gry online



 :: Eden :: Góra Babel :: Katedra

Strona 9 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Jahleel on 17/8/2017, 20:02
Wysłuchał cierpliwie, co każdy ma do powiedzenia. Ostatnie słowa skazanego, wyrok i opinia Hershy. Nie spodziewał się niczego innego po tym sądzie jak bardzo ciężkiej dyskusji. Nie zawiódł się w tej kwestii.
Milczał jakiś czas. Koniec. To by było na tyle. Przypatrywał się skazanemu, nie mogąc nie odnieść wrażenia, iż Cronus zaczął robić się zdesperowany. Niektórzy chwytają się brzytwy, inni uciekają w sarkazm. Kolejni, przyparci do ściany, obwiniają wszystkich, acz nie siebie. Desperacja ma wiele oblicz - nie tylko ta dosłowna, rozciągająca się za granicą Edenu. Ludzkie emocje są skomplikowane. Trudne do pojęcia i zrozumienia nawet dla samych ludzi.
- Proszę o wybaczenie. - Zaczął w końcu. - Prawdopodobnie przegapiłem moment, w którym zabroniliśmy ci się spowiadać i rozwijać poruszane kwestie. - Sarkazm? Szczerość? Znów jego monotonny, pozbawiony uczuć ton głosu nie pozwalał jednoznacznie ocenić. Rzucił spojrzeniem na zanotowany przebieg wydarzeń, jakby oczekiwał, iż dojrzy tam powód, dla którego Cronus zdecydował się na zwierzenia dopiero po wydaniu wyroku.
Czyżby mu nie zależało?
Podobno tak bardzo pragnie dobra dla ludzi. Stabilności dla Miasta. Świetlanej przyszłości dla ludzkości. Jahleel nie potrafił zrozumieć postawy sądzonego. Motywów, które stały za takim, a nie innym wyważaniem słów.
Schował ołówek do kieszeni, wyrównał kartki. Po czym wstał, aby podejść do Laviaha.
- Dostarczę zapisy z sądu jak tylko wykonam kopię tuszem. - Poinformował formalnie. Mógł wydawać się oziębły i obojętny na tragedię rozgrywającą się przed nim. Prawda jednak była zgoła inna. Po prostu dobrze ukrywał fakt, iż skazanie Cronusa - czy jakiekolwiek człowieka - było ciężkim, ale czasem koniecznym procesem. Nie dawał po sobie poznać, że boli go odesłanie jakiejkolwiek duszy. Odsuwał od siebie te odczucia. Co musi być zrobione, trzeba zrobić. Nie mogą ryzykować ani eksperymentować kosztem cudzej egzystencji z nadzieją, że może jednak sądzony okaże się gotowy na zmianę i spokornieje. Nie mogą pozwalać sobie na żadne "może" czy "a jeśli". Muszą być pewni swojej decyzji zawsze i wszędzie.
- Chciałbym cię jeszcze prosić o chwilę rozmowy na osobności. - Dodał cicho w stronę archanioła, po czym zamilkł, spoglądając na Hershę.



When the sky above us fell
We descended into hell
Jahleel





Jahleel
Zwierzchność
GODNOŚĆ :
Jahleel


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Hersha on 28/8/2017, 23:59
Wielu ludzi w desperacji próbowało ratować się w każdy możliwy sposób. Czasami robili naprawdę głupie rzeczy, czasami mówili żałosne słowa. Hersha nie zamierzał już więcej wdawać się w dysputy z Cronusem. Zwłaszcza po jego ostatniej wypowiedzi. Westchnął bezdźwięcznie i ledwo zauważalnie pokręcił głową w rozczarowaniu.
Pochwycił spojrzenie archanioła. Domyślał się, czego od niego oczekuje, ale nie mógł tego spełnić. To nie należało do jego kompetencji, bez względu na wszystko. Czyli klamka zapadła.
Gdyby tylko żałował…
Tak, gdyby tylko żałował tego, czego się dopuścił, być może całe to osądzanie przyjęłoby zupełnie inny tor. Być może dostałby drugą szansę. Ale nie mogli ryzykować. Nie mogli ryzykować, że Cronus ponownie dopuści się takiego ludobójstwa. Bo w oczach Hershy te wszystkie morderstwa były niczym innym, jak obrzydliwym ludobójstwem.
Podniósł się i skierował swe kroki w stronę pozostałej dwójki. Skinął głową do drugiego anioła na znak, że zrozumiał jego aluzję i niemo przekazując mu, że za moment zostawi ich samych.
- Archaniele. – Laviah tego nie lubił. Znał go na tyle, żeby wiedzieć, że nowo wybrany archanioł należał do tych, co nie lubią się wychylać I raczej nie obnosił się ze swoją pozycją. Ale co innego prywatne pogawędki, a co innego służbowe sprawy.
- Znasz moje zdanie. Obawiam się, że nawet jeżeli otrzymałby nakaz odkupienia swoich grzechów I czynów, to w pewnym momencie odwróciłby to wszystko na swoją korzyść. Powieliłby okropieństwa, jakich się dopuścił. Krzywda spotkałaby jeszcze większą liczbę osób. Jeżeli jednak postanowisz inaczej, zaakceptuję twoją decyzję. Wierzę w twą mądrość i będę za tobą podążał. – spojrzał na Laviaha, oczekując jego odpowiedzi. Jeżeli najwyższy pozwoli mu się oddalić, to Hersha nie zamierzał dłużej tego przeciągać i po prostu opuścić salę.



"Only even when the pain feels, I held to the unfulfilled desire"

Theme
Hersha





Hersha
Dowódca Zastępu
GODNOŚĆ :
Hersha. Ten, który przynosi śmierć.


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Laviah on 13/9/2017, 20:30
Powietrze stało się dziwnie ciężkie, choć dałby głowę uciąć, że na sali był jedyną osobą, która to odczuwała. Wsunął palec wskazujący za fałdy długiego szala, który przysłaniał pokrytą licznymi bliznami szyję, jednak starał się o to, by nie odsłonić żadnej jaśniejszej i wypukłej linii na własnej skórze. Podjął już decyzję – to właśnie tej myśli starał się zawzięcie trzymać, ale wiedział, że nie mógł być głuchym na słowa, które padały z ust Cronusa. Zupełnie, jakby był katem, który właśnie oddalał się od miejsca, w którym pozostawił ranną ofiarę, błagającą o pomoc lub o to, by już nigdy więcej tam nie wracał i nie zatapiał ostrza w jego ciele.
Asellusowi, co prawda, daleko było do ofiary. Był znacznie silniejszy niż im się wydawało i prawdopodobnie to właśnie chciał im przekazać. Gdyby tylko zamilkł, podjęta decyzja byłaby znacznie prostsza – przynajmniej takie odnosił wrażenie. Nie wspominając o tym, że  wydawało mu się, że w tym jednym momencie został ze wszystkim zupełnie sam i pomimo swojego wieku, czuł się jak kompletnie zagubiony chłopiec, któremu nagle kazano przyjąć na siebie całą winę, mimo że był tylko współudziałowcem.
Natychmiast pokręcił głową, odganiając od siebie te myśli, choć ruch ten był wręcz mechaniczny, jakby w konkretnych momentach kręg, na którym obracała się jego głowa napotykał na opór. Nie powinien tak myśleć. W końcu teraz to on był odpowiedzialny za wszystkie anioły, które nie bez powodu postanowiły postawić właśnie na niego.
Muszę to zrobić – zrozumiał to w momencie, gdy jego nieme błaganie nie dotarło do Hershy. Z jakiegoś powodu mimowolnie wyłączył się, a głos skazanego rozmył się, gdy białowłosy tkwił pogrążony we własnych myślach. Widział jak usta Dowódcy Zastępu się poruszały, ale nie potrafił odczytać żadnego ze słów.
„(...) i będę za tobą podążał.”
Zamrugał oczami i drgnął nieznacznie, po czym pospiesznie kiwnął głową. Mimo że jego twarz nie wskazywała na wiele emocji, słabo wychodziło mu udawanie, że wszystko było w porządku. Nie było.
To zajmie chwilę.
Przymknął na moment oczy i odetchnął głębiej. Po czym niemal podskoczył na dźwięk słów Jahleel'a, który niespodziewanie znalazł się obok. Jeszcze do niczego nie doszło, a on już czuł się, jak winowajca, choć jeszcze przed chwilą chciał obarczyć tym brzemieniem jednego ze swoich braci.
Tak, oczywiście ― rzucił, dusząc w sobie wszelkie emocje. Kosztowało go to sporo wysiłku. Znalazł się w sytuacji, do której musiał się przyzwyczaić, a nie było to możliwe, jeśli przynajmniej nie spróbowałby jej zaakceptować. Przytaknął ledwo widocznie na jego prośbę. Czy już zdążył zauważyć, jak bardzo nie nadawał się do tej roli? Chciał mu o tym powiedzieć? Laviah zdawał sobie sprawę, jak spostrzegawczy był anioł, którego miał przed sobą. Cenił go zarówno za to, jak i za jego mądrość. Może to właśnie jego powinni usadzić na najwyższej pozycji? ― Tylko muszę...
... to zrobić.
Jasne tęczówki skrzydlatego dosięgnęły oczekującego mężczyzny. Już bez słowa wyjaśnienia wyminął czarnowłosego, w głowie odliczając ilość stawianych kroków. Tylko to sprawiało, że był w stanie pewniej pokonać odległość, która dzieliła go od byłego dyktatora. Gdyby tylko był z nimi Bóg...
Palce przesunęły się po rękojeści sztyletu, na której kurczowo zacisnął palce. Gdy podniósł go z jego prawowitego miejsca, światło wpadające do sali, przesunęło się leniwie po lśniącym ostrzu i ześlizgnęło się z niego niczym kropla miodu. Już na samą myśl robiło mu się niedobrze. Było to znacznie mniej wdzięczne narzędzie od miecza światła, jednak póki co ten znajdował się w innych rękach, a oni musieli jak najszybciej go odzyskać.
To było niewłaściwe, nawet jeśli wiedział, że mężczyzna nic nie poczuje. Nic oprócz wszechogarniającego uczucia znikania.
Przykro mi, Cronusie. Naprawdę chciałbym, żeby wyglądało to inaczej. ― Nie kłamał. Tym bardziej, że im bliżej sądzonego się znajdował, tym wyraźniej dało się dostrzec w jego oczach zarówno żal, jak i przerażenie. ― Obiecuję ci, że odejdziesz w spokoju, a wszyscy ludzie, którym poświęciłeś całe swoje życie, nie zapomną o twoich czynach. My też nie zapomnimy.
Białowłosy wyciągnął rękę w stronę byłego dyktatora i kciukiem dosłownie musnął jego czoło. Nie powiedział już nic więcej, bo słowa paliły jego gardło, a wycelowane w jego stronę ostrze zadrżało razem z anielską ręką, zanim przełamał ostatnią barierę.
Faktycznie nie było bólu. Nie było nawet krwi. Tylko oślepiający rozbłysk światła, który zmusił go do cofnięcia się i natychmiastowego wypuszczenia z rąk ostrza. Powinien być pewniejszy, ale czuł się, jakby to jemu wepchnięto nóż między żebra. Skulił się nieznacznie, a objąwszy się ramionami, wbił palce w swoje ramiona.
Ostrze upadło na podłogę z donośnym brzdęknięciem.
Był zdruzgotany, choć wystarczyło kilka sekund, by było po wszystkim.

|| wybaczcie, ale feelsy i te sprawy. Trzeba jakoś przeżywać pierwszy raz. *parsk* Sąd można uznać za zakończony.


WAŻNE: w obecności Laviaha wszyscy zobowiązani są mówić prawdę. Jeżeli nie posiadasz blokady umysłu, a w poście zaznaczone jest, że moc prawdy jest w użyciu (będę to zaznaczał pod spodem każdego posta), nie ma mowy, by twoja postać skłamała. Nawet jeśli spróbuje, usta zwyczajnie zrobią swoje. Więcej informacji w KP.
Laviah





Laviah
Archanioł
GODNOŚĆ :
Laviah. Po prostu.


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Jahleel on 22/9/2017, 22:01
Przyglądał się zmianom w postawie archanioła. Wpierw tym subtelnym znakom towarzyszącym dyskomfortowi. Potem coraz jawniejszym objawom pożerającego stabilność stresu. Powiódł za towarzyszem wzrokiem, odprowadzając go w stronę skazanego.
To ciężkie słowo. "Skazany". Niemniej czy Cronus był w danym momencie czymś więcej? Grzesznik bez krzty poczucia winy. Zaślepiony celem dyktator, dążący do niego po trupach. Jeśli za życia nie spotkała go kara, ta przyjdzie po śmierci. Nikt nie ucieknie od swojego losu.
Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości,  i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Jakże prosto i łatwo jest wypełniać rozkazy. Być posłusznym wyższym szczeblom, nie mieć żadnych rozterek ani dylematów. Tak. Gdyby tu był Bóg, gdyby tylko decyzja nie zależała od nich, a od Kreatora... Czy wtedy nie byłoby piękniej? Ja tylko wypełniam rozkaz. Jestem posłuszny woli Pana. Wyrywam chwasty, rosnące między żytem i pszenicą, oczyszczam Królestwo ze zgorszeń. Nie mam własnej woli, moim życiem jest wypełnianie woli Pana.
Teraz oni są tą wolą. Oni stoją na szczycie drabiny, to ich słowu poddane są zastępy aniołów. Ciężar odpowiedzialności, który niemalże przygniata do ziemi. Świadomość, że zła decyzja przyniesie ze sobą tragiczne skutki. Ale też pragnienie uwolnienia od niej swoich braci. Jahleel nie potrafiłby z czystym sumieniem skazać na zmaganie się z tym ciężarem jakiegokolwiek anioła.
Chciał odwrócić wzrok. Przymknąć oczy, nie widzieć ostrza, nie patrzeć na ostatnie chwile egzystencji Cronusa. Ale nie mógł. Wiedział, że to by była jak ucieczka. Zakrywanie woalem ignorancji konsekwencji własnych czynów. Musiał przyjąć je wraz z całą goryczą, smutkiem oraz tragedią, jakie ze sobą niosły. Szczególnie dla Laviaha.
Archanioł starał się opanować. Powstrzymać burzę, która bez wątpienia szalała w jego umyśle. Nie Jahowi oceniać efekty tych działań.
Nie, daleko mu było do bycia sędzią obserwowanych reakcji. Nie oceniał, nie komentował. Chciał tylko być. Wesprzeć własną obecnością. Słowa wydały mu się w danym momencie zbędne.
Stukot obcasów odbijał się echem od ścian sali, gdy wolno zbliżał się do pochylonego archanioła. Dłonie same wykonały wyuczone ruchy. Jakby nie pierwszy raz Jahleelowi przychodziło koić roztrzęsioną duszę. Jakby Laviah nie był archaniołem, który właśnie odesłał skazanego, a tylko dzieckiem na skraju rozpaczy. Dzieckiem, o które brunet pragnął się zatroszczyć niby starszy brat.
Jedna z rąk uciekła się do mocy, otaczając jasnowłosego ciepłem. Nie chciał, aby zaczęły targać Laviahem dreszcze, by zimne poczucie winy rozlało się po ciele. Ale też pragnął dać mu poczucie bezpieczeństwa
Druga z rąk objęła delikatnie młodzieńca. Zupełnie jakby w ten sposób mógł zdjąć z niego ciężar odpowiedzialności i przejąć ów na własne barki. Z radością niósłby to jarzmo, aby tylko ulżyć anielskiemu bratu.
Chociaż twarz zwierzchności nie wyrażała nic, jego gesty przepełnione były uczuciami. Przede wszystkim troską.
Jestem tu. Aby zawsze stanowić dla ciebie opokę. W każdej decyzji i przedsięwzięciu. Nie musisz zmagać się z tym sam.
Za chwilę powiódł spojrzeniem po leżącym na posadzce ostrzu. Odpowiednio wyważony podmuch poderwał je, aż wylądowało w dłoni bruneta. Póki co wsunął sztylet za pas spodni, by tylko nie leżał tak porzucony. Nie wypada, aby narzędzie, którym odsyła się dusze, walało się po podłodze. Grzesznikom również należy się szacunek.
Wciąż jednak pierwszeństwo miał Laviah. Brunet szybko zapomniał o sztylecie i delikatnie naparł na archanioła, pragnąc wyprowadzić go z sali. W miejsce, które nie będzie co chwila przypominać o odbytym przed chwilą sądzie, a pozwoli odzyskać równowagę psychiczną.

[z/t x2]



When the sky above us fell
We descended into hell
Jahleel





Jahleel
Zwierzchność
GODNOŚĆ :
Jahleel


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Laviah on 1/2/2019, 15:32
Nie był stworzony do tego, by oceniać innych. Jeżeli tylko w całym swoim życiu Laviah byłby w stanie czegoś nienawidzić, był to widok tej sali i uporczywa, przygniatająca świadomość, że przyjdzie mu zadecydować o cudzym losie. Na sali panowała absolutna cisza, która jedynie od czasu do czasu przerywana była szeptami Azrela, który przechodził między członkami dzisiejszej rady, przekazując im informacje, które udało mu się zdobyć na temat sądzonego. Gdy nadeszła kolej Laviaha, białowłosy uniósł rękę, odprawiając ciemnowłosego, który – choć szczerze zaskoczony – nie oponował, usuwając się na bok.
Białowłosy ponownie splótł dłonie za sobą – tylko to powstrzymywało go od założenia rąk na klatce piersiowej, co zdradziłoby, jak bardzo usiłował się odciąć od tego wszystkiego. Spojrzenie błękitnych tęczówek skupiło się na młodym mężczyźnie – o Jasności, to jeszcze dziecko – który stał teraz przed nimi, zapewne nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co tu robił ani dlaczego w ogóle się tu znalazł.
Jak się nazywasz, chłopcze? ― pytanie o to nie było konieczne, chciał jednak zabrać się za wszystko w nieco bardziej cywilizowany sposób, jakby był nieoczekiwanym gościem w tej sali, nawet jeśli cała otoczka ich spotkania była zbyt oficjalna, by można było uznać je za zwyczajne. W końcu nie znalazł się tu bez powodu i nic nie wskazywało na to, by ich rozmowa miała przypominać pogawędkę przy kawie i ciastkach.
A może właśnie tego potrzebowali.
Musisz być zdezorientowany tym, co się wydarzyło. Gwarantuję jednak, że ani z mojej strony, ani ze strony moich braci nic ci nie zagraża. Pamiętasz, jak się tu znalazłeś? ― spokojny ton głosu i łagodny wyraz twarzy błękitnookiego, sprawiały, że wydawał się ostatnią osobą, która byłaby zdolna podnieść rękę na drugą osobę. Nie wyglądał też na kogoś, kto miałby jakikolwiek interes w manipulacji kłamstwem. Nie próbował też kłaść nacisku na rozmówcę – był skłonny poczekać cierpliwie na jego odpowiedź, domyślając się, że ciężko było odnaleźć właściwe słowa, znajdując się pod ostrzałem obcych spojrzeń.

Moc mówienia prawdy: 1/3


WAŻNE: w obecności Laviaha wszyscy zobowiązani są mówić prawdę. Jeżeli nie posiadasz blokady umysłu, a w poście zaznaczone jest, że moc prawdy jest w użyciu (będę to zaznaczał pod spodem każdego posta), nie ma mowy, by twoja postać skłamała. Nawet jeśli spróbuje, usta zwyczajnie zrobią swoje. Więcej informacji w KP.
Laviah





Laviah
Archanioł
GODNOŚĆ :
Laviah. Po prostu.


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Will on 1/2/2019, 22:12
Ciemność nie trwała długo. Mógłby nawet stwierdzić, że uczucie minęło po zaledwie paru sekundach, choć ile minęło w rzeczywistości? Ostatnie co pamiętał to coraz bardziej ogarniająca go słabość i zimno, wypluwanie kolejnych porcji krwi, dziwne oczy gapiące się z góry. Nagle wszystko minęło, jakby nigdy się nie zdarzyło. Lodowatość zmieniła się w dość przyjemne ciepło, przerażenie ustąpiło spokojowi. Zdawało mu się, że coś jest nie tak, ale nie miał pojęcia co. Zdał sobie sprawę, że gapi się na posadzkę. Jasną, ładną. Jeszcze takiej nie widział. Z tego osobliwego zamyślenia wyrwał go czyjś głos. Znacznie milszy niż tej kreatury z uliczki. Uniósł głowę, lekko zagubiony wzrok niebieskich ślepi wlepiając w przemawiającego.
William Matthew Hayes, proszę pana – odpowiedział trochę niepewnie. Ciekawe, że nazwał go chłopcem, choć sam wyglądał dość młodo. Może nawet młodziej od samego Willa. Ostatnio to ojciec się tak do niego zwracał, a to też z rzadkością. Najczęściej wtedy, kiedy nie był z czegoś zadowolony. Cóż, lepsze to niż wcześniejsze określenie go panienką przez jakiegoś psychopatę. Przeniósł wzrok na innych, nie chcąc się przyglądać jednej osobie za długo. Czuł lekki dyskomfort przez obecność tylu obcych mu stworzeń, ale nie okazywał tego po sobie. Udało mu się nauczyć z tym żyć, ograniczać nieprzyjemne uczucie, wychodzić do ludzi. Co prawda nie otwierał się przed nimi, na to wciąż potrzebował czasu.
Uhm... – zastanowił się chwilę. Nawet teraz próbował wyprzeć z głowy te kilka minut, ale nie potrafił. Wszystko wracało ze wzmożoną siłą, wciskając się na swoje miejsce w pamięci. – W-wracałem do domu... I był tam taki koleś ze świecącymi oczami, dźgnął mnie nożem kiedy się odwróciłem... A potem mu wyrosły rogi jak jakiemuś diabłu i zaatakował znowu. Próbowałem się bronić, ale był silniejszy i szybszy – opowiedział odrobinę drżącym głosem. Znów ogarnął go strach. Czy ten stwór gdzieś tu był? A może nigdy nie istniał? Chłopak opuścił wzrok, zahaczając nim o swoje dłonie. Wyciągnął je lekko przed siebie – były całe, nienaruszone. Mógł poruszać nadgarstkiem, który jeszcze „chwilę” temu był prawdopodobnie złamany w kilku miejscach. Gdzie on u licha był? Może to halucynacje z braku snu? Byłoby logiczne, jeśli dalej siedział w swojej pracowni, na nogach od kilku dni, bez zmrużenia oka choćby na pięć minut. Bezsenność bywała tragiczna, ale nigdy aż tak nie zdzieliło go przez łeb jakimiś dziwnymi wizjami. A co, jeśli wsadzili mu mózg do jakiejś symulacji, był w śpiączce albo to były obrazy produkowane przez umierający mózg, a on nadal leży tam na śniegu, szybko wykrwawiając się i plamiąc nieskazitelną biel szkarłatem?
Zacisnął lekko palce. Nie mógł przecież umrzeć. No bo... ledwo wyszedł z bycia nastolatkiem. Miał przed sobą dziesiątki lat harowania, żeby się tylko utrzymać przy życiu. Pogodził się z widmem śmierci, w końcu bezskutecznie szukał jej przez parę miesięcy. Nadeszła wtedy, kiedy już jej nie chciał. Miał tyle spraw do załatwienia...


Japoński | Angielski


So always look on the bright side of death
Just before you draw your terminal breath
Will





Will
Martwy, buahahaha

GODNOŚĆ :
William Matthew Hayes


Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Gość on 2/2/2019, 21:11
To był pierwszy raz kiedy wyznaczono Niemca na sąd, ale wbrew temu, co można było myśleć, anioł trochę był już z nim zaznajomiony. Do tej pory zdarzało się mu bowiem bywać tutaj jako widownia, a przecież raz stał też w miejscu, w którym znajduje się teraz William. Z początku było to dla niego bardzo dziwne doświadczenie i nie wiedział czy czasem nie zemdlał, a mózg płatał mu figle podczas gdy on sam był niesiony po wodach oceanu. Aniołowie wszystko mu jednak wyjaśnili i zrobili to dość szybko. Po śmierci każdy człowiek trafiał przed sąd, który oceniał czy dana jednostka zasługuje na drugą szansę. Za życia Lenke nie był pewny na co mu ta cała "wiara", choć pomimo tego starał się ją jakoś praktykować. Ostatecznie okazało się, że te wszystkie słowa, które były wypowiadane przez księdza znalazły mniejsze lub większe potwierdzenie w stanie faktycznym, więc nie robił tego na darmo. Anioł, siedząc na jednym z krzeseł, zastanawiał się czy tak samo będzie z dzisiejszym gościem. Zanim jednak ten pojawił się na miejscu, do zgromadzonych przyszedł nie kto inny, jak sam Laviah - archanioł. Niemiec uśmiechnął się na jego widok i podniósł do góry rękę w geście przywitania. Z samym "szefem" zbyt często nie rozmawiał, ale słyszał, że poczciwy z niego anielina, więc darzył go sympatią.
Sympatia musiała jednak zejść na dalszy tor, kiedy przed obliczem aniołów pojawił się dzisiejszy sądzony. Jedyne, czego Lenkenmann nie lubił na tego typu zgromadzeniach, to sztywność. Rozumiał, że powinni zachowywać powagę, ale nie sądził, żeby to ułatwiało kontakt z człowiekiem, który przed chwilą zmarł. Większość tych aniołów nie wiedziało co przeżywa dusza, która do niedawna była jeszcze na ziemi wśród swoich bliskich. Dla niego samego to właśnie było najtrudniejsze, bo w jednej chwili z kokpitu samolotu znalazł się wśród tłumu ludzi. Podstawowa różnica pomiędzy Niemcem, a Williamem polegała jednak na tym, że Niemiec spodziewał się, że mógł w każdej chwili umrzeć. Tymczasem, z tego co mu przekazano, dzisiejszy uczestnik sądu był studentem, który niezbyt dobrze radził sobie w życiu miłosnym i który miał przed sobą jeszcze całe życie. Nie brzmiał jak ktoś, kto miał często do czynienia z sytuacjami grożącymi śmiercią. Zresztą samo to, że pochodził z miasta z pewnością na to nie wskazywało. W porównaniu do Desperacji, mieszczuchy żyły jak bratwursty na talerzyku zaraz obok kiszonej kapustki. Jednym słowem - doskonale. W każdym razie, jeśli Will spojrzałby poza postać Laviaha, to dojrzałby blondyna siedzącego na cholernie niewygodnym tronie znajdującym się przed chłopakiem, po jego prawej stronie. Anioł nie lubił oficjalnych spotkań, na co wskazywała też jego sylwetka. Siedział na brzegu mebla, nogi wyciągnięte, a głowa podparta na jednej ręce. Na twarzy Niemca nie malował się żaden uśmiech, a usta nawet nie drgnęły, zastygając w nieprzyjemnej obojętności. Mimika nie zmieniła się ani na moment podczas słów archanioła czy też samego sądzonego. I w sumie mógłby tak trwać w bezruchu dalej, ale trzeba było pomóc temu biedakowi, którego zabili w alejce.
- Dobra, młodzieniaszku. Sprawa wygląda tak. - rzekł na początek do Williama, wspierając się dłońmi podczas wstawania z niewygodnego tronu - Ten... diabeł, jak go nazwałeś, był faktycznie silniejszy, szybszy, a przede wszystkim brutalniejszy. Puff, zginąłeś i teraz jesteś na sądzie. Pewnie się domyślasz, ale wszyscy tutaj zgromadzeni są... - i w tym samym momencie, przez specjalne otwory w ubraniach Lenke, wyrosły wielkie, ciemnoczerwone skrzydła - ...po prostu aniołami. - zakończył swoje zdanie z lekkim uśmiechem i delikatnie ukłonił się przed Williamem tak, jakby właśnie był aktorem na scenie i zakończył swoje przedstawienie. Tego właśnie mu brakowało podczas własnego sądu! Trochę innego spojrzenia na tę całą kwestię umierania, troszkę żywszego tonu rozmowy, a przede wszystkim prostego przedstawienia co właśnie się z nim stało. W trosce o umysł dzieciaka, Lenkenmann przedstawił mu to wszystko podczas kilku prostych zdań, wszystko okraszając lekką dozą kuriozalności.
- A z takich bardziej praktycznych rzeczy, to musisz mówić prawdę, a my zdecydujemy co z Tobą zrobić. - dodał, żeby nie było żadnych niejasności, a aby całkowicie się upewnić, że Will wszystko rozumie przystawił jedną rękę do buzi, zasłaniając się nią od strony Laviaha, podczas gdy palcem wskazującym drugiej ręki wskazywał właśnie na archanioła - W sumie to on tutaj jest najważniejszy, więc to raczej jemu odpowiadaj jako pierwszemu. - wszystko bardzo dyskretnie i z taktem, czyli tak, jak to Lenke miał w swoim zwyczaju.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Sala Sądu

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Powrót do góry