówisz-masz — odparł takim tonem, jakby faktycznie wyświadczał mu przysługę. Rosjanin siłą rzeczy nie wzbudzał w nim już żadnych uczuć, a jego gówniarskie riposty tylko wzmacniały te wrażenie. Zachowywał się jak dresiarz spod bloku. Stoczył się na samo dno łańcucha pokarmowego. Obaj w końcu dobrze wiedzieli, że jeśli najemnik zostawi go tutaj, zdechnie jak pies, nawet z tym swoim całym wojskowym przeszkoleniem. Popisał się swoimi umiejętnościami w ślepym zaułku. Rozbił kubek i został postrzelony w ramię. Wojskowy od siedmiu boleści. To przypomniało mu historię przed laty, kiedy ten matoł, jeszcze w 6, dostał tak po dupsku, że zwijał się z bólu, jednocześnie wyznając Kido miłości. Nie wyszedł na niej dobrze, co zresztą widać było gołym okiem. — Pierdolisz od rzeczy, jak zawsze zresztą, kiedy chcesz poczuć się potrzebny. Nie prosiłem cię o żadną pomoc, Morozov. Wpierdoliłeś się tam na własne życzenie. Uratowałem ci tę zasraną dupę, więc z łaski swojej zamknij się. Żyjesz, bo ci na to pozwoliłem, jak zresztą słusznie zauważyłeś. Twoje spierdolone do granic możliwości istnienie leży w moich rękach, więc tak potwierdzam, by nie trzymać cię dłużej w niepewności, jesteś moją własnością. — Zmniejszył między nim dystans i bez ostrzeżenia włożył rękę do kieszeni spodni Rosjanina. — Zabieram, co nigdy nie było twoje — powiedział Morozovi do ucha. Zacisnął palce na biżuterii i wyciągnął ją, popychając Rosjanina do przodu. Przyjrzał się przez chwili obrączce, która należał do kobiety, z którą ożenił się Kido Arata. Teraz miał komplet. Mógł je upchnąć jakiemuś frajerowi za skrzynkę piwa i parę paczek papierosów. Wepchnął swoją zdobycz do kieszeni. — Może sprzedam cię do burdelu. Wyświadczysz światu przysługę i zajmiesz w końcu tą swoją parszywą gębę sflaczałymi penisami — dorzucił, podnosząc worek pełny specowskiej broni. Zerknął na lekarza z jawną pogardą. Jakby faktycznie rozważał tę opcję, która skądinąd była kusząca. Niech ta Rosyjska dziwka w końcu zarobi na swoje utrzymanie, bo do tej pory grzała dupę w wygodnym fotelu i panoszyła się po obcym kraju jak po swojej zdechłej od paruset lat ojczyźnie. — Należy ci się co najwyżej ostry wpierdol. Zasuwaj. Przodem. I uważaj pod nogi. Nie chcemy przecież, żebyś okaleczył tą uroczą buźkę, która w zasadzie jest twoją jedyną zaletą. Zaraz obok ślepego przywiązania.
Biomech nie zamierzał z nim negocjować. Jeśli nie pójdzie po dobroci, zmusi go do tego. Miał wystarczająco dużo siły, Morozov niekoniecznie. Zacisnął palce na karku dobrze zapowiadającej się kurwy i popchnął ją do przodu. Może wpierw powinien przetestować jej umiejętności…
Parsknął. Na Smoczej Górze czekały go lepsze atrakcje, które nie miały nic wspólnego z tym wypełnionym sentymentalnością matołem. Seks z trupem nie pociągał go w żadnym wypadku.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 15/1/2017, 01:10
Rosjanin spoglądał na właściciela blaszanego dupska z jawną pogardą spod przymrużonych powiek, która wzrastała stopniowo wraz z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez tego bezmózga. Morozov wręcz nie dowierzał temu co właśnie słyszał i zarazem widział — był bowiem świadkiem jakiejś nad wyraz dziwacznej anomalii. Ten przychlast gadał zdecydowanie za dużo jak siebie. Nigdy nie zbierało mu się na tak długie i ciągnące się niczym makaron dywagacje łamane na wywody z nieistniejącego desperackiego sufitu. Lekarz wojskowy przyglądał się temu ćpunowi z coraz to większą uwagą, tak, teraz wszystko układało się w jedną, spójną całość. Odpowiedzią na zaistniałe okoliczności musiało być tylko jedno — brudna meta. Morozov powątpiewał w jakąkolwiek sterylność na terenie wzdłuż i wszerz tego wyschniętego na wiór miejsca, jakby dla upewnienia się oderwał wzrok od tego palanta pozbawionego piątej klepki, by przesunąć nim po zwałach błyszczącego w promieniach słońca piachu, rozciągającego się przez całość otaczającego ich dokoła bezkresu, poza terenem wykluczenia z kapliczką w tle.
Jednakże nie da się zaprzeczyć, że im więcej tych absurdów wygadywał Kido, tym mocniej oddziaływał na wyciągnięty wprost na skraj tolerancji i wytrzymałości system nerwowy Ilyi Antonowicza Morozova. Gdyby nie te kajdanki zapewne w niedługim czasie przypuściłby zamach na tego zjeba, ale w zaistniałych okolicznościach, jakby przewidując podjęcie takowego działania — tchórz umyślnie go zakuł, czerpiąc z tego widoku niewątpliwie niemałą satysfakcję.
Widzisz, pamięć najwyraźniej płata ci figle, ale z chęcią ci ją odświeżę, choć najpewniej uzupełnię te twoje zastraszające ubytki... — odparł złośliwym tonem Rosjanin, tak jakby w międzyczasie rozmawiał z osobą opóźnioną w rozwoju. — Wspomniana japońska połówka nazywała się Kido Arata i ledwie pół roku przerwy w związku nie nazwałbym jakimś szczególnym pocieszeniem się... Załatwianie formalności między państwami-miastami trochę zajmuje,  kontakt między miastami jest bardzo ograniczony, żeby nie pokusić się o stwierdzenie, iż jest umyślnie utrudniany. — wzruszył niby to obojętnie ramionami, patrząc na niego z wyższością, doszukując się przy okazji rozszerzenia źrenicy. Doskonale wiedział, że swego czasu wywalił pewne pozornie poukładane życie pewnej szmaty do góry nogami, nie mogąc jej co prawda uśmiercić przez usilne starania pewnego debila, choć niewątpliwie sam Morozov zamienił jej egzystencje w jawne piekło, czerpiąc z tego wręcz dziką radość. — Ten sam kretyn, rzecz jasna, nie mógł przecież przewidzieć, a już tym bardziej oczekiwać, że moja stopa postanie w tej zapchlonej Trójce. Porzucenie Rosyjskiej Dzielnicy to spore poświęcenie. — dodał takim tonem, jakby było to oczywiste i tłumaczył coś kretynowi najwyższych lotów. Kąciki ust Dra uniosły się jednak wyjątkowo ironicznie, bo ten mimo swego jakże marnego i godnego pożałowania stanu wyłapał, że ten zjeb patentowany z dziwnych względów o samym sobie mówił w trzeciej osobie. Trudno było to przeoczyć, choć sam Rosjanin początkowo nie zwrócił na to większej uwagi. Z racji tego, że Morozov poniekąd poszedł mu na rękę, siląc się na dokładniejsze wyjaśnienia, nie powinien oczekiwać oklasków.
W międzyczasie przekrzywił głowę w bok jak zaintrygowane zwierzę, nabierając tym samym swoistej pewności, iż w rzeczy samej ma do czynienia z pożądanym okazem, a mianowicie — naćpanym osobnikiem, który zaliczał już swój należyty, a co za tym idzie dawno wyczekiwany odlot. To wyjaśniałoby bardzo wiele, a szczególnie to dlaczego Morozov zmuszony był go określić mianem tego, który pierdolił jakby się szmat nażarł. Takowa diagnoza w praktyce okazywałaby się w zasadzie najbardziej dla Rosjanina wygodna. Symptomy do siebie pasowały, umacniając jego podejrzenia nielogicznym działaniem. 
Wartością mojego portfela nie powinieneś zaprzątać sobie głowy — prychnął jawnie tą poruszeniem tejże kwestii rozbawiony – w końcu już dawno temu spraw czysto finansowych ze sobą nie dzielili. — Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że zaciągając mnie na to zadupie samodzielnie zadbałeś o to, że nie są mi tutaj potrzebne, gratuluję. Chyba że widzisz tutaj gdzieś bankomaty, jak mniemam – z piasku, to jedynie dodatkowo potwierdzisz moje podejrzenia. — dodał z udawanym zatroskaniem, w dalszym ciągu prowadząc swoje lekarskie badania, niby to rozglądając się w poszukiwaniu takiego cudu technikonatury. Nieoczekiwanie wbił w niego spojrzenie z lekko uniesionymi brwiami, zlizując z warg zastygającą powoli, aczkolwiek wciąż, choć zdecydowanie wolniej cieknącą krew po uderzeniu w nos. — Że co? Wyświadczyłeś mi przysługę, serio? — Ilya parsknął śmiechem szczerze tym ubawiony, a to dobry żarcik. Pokręcił głową z dezaprobatą. Tak, rzeczywiście miał do czynienia z brudną metą albo innym podobnym syfem, który wyżerał mu resztki mózgu i wciskał w biomechanicznego lumpa najprawdziwsze odrealnienie. — A to dobre.
Morozov nawet bez jego głupkowatych uwag doskonale wiedział w jakim stanie zdrowia się znajdował, a tym znał własne, aczkolwiek marne wyposażenie, które nie nadawało się do ewentualnej walki o przetrwanie. Nieznajomość terenu, brak najbardziej podstawowych przedmiotów, nie działał dodatkowo na jego korzyść, jakby nie spojrzeć stanowił w tej chwili nie tylko łatwy cel, ale i przekąskę. Żeby być tego w pełni świadomym nie potrzebował przeszkolenia wojskowego — Rosjanin nie żył w naiwniackim przeświadczeniu o własnej nieskończonej sile i z racji bycia lekarzem wiedział również, że prezentuje się to w całości co najmniej nędznie, o ile nie gorzej. Przez nieobliczalne, w ocenie Morozova również nieprzemyślane, działania tego kretyna został tym samym na niego skazany, co dodatkowo go irytowało.
Przestań pierdolić głupoty. Zjebałeś w tej uliczce po całości i nie podlega to twoim ani żadnym dyskusjom ani tym bardziej twoim wynurzeniom. Wszystko, dosłownie wszystko mogło rozejść się po kościach, a każde z nas poszłoby w swoją stronę, ale spierdoliłeś – nic nowego. Jesteś żałosny. — skwitował to ostatecznie poprzez przewrócenie oczami. Teraz, kiedy wszystko w jego zmęczonym, współpracującym przez to niechętnie umyślnie – wszystko ułożyło się w jakąś względną całość i dobrze wiedział co się we wspomnianej uliczce rozegrało, zanim niezrozumiałych dla niego chęciach zaciągnął go na bezkres. Kupy się to nie trzymało. — Cóż, żyję tylko dlatego, że jesteś zbyt słaby, aby mnie zabić. Jeszcze pomyślę, że masz do mnie słabość. — dodał kpiarskim tonem lekarz, choć w zasadzie prezentował w tej chwili lekką hipokryzję. Sam przecież też nie byłby skłonny, aby wówczas pociągnąć za spust. Chyba. Może gdyby był bardziej związany ideologicznie z organizacją, do której jedynie w teorii i wygodnej praktyce przynależał wyglądałoby to nieco inaczej. Jednakże sam Morozov nigdy nie był stuprocentowo oddanym żołnierzem, który grzecznie wypełniał rozkazy. Na jego twarzy wymalował się kącikowy, cwaniacki uśmieszek. — Możesz porobić sobie nadzieje na to, że jestem twoją własnością, śmiało, nie krępuj się życia w odmętach swojej własnej wyobraźni. Na szczęście to nie boli. — wycedził przez zaciśnięte zęby Ilya, wyraźnie poirytowany umniejszeniem swojej rosyjskiej wartości do bycia własnością jakiejś marnej, japońskiej dziwki. Kiepski żart, doprawdy.
Wyraźnie się wyprostował, przygryzając mocniej dolną wargę, w niedługim czasie czując w ustach metaliczny posmak krwi, kiedy ten cham i prostak w jednym dokonał zamachu na tle jego przestrzeni osobistej, kradnąc najcenniejszą i najważniejszą rzecz należącą do Ilyi Antonowicza Morozova. Ręce momentalnie zacisnęły mu się w pięści, lecz jakikolwiek żywszy ruch nimi został stłumiony w zarodku, w towarzystwie metalicznego szczęku małego łańcucha między pierścieniami na nadgarstkach. Właściciel blaszanego dupska budził tym samym w nim jawną chęć mordu, co było zrozumiałe i do przewidzenia, zważywszy na realną wartość dla posiadacza tejże obrączki. Rosjanin posłał mu zimne, nienawistne spojrzenie, niosące w swym przekazie jawną groźbę na nadchodzącą przyszłość.
Uduszę cię podczas snu, kłamliwa kreaturo — odrzekł lodowatym tonem Rosjanian, płynnie przechodząc na język polski pozbawiony jakiegokolwiek znajomego sobie rosyjskiego akcentowania, by ten zjeb nie miał nawet szans domyślenia się co też wypowiedziane słowa mogły oznaczać. Rosyjskie słowa i polskie nie były sobie aż tak bliskie, by zwykły Japończyk mógł pojąć ich sens. — Lub zwyczajnie cię wykastruję. — mruknął już ciszej, bardziej do siebie, aniżeli do swojego towarzysza od siedmiu boleści.
Popchnięty ruszył się niechętnie, czując jak od każdego ruchu odzywają się bólem w jego ciele mięśnie i dające mu w kość nadmierne zmęczenie, które nie zniknęło nawet pod wpływem wcześniej uwolnionej adrenaliny, która siłą rzeczy zdążyła już opaść niczym kurz. Osłabienie organizmu, na czele ze sporym ubytkiem krwi nie znikało raz dwa jak za użyciem magicznej różdżki, niestety to tak nie działało. Uśmiechnął się jednak szeroko, jakby na przekór temu.
Pewnie, skarbie, nie krępuj się. Przypuszczam, że droga do tej wymarzonej przez ciebie celi jest długa i kręta, więc będziesz mógł poopowiadać mi o swoim pięcioletnim i jakże bogatym doświadczeniu w pracy w burdelu. — odparł Morozov takim tonem, jakby wcześniejsza wzmianka o sprzedaży do tegoż miejsca nie zrobiła na nim zbyt wielkiego wrażenia, ba!, Ilya Antonowicz podważał po cichu realizację wprowadzenie takowego planu w życie. — Bo skoro już się tak rozgadałeś... Nie krępuj się. — dorzucił Dr niby to zachęcająco, a wcześniejszy uśmiech nabrał nowego, jadowitego charakteru. Patrzył przed siebie, dbając usilnie o to, aby iść w miarę zadowalająco po nierównej, osypującej się powierzchni, co poruszania wcale nie ułatwiało. Do tego dochodziło, rzecz jasna, wznoszące się coraz to wyżej słońce. Sam urok bezkresu, jak to się mówi…
Urocza buźka. Chyba mu się w dupie do reszty poprzewracało. Teoretycznie powinien być dla niego bardziej wyrozumiały, zważywszy na fakt jego oderwania od rzeczywistości i bycia pod wpływem narkotyków lichej i wadliwej w swej naturze jakości, aczkolwiek na taki zaszczyt mogło liczyć bardzo wąskie grono, z wykluczeniem tego zakutego łba ze względów wręcz oczywistych i dla jednego i drugiego. W zasadzie gwoli ścisłości — w obecnej sytuacji każdy mógłby na to liczyć, tylko nie on. Ilya oczekiwał zatem złośliwe, że ten pyszałek wyjebie się na prostej i będzie leżał niczym żuk leżący bezradnie na własnych plecach, nie mogąc się podnieść, ależ to sprawiłoby mu radość! A telefon... I tak mu go pewnie zajebie. Z tym, że… w swoim czasie, tak, wszystko w swoim czasie. Czasem na bezkresie przejmować się już przecież nie musiał, choć wcale nie oznaczało to zmniejszenia ważności jego Promyczka.
Zawsze wydawało mi się, że zamiast uroczej buźki wolałeś co innego — odpowiedział kąśliwie Car, nawet na niego nie patrząc. Nie przerywał co prawda już dawno wznowionej przez siebie czynności, jaką było ocieranie rąk wokół tych cholernych kajdanek w próbach wydostania choćby jednej z nich, co samo w sobie okazywało się najwyżej pobożnym życzeniem. Póki co, udało mu się jedynie zedrzeć skórę z nadgarstków, która w styczności z potem owocowała jedynie charakterystycznym pieczeniem. — Ślepe przywiązanie? — powtórzył z powątpiewaniem najwyższej klasy, zerkając na niego kątem oka. — Po twojej nieudolnej próbie samobójczej dawno o jakimkolwiek przywiązaniu zapomniałem, nie karm się złudnymi nadziejami. Na twoim miejscu zastanawiałbym się skąd wiedziałem gdzie jesteś... Ach, i jeszcze jedno, tępa shlyukho, nie mów do mnie w moim ojczystym języku. Nie jesteś prawdziwym Rosjaninem, a poprawną wymowę zawdzięczasz mi. — prychnął nader pogardliwie, ostatecznie skupiając się na japońskim, który zawsze wydawał się najbardziej neutralnym gruntem. Ta ameba była bowiem w tak zaawansowanym stopniu wirtuozem grania na nerwach Dra, że nie urodził się jeszcze nikt, kto by jej dorównał. Jednakże sam Yury bez wątpienia zdawał sobie sprawę, że sam Ilya Antonowicz Morozov uznał go za niezbyt wartościowego, by toczyć z nim jakiekolwiek dyskusje po rosyjsku.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Yury on 17/1/2017, 02:05
Yury wywrócił oczami, kiedy z popękanych przez suchość ust Morozova popłynął pozbawiony ładu i składu monolog. Nie miał zamiaru podważać jego wartości meteoryczności, prawdę powiedziawszy, jakiekolwiek tłumaczenie zaistniałej sytuacji przez Rosjanina dla pół Japończyka nie miało znaczenia. Morozov, nawet jeśli ta wiedza była dla niego sama w sobie bolesna, musiał w końcu zrozumieć jedno – człowiek legitymujący się jako Kido Arata umarł pięć lat z hakiem na misji, pogrzebany żywcem przez własne wzniosłe ideologię i wyssany z palca patriotyzm. , zabity przez wiarę w M-3 i jego władzę. Yury na własne oczy widział grób podpisany jego dawnymi danymi personalnymi, więc nie mogło być w tej materii żadnej pomyłki. Spalił za sobą mosty, jeden po drugim, ostatecznie nawet swojemu najlepszemu uczniowi wczepiając nienawiść pod najczystszą postacią do swojej osoby. Chasha w tej materii nie tworzył żadnego, najmniejszego nawet wyjątku. Biomech zmiażdżył pod ciężarem swojego obuwia szczątki przeszłości, które w efekcie czego przestały istnieć, wraz z zapachnięciem w odmęty zapomnienia osobowości, która od trzydziestu lat marnowała potencjał tego organizmu. Dlatego też właśnie puścił mimo uszu wywód lekarza, częstując się kolejnym papierosem z paczki tego nie kontaktującego z rzeczywistością przychlasta.  Być może dla Rosjanina, od chwili zniknięcia jego drugiej połówki, świat się zatrzymał, ale Yury natomiast był innego zdania. Jego życie na Desperacji nabrało rozpędu, a jedne co łączyło go z dawnym życiem to sporadyczne wizyty w „Trójce”, gdzie regularnie odwiedzał Matta, niepozornego dzieciaka, ale zarazem uzdolnionego mechanika.
Nie interesuje mnie twój odjebany w kosmos życiorys, ani w chuj bogate w pasmo wydarzeń doświadczenie. Z perspektywy zapierdalającego w podskokach czasu jesteś dla mnie obcą osobą i nic nas w tej chwili nie łączy. Dawne zażyłości zdechły śmiercią naturalną. Wykitowały na przestrzeni minionych lat, w zasadzie wraz ze śmiercią Kido Araty. Popełniłeś bardzo poważny błąd w swoich kalkulacjach, cwelu. Nie jestem osobą, której wyznawałeś miłość, naćpany prochami przeciw bólowymi. Jej już nie ma.
Brutalne zderzenie się z rzeczywistości  Ilya Antonowicz Morozov musiał na swojej skórze odczuć jak coś na wzór szoku pourazowego, ale im szybciej zrozumie swoje położenie, tym szybciej zda sobie sprawę, że jest na straconej pozycji. W tym momencie to biomech dyktował warunki ich znajomości, a Rosjanin mógł tylko potakiwać i besztać go w myślach. Słownymi przepychankami jednak nic nie wskóra. Pogłębiał tylko pogardę, którą Yury czuł w stosunku do jego sentymentalnego dupska. Między przeszłością a teraźniejszą istniała bezdenna przepaść. Jeśli Morozov do niej wpadnie, juz nigdy nie odbije się od dna, a Smok nie miał zamiaru pomagać mu w tym w żadnym wypadku.
Z jego usta padł gardłowy, paskudny i przede wszystkim kaleczący uszy śmiech. Lekarz, wypowiadając kolejne słowa, pogrążał się bardziej, zatracając umiejętność logicznego myślenia.
Zjebałem? Chyba mamy inną definicję tego słowa.— Uniósł brew do góry w sugestywnym geście, a na czole pojawiła się głęboka zmarszczka. — Wróciłem na Desperacje w jednym kawałku z niegroźnymi dla życia zadrapaniami. Przytargałem ze sobą łupy w postaci sprzętu S.SPEC i nową zabawkę. Przez ten jeden dzień zrobiłem więcej niż ty przez ostatnie pięć lat. Wyobraź sobie, Morozov, że to ty jesteś w czarnej dupie, na nieznanym terenie z obcym facetem. Zakuty w kajdanki, osłabiony, poważnie rany. Kto tu ma bardziej przesrane?
Sytuacja Morozova nie przestawiała się kolorowo, choć chciał zachować twarz. Był sponiewierany i przywłaszczony przez Yury'ego, który siłą rzeczy uczynił go swoją własnością. Rosjanin jak najszybciej powinien pozbyć się złudzeń, że w jakiekolwiek sposób kontroluje sytuację. Stracił w zasadzie wszystko, co miał w ciągu jednej doby. Począwszy od ciepłej posadki, zakończywszy na wspomnianym przez niego Promyczku. Jego pozycja zwalniała go z przywileju dyktowania warunków. Yury nie miał zamiaru iść z nim na żadne ustępstwa. Albo Morozov zagra tak jak mu Drug-on zagra, albo zgnije w katakumbach, wdychając stęchłe i wilgotne powietrze. Oczywiście w takim wypadku – wedle zasady kto nie pracuje, nie je – lekarz byłby bezwzględnie odcięty nie tylko od świata zewnętrznego, ale również od pożywiania, wody i dwóch rzeczy, bez których nie mógł żyć – obrączki, jak na syndrom Golluma przestało oraz papierosów.
Ty natomiast w miarę poprawną japończyznę zawdzięczasz Kido Aracie, więc mógłbym powiedzieć ci to samo, co ty mi: Nie mów do mnie w moim ojczystym języku. Tak się składa, że twoje preferencje językowe w tym momencie obchodzą mnie tyle co śnieg na Sybirze, który już dawno utracił swoją nazwę.
Zniecierpliwiony Yury wyciągnął pistolet z kabury i wbił go do wystającej łopatki doktora. Nie miał czasu na urocze, nie mające w zasadzie większego sensu pogawędki. Jeszcze dziś miał zamiar wrócić na Smoczą Górę, czy to komuś się podobało, czy też nie, i solidnie przespać się na swojej pryczy. Jeśli Morozov nie przestanie strzępić języka, po drodze odwiedzą burdel i Drug-on go tam zostawi nawet za darmo. Miał jednak niejasne wrażenie, że właściciel tego przybytku prędzej czy później odda mu tego nacjonalistę od siedmiu boleści i jeszcze dopłaci, by go zabrał z powrotem. Yury jednak nie przyjmował reklamacji.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 20/2/2017, 01:22
Morozova tak naprawdę gówno interesowało zdanie Yury’ego i vice versa, co samo w sobie było widoczne gołym okiem. Ten palant zamiast ciągle kłapać tą japą powinien docenić fakt, że Ilya miał ochotę przytoczyć mu urywki z przeszłości, którą jego sprażony na słońcu mózg w skrajnym upale wyparł. Oczekiwał bowiem oklasków za to poświęcenie na tle swojego stanu zdrowia. Zapewne gdyby Rosjanin był w o wiele lepszym stanie i co rusz osłabienie organizmu nie przypominałoby sobie, to chętnie zaklaskałby tego godnego podziwu geniuszu. To dobrze, że Yury zauważył, że z perspektywy zapierdalającego w podskokach czasu byli dla siebie obcymi ludźmi. Car nie zamierzał bowiem marnować czasu na ckliwe i romantyczne wspominki, a jedynie robił mu przysługę przytaczając tak dokładnie pewnie kwestie, jakby w przekonaniu, że przysłuży się to właścicielowi blaszanego tyłka. Istniało spore prawdopodobieństwo, że Ilya Antonowicz Morozov puści to pierdolenie od rzeczy mimo uszu, lecz w momencie, kiedy ten patentowany zjeb wypomniał mu tę jedną iście absurdalną sprawę, dawno zakopaną w kurzu zapomnienia — jasnowłosy prychnął z pogardą, jakby Yury swoim gderaniem wywołał u niego odruch bezwarunkowy. Na moment nawet zaprzestał ocierania nadgarstków o powierzhnię kajdanek.
Wybacz, ale czy ja kiedykolwiek wyznawałem ci jakąś miłość? — rzucił z jawnym lekceważeniem wymieszanym z powątpiewaniem w głosie. Niedługo potem roześmiał się dźwięcznie, cynicznie wręcz, co stanowiło wyraźny kontrast w obliczu jego marnego wyglądu na tle rozciągającego się wzdłuż i wszerz bezkresu. — Nie wiem czy ci współczuć, że chciałbyś coś takiego zapamiętać, ale jak sam zauważyłeś i lubisz się powtarzać jak zdarta płyta — nie jesteś Kido Aratą. Mogę najwyżej życzyć powodzenia, bo nie przeszłoby mi coś takiego nawet przez gardło w stosunku do tej twojej paskudnej mordy i tego twojego godnego pożałowania blaszanego dupska. — odparował, uderzając tym samym w nasycony złośliwością ton, ale niewątpliwie został on specjalnie zadedykowany temu palantowi, który raczył uprowadzić jego carską mość poza mury M-3, bez jego przyzwolenia na tenże akt bezczelności.
Dr niestety zdawał sobie z niezadowoleniem sprawę, że nie znajdował się ani w najlepszym położeniu, ani nie miał szans przeżyć na środku tej chertovej pustyni. To było rzeczywistym powodem do pojawienia się lwiej zmarszczki, a nie obolałość ciała, które zdawało się zostać wypełnione w całości ołowiem. Jako lekarz potrafił mniej więcej ocenić szkody, a stan większej ilości krwi miał już szansę poznać w odległej przeszłości. Posłał mu pogardliwe, niby znużone spojrzenie, kiedy ten na nowo zaczął nowy wywód i aż ciężko było mu uwierzyć, że na stare lata zrobił się taki rozmowny. Potrząsnął głową, co zaskutkowało tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności w postaci nawrotu bólu pulsującego pod czaszką, więc w efekcie tego skrzywił się mimowolnie.
Czy ty kiedyś zamkniesz ten parszywy ryj? — syknął z jawnym poirytowaniem, bo zaistniałe czynniki, które sumowały się coraz to dotkliwiej dla samego Morozova przyprawiały go jedynie o dodatkowe rozdrażnienie. — Od kiedy ta morda ci się tak nie zamyka? Nie przypominam sobie, abyś kiedyś był kurwa tak rozmowny i dzielił się ze światem swoimi gównianymi mądrościami. Tak, zjebałeś, i powtórzę to tyle razy, aż wreszcie dotrze to do twojego pustego łba.
Nie dość, że towarzystwo tej ameby działało na jego system nerwowy, to Yury budził w Ilyi Antonowiczu Morozovie nad wyraz skrajne emocje, niekiedy przeciwstawne emocje. Skumulowane tworzyły bardzo wybuchową mieszankę, czego dopełnieniem było jego kiepskie samopoczucie i marny stan. Prezentował się niczym siedem nieszczęść albo i gorzej, co w obecnej sytuacji miał w głębokim poważaniu. W stanie wzburzenia i grania na nerwach Rosjanina przez pół Japończyka czasami zapominał o tym, że najchętniej wstrzyknąłby sobie morfinę i poszedł spać po wzięciu podwójnej dawki tabletek nasennych, chcąc walczyć z własną wieloletnią bezsennością. Nierzadko nieskutecznie, ale w obecnych, surowych warunkach było to jedynie pobożnym życzeniem, niemożliwym do realizacji w obliczu tego, że ten kretyn postanowił go zaciągnąć na to zadupie. Na usta Dra cisnęły się liczne przekleństwa, ale sam chyba nie miał już siły rzucać nimi na prawo i lewo — niczego to nie zmieniało.
Niewątpliwie jesteś tylko kolejnym jebniętym ćpunem. Innego rozwiązania nie widzę poza wciąganiem brudnego, skażonego towaru, to wyjaśniałoby te fazy, kiedy najzwyczajniej w świecie ci odpieprza — orzekł zimnym tonem, jak wspominany przez tego debila śnieg na Sybirze. Czas na obserwacje i wyciąganie wniosków minął. Innej opcji widzieć chyba nie chciał. — Tak, to wszystko wyjaśnia. — dodał z uśmiechem pełnym politowania dla obecnego stanu swojego ex-kochanka, którego twarz najchętniej skonfrontowałby ze swoją pięścią.
Zachęcony poniekąd przez broń do ruszenia się z miejsca i ponownego rozruszania było sporym wyzwaniem. Zmęczenie opadało na niego jak ciężka płachta, a każdy mięsień odzywał się bólem, sygnalizując tym samym, że podróżowanie nie będzie należało do żadnych przyjemności. A i sam Ilya Antonowicz Morozov nie spodziewałby się po swoim wycieńczonym organizmie nie wiadomo jak wielkich predyspozycji do marszu przed siebie w nieznanym kierunku.
Gdzie tak w zasadzie zamierzasz mnie zaciągnąć? I jak daleko to stąd jest? — mruknął, jakby od niechcenia, w ostatniej chwili darując sobie dodaniem odruchowo jakiegoś wyzwiska, co nie należało do najłatwiejszych. Nie, nie obawiał się broni — w żadnym wypadku, bo i jakoby odruchowo powątpiewał, że Yury pociągnie za spust. Tak samo jak wątpił w fakt, że jakikolwiek burdel przetrwałby w starciu z jego rosyjskim nacjonalizmem, którego teraz — poza M-3 nie musiał już jakoś szczególnie ukrywać.


Poprawię to jeszcze później~





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Yury on 12/3/2017, 21:06
Suche powietrze zostało przecięte przez równie oschły śmiech, który w zasadzie nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek oznaką radości, czy pokrewną do tego emocją. Yury odseparował się do tego typu uczuć dawno temu. i powrót do nich na tym etapie jego życia wydawał się niemożliwy. Zresztą takowe nie były mu do niczego potrzebne, jeśli mógł czuć chorą satysfakcję z upojeniem się czyimś strachem bądź też uwielbianą przez siebie wściekłością.
Zanim się odezwał, wyrzucił niedopałek i wyciągnął kolejnego papierosa z zabranej wojskowemu paczki. Jego podejrzenia się sprawdziły – jakiekolwiek dyskusje z  rosyjskim nacjonalistą były bezproduktywne, z takim samym efektem mógł rozmawiać ze ścianą swojego zakwaterowania na Smoczej Górze.
Wybacz, ale czy ja kiedykolwiek mówiłem, że ją wyznałeś? — zapytał, przedrzeźniając go. Morozov albo przez utratę krwi miał problemy z koncentracją, albo desperackie słońce odebrało mu resztki rozumu, skoro zaprzeczał własnym słowom. — Dawno nie myłeś uszu, Morozov — stwierdził, uśmiechając się przy tym okropnie pod nosem. Zaciągnął się papierosem i po chwili wypuścił dym nosem. — Na Desperacji nie nadrobisz swoich braków w higienie osobistej. Zapomnij też o ciepłej, bieżącej wodzie, czy nawet mydle w pełni znaczeniu tego słowa — dodał pogardliwie.
Yury, dzięki przydatnej umiejętności swojego anioła stróża, posiadał dostęp do wody, lecz nie miał zamiaru udostępniać jej obywatelowi terenów dawnej polski. Zresztą wątpliwy był fakt, czy przeżyje najbliższe parę godzin. Biomech niewątpliwie nie miał zamiaru mu tego ułatwiać, co najwyżej mógł skrócić jego męki, jeśli idący przed nim mężczyzna okaże się skrajnie bezużyteczny, a w swoim obecnym stanie niewątpliwy tak się prezentował. Sam jego żałosny widok wywoływał u Wiecznego odruchy wymiotne, które skutecznie udawało mu się stłumić. Do czasu. Każdy posiadał swoje granice wytrzymałości, a cierpliwość nie była jego mocną stronę po żadnym względem.
Skoro sobie tego nie przypominasz, to mnie  nie znasz, co już ustalaliśmy chwilę temu — rzekł, wzruszając obojętne ramionami.
Potyczki słowne Morozova ani go nie zraniły, ani nie wyrządziły żadnych szkód na jego sumieniu, które notabene już dawno zostało zrównane z ziemią. Były zatem w opinii biomecha pozbawione jakiekolwiek sensu, zresztą tak samo jak egzystencja Chashki w obliczy bezlitosnej Desperacji, która tylko czekała, by zacisnąć na nim swoje ostre zębiska. Gdyby Yury spełnił swoją zachciankę i pozostawił go samemu sobie, przy jego obecnym stanie, a także braku elementarnej wiedzy w zakresie tutejszej fauny i flory, dni Ilyi Antonowicza Morozova byłby policzone. Miał jednak lepszy plan jak wykorzystać jego prawie nieistniejący potencjał. Był on jednak ściśle powiązany z znajdującą się w jego kieszeni błyskotką w postaci obrączki. Nie miał żadnych wątpliwości, że Rosjanin zrobi wszystko, by ją odzyskać i miał to zamiar wykorzystać.
Przewrócił mimowolnie oczyma na jego insynuacje, co w obecności tego idioty było odruchem bezwarunkowym. Mógł z powodzeniem komentować tak każdą uwagę tej ofiary losu adresowaną w jego kierunku.
Sugerujesz, że te twoje skręty to brudny towar?— Zapytał, unosząc ku górze brwi. Od dłuższego czasu wciągnął tylko tytoń zabrany Morozovi, zatem nie było żadnej innej możliwości. — W takim układzie obaj jesteśmy ćpunami, carska mość nieistniejącego kraju. — Parsknął, celowo przy tym kalecząc akcent rosyjski, który został mu wpojony przez tę czołgająca się niemal na klęczkach gnidę.
Nie miał zamiaru ciągnąć tej zapoczątkowanej przez Morozova dziecinady. Yury’emu również towarzyszyło zmęczenie. Nie był też osobą cierpliwą, więc na dłuższą metę zachowanie obrażonego na cały świat Rosjanina zaczęło go do drażnić. I tak miał sporo szczęścia. Już dawno mógł stracić jedną z kończyn.
—  Nie twój zakichany interes – rzucił, nie mając zamiaru udzielać mu konkretniejszej odpowiedzi.
Droga na Smoczą Górę była długa i wyboista.  Morozov nie miał szans dojść tam o własnych siłach, a Yury nie miał zamiaru mu udzielać w tym zakresie żadnej pożyczki i użyczać własnych, zatem najprawdopodobniej dojdą tam dopiero w nocy. No chyba, że z Rosjanina opadną siły i mięśnie odmówią mu całkowitego posłuszeństwa…

zt x2


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 00:25
Bluzy. Dużo, dużo bluz.
Siedział pochylony nad stertą rzeczy, już którąś godzinę starannie dobierając ekwipunek, przygotowywany całymi tygodniami na tę jedną wyprawę. Wśród potoku obowiązków, do których należało między innymi składanie pacjentów, dbałość o należyty stan asortymentu medycznego i użyczanie swoich umiejętności typowej gosposi, gdzie tylko się dało (wczoraj zaszył komuś spodnie!), nareszcie znalazł należytą chwilę, by rozporządzać zachomikowanymi łupami. Dużo czasu zajęła mu klasyfikacja przedmiotów, które mógł z powodzeniem przeznaczyć dla syna, a które jednak powinien zachować w kryjówce. Wiedział, że nie powinien przesadzać, ale wyszedłszy z założenia, że odstępując od własnych porcji i przydziałów, nie wyrządzi szkody pozostałym członkom gangu – nie miał już oporów z chowaniem kolejnej bluzy, koszulki czy woreczka z zasuszonym mięsem.
Musi być ich dużo… żeby nie marzł.
Wszystkiemu przyglądał się nakrapiany czarnymi plamami pies, który leżał posłusznie w kącie pokoju, nie chcąc przeszkadzać zaaferowanemu aniołowi. Okrutną prawdą było, że Zachariel dopuścił się zaniedbania na czworonogu. Ink nie chodził głodny, ani spragniony… ale kiedy ostatnio nacieszył się z obecności swojego właściciela? Zajęty sprawami gangu – i poniekąd osobistymi – nie zwracał najmniejszej uwagi na dalmatyńczyka, wychodząc z założenia, że na ludziach zależało mu bardziej.
Westchnął cicho pod nosem i pakując ostatnią rzecz do plecaka, ściągnął sznurki i przywołał do siebie nakrapianego.

{}

Wspiął się po schodkach jednej z ruin posiadłości, poprawiając na grzbiecie wypchany różnościami wór. Słońce niedawno co rozświetliło wyschniętą, popękaną ziemię i dało szansę mizernym, wyjątkowo żałosnym roślinom upstrzonym po całej szerokości, by zaczerpnąć odrobinę jasności. Był świt. Wiosna, choć coraz śmielsza wciąż nie miała takiej siły o porankach, zmuszając Ourella do poprawienia szala.
Wpatrywał się w węszącego po okolicy psa, postanawiając przysiąść na jednym ze schodów w oczekiwaniu na przybycie Kesila.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zniszczona kapliczka

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 8 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics