Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next   

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Gość on Wto Paź 11, 2016 2:21 pm
Dwa czynniki — działanie Inkwizycji, jak i zarówno przynależność do Kościoła Nowej Wiary — dla samego Taikiego były sporym uproszczeniem. Dzięki nim bowiem mógł spełnić swój życiowy cel i mieć ku temu odpowiedni pretekst. Wyrżnięcie wszystkich aniołów w pień było wyzwaniem samym sobie, choć to przysiągł, własne słowa traktował na miarę bluźnierstwa. Wiara w Jedynego Boga Ao była w jego życiu obecna odkąd tylko pamiętał, tliła się w nim, niczym ostatnie iskry w rozżarzonym, acz dogasającym palenisku. Wszak jej fundamenty były mu wpajane od dwunastego roku życiu, kiedy toteż trafił pod same bramy Kościoła. Siłą rzeczy ukształtowała jego światopogląd i zakorzeniła się w jego umyśle na tyle mocno, że poranne msze stały się dla niego równie ważne, co otwarcie rano oczu, czy nawet samo oddychanie. Poniekąd więc był fanatykiem, który pokładał nadzieje w Panu i przyczyniał się do jego powrotu na splugawioną grzechem ziemię.
Wiara jednak nie ciążyła na jego barkach tak bardzo, jak sama zemsta. Nienawiść z dnia na dzień rosła, szczerzyła zęby jak rozwścieczony wymordowany w całej swojej okazałości, rozszarpując go na kawałki. Oddawał się jej świadomie, stojąc w jej epicentrum. Zatracał się w niej coraz bardziej i bardziej, ale wraz z nią pojawiło się coś jeszcze, coś okropniejszego od myśli, że Taiki był w stanie podpisać pakt z diabłem i zawierzyć mu swoją duszę, jeśli ten spełnił jego życzenie. Przerażające upiory przeszłości w charakterze krótkich, acz realistycznych wizji, dyszały mu w kark. Ich oddech śmierdział rozkładem. Czuł go wszędzie. Na ubraniach, we włosach i na skórze. Krzyk, nawiedzający go w najbardziej mrożących krew w żyłach koszmarach, brzęczał mu w uszach niemal przez całą dobę, ogłuszając i otępiając. Brzmiał złowieszczo i realistycznie zarazem. Tak samo zresztą jak trzepot anielskich skrzydeł pokrytych skrzepniętą krwią. Temu wszystkiemu zazwyczaj towarzyszyła trawiąca go gorączka  w zestawie z oblewającym go niczym deszcz potem. Wydarzenia z przeszłości, wyrzucone z głowy na wskutek amnezji, wracały więc do niego. Były krótkimi, wyrwanymi z kontekstu epizodami. Przelatywały przed jego oczami niczym taśma nieposkładanego do kupy filmu. Doprowadzały go do szewskiej pasji i sprawiały ból, jakby ktoś używał na nim sztuczek voodoo. Pewność się ulatniała. Wspomnienia stawały się zamglone i niewyraźne, zatracały przyczynowość. Rozlewała się szara goryczy. Zatracał się. Ręce mroku zaciskały się coraz mocniej na jego chudej szyi, łapiąc go w lodowaty uścisk. Nie wiedział już kim jest, ani kim był.
Tak było i tym razem. Kiedy w zasięgu wzroku ujrzał przedstawiciela rasy, która wzbudzała w nim wstręt, popadł w amok. Nie zerknąwszy nawet przez ramię, oddalił się od towarzyszącego mu mężczyzny. Na jego ustach niemal od razu uformował się paskudny, niezwiastujący nic dobrego uśmiech.
Nieszczęśnik ze złamanym skrzydłem przeżył spotkanie pierwszego stopnia z wystająca skałą i upadł kilka centymetrów dalej. Jego krew zdobiła ścianę budynku. Hotaru oblizał spierzchnięte wargi, zerkając w przymglone ślepia. Życie w nim dogasało. Jego los został z góry przesądzony, ale to Taiki chciał go mieć ostatecznie na sumieniu.
Dłoń Inkwizytora natychmiast powędrowała ku pochwie zaczepionej o pasek spodni. Zacisnął palce na ozdobnej rękojeści swojej ulubionej broni. Wyszperał ją z tamtą pewnym ruchem i w kolejnej sekundzie jej klinga utknęła w anielskim ramieniu. Z ust anioła wydostał się gardłowy pomruk, który w normatywnych warunkach mógłby uchodzić za krzyk. To posłannika Ao nie zadowalała w żaden sposób. Wbił narzędzie głębiej, zaciskając palce na miękkich, zmaterializowanych lotkach. Pociągnąwszy, urwał kilka śnieżnobiałych, gdzieniegdzie zabarwionych posoką piórek.
Nie zarejestrował momentu, kiedy został odepchnięty od ciała. Upadł jak szmaciana lalka. Niezdolna, by czuć cokolwiek. Ujrzawszy w polu widzenia Katsune, niedostrzegalny, blady uśmiech pojawił się na jego twarz, rozświetlając jej złowrogi wyraz. Nie zaprotestował, kiedy prezent od Mistrza w postaci lisiej maski sunął się z jego głowy, choć w innych okolicznościach niewątpliwie by to uczynił. Pilnował tego przedmiotu jak oka w głowie, traktując go jak świętość.
Syknął. Jego włosy znów były nienaturalnie naelektryzowane do granic możliwości i subtelnie popieściły szorstkie jak żyletki, zniszczone przez zęby czasu dłonie Mistrza.
Targały nim trzy sprzeczne uczucia. Był jednocześnie wściekły, zdezorientowany i mile połechtany tym, że osoba, którą darzył największym zaufaniem i respektem, zechciała poświęcić mu przysłowiowe pięć minut uwagi. Przez całą podroż tutaj był bowiem traktowany przez niego z tą szczyptą charakterystycznej obojętności i wyniosłość, która zasmucała serce Hotaru. Usilnie więc zabiegł o uwagę człowieka, którego poważał bardziej niż samego Ao i w końcu się tego doczekał, pomimo iż okoliczności w żadnym wypadku nie stawiały go w jak najlepszym świetle.
Był sparaliżowany tą bliskością, choć jednoczenie nie czuł bólu cielesnego, który winien się pojawić. Był na niego odporny, co w kontakcie z sadystycznymi skłonnościami tego mężczyzny było zbawienne w skutkach. Jednakże paradoksalnie w takich o to sytuacjach tego żałował. Miał bowiem wrażenie, że ktoś wyciął mu jakiś ważny organ i umiejscowił go tam, gdzie był bezużyteczny.
Omiótł Mistrza świdrującą, fioletową tęczówką, odporną na piach, który wdarł się do sprawnego oka. W jego twarzy, nawet bez lisiej maski na ogół trudno było doszukać się jakikolwiek emocji, do czego w głównej mierze przyczynił się właśnie sam stojący nad nim mężczyzna. Wpajane mu przez dwanaście lat uczucia nie miał nic wspólnego z emocjonalnością. Dążono do tego, by je całkowicie wypędzić, choć ten zabieg, jak widać na załączonym obrazku, nie skończył się pełnym sukcesem.
Przełknął ślinę, by pozbyć się niewidzialnej gulki, która utknęła w przełyku. Bijąca złość do Mistrza unosiła się w powietrzu. Ten stan był jednakże do przewidzenia. Hotaru zlekceważył jego rozkazy, kierując się własnymi pobudkami, które, spuszczone ze smyczy, siały spustoszenie.
Przepraszam — wydukał tylko, niby to skruszony, lecz bez żadnego poczucia winy. Wiedział, że niesubordynacja była jednoznaczna z karą, która nie odgrywała w jego życiu dużej roli. Masochistyczna strona Taikiego piała z zachwytu, kiedy uaktywniała się brutalna natura Mistrza i pozostawiła na jego ciele różne ozdobniki w postaci siników i zadrapań. Teraz miał wrażenie, że dorobił się ich mnóstwo. Do kolekcji najprawdopodobniej doszło także złamanie.  —   Jednakże wykonując zadanie, które powierzył nam sam Ao, nie przekroczyłem swój kompetencji, Mistrzu — dodał przyciszonym głosem, jakby niepewny, czy chce, by Katsune to usłyszał. Słowa jednak popłynęły, a on sam nie miał zamiaru ich wycofywać. Ten mężczyzna w końcu pełnił skuteczną rolę wykrywacza kłamstw. — Ukaż mnie, jeśli jednak sądzisz, że swoimi działaniami naraziłem się naszemu Jedynemu Bogu. Karę potraktuję ją jako pokutę i przyjmę ją z godnością, wszak to w twoich rękach leży me życie i nigdy nie śmiałbym podważyć twej woli.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Gość on Wto Paź 18, 2016 3:11 am
Po ukaraniu swojego podopiecznego za godną pożałowania niesubordynację, skierował się od razu, nie patrząc nawet na Taikiego, w stronę truchła anioła, który wyglądał jak sto nieszczęść. Omiótł uważnym spojrzeniem skrzydlatego ze złamanym skrzydłem, dla którego upadek i uderzenie o wystającą skałę nie okazało się zbyt łaskawe, a i dalszą częścią cierpienia. Potem oczywiście wpadł w ręce Hotaru, co już samo w sobie zagrało na nerwach Tajimy wystarczająco, niemalże tak samo jak jego nieposłuszeństwo i samowolka, a i przecież jasnowłosy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie spotka się to z ciepłą reakcją ze strony Mistrza. Katsune nie był lekarzem, ale to wcale nie przeszkadzało mu w tym, aby stwierdzić zgon tego stworzenia, które opadło z sił nad wyraz szybko wycieńczone bezlitosną pogodą bezkresu i z powodu zmęczenia po próbie lotu ze złamanym skrzydłem, co niewątpliwie zmusiło go do niebotycznego wysiłku. Upadek na pewno okazał się piekielnie bolesnym dopełnieniem dla całości, o samym Taikim już nie wspominając. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że z ciekawości zapuścił się w głąb Desperacji, nie wiedząc co go może czekać, a jak widać dla niektórych kończy się to śmiercią. Niechybnie ciało tego nieszczęśnika zostanie rozszarpane przez zwierzęta lub samych wymordowanych, bo ile sam Tajima zachował względne granice wywodzące się z cywilizowanych społeczeństw, to wiedział, że nie tyczyło się to wszystkich jego „pobratymców”, o ile takim mianem mógł ich określać. Katsune wydobył broń, która nadal tkwiła w ramieniu skrzydlatego, z którego wyciekła świeża posoka. Podarował sobie odrzucenie jej gdzieś na bok, a zamiast tego wbił zakrwawione ostrze w piach. Następnie rozejrzał się po wnętrzu tej przedziwnej budowli, niespotykanej na desperackim bezkresie, stanowiącą niewątpliwie tajemniczy ewenement.
Oczywiście, że odczuł na sobie naelektryzowanie, czego dowodem były włoski stojące dęba. Już od dawna zauważył istnienie tej dziwnej przypadłości u Hotaru, a co więcej miał nawet na to swoje własne podejrzenia takowego stanu rzeczy. Nie zamierzał się tym dzielić w żadnym wypadku ze swoim podopiecznym, ale nie mógł być ślepym, szczególnie ze względu na to, że przygarnął go w wieku dwunastu lat, wychował i wytrenował. Czasami odnosił jednak wrażenie, że miejscami dążył celowo do tego, aby wyprowadzić go z równowagi, to zaś kończyło się zwykle agresją i wściekłością. Katsune zwykle dbał o zrównoważenie, podchodzące nierzadko pod apatię wymieszaną z zimną logiką, gdyż za osobnika poważnego zamierzał uchodzić. Wynikało to po części z wyrzutów sumienia do samego siebie i umyślnego poświęcenia swojej drogiej żony. Bardzo rzadko zdradzał się otwarcie z własnymi emocjami w sytuacjach innych niż zdenerwowanie, a w szczególności tyczyło się to samego Hotaru z wiadomych tylko jemu i Tajimy względów.
Katsune wymagał od Taikiego bezwzględnego posłuszeństwa wobec swojej osoby. Nie tolerował nawet najmniejszego nieposłuszeństwa i karał za nie surowo, posuwając się do brutalności na niemożliwą do wyobrażenia skalę. Kiedy coś postanowił był nieustępliwy i beznamiętny, tak jak w momencie, wówczas gdy Hotaru zapomniał podarowanej mu lisiej maski. Odesłał go na Górę Shi, nie zamierzając na niego czekać. Tajima potrafił wyznaczyć pozadyskusyjne granice, by białowłosy nie odczuł się w żaden sposób wyróżniany na tle innych, ale i zarazem chwalił go bardzo rzadko. Większym zainteresowaniem jego losem wykazywał się, kiedy ten pozbawiony rozumu młokos w typowym dla siebie amoku, który przyćmiewał ocenę sytuacji, nabawił się wyjątkowo poważnych ran. Teraz jakby nie spojrzeć sam mógł być sprawcą, jeśli doszło do jakiegoś złamania, bo samo nabicie siniaków było pewne.
Wypowiedziane przeprosiny zostały chwilę potem zgniecione niczym kartka papieru, a ciśnienie Mistrza wyraźnie się podniosło. Lepiej byłoby chyba dla Hotaru, gdyby jednak nie podnosił tematu Ao w tym momencie, bo i sam Tajima nie uznawał tego za wyjaśnienie czy chociażby za uzasadnienie jego wyskoku. Przekrzywił głowę, posyłając mu nieprzychylne spojrzenie, jakby chciał, aby zwyczajnie zamilkł. Trudno określić czy Taiki wiedział o tym, że Katsune nie sposób zaliczyć do typowych fanatyków KNW, a zwyczajnie jako robotę do wykonania. Nie potrzebował okraszania swoich celów religijnymi przesłankami, gdyż trzymał się obowiązujących zasad, na które się poniekąd mniej lub bardziej chętnie zgodził po ucieczce z M-3. Jako osoba decydująca o życiu i śmierci istot żywych — czy to aniołów czy wrogów Kościoła Nowej Wary, zdawał się oceniać pewne sprawy swoją własną miarą. Wiedział, że Taiki nie kłamie — był na tyle rozsądny, aby tego nie robić. Nowo nabyte moce po staniu się przez Tajimę wymordowanym same z siebie wsuwały mu asy do rękawa, a to gwarantowało, że nie sposób było oszukać słownie. Przydawało się to przy przesłuchaniach, przy których nie do końca potrzebował ochoczej współpracy — był trzy kroki przed takowym osobnikiem, mając nad nim przewagę.
Gówno mnie to obchodzi — odparował głośno, acz beznamiętnie z kamiennym wyrazem twarzy. Następnie – jakby niechętnie podszedł do leżącego nadal białowłosego. Pochylił się w stronę Hotaru, nawiązując z nim kontakt wzrokowy, nawet jeśli przeszkadzał w tym piasek, który mógł wpaść mu do sprawnego oka. Zacisnął mocno ręce na stroju swojego podopiecznego, by niezbyt delikatnie podnieść go do pionu i wstrząsnąć nim. To nie pora na leżakowanie, co dodałby pewnie z ironią, ale podarował sobie ten rodzaj dziecinady. — Kiedy wielki Ao postanowi cię przygarnąć na stałe i wytrenować, to będzie miał cokolwiek do powiedzenia w kwestii twoich poczynań. Póki co, nie wydaje się tym jakoś szczególnie zainteresowany, a jeśli mnie pamięć nie myli, to nie on cię znalazł, kiedy byłeś umierającym dzieciakiem, więc nie pierdol mi tutaj głupot. Nie uzasadniaj swojego pozbawionego racjonalnego zachowania religijnymi powinnościami, bo to tylko twoje własne fanaberie. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno? — powiedział dosadnie Katsune. Nierzadko zdarzało mu się dyskredytować wielkiego Ao, ale fakty pozostawały niezmienne. Taiki był zależny od Tajimy, wiele mu zawdzięczał, a i nie bez powodu traktowany był jako własność samego Mistrza. —  Obecnie naraziłeś się tylko mi swoją bezczelnością, ty niewdzięczny gnojku. Polecam, abyś wreszcie wyciągnął wnioski ze swojego karygodnego zachowania, inaczej skończy się to dla ciebie tragicznie i zadbam o to, aby zdegradować cię do takiej pozycji, że będziesz całe dnie siedział na Górze Shi. — w ten oto sposób sygnalizował, że jego cierpliwość dobiegła końca. Wzrok Katsune pozostawał w dalszym ciągu nieprzystępny, a chwilę później cofnął ręce, odpychając drobnej postury Hotaru nieco do tyłu.





// Lojalnie uprzedzam, że jeśli którykolwiek MG postanowi urządzić sobie samowolkę na naszej fabule – to zrobi się bardzo nieprzyjemnie, gdyż w jakimś celu istnieje rubryka na wyrażenie zgody na ingerencję. W związku z czym polecam to uszanować, a jeśli nie – będziemy załatwiać to w inny sposób.


Ostatnio zmieniony przez Katsune dnia Sob Lis 26, 2016 4:56 pm, w całości zmieniany 1 raz



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Gość on Pią Paź 21, 2016 2:31 am
Taiki nie zerkał kątem oka na skąpaną w słońcu sylwetkę Mistrza. Był w stanie zrozumieć złość, która amonowała od mężczyzny. Przeszyła go na skroś niczym deszcz w późno jesiennym porankiem, a lodowate spojrzenie sprawiło, że przez jego ciało przeszły dreszcze - jeden po drugim i zniknęły w opuszkach zaciśniętych w pięści placów, bo nie mógł zaś pojąć sensu wypowiedzianych w kierunku jego słów, które opadły niczym pył. Choć to mężczyzna był główną przyczyną jego istnienia, jego bezpośrednim powodem do życia i oddychania, podglądy na otaczających ich świat mieli diametralnie różne. Być może w głównej mierze przyczyniły się do tego poranne msze, na których Hotaru bywał często, spijając z ust kapłanów każde słowo, jak ćpun wdychający do nosa najlepszy rodzajowo towar. Przepełniała go wiara w Ao i jego wręcz nieograniczone możliwości stwórcze, dlatego też odżyło w nim pielęgnowane od lat przekonanie, że to wszak ON postawił na jego drodze Mistrza i że Mistrz jest pod pewnym względem jego uosobieniem. Wszechmocny Jedyny Bóg  swojej całej wspaniałej okazałość przemawiał przez niego, wlewając do jego życia tą niewidzialną wręcz dozę dobroci, widoczną w najbardziej strategicznych i zwrotnych punktach ich istnienia.
Tajima Katsuna pod wieloma względami zachowywał się wszak jak zapatrzony w czubek własnego nosa niedowiarek i było to niedopuszczalnie, bowiem pozycja jaką piastował w Kościele powinna stać się ukojeniem, a nie żywą udręką. Zobowiązywało on do bezwzględnego posłuszeństwa Bogu i podporządkowania się jego woli. Taiki nie miał złudzeń, że kiedyś nadejdzie ten dzień, gdy jego miłość do tego człowieka zostanie wystawiona na ciężką próbę. Kwestia czy przeżyje w nim uczucie do Mistrza, czy do Ao była sporna. Hotaru sam nie wiedział, kogo bardziej ceni, lecz rzecz jasna to właśnie swojego prywatnego kata wychwalał pod niebiosa, nawet w stanach podgorączkowych i silnych urojeń chwaląc jego imię.
Ao był tylko mitycznym bytem. Chorym wybrykiem ludzkiej wyobraźni. Tymi słowami wielokrotnie przemawiała jakaś zapomniana cząstka jego samego. Ta cząstka uśmiercona na skutek amnezji, która dotknęła go wiele lat temu. Powtarzała je jak mantrę, przywracając fragmenty porozbijanych na tysiące niezliczonych odłamków wspomnień. Histeryczny śmiech nadal pobrzmiewał w uszach Hotaru, sprawiając, że sam chłopak miał ochotę krzyczeć, ile w płucach sił. Nie mógł tak po prostu zatrzasnąć drzwi, uciec, uwolnić się od uczucia duchoty i zabierającego dech w piersiach strachu.
Przetarł oczy, by wypędzić z nich piach. Oddech miał płytki, niemiarowy. Dygotał, choć umiejętność czucia z niego wyprawowała. Natomiast nawiedziła go tak wielka pustka, że miał wrażenie, że spada w dół w przepaść pozbawianą dna. Pochłaniała wszelkie jego emocje. Być może była porównywalna nawet do czarnej dziury unoszącej się w odległym kosmosie. Skupiwszy wzrok na paradzie deszczowych chmur dominujących na nieboskłonie, długo milczał, jakby zapomniał do czego ma służyć język. Wsłuchiwał się w zgrzyt piasku uginającego się pod ciężarem butów Katsune. Zarejestrował moment, kiedy Mistrz sięgnął pod jego ulubioną broń i znów się do niego zbliżył.
Czuł jak dyszy mu gorącym powietrzem w kark i zaciska dłoń na połach ubrań. Jego zainteresowanie się nim pojawiło się dopiero wówczas, gdy stracił grunt pod nogami. Postawiony do pionu skupił twarz na Mistrzu. Na tym jego lodowatym spojrzeniu, mogącym mrozić powietrze i zabijać jednocześnie. Słyszał każde słowo, które cedził przez zęby z otępiającą dawką jadu. Szum piasku w uszach jednak skutecznie je zagłuszał. Mężczyzna ten był szorstki jak papier ścierny. Prezentował się jak zjawia z koszmarów sennych.
Drżące palce Takiego zacisnęły się na palcach Mistrza.
Złość Ao przemawia przez ciebie, Mistrzu — odezwał się, przypominając sobie do czego służą struny głosowe. Był rozdarty jak kawałek papieru. Jednocześnie ciekaw świata i przytłoczony jego ogromem. — Czuję ją całym sobą — wyznał szczerze, prawie szeptem, jakby wyjawienie tego było bluźnierstwem samym w sobie.
Nie umiał wyobrazić sobie, czym kieruje się Mistrz, ani jaką wartość sentymentalną miała błyskotka w jego celi. Pamiątka po żonie, kiedyś powiedział, błądząc wzrokiem po ścianie skromnie urządzonego, wręcz ubogiego w dekoracje pomieszczenia. Surowy jak on sam. Pokój Katsune na Górze Shi całkowicie oddawał jego charakter. Taiki miał wręcz wrażenie, że jest w stanie dostrzec w tych czterech, zimnych ścianach odbicie duszy Mistrza. Pusta przestrzeń, na której końcu znajdował się duch przeszłości - obrączka. W niej - jak Hatoru mniemał - mężczyzna ulokował cały ten schowany w nim głęboko ból utraty bliskiej osoby. Czyżby to właścicielkę tego pierścionka złożył w ofierze, by stać się pełnoprawnym sługą Kościoła? Taiki nie wiedział. Nie wiedział tak wiele rzeczy, choć przebywał z tym człowiekiem na okrągło i było mu z tego powodu ogromnie wstyd.
Gdy został odepchnięty, asekurował się dłonią, by nie upaść. Ciało miał ociężałe, jakby z ołowiu, co sugerowało, że był najprawdopodobniej połamany w paru miejscach.
Życie me jest w Twych rękach. Klnę się na samego Ao, że nie kwestionuje twoich wyborów. Powiedziałem to i będę to powtarzać. — Obaj wiedzieli, że władza Katsune nie sięgała tak daleko. Pomimo swoich gróźb, nie był w stanie zdegradować Hotaru do roli pomywacza.

Wyrobiłem się w terminie. Czekam na nagrodę.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Nathair on Sob Paź 29, 2016 1:18 am
Ingerencja Losu

Jesień, to pogoda sprzyjająca przeróżnym wirusom i bakteriom. Niestety, Taiki nie zdołał się odpowiednio zabezpieczyć, więc choróbsko dopadło i jego. W pewnym momencie zaczął czuć się słabo, brzuch rozbolał, a w następstwie pojawiła się biegunka i wymioty.

Taiki choruje na zatrucie pokarmowe
Choroba będzie trwała przez 2 sesje. Sugerowane nawadnianie organizmu.
Po zażyciu leku postać będzie osłabiona przez jedną sesję (potem nastąpi wyzdrowienie)

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"



Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 11852
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Gość on Sob Lis 26, 2016 11:29 pm
Nikt, doprawdy nikt, nie wyprowadzał go tak z równowagi jak Hotaru. Jego nieposłuszeństwo doprowadzało go do szewskiej pasji, niosąc za sobą wściekłość i agresję w pełni znaczeń tych słów, w żadnym stopniu niełagodzonej. Czasami Tajima odnosił wrażenie, że ten dzieciak jest niereformowalny i pozbawiony racjonalizmu, bo każdorazowo kończyło się to tak samo, jakby stale musiało to zataczać swoje koła. Życie Hotaru w pełnym tego znaczeniu zależało i zarazem podlegało Katsune, co było wręcz oczywiste — jasnowłosy nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia, a właściciel złotej obrączki nie zamierzał łagodzić swoich reakcji, tak jakby oczekiwał należytej poprawy w zachowaniu podopiecznego. Jego słowa po wszystkich tych zakazanych — w ocenie Tajimy — akcjach, w których jakoby przewijała się skrucha, nie docierała do Katsune. Najzwyczajniej w świecie nie był zdolny wierzyć w to co mówił Hotaru, gdyż cieniem na wypowiadane słowa kładło się wspomniane już nieposłuszeństwo, którego były żołnierz S.SPEC nie tolerował. Nie rozumiał motywów, jakie kierowały tym dzieciakiem, a nawet jeśli to w żadnym razie nie zamierzał brać ich jako czynnik łagodzący i to z jednego prostego powodu — jeśli komuś da się trochę więcej wolności, to zechce ją w całości, a na taki akt łaskawości Tajima nie zamierzał się zdobyć. To jego słowa, tudzież rozkazy miały być ważniejsze, niż jakieś wewnętrzne pobudki związane z chęcią likwidacji jakiegoś ledwo zipiącego anioła, które ten mały gnojek uzasadniał mu religijnymi bredniami, jak w tym skromnym przypadku. Moce Katsune wykluczały możliwość oszukania go na jakiejkolwiek płaszczyźnie.
Hotaru miał rację — Katsune brzmiał niczym najprawdziwszy ze wszystkich możliwych niedowiarek, tak też w rzeczy samej było. Nie zakiełkowała w nim wiara w wielkiego Ao, gdyż nie wstąpił do Kościoła Nowej Wiary tylko z religijnych pobudek — zmusiła go do tego jedynie sytuacja, której konsekwencje za wstąpienie do tejże organizacji nosi niczym brzemię po dziś dzień, czego symbolem jest obrączka, którą zachował. Taiki nie mógł mieć o tym zielonego pojęcia, gdyż sam Tajima nie należał do osób zbyt wylewnych, które wyrażałyby jakąkolwiek ochotę, choćby tę najdrobniejszą na zwierzenia. Nie — Katsune nie dopuszczał do siebie nikogo. Samo przebywanie w jego towarzystwie, nawet przez tak długi okres czasu jak w przypadku sponiewieranego jasnowłosego nie oznaczały, że ulegnie to zmianie. Sam Tajima był w rzeczy samej — równie surowy względem otoczenia, siebie i wszystkich wokół, jak wystrój jego pokoju na Górze Shi. Ponadto zachowywał spory dystans składający się jedynie z pułapek, serii otrąceń i beznamiętnych spojrzeń, niewyrażającego ani krzty wyrozumiałości. Jednakże stosunek Mistrza względem swojego podopiecznego nie był nikomu znany, a sam Taiki mógł się tego jedynie domyślać. Nie dało się jednak zaprzeczyć faktom, że Katsune bardziej mimowolnie wykazywał się nieujawnianą względem niego troską, kiedy doznał jakiegoś uszczerbku na zdrowiu. W tym oto przypadku Tajima sam się do tego przyczynił, lecz wcześniej jakby w całym tym swoim gniewie nie brał tego pod uwagę — uświadomiły go w tym ociężałe ruchy Hotaru, którym zdążył jeszcze wcześniej wstrząsnąć i z agresją odepchnąć w tył.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Katsune zamarł na moment w bezruchu, jakby słowa wypowiedziane przez Taikiego wylały mu na głowę kubeł zimnej wody, pozwalając dostrzec coś czego doprawdy nie chciał zobaczyć, mimo iż on sam nie odpowiedział nic. Hotaru bardzo szybko nauczył się, że oszukiwanie mężczyzny, na czele z kłamstwem ze względu na jego moc nigdy nie mogłyby przynieść oczekiwanego efektu — jednakże ta szczerość w tym wypadku zasiała w nim poważne wątpliwości oraz niepokój. Dopiero teraz zauważył, że w wychowaniu tego gnojka popełnił jeden znaczący błąd — pozwolił, by mniej lub bardziej świadomie stał się częścią czegoś, czego nie potrafił tak naprawdę obiektywnie ocenić. I owszem właśnie w tym miejscu leżała wina Tajimy Katsune. Utkwił w wyraźnie poobijanym jasnowłosym ostrożne, acz uważne spojrzenie, w którym wyjątkowo łatwo można było dostrzec niedowierzanie. To sprawiło, że przez chwilę na twarzy Tajimy zagościł trudny do zidentyfikowania grymas. Inkwizytor wciągnął powietrze do płuc, zapewne tylko po to, by następnie ze świstem je wypuścić. Przebiegł wzrokiem po wielkich kamieniach, by przenieść go ponownie na Taikiego.
Zanim Katsune podszedł do Hotaru, który asekurując się ręką i jednocześnie chroniąc przed ponownym lądowaniem na piasku, znalazł oparcie w jednym z zimnych, wielkich kamieni rodem ze Stonehenge, które przez swoją wysokość rzucały spore cienie wewnątrz tego dziwnego okręgu, odczekał jeszcze dłuższą chwilę. Tajima nie miał czasu na oglądanie nieba i chmur biegnących po nim, ale jeśli Taiki się nie mylił to mogli liczyć na pierwszy od dawien dawna deszcz. Cóż, niewątpliwie, jeśli jasnowłosy dotychczas zabiegał o uwagę Mistrza, to nareszcie się jej doczekał i to we właściwym wydaniu.
Lepiej dla ciebie, abyś byś świadom tego, że nie jestem Ao, ani żadnym innym bogiem i nie przemawia przeze mnie jego złość. W żadnej postaci, dobrze do zapamiętaj, Hotaru — zaczął śmiertelnie poważnym tonem Katsune, kiedy zrodzona odległość przez odepchnięcie swego podopiecznego, została zmniejszona do zbędnego minimum. Nie obdarzył go spojrzeniem, a zamiast tego zaczął wstępnie oceniać jakie to szkody cielesne dzieciakowi wyrządził. Oparł się lewą ręką o chropowatą, nierówną powierzchnię kamienia. W oczy rzucały się gdzieniegdzie ciemniejsze siniaki odznaczające się na jasnej skórze Taikiego. Na pewno nieźle go poobijał, serwując mu zapoznanie z twardą powierzchnią jednego z tych masywnych kamieni, ale i również rzuceniu na rozgrzany piach. Zresztą nie ma co ukrywać, że siłą się znacząco różnili, a sam Mistrz potraktował go niczym szmacianą lalkę. O ocenie stanu żeber, które jak mu się wydawało musiały być dość mocno poobijane, włącznie z obszarem na plecach i nie tylko – mógł zapomnieć, bo żeby się temu bliżej przyjrzeć musiałby pozbyć się warstwy górnej jego szat, a to niekoniecznie podejmowanie samowolnych działań w tej kwestii było mu na rękę. Nie obeszłoby się bez jakichkolwiek dwuznaczności, a zamierzał uchodzić za poważnego człowieka. Z kolei dotykać  niczego na ślepo nie zamierzał, bo nie był żadnym znawcą, który mógłby cokolwiek ocenić przez materiał. Okazałoby się to robotą głupiego, zaś pojedyncze wyrazy bólu wymalowane na twarzy tegoż osobnika mogłyby cokolwiek zdradzić, choć sam Katsune powątpiewał, by to dało mu jednoznaczne odpowiedzi. Już jakiś czas temu zauważył, że Hotaru nad wyraz szybko przyzwyczajał się do cierpienia przez co brakowało mu po prostu rozumu. Westchnął ciężko, chwytając palcami prawej ręki za podbródek Taikiego i lekko unosząc go ku górze, by bliżej mu się przyjrzeć. — Nie toleruję takiego zachowania i samowolek. Nie obchodzą mnie też twoje wyjaśnienia. Masz tego nie . — oświadczył bez żadnych ogródek, wpatrując się w niego uważnie ze znajomym chłodem, choć tamta jedna kwestia, która na moment wybiła go z rytmu wciąż nie zniknęła z pola jego widzenia, ale zamierzał poruszyć ją trochę później. Nie potrzebował zbędnego potakiwania, a powtórzył to co było Taikiemu znane tak dobrze, by stale miał to na uwadze. — Ściągnij górną warstwę szat, muszę zobaczyć, ile odniosłeś przeze mnie szkód. Nie wiem czy masz jedynie poobijane żebra czy jakieś złamane. Istnieje też możliwość, że się gdzieś rozciąłeś. Poruszasz się i tak ociężale, dlatego podejrzewam, że będziemy musieli tutaj pozostać. — dodał z wyraźną troską w głosie Katsune. W zasadzie mógł zrobić to sam, ale względne swobody i wolność osobistą czasami nawet ktoś taki jak on miał na uwadze. Czasami. Lewą ręką, którą dotychczas opierał o chropowatą powierzchnię, starł przyklejony do policzka Taikiego piasek.
Następnie odsunął się od jasnowłosego, ponownie zwiększając między nimi dystans, który on sam uznawał za niezbędny dla powodzenia ich podróży. Przyzwyczaił się do tego, że zachowywał się wobec niego ozięble, co było zresztą wygodne i nie zamierzał temu zaprzeczać. Znajomy ból głowy  przypominał mu tylko o tym cholernym błędniku, a to nie zwiastowało nigdy niczego dobrego. Nie chciał przecież utknąć w zwierzęcej formie, bo doprawdy ciężko będzie mu utrzymać tego dzieciaka w ryzach. Już teraz nie należało to do najłatwiejszych zadań.



Najpierw odpisy, potem możesz liczyć na jakiekolwiek nagrody *parsk*



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Gość on Czw Gru 08, 2016 1:51 am
*miejsce na odpis* Jutro ci odpiszę, cholero.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Tsukishimaru on Sro Lis 15, 2017 12:05 am
Przesunął koniuszkiem języka po dolnej wardze, chcąc ją nieco nawilżyć. Oddech z każdą kolejną chwilą stawał się coraz bardziej ciężki, i duszący. Rozluźnił nieco palce, do tej pory zaciskające się mocno na rękojeści tanto, unosząc lewą dłoń, w której trzymał złoty medalik. Zaskakujące, że jeszcze w tych czasach dla takiego bibelotu ludzie byli w stanie zabijać. Syknął, czując przeszywający ból w ramieniu, momentalnie opuszczając dłoń i przycisnął ją do krwawiącego brzucha.
Nieważne.
Wykonał zlecenie, mógł wracać do domu.
Mimo wygranej, mimo sześciu ośmiu trupów leżących u jego stóp, sam ledwo się trzymał na nogach. Głęboka rana na policzku piekła, wybity bark ograniczał sprawność ruchową, skręcona kostka ograniczał poruszanie. Do tego doszły trzy rany kłute w okolicach łopatek i jedna, dość głęboka na brzuchu. Gdyby tylko miał przy sobie Sarutahiko, gdyby nie zostawił go w górze ze względu na ranę, jaką otrzymał podczas poprzedniego zlecenia, zapewne starcie wyglądałoby zupełnie inaczej. Wygrał, ale co z tego, skoro sam wyglądał jakby coś go pożarło, przemieliło a potem wypluło?
Przymknął na moment oczy, stojąc w miejscu. Było zimno. Cholernie, niemal zimowo. Jesień w tym roku wyjątkowo była surowa. Poruszył stopami, by ruszyć dalej, kiedy usłyszał szelest liści i trzask gałązek. Momentalnie wycelował w tamtą stronę bronią, czekając aż ewentualne zagrożenie wyłoni się spomiędzy drzew. W głowie próbował przypomnieć sobie ilość osób, na które miał zlecenie. Osiem. Wszystko się zgadzało, więc kto-
Znieruchomiał, kiedy spomiędzy drzew wyłoniła się sylwetka Wiecznego. Ze wszystkich osób, akurat jego spodziewał się najmniej. Od incydentu w jego tajemnej chatce, nie widzieli się praktycznie ponad cztery miesiące. Nie było co ukrywać, że Tsukishimaru specjalnie unikał przebywania w siedzibie Smoków, nie chcąc na niego trafić.
- To tylko ty. – powiedział cicho, delikatnie opuszczając rękę, w której dzierżył tantou. Cholera, że też właśnie musiał się napatoczyć. Nie chciał, by ktokolwiek, a już na pewno biomech, widział go w takim stanie. Czas ruszać dalej, Tsuki.
- Na razie. – dodał cicho, powoli odwracając się do niego tyłem I ruszył kulejąc zupełnie w przeciwną stronę.

_________________




Tsukishimaru
-----------
Wiwern     Opętany

avatar

Liczba postów : 162

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Yury on Sro Lis 15, 2017 2:18 am
Przebiegł pobieżnie wzrokiem po cmentarzysku rozbitej szajki przestępczej, wyciągając z pudełka ostatniego papierosa. Zmiażdżył karton w dłoni i wyrzucił go na wydeptaną ścieżkę w ramach frustracji, konsultując się z ostatnią dawką nikotyny, którą dysponował.
Wpatrywał się jak zmutowane sępy zleciały się do zwłok i zaczęły je pustoszyć ze skóry i bebechów w akompaniamencie przerażających, gardłowych skrzeków.
Zaciągnął się parę razy porządnie, wdychając do płuc dym, po czym wypuścił z ust powietrze, które zaświszczało w kontakcie z chłodem wieczoru. Słońce dogasało na horyzoncie, jak blask z oczu ostatnich dwóch trupów, które minął, idąc za gęstymi śladami krwi rozsianymi na powierzchni.
Ten mały sukinkot nie czekał, poszedł sam na misję, do której zostały wyznaczone dwie osoby. Mimo iż odbębnił ją ze wzorowym wynikiem, to i tak najprawdopodobniej w wyniku zaadaptowania zwierzęcych genów, stracił instynkt samozachowawczy.
Wyrzucił niedopałek, unicestwiając go raz na zawsze podeszwą ciężkiego, wojskowego obuwia.
Ten mały gnojek zasłużył sobie na lanie.
Wyciągnął pistolet z kabury, wycelował w pobliskie drzewo i strzelił, trochę po to, aby wyładować gromadzącą się w nim złość i trochę po to, aby przegonić tych skrzydlatych bydlaków, choć pod pewnym względem wcale się od nich nie różnił. Schowawszy dłoń, pochylił się nad każdym ciałem z osobna, by opróżnić kieszenie zmarłych w poszukiwaniu ewentualnego śladu swojego nałogu. Czwarty trup z pociętym gardłem zaspokoił jego potrzebę dotlenienia się wyrobem tytoniowym. Złapał w palce paczkę tanich szlugów i przyjrzał się jej uważnie z lubieżnym uśmiechem na ustach. Włożył go sobie między zęby i zapalił, by reanimować to, co było do odratowania, a potem, idąc za tropem, przeszedł przez gęstwinę, wzrokiem odnajdując kulejącą sylwetkę szczeniaka. Kiedy ten, niczym rasowe dziecko wojny, wycelował w niego tanto, uniósł dłoń w poddańczym geście, trzymając tradycyjnie papierosa między zębami. W kąciku jego ust ukształtował się zalążek uśmiechu. Tsukishimaru był rozszarpany przez trupy, a dojście w takim stanie do Smoczej Góry graniczyło z cudem.
Jesteś jakimś pierdolonym kamikadze, czy kij chuj? — Zaciągnął się papierosem, po czym wypuścił dym ustami i nosem, opierając się plecami o spróchniałą korę drzewa.
Nie poszedł za nim. Nie powstrzymał przed marszem. Ot, po prostu patrzył, jak ten wyciska z siebie siódme poty, aby zniknąć biomechowi z pola widzenia.
Unikał go. W sumie żadna nowość. Umiejętności socjalne Tuskiego nie były rozwinięte na większą skalę. Nigdy nie był zbyt rozmowny, ani tym bardziej chętny na współpracę z kimkolwiek. Miał w dupie najbliższe otoczenie, ale mimo to Yury zauważał różnicę w jego zachowanie.
Uciekał jak pierdolony tchórz.
Mówiłeś, że będę zlizywać błoto z ziemi, ale jak widać na załączonym obrazku - to ty zaraz posmakujesz piach w zębach — odparł z wyraźnym rozbawieniem, a następnie w oka mgnieniu podszedł do dzieciaka i złapał go mocno za ramię. — Jeśli zdechniesz, spierdolisz tę misję — wycharczał mu do ucha. — Więc jak? Złożysz zlecenie na uratowanie ci dupska? — zadrwił, odsuwając się od niego.


_________________
I've lost my patience,
When are you gonna decay.



Yury
-----------
Wieczny    Biomech

avatar

Liczba postów : 2405
GODNOŚĆ : Kido Arata

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Tsukishimaru on Sro Lis 15, 2017 7:22 pm
Nie odpowiedział mu.
Przecież Yury wiedział, jak Tsukishimaru walczył. Zawsze dawał wszystko z siebie. Napierał, bez względu na ewentualne rany, jakie odnosił.
Czyżby?
… Nie.
Ze względu na brak siły, atakował zazwyczaj z zaskoczenia, z ukrycia. Przychodził głównie nocą, w najmniej oczekiwanym momencie, podrzynając gardła z iście chirurgiczną precyzją. A teraz? Teraz cięcia były niedbałe, jakby na oślep. A jego początkowa taktyka pękła w drobny mak w pierwszych sekundach od ataku. Jakby niemo zapraszał przeciwników do śmielszego postępowania, do zadawania mu głębszych ran, jakby zapraszał samą śmierć w swoje ramiona.
Dlatego milczał. Unikając tematu, kierując kroki dalej, z dala od mężczyzny.
Tsukishimaru zdawał sobie sprawę, że w tym momencie wyglądał co najmniej żałośnie. Nie tylko z powodu odniesionych ran, ale i ogólnie złego samopoczucia, które trzymało go od paru dni.
- Zamknij się. Nikt nie pytał cię o zdanie. – syknął w momencie, kiedy palce ciemnowłosego zacisnęły się dookoła jego ramienia. Z typową dla niego reakcją, szarpnął się, by się wyswobodzić. Ale w aktualnym stanie nie miał najmniejszych szans na wyswobodzenie. Nie, żeby nawet w pełni sił miał.
- Puszczaj. Sam wyliżę swoje rany. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Ani łaski. Sam sobie poradzę. – odparł cicho, uparcie wpatrując się przed siebie. Ciężko było odgadnąć co mu siedzi w głowie. Do siedziby były minimum trzy dni drogi. Robiło się zimno, było późne południe. Jeżeli nie znajdzie schronienia i zwali się gdzieś po drodze, to rano będzie martwy. Mimo to jego duma kazała mu wysoko trzymać głowę i nie pozwolić, by ktoś inny zajął się nim, chociaż ciało ewidentnie o to prosiło.
Gdy tylko poczuł, jak ucisk zelżał, w efekcie końcowym zniknął, ruszył dalej, nawet nie kwapiąc się, by posłać mu chociaż jedno spojrzenie.
- Nie idź za mną – powiedział cicho. W tym samym momencie, w którym zza drzew wyłoniła się czarna sylwetka poruszająca na czterech łapach.
Niedźwiedź?!
Stworzenie co prawda było wychudzone, ale wciąż stanowiło zagrożenie. Skuszone zapachem świeżego mięsa i krwi, wpatrywało się tępym spojrzeniem w dwójkę Smoków. Wreszcie rozdziawiło szeroko pysk, z którego sączyła się gęsta piana i stanął na tylnich łapach, rycząc ostrzegawczo.
Instynkt Tsukishimaru zadziałał od razu. Odskoczył do tyłu, stając przed Wiecznym, żeby stanąć na linii on-niedźwiedź, jednocześnie odgrodzić go od niebezpieczeństwa. Wyciągnął dłoń przed siebie, napierając na zwierzę grawitacją. Trwało to jednak zaledwie krótką chwilę, kiedy moc przestała działać, a chłopak splunął krwią, łapiąc się za brzuch.
- Cholera… – wymruczał cicho pod nosem, walcząc z kołowrotkiem w głowie. Odwrócił się w stronę ciemnowłosego I złapał go na oślep za materiał koszulki, zgniatając materiał ubrania, jednocześnie nieświadomie chwytając za obrączkę oraz kieł zawieszony na łańcuszku.
- Chyba jednak muszę ci to zostawić, młody – charknął, osuwając się na kolana, jednocześnie ściągając w dół ubranie I zrywając łańcuszek.
Niedźwiedź pokręcił głową, przez moment otumaniony, trwało to jednak zbyt krótko, bo już w kolejnej sekundzie biegł w ich stronę z obnażonymi zębami.

_________________




Tsukishimaru
-----------
Wiwern     Opętany

avatar

Liczba postów : 162

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Yury on Nie Lis 19, 2017 12:34 am
Nie idź za mną.
Uśmiechnął się pod nosem. Nie miał takowego zamiaru. Daleko było mu do spełnienia definicji słowa wybawiciel . Nie miał w sobie ani krzty litości dla kretynów, którzy mierzyli swoje siły na zamiary, by ostatecznie kąpać się w oparach swojej porażki w postaci krwi, sączących się z otwartych ran. Wiwern z każdym kolejnym krokiem pchał się w zimne objęcia śmierci. Umierał, a biomech nie miał zamiaru w tej materii interweniować.
Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, obserwując jak Tsukishimaru resztkami sił próbuje z marnym skutkiem zniknąć mu z oczu, a potem uniósł brew w geście zdziwienia, kiedy chłopak zmienił nieoczekiwanie swoje priorytety, zmniejszając wyjątkowo energicznym skokiem odległości między nimi, by stanąć oko w oko ze stworem rodem z komiksów i użyć na nim swojej mocy, która jedynie rozwścieczyła niedźwiedzia.
Cichy, przytłumiony ryk i gruźliczy kaszel zmusił Wiecznego do zmiany planów w kwestii porzucenia najemnika na pastwę losu. Automatycznie sięgnął dłoń pod kurtkę, gdzie znajdowała się kabura. Zacisnął palce na pistolecie i wyszarpał go ze swojego stałego schowka, przenosząc zdezelowane przez jaskrę oko w kierunku zbawionego przez zapach posoki.
Yury zerknął krytycznie na Tsukiego, czując jak łańcuszek na szyi wrzyna się w skórę na karku.
Nie wypłacisz się do końca życia, Pchło — odparł, zdejmując jednym energicznym ruchem dłoni zerwaną biżuterię. — Pożyczam — oświadczył nieznoszącym sprzeciwu tonem, sięgając za pazuchę drugiego najemnika. Kiedy jego palce napotkały rękojeść tanto, wyciągnął go z pochwy, by następnie wcisnąć zarówno obrączkę, jak i kieł zdradzający jego przynależność do Drug-on w zakrwawioną dłoni osobnika, który przyczynił się do przerwania posrebrzanego łańcuszka. — Pod zastaw — powiadomił go krótko, by zaraz go wyminąć.
Niedźwiedź był coraz bliżej. Biomech przyjrzał mu się uważnie swoim zdezelowanym przez jaskrę okiem i pokręcił z dezaprobatą głową. Stworzenie nie było katalogowym przedstawicielem swojego gatunku i pod wieloma względami jego zmarniały wygląd upodobnił go na właściciela niebieskich włosów. Rozsypane mniejsze i większe zadrapania oraz głębsze i płytsze rozcięcia rozsiane po całej rozciągłości jego ciała sugerowały, że miał przynajmniej jedną poważną walkę na swoim koncie.
Wieczny wycelował w niego lufę pistoletu i nacisnął za spust. Nabój wystrzelił i zatopił się w zwierzęcej skórze w okolicy barku, a zostało to zaakcentowane przez serią żałosnych ryków. Jednakże nie czekał, aż bestia wykona swój ruch. Strzelił ponownie, tym razem wprost w rozwarty szeroko pysk, by w następnej kolejności, wykorzystując jego tymczasowo dysfunkcje, przemknąć koło niego niezauważenie i wbić ostrze tanto wprost w masywną łapę. Przeciął ją, czując na swoim policzku ciepłe plamy krwi.

_________________
I've lost my patience,
When are you gonna decay.



Yury
-----------
Wieczny    Biomech

avatar

Liczba postów : 2405
GODNOŚĆ : Kido Arata

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Tsukishimaru on Nie Lis 19, 2017 3:30 am
Wygiął usta w krzywym uśmiechu, zaraz żałując swoich nagłych ruchów, kiedy zaciągnął się głośnym kaszlem, wypluwając krew na piaszczysty teren. Cholera. Naprawdę było źle. Uniósł wierzch dłoni, i otarł usta z resztek krwi, chociaż ostateczności jedynie ją bardziej rozmazał na swoim policzku.
- Przypominam, że ty przegrałeś zakład, więc powiedzmy, że będziemy kwita – powiedział nieco nienaturalnie zachrypniętym głosem, zaciskając palce na bibelotach, które wcisnął mu biomech. Pomimo swojej natury samotnika i niechęcią do pomocy innych, był zmuszony przyznać przed samym sobą, że gdy Wieczny wkroczył na pole walki, odczuł dziwną ulgę, jakby wyimaginowany ciężar spadł z jego barek, chociaż nadal czuł na swoim karku oddech kostuchy. Z upływem każdej minuty coraz wyraźniej.
Ale zamiast zaszyć się gdzieś w miejscu, by lizać swoje rany, korzystając z nieuwagi zarówno niedźwiedzia, jak i samego mężczyzny, to stał w miejscu wpatrując się w walkę. Chociaż tak naprawdę tego nawet walką nie można było nazwać. Yury bez większego problemu i wysiłku pozbawił bestię życia. Niedźwiedź wydał z siebie ostatni ryk, jakby ciche westchnienie ulgi, kiedy padł ciężko na ziemię, tuż przed nogami badassowego biomecha.
W tym samym momencie Tsuki osunął się na ziemię, choć wciąż umysł pozostawał w pełni świadomy, chociaż coraz bardziej toczony przez narastającą gorączkę. Jednakże w jego spojrzeniu pojawiło się coś, co sugerowało, że ostatecznie się poddał. Poddał swoją dumę, wiedząc, że albo tu umrze, albo ten jeden, jedyny raz jest zmuszony polegać na kimś innym.
- Niedaleko jest jaskinia. – powiedział cicho, niemalże szeptem, ale wiedział doskonale, że został dosłyszany.

Post słaby i krótki, ale jak mówiłeś, jego rola ogranicza się do księżniczki czekającej na księcia wybawicielu bez konia, bo Chyży nie jest jeszcze w Smokach xDDDDDDD

_________________




Tsukishimaru
-----------
Wiwern     Opętany

avatar

Liczba postów : 162

Powrót do góry Go down

Re: Była kryjówka wyznawców słońca.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics