:: M3 :: Wschód

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 29.11.17 19:46
Charakterystyczny trzask gałęzi popchnął instynktownie chłopca w tył, by stanął na najgrubszej jej części, wciskając tyłek w pień drzewa. Powoli odwrócił się, by przez przypadek nie ześlizgnąć się i nie runąć na dół, tym samym zdradzając swoją pozycję. Przeskoczył na kolejną gałąź, zręcznie i delikatnie, zsunął nogi, które zawisy, gdy złapał się dłońmi gałęzi, a następnie zeskoczył na zimie. Tuż przed znajomym. Zadarł głowę, przez moment wpatrując się w oczy chłopaka, nie wydając z siebie jakiegokolwiek dźwięku, wyglądając przy tym jak nienaturalne zjawisko, rzeźba, którą wykonał ktoś o absurdalnym poczuciu humoru.
Wszystko rozsypało się momentalnie, kiedy za plecami Dawersa rozległ się dźwięk kroków funkcjonariusza. Wymordowany obnażył ostrzegawczo kły, kładąc po sobie uszy w geście wystraszonej ostrzegawczości, po czym odwróci się i skoczył w krzaki, w których zniknął. Nie wybiegł jednak z nich. Przylgnął mocno do ziemi, wciskając pod siebie ogon, obserwując ich zza gałązek oraz liści, w cichej nadziei, że tutaj go nie znajdą i nie zjedzą, kierując się logiką typowej sieroty Desperacji.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 02.12.17 0:34
„To dziecko było ranne?”
Shawn odpowiedział zdawkowo – możliwe. Do końca sam nie wiedział, w końcu mignęło mu, a potem zwiało w ciągu następnego mrugnięcia. Co jednak jeśli...
Prawie przeklął na głos, kiedy tuż przed nim pojawił się dzieciak. Przecież dotychczas... Shawn otworzył szerzej oczy w geście zdziwienia, mimowolnie zahaczając wzrokiem o długi ogon. Wszystkie myśli powypadały mu z głowy. Ten ogon wydawał się ruchliwy. Jakby był częścią ciała, a nie przebraniem. Skąd u niego takie rekwizyty? Skąd...
- Zna-znalazłeś go, młody?
Obrócił się gwałtownie, zerkając za siebie, w kierunku ślamazarnie przedzierającego się przez krzewy mężczyzny. Funkcjonariusz był już zgrzany i najwidoczniej perspektywa dalszego pościgu nie uśmiechała mu się na tyle, aby wycisnąć z siebie jeszcze więcej. A może po prostu naprawdę nie miał już siły, nawet jeżeli w sprawę zamieszane było dziecko.
- Cóż, um, tak, wydaje mi się, że pobiegł tędy, ale... – Mówiąc to, ponownie obrócił się przodem. W miejscu, w którym przed chwilą stał... nie, wróć. W miejscu, w którym przed chwilą kulił się na ziemi jasnowłosy chłopak, nie pozostało nic prócz złamanej gałązki i wduszonego w glebę kamyka. Dawers przez chwilę tępo przyglądał się tej pustce, nadal nie mogąc wyprzeć z pamięci obrazu nieznajomego. Może sam tak naprawdę był już wyczerpany i dlatego umysł postanawiał wykreować coś, czego wcale nie było?
- Chyba źle się czuję... – Podniósł rękę i potarł nią kilkakrotnie twarz, jakby próbował z niej coś zetrzeć, ale dokładnie w tym samym momencie nogi odmówiły mu posłuszeństwa i Shawn jakoś dziwnie przechylił się na bok. Gdyby tuż po prawej nie znajdowało się rozłożyste drzewo, zapewne by upadł. Oparty o pień klonu zdał sobie też sprawę, że ciężej oddycha. - Nic nie jadłem, a teraz... Chociaż nie wiem czy to przez ten brak jedzenia. – Zaśmiał się nagle, trochę zbyt nerwowo. Spojrzał w bok, odszukując wzrok policjanta i lekko pokręcił głową jak ktoś, kto mówi: „nic ze mnie nie będzie, towarzyszu”. - Przepraszam. Nie dam rady. Niech pan mnie zostawi, jakoś wrócę... – „chociaż kompletnie nie wiem, gdzie jesteśmy” - dokończył gorzko w myślach, zaciskając lekko zęby, gdy wciągał powietrze do płuc. Wyglądał na tak zszokowanego, jakby ujrzał ducha – co najmniej. Nawet nie zarejestrował, że ręce, które skrzyżował na piersi, zaczęły mu lekko dygotać. Z drugiej jednak strony – JAK miał wyjaśnić to, co widział? Nie, jeszcze raz. To, co WYDAWAŁO mu się, że widział?
To tylko taka... fatamorgana, pomyślał tępo, spuszczając żałośnie oczy i wpatrując się w swoje buty. Jasne. Zareagowałem trochę zbyt realnie, trochę zbyt na wyrost, ale kto by mi się dziwił? Jestem w nowym miejscu, w środku lasu, którego nie znam, bez zasięgu, bez ludzi, którzy by mi pomogli... bez śniadania. To na pewno to. Ze stresu zaczynam wydziwiać.
- Odpocznę... I wie pan, nie chcę robić kłopotów... dam sobie radę. Tylko... Którędy najszybciej się wydostanę z lasu? Nie znam okolicy i...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 03.12.17 16:17
Stan chłopaka był dla policjanta dość jednoznaczny; biedaczek widocznie sam  się przemęczył, więc po co dzielny stróż prawa miał go dodatkowo gnębić? Japończyk pokiwał głową, gdy już dotarł do swojego młodego towarzysza. Bynajmniej nie był to typ, który zakrzyknie srogo „Anderson, trzy okrążenia!”, a raczej taki, który dla każdego chce dobrze. Rozejrzał się na boki, starając się wychwycić spojrzeniem małego uciekiniera, jednak nie udało mu się.
 – Słuchaj… Na pewno nie widziałeś przepustki? Jeśli to dziecko, to może sobie zrobić krzywdę, a bez niej będzie ciężko go znaleźć – Wytłumaczył tak, jakby to wcale nie było coś oczywistego, robiąc przy  tym minę, której najbliżej było do określenia „zmartwiona”.
 – Nie będę cię za sobą ciągać – Odparł na jego słowa o zmęczeniu, kiwając głową.
 – Nie robisz kłopotów. Taka moja praca, a lasek… – Znowu się rozejrzał po okolicy, cmoknął cicho i tkwił chwilę w milczeniu, zapewne zastanawiał się nad wskazaniem właściwej drogi. Wskazał ruchem dłoni na ścieżkę, która w pewnym momencie powinna przeciąć się z drogą obraną przez zdziczałego malucha.
 – Ja tu się trochę porozglądam, a ty uważaj na siebie. Jakbyś zauważył to dziecko, to koniecznie poinformuj policję. – Poinstruował go, po czym odszedł w przeciwną stronę, nawołując przy tym zagubionego chłopca tekstami odnoszącymi się do tego, że nie zrobi mu krzywdy i takie tam.


|| Krótko i szybko, ale tak chcieliście. : ) Najwyżej jak będziecie niegrzeczni, to wjadę wam na cztery litery. Tymczasem…


WYDARZENIE ZAKOŃCZONE





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 06.12.17 19:40
Ciężko było powiedzieć jak długo siedział w krzakach. Na pewno do momentu, aż nieznajomy funkcjonariusz postanowił się oddalić z miejsca, pozostawiając chłopaka samego. Mimo to, że jego woń powoli rozpływała się w powietrzu, jasnowłosy nie wychylił się. Jeszcze nie. Skulony siedział w krzakach, naiwnie sądząc, że znalazł sobie idealną kryjówkę. I zapewne siedziałby tam jeszcze co najmniej kilka godzin, by upewnić się, że żadne realne niebezpieczeństwo mu nie zagraża, gdyby nie coraz to bardziej niska temperatura powietrza zwiastującą nadchodzącą noc.
Drżenie ciała skutecznie wygoniło go z kryjówki, w celu znalezienia nowego, cieplejszego miejsca. Wysunął najpierw głowę i poruszył lewym uchem, nasłuchując, po czym wyłoniła się reszta ciała. Powoli, niepewnie, stawiał kolejne kroki, aż jego ciało wreszcie zgięło się w pół i przybrał pozycję na czworakach. Końcówka ogona drgnęła, gdy przyuważył chłopaka. Źrenice przybrały kształt pionowych kresek, a ogon momentalnie wcisnął się pod jego skulone ciało. Obnażył nienaturalnie duże kły jak na dziecko w jego wieku, przyjmując pozycję obronną. Powoli zaczął się cofać, ale gdy dotknął swoim tyłem drzewa, skulił się jeszcze bardziej, wbijając pazury w ziemię, obniżając ciało bardzo nisko, niemal szurając brzuchem po piachu, wbijając wyczekujące spojrzenie w chłopaka.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 27.12.17 3:09
Z twarzą wykrzywianą realnym bólem pokiwał tylko głową na znak zgody, a potem odczekał dłuższą chwilę – odczekał czas tak długi, aż nawoływania funkcjonariusza nie ucichły do reszty. Usta od razu ściągnęły się w obojętnym wyrazie, powieki rozchyliły się, maska neutralności wygładziła oblicze dopiero co rozchorowanego nastolatka – jakby ktoś pstryknął palcami. W sekundę przestał wyrażać sobą cokolwiek. Dookoła rozbrzmiewały tylko szepty lasu. Cichutkie świergotania ptaków, szum wiatru, jakiś taki nieśmiały i słaby.
Dawers wyprostował się i niedbale otrzepał ubranie, bo przez gonitwę za niczym kilkakrotnie naparł na krzewy, otarł się o korę albo gałęzie. Co mu do licha strzeliło? Oczywiście, w pierwszej sekundzie był gotów zrobić wszystko, DOSŁOWNIE WSZYSTKO, aby pokazać nieznajomej kobiecie, że się myli, że jej wrzaski i wyzwiska były nie tylko niepotrzebne, ale po prostu zakłamane. Ale teraz nie był tego taki pewien. Może naprawdę powinien oddać to dziecko w ręce policjanta, gdy była ku temu okazja? Może naraził je na niebezpieczeństwo? Może sam zachował się jak gówniarz?
Szelest.
Ramiona Shawna drgnęły. Obrócił głowę i wtedy jego ciemne spojrzenie spotkało się ze wzrokiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział. Przez chwilę trwał w bezruchu, tępo przyglądając się przycupniętej postaci. Chude łopatki wystawały nad linią głowy; burza za długich i za brudnych włosów stanowiła dziwny bohomaz. Twarz dziecka, zadrapana i zaczerwieniona od otarć, sprawiała wrażenie... Dawers prawie się zaśmiał, ale śmiech ugrzązł mu w gardle.
To niemożliwe.
Przecież jak byk widać, że to zwykły człowiek, tylko... podejrzany. A jednak mięśnie mimowolnie się napięły, ściągając łopatki i prostując sylwetkę młodego Dawersa. Chłopak przekrzywił lekko głowę w bok, by ocenić, czym była ruchliwa szmata, ale białe pasmo akurat zniknęło za nogą prawie przylegającego do ziemi nieznajomego.
Przełknął ślinę.
Powinien zadzwonić po policję?
Po tych wszystkich dziecinadach?
- Eee... cześć – rzucił durnowato, ale mimo chęci nie udało mu się uśmiechnąć. Miał wrażenie, że sytuacja w ogóle nie jest zabawna. Że jej absurd jest przerażający, a nie śmieszny. Otarł machinalnie dłonie o spodnie i właśnie wtedy wyczuł w przedniej kieszeni nieregularny kształt. Ze dwie godziny temu próbował dojeść batona, ale kilka ostatnich gryzów za cholerę nie chciało mu przejść przez gardło, dlatego wcisnął go niedbale w byle jaką kieszeń i zapomniał, że coś takiego ze sobą niósł. Prawdopodobnie słodycz była już doszczętnie zgnieciona i rozklejona po zewnętrznych stronach papierka, ale Shawn i tak sięgnął po nią palcami.
Nieznajomy zaczął się cofać, cały czas tak skulony i drżący.
- Chcesz? – Poczuł się głupi. Mówił do niego jak do zwierzęcia. Jak do kogoś, kto nie rozumie... No tak. No przecież. Nie rozumiał. Dawers wziął wdech. - Pytałem czy ty chcesz. Mój japoński na niskim poziomie. – Pochylił się, opierając wolną rękę nad kolanem; tę w której trzymał nadgryzionego batona wyciągnął w stronę chłopca. Nawet na sekundę nie spuszczał z niego wzroku, choć mrok coraz czulej otulał otoczenie swoimi ciemnymi kocami. - Nie znam miasta, ale moja ciotka zna. Gdzie mieszkasz? Pomożemy ci, wiesz?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 01.01.18 22:43
Ucho drgnęło, kiedy padły pierwsze dźwięki z ust nieznajomego. Uniósł głowę nieznacznie, o ledwo zauważalne milimetry, a jego oczy na moment pokryły się ciekawością. Mięśnie nieco rozluźniły się, i chociaż nie wyglądał na kogoś, kto może rzucić się w każdej chwili nie potrzebując ku temu jakiejkolwiek powodu, to obnażone zęby i ciche powarkiwanie wyrywające się z jego gardła wciąż przypominały o jego zdziczeniu.
Wzrok przesunął się w prawo, a potem w lewo, kiedy próbował ocenić swoim ograniczonym umysłem odpowiednią drogę ucieczki. Nawet ciało obniżyło się na tyle, by oprzeć wygodniej tylnie nogi o podłoże, by odbić się i uciec. Ale szelest papierka skutecznie usadził go w miejscu. Na powrót wbił swoje spojrzenie w nieznajomego, uważnie śledząc jego każdy ruch, ostatecznie wpatrując się w wyciągnięte…. Coś. Nie zrobił jednak nic. Nie poruszył się. Tylko wpatrywał się w to „coś”. Sekundy zdawały się ciągnąć w nieskończoność, aż wreszcie wyciągnął nieco bardziej szyję w jego stronę, poruszając nosem, by złapać woń.
Pachniało inaczej. Ale przyjemnie.
Ciało samo ruszyło się, powoli, krok po kroku, gdy zaczął się zbliżać. Przystawał jednak co chwilę, poruszając uszami, by wychwycić jakiekolwiek dźwięki z otoczenia, które niosłyby ze sobą ewentualne zagrożenie. Ale nic takiego nie usłyszał, dlatego też kontynuował swoje podejście. Wreszcie zatrzymał się na wyciągnięcie ręki, ponownie obwąchując ostrożnie to „coś”. Niespiesznie, zaciekawienie.
A potem wysunął koniuszek języka i szybko to liznął, odsuwając się na powrót, przyjmując bezpieczną pozycję. Smakowało dobrze. Nie znał tego smaku, ale….
Gwałtownie pochwycił zębami nową zdobycz i odskoczył jak poparzony od nieznajomego, wracając do swojej wyjściowe pozycji. Przysiadł na nogach i chwycił palcami ciemną rzecz, którą zaczął oglądać z każdej strony, zafascynowany nowością. Polizał ją parę razy a potem pospiesznie zaczął zjadać, poruszając w zadowoleniu ogonem na strony. Nie minęło pół minuty, kiedy smakołyk zniknął w jego żołądku. Powąchał jeszcze pozostały papierek w nadziei, że być może coś się ostało. Ale niczego już nie było.
Uniósł głowę oblizując się parę razy ze smakiem, a potem ponownie podszedł ostrożnie w stronę nieznajomego, poruszając nosem i wąchając, czy przypadkiem nie ma jeszcze tego czegoś, dobrego czegoś. Przechylił lekko głowę, niemal wsuwając nos w jego dłoń, którą niespiesznie zaczął obwąchiwać. Pachniała tym czymś, ale tego nie było. Uniósł głowę spoglądając z dołu na nieznajomego i wydał z siebie cichy dźwięk, który przypominał żałosne miauknięcie oraz pisknięcie. Niepodobne do jakiegokolwiek zwierzęcia, ale z pewnością zwierzęce.
Chciał więcej.
Jego oczy, jak i całe ciało o tym mówiło.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 14.01.18 4:05
Wstrzymywał dech. Nie wykonywał gwałtownych ruchów, nie napinał mięśni, prawdę mówiąc — ani drgnął. Gdyby była taka opcja, zapewne przestałby mrugać.
Już wcześniej wydawało mu się, że umysł płata figle. Był skory uznać to wszystko za „przypadkowe niedopatrzenie” — zwalić dziwne, nierealne szczegóły na wyczerpanie, na natłok nowych wrażeń. Ale im bliżej podchodził ten... chłopiec, tym Dawersa coraz silniej ogarniało wrażenie, że ma do czynienia z czymś innym niż zwykłe dziecko.
Spomiędzy jasnych włosów wystawała para ruchliwych uszu, które w żadnym calu nie przypominały ludzkich. Poruszał się na czworaka, jak zwierzę, choć ciało miał człowiecze i nawet ogon ciągnięty po podłożu nie był w stanie odegnać tej myśli. Shawn był pewien, że naprzeciwko niego stoi przedstawiciel tego samego gatunku, jednak...
Powoli wypuścił przetrzymywane zbyt długo powietrze przez nos. Jednak coś z tym człowiekiem się stało. Coś, przez co wyglądał tak, jak obecnie. Przez co poruszał się w nienaturalny sposób. Nawet ruch, jaki wykonał, gdy wyrwał z dłoni kawałek nadgryzionego batona wydawał się zbyt dziki.
Co w tym momencie powiedziałaby Skyler? Co by zrobiła widząc coś tak nietypowego?
Shawn przymknął na moment powieki, wciąż nie zmieniając swojej pozycji. Zastygł w raz ustawionej pozie, sięgając pamięcią w głąb wspomnień. Chłodne tafle jej oczu, usta zaciśnięte w linie. Co by zrobiła? Co, do diabła, zrobiłaby Sky na jego miejscu? Prawie był w stanie wyobrazić sobie, jak wargi na rozmytym obrazku rozchylają się w pierwszym słowie, ale nagle wizja zniknęła.
Bodziec.
Ręka Dawersa drgnęła. Otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że chłopiec znów się do niego zbliżył. Obwąchiwał wnętrze dłoni. Więc miał go traktować jak dzikie zwierzątko? Przegryzł dolną wargę.
Dotychczas dzieciak nie odezwał się ani słowem, nie było więc pewności co do tego, czy mówi po japońsku. Czy w ogóle potrafi mówić. Shawn mimowolnie przyznał, że nie chce obchodzić się z nim jak z kociakiem, który syczy i parska, niczego nie rozumiejąc. Nie był przecież przyzwyczajony, a już tym bardziej przygotowany do takiej okoliczności.
Powoli, aby go nie spłoszyć, przykucnął. Jedno z kolan oparło się stabilniej na ściółce leśnej, kiedy sięgał ręką po brzeg kurtki. Prawą dłoń, tę, w której wcześniej trzymał smakołyk, wciąż trzymał wyciągniętą, jakby na znak, że nie chce mu zrobić krzywdy. Nie był pewien, czy słowa coś tu wskórają, ale nawet gdyby tak było, żadne nie przychodziły mu teraz do głowy.
Niespiesznie zsunął materiał narzuty z ramion i wyswobodził lewą rękę z rękawa. Spokojnie. Patrzył cały czas na niego, doszukując się oznak lęku albo — o Chryste — agresji.
Czy coś tak małego mogło być agresywne?
Chcę ci tylko dać kurtkę. Gorączkowo starał się przekazać te słowa za pomocą samych gestów. Bo pierwsze, czym powinni się zająć, to jego nagość. Nie chodziło o to, że obnażone ciało wprawiało Shawna w zakłopotanie. Wbrew ludzkim odruchom największym problemem dla młodego aktorzyny była temperatura. Chłód nieustannie chłostał skórę, a biorąc pod uwagę fakt, że nieznajomy nie miał na sobie nic, co chroniłoby go przed zimnem...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 20.01.18 13:30
Nie rozumiał dźwięków, jakie wydawał. Co prawda ostatnimi czasy coraz częściej się z nimi spotykał, ale nie był  w stanie zrozumieć ich znaczenia. Bazował zatem na tonacji, próbując na jej podstawie rozeznać się, czy dany przeciwnik jest agresywny i ma złe zamiary. Tym razem również próbował to ustalić, i chociaż zarówno tonacja dźwięków, jakie wydawał obcy, zapach jaki wydzielał, jak i postawa jego ciała w żadnym wypadku nie wykazywała żadnych negatywnych cech, to chłopiec wciąż zachowywał wysoką ostrożność.
Ale jasnowłosy był dzieckiem Desperacji. Musiał nauczyć się ostrożności i sceptyczności, inaczej nie przeżyłby tyle czasu sam na wrogiej i jałowej ziemi, gdzie każdy widział w nim przekąskę. Owszem, spotykał się z osobami, które w jego oczach okazały się „miłe”, dają mu trochę jedzenia, czy nawet bawiąc się z nim. Jak Rayissa, o której tak często myślał, nie potrafiąc drugi raz jej odnaleźć. Ale wciąż były to pojedyncze przypadki. Bo pod maską uprzejmości krył się potwór. A tacy byli najgorsi.
Drgnął niespokojnie, kiedy usłyszał szelest materiału. W intensywnym spojrzeniu chłopca pojawił się błysk niepokoju, a ogon na powrót wcisnął pomiędzy swoje nagie uda. Nie ruszył się jednak z miejsca, nie uciekł, chociaż taka zapobiegawcza i obronna reakcja była najbardziej wskazana.
A potem poczuł przypływ ciepła. Czegoś, czego nie zaznał już od dawna. Dni i noce robiły się coraz bardziej zimne, a na Desperacji było coraz ciężej ze znalezieniem kryjówki, gdzie mógłby przeczekać najgorszą dla mieszkańców skażonej ziemi pory roku. Chłopiec uniósł zaciekawioną głowę, przyglądając się z uwagą nieznajomemu.
Był miły. Ciepły. I dał jedzenie
Z gardła jasnowłosego wyrwał się zduszony mruk, który przekształcił się w ciche mruczenie. Poruszył nosem, intensywnie łapiąc jego woń, a potem zaczął obwąchiwać materiał na jego barkach, w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, najlepiej tego dziwnego czegoś, czym uraczył go parę chwil temu. Kiedy jednak nie znalazł, ponownie wydał z siebie dźwięk, poruszając w ekscytacji ogonem, zamiatając nim ziemie i wbijając nieco drobinek piasku w górę.
Nagle wyprostował się, rozglądając się na boki, a potem śmignął, doskakując do drzewa, pozostawiając po sobie zsunięte z drobnych, wręcz wychudzonych ramion kurtkę. Pokręcił się przez moment, aż wreszcie wrócił idąc na dwóch nogach, trzymając coś w brudnych i podrapanych dłoniach. Przykucnął przez nieznajomym i położył przy jego nogach… kamień. Zwykły kamień, jakich pełno.
Dziecko mruknęło radośnie, obrócił się wokół własnej osi, wsuwając głowę pod materiał, nasuwając go na siebie i położył się, wbijając spojrzenie w nieznajomego, wesoło poruszając ogonem. A potem przysunął się nieco bliżej, aż dotknął koniuszkiem nosa jego wyciągniętą dłoń.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 04.02.18 13:44
Jak na dzieciaka w swoim wieku, Shawn był zaskakująco pojętny. Daleko mu było do geniusza, nie zdobyłby też pierwszego miejsca w konkursie na stypendystów roku, jednak mimo tego chłonął wiedzę szybko i naturalnie. Przychodziło mu to z łatwością. Dlaczego teraz tak nie było? Wpatrywał się tylko w drgające uszy wystające spomiędzy brudnych włosów i zadawał sobie stale to samo pytanie. Co to jest? Co to, do licha ciężkiego, jest? Za każdym razem w odpowiedzi słyszał ciszę — żaden przestudiowany wcześniej podręcznik do biologii nie potrafił mu tego wyjaśnić.
Może to tylko sen? Nie chciało się w to wierzyć, ale jak inaczej mógłby wyjaśnić genetyczną anomalię, która wpatrywała się w niego szeroko rozwartymi ślepiami? Shawn już się nie uśmiechał. Nakrył nagie ciało kurtką i zaczął zapinać jej guziki. Nie spieszył się, jakby spowolnione ruchy mogły mu kupić trochę czasu.
Bo tak. Spławił władzę podświadomie. Zrobił to, bo miał taki k a p r y s. Bo w tamtym momencie wydawało się to zabawne i słuszne. Bo czuł, jakby postawiono go przed ważnym wyborem, gdzie czas na reakcję miał ograniczony. Tykał zegar. Znajdował się nagle na rozdrożu — mógł wybrać prawą stronę, prostą i czystą, która zakładała, że wskaże palcem uciekiniera i będzie przyglądać się tylko, jak mało ogarnięty mężczyzna łapie nieznajomego. Wszystko było jasne i nieproblematyczne. Po lewej stronie rozpościerał się natomiast mroczny, kolczasty las z drogą poplątaną jak słuchawki do mp3. To właśnie ta opcja wydawała się niebezpieczna. Powodowała nikłe impulsy podniecenia, dzięki którym Dawers nawet nie zastanowił się czy powinien podejmować ryzyko — po prostu je podjął.
I teraz mam, zdążył jeszcze pomyśleć, kiedy Limbo zerwał się i odbiegł. Kurtka zsuwała mu się z ramion, za duże ubranie przypominało płachtę na samochód, którą ktoś niedbale rzucił na wieszak. Materiał ciągnął się po ziemi, kiedy jasnowłose dziecko majstrowało coś przy jednym z krzewów.
Po dwóch krokach narzuta opadła, a wzrok Dawersa wychwycił liczne cętki na plecach przygarbionego towarzysza. Dopiero w sytuacjach taki jak ta zdawał sobie sprawę, jak bardzo polegał na Skyler. Wiedziałaby jak się zachować. Pewnie też ciągnęłoby ją do odkrycia tajemnicy, do niebezpieczeństwa. W porównaniu do niej Shawn był jednak skołowany.
Powinien zabrać dzieciaka do domu? Może jednak zgłosić na policję? Nie, zaszedł już za daleko. Ale w domu jest ciotka. Szczupłe palce wsunęły się w blond włosy, odgarniając je nerwowym ruchem z czoła. Nie znał tej kobiety. Była mu całkowicie obca, a jej dziwny charakter tylko przeszkadzał w podjęciu decyzji. Jak zareagowałaby na gościa? Cóż, na „zwykłego” pewnie z naturalnym dla siebie szczebiotem. Ale na takiego z uszami? Ogonem?
Limbo nagle obrócił się na pięcie i zaczął szybko wracać. Dawers utrzymał wszystkie instynkty na wodzy i nie odsunął się od nieznajomego. Przyglądał mu się cierpliwie, ale bacznie, jakby dopiero teraz naszły go wątpliwości. Bo w sumie tak było. Niespodziewanie zbombardowały go wszystkie „ale”, na które nie miał żadnych kontrargumentów.
Robiło się jednak coraz ciemniej i coraz zimniej. Nie znał ciotki, ale nie znał też okolicy. Jeżeli nie miał zamiaru się zgubić, musiał podjąć jakieś stanowisko w sprawie.
I kiedy kamyk upadł na ziemię, palce Dawersa zacisnęły się w pięść.
Ładny, dzięki — wymamrotał cicho, za pomocą wszystkich swoich sił rozprostowując dłoń i sięgając nią po upuszczony „prezent”. Zważył kawałek skały, ale już się nie wahał.  
Pójdziesz ze mną? To nie tak daleko.
Klamka zapadła. Baty będzie zbierać później, był o tym przekonany, gdy podnosił się z klęczek. Wolną rękę wyciągnął w kierunku chłopca. To było czyste samobójstwo. Prawdziwe targanie się na niebezpieczeństwo.
To miało smak słodyczy.
Może dlatego oczy mu tak błyszczały.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Gość on 05.02.18 1:28
Puchaty, choć brudny I skołtuniony ogon gwałtownie zaczął zamiatać ziemię, kiedy nieznajomy sięgnął po kamień. A to oznaczało, że zaakceptował prezent. A może nawet i będzie chętny do zabawy? Dziecko podniosło się z przysiadu, wpatrując w niego intensywnie, nie przestając merdać ogonem. Od dawien dawna nie spotkał kogoś, z kim mógłby się pobawić. Kto w ogóle byłby miły, nie starał się go przegonić, pobić czy też zjeść. Co prawda wciąż mu nie ufał, ale przynajmniej nie warczał i nie prychał przy każdym jego ruchu, oddechu i spojrzeniu.
Inaczej przedstawiała się sprawa, kiedy chłopak wykonał zbyt gwałtowny ruch, a przynajmniej w mniemaniu dzikiego dzieciaka. Tak, jak teraz, gdy wyciągnął w jego stronę swoją dłoń.
Momentalnie jego ciało przylgnęło mocniej do zimnej ziemi przy jednoczesnym obnażeniu kłów. Ogon przestał się poruszać, a zastygł w bezruchu. Trwało to może zaledwie parę ulotnych chwil, gdy gwałtownie odwrócił się z zamiarem ucieczki. Nim jednak zniknął z pola widzenia nieznajomego, pochwycił jeszcze w zęby materiał kurtki, teraz leżącej bezpańsko obok, i ciągnąc ją po ziemi uciekł, wskakując w krzaki.
A przynajmniej tak to wyglądało.
Tak naprawdę wystraszył się jego ruchu, mając wrażenie, że chce go pochwycić i skrzywdzić. Z drugiej zaś strony na języku wciąż miał posmak tamtego czegoś, a na ramionach ciepło materiału. Dlatego został, obserwując go uważnie pomiędzy liśćmi i małymi gałązkami. Najprawdopodobniej wnet opuściłby swoją prowizoryczną kryjówkę, gdyby nie fakt, że nieznajomy zaczął się oddalać.
Lewe ucho nieco oklapło, gdy przechylił głowę nieco na bok, a potem ostrożnie, nasłuchując, wyłonił się z krzaków, nadal trzymając w zębach kurtkę, i powoli ruszył jego śladami, doskakując z drzewa do drzewa. I nawet jeśli został dostrzeżony, to wciąż się krył, zaciekawiony podążając za chłopakiem, jednak nadal utrzymując względną odległość. Poruszał się w głównej mierze na czworakach, chociaż od czasu do czasu podnosił się i szedł w miarę wyprostowany, zaciskając brudne palce na, i tak już ubrudzonej syfem ziemi, kurtce, wychylając głowę zza krzaka, gałązki czy drzewa.
Aż wreszcie dotarli do jakiegoś gospodarstwa. Było już niemal ciemno, jedynie na horyzoncie migotały leniwie ostatnie promienie dnia. W oddali coś zawyło, potem zaszczekało, zapewne jeden z psów. Ale to wystarczyło, by dzieciak puścił się szaleńczym tempem w stronę nieznajomego, aż przywalił łbem w jego łydki. Spojrzał na niego nieco rozbieganym wzrokiem, a potem skulił się za jego nogami, wychylając się nieco, by obserwować okolicę i czekać na przybycie wygłodniałej sfory.
Na Desperacji zajmowało to parę krótkich chwil. Bo tutaj również się pojawią, prawda?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Kraska on 13.10.18 0:08
.........Cisza. W środku tygodnia we wschodnich częściach M3 zdecydowanie królowała cisza, co z kolei w centrum miasta było raczej niespotykane. Kitō odruchowo przymknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku, była cały czas luźno oparta biodrami o kamienny murek znajdujący się w centrum tej niewielkiej wsi. Na Desperacji głusza, rozumiana w kontekście głuchej ciszy, była niebezpieczna – wymagała albo bezruchu albo w miarę możliwości bezszelestnego poruszania się. Często zwiastowała problemy, dlatego pomimo pozornego relaksu organizm Kraski pozostawał w gotowości do działania, nawet jeśli jego użytkowniczka była w pełni spokojna. Jakby nie było, teraz znajdowała się w M3. Tutaj zagrożenia były zupełnie inne.
Teoretycznie kilka godzin temu Natsumi skończyła swoją wartę, dyżur, zmianę, czy jakkolwiek inaczej to nazwać – w praktyce będąc generałem pracowała przeważnie przez większą część doby, często zanosiła też część roboczych obowiązków do domu. Potrafiła jednak optymalnie wykorzystywać czas wolny, a także znaleźć chwilę na niezaplanowane spotkania; przykładowo takie jak to dzisiejsze.
Lakoniczna i swobodna wypowiedź aktualnego dyktatora zapewne powinna ją zaskoczyć, ale na tyle pasowała do charakteru Hadriana, że nie licząc krótkiego drgnięcia lewej brwi na tak bezpardonowe zaproszenie, mimika Kraski podczas odczytywania wiadomości nie zmieniła się w jakiś specjalny sposób. Zresztą głupio byłoby prychnąć z rozbawieniem, kiedy akurat była w trakcie doszkalania rekrutów, bo tym również czasem się zajmowała. A ci i tak byli dostatecznie zestresowani i patrzyli się na nią jak cielęta w malowane wrota, nie mogąc pogodzić wyobrażonego wizerunku generała z osobą Natsumi. Nie jej wina, że brakowało jej do tego jakiś dwudziestu-trzydziestu centymetrów. Standard wzrostu ostatnio zrobił się bardzo… zachodni.  
Kitō nie bardzo potrafiła określić, dlaczego dyktator kazał wziąć jej jakąś broń (bardzo niesprecyzowane pojęcie zresztą), ale nie zamierzała się jakoś specjalnie o to dopytywać. Nie zabrała swojego karabinu szturmowego, bo to zdecydowanie byłoby przesadą, ale rękawice „Strike” były odpowiednim dopełnieniem jej umiejętności. Miała tylko nadzieję, że pan Moebius nie dał się za bardzo ponieść wyobraźni. Chociaż tutaj ciężko było cokolwiek przewidywać.
Przemyślenia przemyśleniami, ale w końcu powieki Kraski rozchyliły się, a szare oczy niespiesznie przeskandowały otoczenie. Głowa przechyliła się lekko w lewo, uszy wyłapały dźwięki przypominające kroki, niekoniecznie musiały należeć do dyktatora, w końcu w okolicy znajdowało się kilka osób. Miejsowych.
- Punktualność też jest cnotą, chociaż bywa niedoceniana – rzuciła w powietrze, pozwalając, by na twarz wpłynął jej subtelny uśmiech.
Umiarkowana temperatura, lekki wiatr – osoby zajmujące się pogodą najwyraźniej miały dzisiaj dobry nastrój.


|| Jestem nieco śnięta, więc post może być nieco... dziwny *parsk*


"Ten, co mnie pierwszy kochał, mą miłość dla siebie
Na zawsze wziął: niech ma ją i pośród mogiły."



Księżyc całuje moje źrenice, grzech się odbija od ścian.
Zamykam oczy, chcę widzieć więcej, znowu nie będę spać.
avatar





Kraska
Generał
GODNOŚĆ :
Natsumi Kitō


Powrót do góry Go down


Re: Centrum wsi

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry