:: Eden :: (!) Góra Babel :: Katedra




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next   

Re: Sala Sądu    Pisanie by Gość on Pią Mar 25, 2016 3:51 pm
/Sorry za jakość, ale nie mam czasu dzisiaj, a tu tylko do dzisiaj termin. :<

Ergo goniony krzykiem przerażenia jednego ze swoich pobratymców, w jednej chwili pożałował chęci zrobienia mu krzywdy, a w drugiej sam już z ledwością opanowywał strach. Skulił się w cieniu i zacisnął dłonie na roztrzepanych włosach.
- Co do kurwy... - syknął próbując opanować narastające negatywne uczucia. Przełknął ślinę i otarł wierzchem dłoni wilgotny policzek. Bez sensu, nie był przecież aż tak przerażony i pozbawiony woli walki. Tylko nagle poczucie bezsilności mocno chwyciło go swoimi łapami i nie chciało puścić, nawet jeśli wiedział, że nie do końca jest to jego własne uczucie. Był pewny, że nie rozkleiłby się w takiej chwili. Coś tu było nie tak. Odetchnął głęboko starając się unormować oszalałe bicie serca. Był bezpieczny tak długo, jak długo ukrywał się pod osłoną cienia. Nie miał czego się obawiać i kilka razy musiał to sobie w myślach powtórzyć żeby naprawdę uwierzyć. Był aniołem i jego wola była silna. Potrafił poradzić sobie z samym sobą, ze strachem, który chciał wcisnąć go w najdalszy kąt sali i zostawić łkającego jak dziecko. Poza tym naprawdę nie tak łatwo było go złamać.
Podniósł się z kucek i rozejrzał szybko, by ogarnąć chaos jaki rozgrywał się przed jego oczami. Był prawdopodobnie jedynym, który mógł z takim spokojem oglądać rozgrywającą się masakrę. Bryzgi krwi na ziemi, krzyki bólu i gniewu, błyski ognia; rdzawy, mdły zapach zmieszany z wonią spalenizny. I tylko wciąż jaśniejące za oknami niebo było spokojne, niewzruszone dramatem śmiertelników. Nie pamiętał, by kiedykolwiek był świadkiem czegoś takiego. Przez stulecia działo się wiele złego, ale on zawsze był gdzieś obok, nigdy w centrum wydarzeń. W sumie, teraz też nie był już w samym centrum. Krył się jak tchórz. Jak zawsze, nic się nie zmieniłeś. Cmoknął niezadowolony. Do popieprzonego kalejdoskopu uczuć doszła jeszcze frustracja, ale ona jako jedyna miała działanie swoiście pozytywne, bowiem popchnęła Ergo do działania.
Dostrzegłszy broń, wyskoczył z pod bezpiecznej osłony cienia, lekko skulony jakby obawiał się, że może go dosięgnąć zabłąkana strzała albo kula. Starał się pokonać odległość możliwie jak najszybciej, ale też nie panikując. Liczył na to, że dzięki wcześniejszemu ukryciu zyska przewagę zaskoczenia. Tygrysem wcale się nie martwił, wszak zdawał się być zajęty czymś, czy raczej kimś innym, a Ergo był szybki, a przynajmniej starał się być. Nic przecież nie utrudniało mu ruchów, a sala pustoszała.
Jeśli udało mu się dopaść do broni, chwycił ją pewnie, choć nie miał wprawy w jej używaniu, a potem obrócił się w stronę atakującej Ryana anielicy. To były sekundy, nie mógł się wahać i nie wahał się. Doskoczył do niej tak, by była w zasięgu jego broni. Miał nadzieję, że zanim zrobi to, co zamierzał, anielica nie zorientuje się w jego poczynaniach. Poza tym, wciąż jeszcze zbierała się z ziemi no i (chyba) była do niego odwrócona tyłem.
Ergo nigdy nikogo nie zabił, choć w czasie swojego istnienia widział wiele śmierci. Jednak patrzenie na śmierć, a jej powodowanie było czymś zupełnie odmiennym. Mimo to był zdeterminowany bo i tak wszystko stawało na głowie. Korzystając z tego, że kobieta prawdopodobnie wcale go nie dostrzegła, ze spokojem o który by siebie nie podejrzewał wymierzył cios w okolicę jej szyi, barku... gdzie trafił, tam trafił (o ile trafił). Jednak chodziło mu nie tyle o jej zabicie, a o wytrącenie ze skupienia i odciągnięcie od Ryana, który jak Ergo podejrzewał, starał się pomóc walczącemu z archaniołem Growlithowi.

Plan
1. Ergo mając nadzieję, że większość zajęta walką nie zwróci na niego większej uwagi, stara się dopaść do porzuconej broni.
2. Jeśli udaje mu się ją zdobyć, próbuje zaatakować anielicę, która pastwi się nad Ryanem.

Moce (w tym poście nie używane)
Ogień 2/3
Jedność z cieniem 1/3

Jak coś jest nie tak, to możecie na mnie krzyczeć.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Fucker on Pią Mar 25, 2016 4:52 pm
Sytuacja była beznadziejna, ale Grimshaw nie wyglądał na kogoś, kto łatwo dałby się rozproszyć zamieszaniem dookoła, chociaż nawet on powoli odczuwał ciężar zmęczenia walką. Liczył na to, że Koira jak najszybciej rozprawi się z Metatronem, a jego drobna pomoc ułatwi mu wykonanie tego zadania.
Lepiej się pospiesz ― wymruczał pod nosem, dokładnie w tym samym momencie raptownie przekręcając głowę w bok, by uniknąć niespodziewanego ataku wyprowadzonego w jego stronę. Niemalże od razu poczuł wąską strużkę krwi, która leniwie zaczęła ześlizgiwać się po jego policzku. Wysunął język w stronę kącika ust, do którego już po chwili dotarła szkarłatna wstęga i roztarł ją, od razu odczuwając charakterystyczny, żelazisty posmak. Wsłuchiwał się w najbliższe jego osobistemu terenowi dźwięki, jednocześnie śledząc podłogę, która z każdym krokiem anielicy barwiła się krwistymi plamami, raz większymi, raz mniejszymi, ale tyle w zupełności wystarczyło, żeby był w stanie sprawnie zlokalizować położenie przeciwniczki. Nierównomierny stukot podeszew uderzających o posadzkę pozwolił mu z kolei na częściowe rozeznanie się w jej stanie – utykała, a to oznaczało, że była wolniejsza, chociaż i sam Ryan musiał zmagać się z ranną nogą, choć rana na udzie stawiała go w znacznie lepszej sytuacji.
Gdy kobieta zaczęła szarżować, starał się skupić na lekkich podmuchach powietrza, wywołanych gwałtowniejszymi ruchami. Nozdrza poruszały się widoczniej przy głębszych oddechach, raz po raz wychwytując intensywniejszy zapach. Na początku starał się skupić wyłącznie na zwinnych unikach i nieznacznym cofaniu, by mimo braku wglądu na dokładną postawę przeciwniczki, wyczuć jej ruchy. Wiele osób często skupiało się na konkretnej technice, a przy uparcie uciekającym czasie, znacznie ciężej było wypracować sobie rozsądną taktykę. Ryan dopiero po chwili podjął próbę odpowiedzenia atakiem na atak. Osłonił się jednym przedramieniem, chcąc zmusić ją do zaatakowania boku i na oślep machnął drugą ręką, licząc na to, że uda mu się złapać ją za nadgarstek lub przedramię, szarpnąć ją w dół i wyprowadzić bolesny cios w gardło. Z pewnością byłoby po sprawie, gdyby tylko zmiażdżył jej krtań.
Kto by pomyślał, że udało jej się uniknąć tego losu przez tak idiotyczne potknięcie.
Wystarczyło, że dostrzegł nadciągające w jego stronę ostrza, a jedno z nich momentalnie pokryło się grubą, zaokrągloną warstwą lodu. Ciężar, który nabrał sztylet z miał nie pozwolić mu na dotarcie do wyznaczonego celu. W tym samym czasie, ledwo zauważywszy, że jeden z aniołów nadciągał w ich stronę, wysunął cienistą rękę na orientacyjną wysokość toru drugiego ostrza. Ta momentalnie najpierw przybrała formę bezkształtnej masy, a chwilę później miała stać się tarczą i jednocześnie pułapką, w którą chciał pochwycić broń.
Jeśli nóż trafił na swoje prawowite miejsce, ciemna masa z powrotem ukształtowała się w sprawną dłoń. Palce poruszyły się obracając ostrze tak, by był w stanie wycelować nim w anielicę, odpłacając się przy tym pięknym za nadobne. Zamachnął się z siłą, na jaką tylko było go stać, przechylając głowę na bok i mrużąc jedno z oczu, jakby chciał wycelować skradzioną bronią prosto w brzuch kobiety. Mówili, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Najwidoczniej skrzydlata opuściła tę życiową lekcję, ale podobno nigdy nie było za późno, by się czegoś nauczyć. Zakrwawione już ostrze błysnęło i śmignęło w jej stronę, obierając za cel brzuch, na którym miękka warstwa tkanki nie była zbyt wielką przeszkodą.
Kątem oka zarejestrował unoszące się odłamki lodu. Były na tyle drobne, by nikt się nimi nie przejął, a jednocześnie było ich na tyle dużo, by wiedział, że niebawem czeka go nieprzyjemne gradobicie. Momentalnie odwrócił się na pięcie, tyłem do źródła ataku i opadł do przykucniętej pozycji, chcąc przyjąć kolejny atak na osłonięte ubraniami plecy. Pochylił nisko głowę, osłaniając ją przedramieniem, podczas gdy drugą ręką podpierał się o zlodowaciałą posadzkę, byleby nie stracić równowagi.

MOCE:
Kontrola cieni: 3/3 – ręce nadal zmaterializowane są w formie cieni. Kopuła przez ostatni post utrzymuje się nad Metatronem i Growem. Nie spierdolcie tego.
Kontrola lodu: 3/3

WAŻNIEJSZE PODJĘTE AKCJE:
→ Pomimo ataku anielicy, nie zrezygnował z utrzymywania bariery nad Metatronem i Growem.
→ Gdy skrzydlata zaczęła szarżować, najpierw zastosował uniki przed jej atakami, cofając się nieznacznie do tyłu, by wczuć się w jej ruchy podczas walki. Dopiero po chwili wysunął przed siebie przedramię i podjął próbę złapania jej za nadgarstek/przedramię. Gdyby mu się to udało, szarpnąłby ją w dół, jednocześnie wyprowadzając mocny cios w gardło.
→ Atak okazał się nieważny, bo kobieta poślizgnęła się i przewróciła.
→ Zmroził jedno z lecących w jego stronę ostrzy, zwiększając jego masę i czyniąc je bezużytecznym (lodowy brzeg był zaokrąglony) i jednocześnie doprowadzając do tego, że przez ciężar mogło nie mieć szans, by do niego dolecieć. W tym samym czasie jedna z cienistych rąk przybrała formę tarczy osłaniającej jego tors przed drugim ostrzem. Chciał, żeby to wbiło się w połowie twardą powłokę, dzięki czemu Ryan miałby szansę na przejęcie broni.
→ Jeśli atak się udał, cienista ręka uformowała się na nowo, a Jay obrócił w palcach sztylet i zamachnął się odrzucając ostrze i z dużą siłą wycelował nim w brzuch kobiety.
→ Widząc nadciągające w jego stronę odłamki lodu, odwrócił się do nich tyłem, by przyjąć wszystko na osłonięte ubraniami plecy. Przykucnął i pochylił głowę, osłaniając ją przedramieniem.


Mam dość. Nie wiem czy wszystko dobrze opisałem, ale już nawet nie chce mi się myśleć. Sorreh.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 4990

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Nathair Colin Heather on Sro Mar 30, 2016 3:16 am
Kirin
W akcie desperacji ludzie robią dziwne rzeczy. Czasami wychodzi im to na gorsze, a czasami ( i być może dzięki łutowi szczęścia) potrafią wykaraskać się nawet z najgorszych sytuacji. Kirin niemal w ostatniej chwili pochwycił stojącego najbliżej Zaphiela, szarpiąc w dół, ciągnąc w ziejącą ciemnością przepaść. Silne szczęki mężczyzny bez większego problemu zacisnęły się na ramieniu skrzydlatego, z dziecinną łatwością przedzierając się przez miękkie ciało, wypełniając jego usta gorącą posoką. Aczkolwiek jak można było się tego spodziewać, anioł nie zamierzał pozwolić na porwanie się w otchłań niczym kukła wypełniona sianem. Trzepot potężnych skrzydeł wgryzł się w uszy wymordowanego i już po chwili mógł poczuć, jak wznoszą się wyżej i wyżej. I chociaż lot był raczej krzywy i anioł wyglądał na osobę, której uniesienie ich dwójki, z czym jedna wgryza się w jego ramie, sprawia ból i kłopot, to mimo wszystko wznosili się.
- To było bardzo głupie posunięcie, chłopcze. – wyszeptał anioł i chociaż zdawało się, że głos jest ledwo słyszalny, to jednak jego wibracje były niemalże namacalne. W tym samym momencie Kirin poczuł ostry, przenikający ból z lewej strony, pomiędzy dwoma żebrami. Zaphiel bez większego zastanowienia wsunął ostrze małego noża skrywanego w szerokim rękawie w ciało napastnika. W czasie tego samego uderzenia serca, anioł rugą ręką wyciągnął w bok, a miecz błyskotliwie zmienił swoje położenie, celując ostrzem w biodra wymordowanego. Kirin właściwie miał dwie ścieżki wyboru. Albo zostać przeciętym na pół, albo zeskoczyć i z pewnością pozwolić, aby jakaś część jego ciała uległa złamaniu….

Zero
Pomimo wżerających się kolców w bok, Zero zdołał odskoczyć w bok unikając kolejnej salwy ataku, choć taki gwałtowny ruch odbił się na nim wywołując kolejne bolesne fale i wzmożenie krwawienia. Do tego dochodził nieprzyjemny chłód, który przenika do wnętrza jego ciała, wywołując mdłości. Jednakże pomimo osłabienia ranami, jakie otrzymał, potężna fala wiatru wzbiła dookoła wszystko to, co napotkała na swojej drodze, wywołując u najbliżej stojących aniołów uczucie strachu i tylko wrodzony refleks ocalił ich życie przed śmiertelną pułapką. Niestety, tyle szczęścia nie miał ani anioł, który atakował Laylę, ani też anioł, który zaatakował Zero lodowymi odłamkami. Jeśli chodzi o pierwszego, no cóż, anielica „pomogła mu” znaleźć się blisko epicentrum wichury, kiedy przycisnąwszy kolano do swojej klatki piersiowej, odepchnęła oponenta z całej siły, przywracając go na bok. A kiedy uderzył plecami o twardą posadzkę, silny wiatr zrobił już swoje, porywając go wprost w swe objęcia. I być może udałoby mu się wykaraskać z tej jakże przykrej dla niego sytuacji, gdyby nie fakt, że do wiatru dołączył kolejny żywioł. Wydawać się mogło, że o wiele bardziej morderczy od pierwszego, choć zwodniczy kolor mógł przywodzić uczucie przyjemnego chłodu. Krzyki bólu rozniosły się po katedrze, szybko przykryte przez odór spalonego ciała. A potem była już cisza. W tym samym czasie Zero poczuł, jak jego przemiana zaczyna drastycznie dobiegać końca….

Ismael
Ciało Cayenne opadło bezwiednie na posadzkę, momentalnie brudząc ją swoją krwią, w chwili, kiedy pnącza puściły anioła. Smolisty pająk przekręcił lekko główkę, z zamiarem dalszego konsumowania swojej niedoszłej ofiary, ale w tym samym momencie rośliny Ismaela dopadły dziwnego stwora, oplatając go i skutecznie powstrzymując przed zatopieniem szczęk w miękkim, anielskim ciele. Towarzyszy Cayenne kiedy tylko poczuł, jak znowu jest wolny – nie próżnował. Wydarł do przodu, przełykając gorzki strach i złapawszy Cayenne pod ramiona – zaczął go odciągać na bezpieczną odległość. Z dala od potwora.
- Błagam! Pomóż mu! – krzyknął w stronę Ismaela, wpatrując się w bladą twarz towarzysza.
Poof!
Ciężko było powiedzieć, czy to pnącza Ismaela, czy też inna, nieznajoma moc – ale cienisty pająk raptownie rozwiał się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie ledwo widoczną mgiełkę, która po chwili również zniknęła. Nie było jednak czasu na rozwodzenie się odnośnie tego dziwnego stworzenia.
- B-bracie… – wyszeptał cicho Cayenne, próbując drżącą ręką złapać Ismaela, kiedy ten próbował zatamować krwawiącą ranę, szarpaną, wyglądającą jak ziejąca czerwienią pustka. –Umieram? – cienka strużka krwi zabarwiła jego brodę, kiedy przymknął oczy tracąc przytomność.
- Potrzebuje medyka. – jęknął drugi anioł zaciskając bezradnie palce na swojej szacie. I chociaż Ismael próbował zatamować krwawienie, mech bardzo szybko przesiąkł krwią. Cayenne umierał, jeśli zaraz nie zajmie się nim żaden medyk.

Ergomion i Ryan
Szczęście towarzyszyło tego dnia aniołowi, bo gdy wyłonił się z cienia, nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, gdy podjął próbę pozyskania małego sztyletu, leżącego bezpańsko niedaleko jego osoby. Jednakże w chwili, kiedy schylał się, by sięgnąć po niego, kiedy jego palce już muskały rękojeść, Ergomion mógł poczuć silne uderzenie w bok głowy. Atak nastąpił znienacka, i choć początkowo trudno było określić stronę, skąd nadciągnął – wystarczyło zaledwie parę uderzeń serca a anioł mógł już wiedzieć, że dostał zawieruszonym odłamkiem kamienia, który na moment dał się ponieść jednej z fal wiatru. Upewniwszy się, że nikt go nie atakuje, choć ból głowy stawał się nieznośny, ruszył biegiem w stronę Ryana, którego uparcie atakowała kobieta, przypominając swoimi czynami natrętną muchę.
Wydała z siebie syk niezadowolenia, kiedy jeden z noży, zamrożony, upadł na posadzkę roztrzaskując się tuż pod nogami Ryana. Niestety, plan przejęcia drugiego sztyletu nie powiódł się. Zamiast wbić się w cienistą tarczę i pozostać tam do dyspozycji wymordowanego, ten głuchym echem odbił się od niej i powędrował gdzieś w bok, na odległość metra, może nieco więcej.
Z wymalowaną satysfakcją na twarzy anielica chciała rzucić się w stronę Ryana z zamiarem zadania kolejnego ciosu, kiedy zza pasa wyjęła zakrzywiony sztylet, wykorzystując moment w którym mężczyzna przykucnął osłaniając się przed atakującymi go drobinkami. Czyn ten z pewnością uchronił go przed głębszymi i poważniejszymi ranami, choć wciąż niektóre z wirujących przedmiotów ocierały się o skórę szyi czy też głowy, a nawet policzków, raniąc je i wywołując nieprzyjemny dyskomfort pieczenia.
W chwil, gdy kobieta chciała ruszyć, w tej samej sekundzie poczuła rozdzierający ból pod lewą łopatką, kiedy Ergomion ją zaatakował. Wywiązała się chwilowa szarpanina pomiędzy nimi, tak krótko, jak trzy uderzenie serca. Ale na tyle skuteczna, że wiatr szalejący dookoła Ryana ustał posyłając wszystkie odłamki na ziemię. I tak krótko, że kiedy wymordowany odwróciłby się, poczułby jak spadają na niego dwa, rzucające się ciała, przygniatając go do ziemi. Anielica jakby nie zwróciła na to uwagę i będąc plecami na Ryanie, złapała Ergomiona mocno za gardło, ściskając go najmocniej jak tylko mogła.

Growlithe
Każda sekunda się liczyła i niosła ze sobą ciężkie brzemię, o czym Wilczur mógł się już przekonać. Shatarai zapewne ocaliła nie tylko jego części ciała, ale i o wiele więcej. Kiedy z cichym wyciem rozpłynęła się w powietrzu spacyfikowana mieczem Metatrona, Grow zdążył zacisnąć palce dookoła rękojeści swojej broni i jednym, prostym, wręcz zamaszystym ruchem podciął nogi skrzydlatego, nie tylko zwalając go na posadzkę, ale również raniąc boleśnie jego łydki, w których ostrze zatopiło się w zaskakującą łatwością. Growlithe gwałtownie zerwał się z ziemi, choć ranne ramie zawyło z bólu. Niestety, kiedy próbował stworzyć cieniste szczury, ba, kiedy w ogóle chciał użyć chociaż odrobinę cieni, moc nie zadziałała. Swój limit wymordowany wykończył. Przynajmniej na tę chwilę. A dalej wszystko potoczyło się w zastraszającym tempie. Gdy Wilczur dopadał skrzydlatego, ten zdążył otrzepać się z szoku i wycelować swój miecz wprost w ciało jasnowłosego. Co prawda nie nabił się na niego jak szaszłyk, ale ostrze przecięło materiał ubrania, oraz skórę tuż nad biodrem z lewej strony, pozostawiając krwawiącą ranę, która w ciągu paru uderzeń serca zdążyła zbroczyć krwią wszystko to, co znajdowało się najbliżej wymordowanego.
Chwilę później rozległo się warknięcie Metatatrona, oraz nieprzyjemny dla węchu swąd spalonego ciała. Miecz wypadł z cichym brzdękiem na ziemię, tylko po to, by Growlithe mógł odrzucić go jeszcze dalej. Nie dając nawet chwili wytchnienia dla swojego przeciwnika, skutecznie przyszpilił go do podłoża a zaraz potem zatopił swoje ostre kły w anielskiej posoce, wypełniając jego usta krwią oraz ciepłym mięsem.
Zdawało się, że to już koniec, choć mówiąc, że Metatron nie walczył do samego końca byłoby kłamstwem. Powoli rozchylił nieco drżące palce prawej dłoni, coraz mniej mając w nich czucie. Rozbłysnęło jasne światło w jednej sekundzie, a Growlithe mógł poczuć ostry, szarpiący ból w okolicach tułowia i klatki piersiowej, a potem pojawiło się nieopisane gorąco, uniemożliwiające złapanie stałego oddechu. Pokrywa, która ich otaczała rozpłynęła się, wpuszczając światło pomiędzy ich dwójkę. Metatron dusząc się własną krwią, odwrócił nieco głowę i wycharczał ledwo zrozumiałym głosem. Jedno, ciche słowo. Dziękuję. I choć pozostawił jasnowłosego z tą zagadką, i ostatni błysk w oczach powoli gasł, jedno było pewne. Z Metatrona właśnie uleciało życie. To był koniec. Przynajmniej w tej kwestii.

- - - - - - -


Ryan - brak obu dłoni - silne krwawienie; głęboka rana lewego uda - krwawi; parę siniaków; płytka rana na lewym policzku; trzy płytkie rany na szyi; dwa rozcięcia na potylicy; sporo siniaków; obity tyłek i plecy.
Zero - obity tyłek (będą siniaki); ból jednego żebra z lewej strony; ból głowy z lewej strony - krwawienie. Już nie dyndasz. Dwie dość głębokie rany po lodowych szpikulcach z prawego boku. Mocno krwawi. Boli jak skurwysyn. Z racji osłabienia i utraty krwi - koniec przemiany w tygrysa.
Grow - stare rany. Przebite prawe ramię (problem z poruszaniem prawej ręki). Oślepienie 1/2 posty. (z każdym postem będziesz widział coraz lepiej) + ból oczu i głowy; średniej głębokości cięcie boku z prawej strony; przebity na wylot świetlistym szpikulcem z lewej strony (pod żebrami, ale uległy pęknięciu dwa ostatnie żebra) - szybka utrata krwi + zmęczenie z powodu użycia mocy.
Ergomion - Otumanienie; rozcięty łuk brwiowy.
Ismael - rana po ostrzu na prawym ramieniu. Niegroźna i płytka, acz szczypie. Lekko ogłuszony.
Nathair - stare rany + wycieńczenie. Bariera 2/2 + przecięta klatka piersiowa od prawego barku aż do pępka - mocne i silne krwawienie. Jak zarzynany prosiak. Nieprzytomny.
Kirin - rany z pozostałej walki. Kuleje i problemy z poruszaniem. Powolna utrata sił. Brak koncentracji - a co za tym idzie moc możliwa jest tylko na dwa posty. +przerażony; rozżalony (wpływ mocy Zero z powodu bliskiej odległości); wbity sztylet pomiędzy dwa żebra.

Metatron - cztery krwawe pręgi na twarzy; głęboka rana szarpana na lewym boku; głęboka rana szarpana na lewej nodze.
Świetlisty miecz - 3/4 użycia.
Kontrola grawitacji - 1/3 użycia.
Trzecia moc - nieznana.

Zaphiel - zdrowy (no w sumie już nie bo ma trzy rany na policzku, krwawią); rana na ramieniu po kłach. Walczy z Kirinem.
Anioł #1 - lekko obity; martwy.
Anioł #2 - obity, dość mocno. Otępiony, powoli zbiera się z ziemi. Znajduje się dość blisko Growa.
Anioł #3 - zdrowy; stoi przy drzwiach i pomaga w ucieczce.
Anioł #4 - lekko poparzony. Przerażony. Niezdolny do walki (wpływ mocy Zero)
Pirokineza - 1/3
Anioł #5 - zdrowy; trzyma się z boku.
NPC #1 - przebita lewa noga, zwolnione ruchy, wbity sztylet w łopatkę. Atakuje Ryana.
Niewidzialność 1/3
Kontrola wiatru 1/3
NPC #2 - zdrowy; atakuje Growa nie żyje.
NPC #3 - Obita potylica. Nieprzytomny.
NPC #4 - Przestrzelone ramie.
Kontrola ziemi 2/3
NPC #5 - zdrowy. Atakuje Zero.
Kontrola lodu 1/3

NPC #6 (Cayenne) - Brak sporego kawałka mięsa w lewym ramieniu, mocno krwawi
Użycie hydrokinezy 1/3
NPC #7 - poraniony kolcami; nie może się ruszyć z racji pnączy, które go oplatają.
NPC #8 - zdrowy; atakuje Laylę.
NPC #9 - brak sprecyzowanego miejsca znajdowania
NPC #10 - zdrowa; kontrola ziemi 1/3; atakuje Zero nie żyje
Layla - walczy z NPC 8; ranny prawy bok.

TERMIN: 04/04 do godziny 20.00

_________________

"Loving him wasn't a mistake, but thinking that he loved me was"



Nathair Colin Heather
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 10330
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Zero on Czw Mar 31, 2016 9:50 pm
Zamrugał oczami, starając się pozbyć mroczków, które wkradły się w jego pole widzenia, nie tylko przeszkadzając w dokładniejszym przyglądaniu się temu, co działo się dookoła, ale i utrudniając skupienie się. Leslie był wyczerpany, a jego wyczerpanie wzmagało się wraz z każdą kroplą krwi, która opuszczała głęboką ranę na jego ciele. Jeszcze nigdy nie odczuwał aż tak wielkiej ochoty rozłożenia się na swoim łóżku i zaśnięcia na następne kilka godzin. Albo i na cały dzień. Cały dzień byłby świetną opcją. Rozdziawił pysk, nabierając głębszego oddechu, jakby to miało pomóc mu z walką z narastającą sennością. Myśl, że dookoła wciąż trwała walka, trzymała go przy świadomości. Nie mógł też pozwolić sobie na przerwanie ataku, nie mając pewności, że jego wróg jest już martwy.
Ledwo zauważył, że udało mu się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dosłownie.
Swąd palonego ciała, ledwo wdarł się do zwierzęcych nozdrzy. Szalejący dookoła wiatr, skutecznie rozdmuchiwał paskudny, mdlący wręcz odór w inne strony, możliwe, że utrudniając reszcie przebywanie na sali. Śmierć z hukiem wprosiła się do świętego miejsca i nie próbowała kryć się ze swoją niechcianą tu nieobecnością.
Szlag ― wymruczał pod nosem, upadając na jedno kolano. W porę wyciągnął przed siebie rękę, dzięki czemu udało mu się całkiem nie zaryć o posadzkę. Drugą rękę przycisnął do rannego boku, choć krew i tak nadal przedostawała się przez palce, nie wspominając o tym, że bolało, jak cholera. Przez moment nie było dla niego zupełnie nic poza nieznośnym kołataniem serca w klatce piersiowej i krwią huczącą mu w uszach. Splunął w bok, mając wrażenie, że nawet w ustach czuje metaliczny posmak. Cholera! Nawet dolne zęby bolały go z wysiłku, a uzyskawszy częściową równowagę, oderwał rękę od ziemi i rozmasował żuchwę, nieustannie przyglądając się toczonej na sali walce. Wiatr nadal szalał dookoła niego, osłaniając go przed częścią niechcianych ataków. Nie zamierzał rezygnować z tej bariery, dopóki jeszcze miał ku temu możliwość.
Jedynie płomienie, które jeszcze przed chwilą wściekle paliły dwójkę oponentów, zaczęły stopniowo przygasać, a wprawiający je w ruch wiatr uspokajał się, stopniowo odkrywając zwęglone ciała, które runęły bezwiednie na posadzkę. Nie poświęcił im już uwagi, uznając ten rozdział za zamknięty. Rozejrzał się jedynie dookoła, by upewnić się, że nikt inny nie próbuje go podejść. Pokusił się nawet o spojrzenie w górę, jako że chcąc nie chcąc miał do czynienia z chmarą skrzydlatych.
Zero...
No przecież wiem, mruknął marudnie w myślach, choć ten ton zapewne nie miał się odpowiednio do sytuacji. Pod wieloma względami było mu wszystko jedno. Tylko jeden aspekt szargał jego nerwy i nie dawał mu o sobie zapomnieć. Gdy Vessare dokonał już profilaktycznej oceny sytuacji, zaczął wodzić wzrokiem po sali w z grubsza innym celu – chociaż obraz momentami dwoił mu się w oczach, nie miał zamiaru odpuścić sobie znalezienia Syona, chociaż ta najbardziej znajoma sylwetka umykała jego spojrzeniu.
Gdyby coś się stało, na pewno będziesz wiedział.
Cały czas coś się dzieje.
Ściągnął brwi, mozolnie podnosząc się na równe nogi, choć ciężar własnego ciała jak na złość próbował ściągnąć go w dół. Niemniej udało mu się uzyskać względny pion. Pierwszy sukces.

MOCE:
Odnawianie kontroli emocji: 1/3.
Kontrola ognia: 2/3. Brak użycia w tej turze.
Zmiennokształtność: 2/5. Koniec mocy.
Kontrola wiatru: 2/3 – nadal tworzy ochronną barierę.

WAŻNIEJSZE PODJĘTE AKCJE:
→ Właściwie póki nikt go nie atakuje, to nie walczy, ugasił już płomienie, ale nadal osłania się kontrolą wiatru. Przy okazji rozejrzał się we wszystkie strony, łącznie z górą, by sprawdzić, czy nikt się do niego nie zbliża. Aktualnie wypatruje Syona, well. Post o niczym, ale co zrobisz, jak nie ma siły. No nic nie zrobisz.

_________________


WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.




Zero
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 4431

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Arcanine on Pią Kwi 01, 2016 9:53 pm
Znieruchomiał, chociaż można było mieć wrażenie, że miał coś ważnego do powiedzenia. Coś, co jednak przełknął z pierwszą porcją ciepłego, śliskiego od krwi mięsa anielskiego wysłannika. Oczy co prawda zarejestrowały nagłe światło, ale całość była zamazana i zniekształcona, jakby wymalowano ją niewprawną ręką dziecka bazgrzącego po białej kartce. Zmrużył z bólu ślepia i syknął, wykrzywiając wargi zza których wychynęły czerwone kły. Nie wiedział, jak długo ten stan będzie się za nim ciągnął, choć wzrok nie był mu nigdy do przeżycia w pełni niezbędny. Bez wątpienia to ułatwienie, z którego nie rezygnował, ale odebranie go nie wywołało u Wilczura przerażenia na miarę ściągniętej w zaułek dziewicy. Wysunął tylko język i zebrał ciecz z ust, by zaraz nachylić się nad martwym ciałem archanioła i wsunąć kły w jego gardło ─ w to raczej co z niego zostało. Zacisnął szczęki, aż rysy jego twarzy wyostrzyły się, gdy kości naparły na skórę.
Anielska krew smakowała paskudnie, choć w obecnej sytuacji nie powinien był narzekać, bo nawet ona nie traciła swoich naturalnych zdolności. Gorąco wpływało mu do przełyku wraz z kawałkami wyrwanego mięsa, które wyszarpywał jak zagłodzone zwierzę puszczone wreszcie z za ciasnej klatki. Ciało pod nim, choć opuszczone przez dusze, poruszało się w rytm tych szarpnięć, aż wreszcie Wilczur wsunął drżące palce rannej ręki na materiał koszuli, jaka przykrywała skorupę, w której do niedawna chowało się całe ego heretyka i szarpnął za tkaninę, odsłaniając pierś. Na jasną skórę koloru świeżego mleka skapnęły pierwsze ciemnoczerwone krople wyciekające z rozchylonej paszczy wymordowanego. Warczał, doszukując się najkorzystniejszego miejsca. Narwane ruchy doprowadziły do pierwszego zadrapania. Paznokcie pozostawiły po sobie długie zaróżowione smugi na torsie Metatrona, nim nie pochylił karku i nie zaczął gryźć, badając ciało na tyle, by wyłapywać dogodne dla szczęk miejsca. Za takie łapał i ciągnął, wyrywając kolejne płaty skóry, następne żyłki pękające od naciągnięcia i wreszcie fragmenty tego ścierwa, które zniknąć miały w ściśniętym żołądku.
Wszystko go bolało, wiedział o tym, choć adrenalina tłumiła najgorsze objawy. Pulsowało mu jednak w głowie. Każde przechylenie jej przypominało o kawałkach szkłach wrzuconych do wnętrza czaszki, które ocierały się o siebie z piskliwym zgrzytem przy najmniejszym ruchu.
Syknął nagle, wsuwając palce w białe włosy. Opuszki zostawiły na pasmach szkarłat, gdy wyplątywał ręce spomiędzy poplątanych kołtunów, aż wreszcie przycisnął wierzch dłoni do ust. Czuł, jak wszystko co zjadł i co wypił, podeszło mu już do splotu, a teraz kierowało się szybko przez przełyk i pozostawiało kwaśny posmak na podniebieniu i języku. Przetrzymał to, zwijając opartą o ziemię rękę w pięść i przełknął powoli ślinę, upychając wszystko na dawne miejsce.
Wypita krew powinna już roznieść się po organizmie, napełnić tlenem wyczerpane komórki, pozwolić im pracować ponownie na wyższych obrotach; choć nie było mowy, aby wszystko poszło tak gładko, pierwszy zastrzyk energii był już wyczuwalny, a moc, jaka go przepełniła nienaturalnym gorącem, skumulowała się głównie wokół rany, jaką zadano mu szpikulcem. Całą resztą martwił się o wiele mniej, choć faktycznie nie dostrzegł, że lewa ręka zaczyna mu drętwieć, a paskudna obręcz po zaciskającym się artefakcie wyżarła mu dziurę do mięsa.
Szybko odszukał rękojeści wbitego miecza i dźwignął się na nogi. W lewej dłoni, której praktycznie nie czuł, trzymał berettę. Optymistycznie zakładając, że nikt po drodze nie postanowił dobić również jego, zadarł nieco głowę i mrużąc zwierzęce, nienaturalnie rozświetlone ślepia, rozejrzał się po otoczeniu, wyłapując poszczególne etapy walk. Uniósł nawet brodę, by zmierzyć wyższe sfery. Choć wzrok wciąż szwankował, inne zmysły działały na odpowiednich obrotach ─ powonienie wyłapywało kolejne fetory krwi i potu, słuch tropił najbliższe dudnienie butów o posadzkę lub uderzeń skrzydeł o powietrze. Nawet dotyk jakby się wyostrzył, pozwalając mu poznać chłód trzymanej w palcach rękojeści.
Za długo to trwało.
Wsunął zaraz palce między popękane wargi i zagwizdał, nakazując odwrót. Nie tylko odwrót. Wiedział, że wielu skieruje ku niemu spojrzenia; szczególnie ci, którzy nie znali dotychczas żadnych znaków nadawanych przez alfę DOGS, a niektórzy być może w szale gniewu lub rozżalenia po śmierci Metatrona ─ but wbił się w twarz byłego archanioła, a Growlithe splunął w bok ─ postanowi go zaatakować. Dlatego wysunął ostrze i przeciął nim jednorazowo powietrze. Nie brał się jednak za walkę w zwarciu. Podniósł ramię i wycelował w plamę, która miała więcej bieli ─ anielskie skrzydła jednak bywają zgubne ─ i wypuścił cztery naboje prosto w Zaphiela, po każdym jednym wystrzale wprowadzając poprawki co do położenia niewyraźnej plamy.

- - - - -
|| UŻYCIE MOCY:
- Umbrakineza: 3|3 (odpoczynek: 1|4);
- Pirokineza: 1|3

|| EKWIPUNEK:
- Miecz Światła.
- Beretta (naboje: 13/20)

|| PLAN WYDARZEŃ:
1. Uzupełnienie krwi w organizmie poprzez rozszarpywanie ciała Metatrona, zjadanie mięsa i picie tego cholerstwa czym wypełnione były anielskie żyły. Rozpoczęcie regeneracji ciała dzięki wampiryzmowi; moc ma działać głównie na zmęczenie oraz ranę wyrządzoną przez szpikulec. Na żadne inne, gdyż zależy mi wyłącznie na zatamowaniu obfitego krwawienia i ewentualne naprawienie szkód.
2. Wybadanie pomieszczenia za pomocą zmysłów.
3. Zagwizdanie, oznajmiające jak najszybszy odwrót.
4. Wycelowanie berettą w Zaphiela, przy czym Growlithe specjalnie celował trochę wyżej, aby przypadkiem nie urżnąć Kirina (celował mniej więcej w klatkę piersiową lub prawe skrzydło). 4 naboje.

_________________

Yeah.
Keep rolling your eyes.

Maybe you'll find a brain back there.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 19639

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Ismael on Nie Kwi 03, 2016 12:56 am
Serce biło tak szybko, iż dokładnie słyszał je mimo ogólnie panującego zamieszania. Czuł rosnące zmęczenie i nie potrafił stwierdzić czym dokładnie zostało ono spowodowane - prawdopodobnie sprawcą był ogół sytuacji panującej na świętej ziemi. Wrzaski mieszały się z ciężkim zapachem krwi, palonej skóry, plaśnięciami różnych cieczy, w tym głównie tej szkarłatnej. Czasem ktoś gdzieś łupnął o podłoże czy ścianę albo padał bez życia. Serce anioła nie potrafiło wytrzymać tego chaosu. Nie dawało sobie rady z takim ogromem cierpienia.
Gorsza była tylko wszechobecna czerwień.
Ismael walczył z mdłościami i zawrotami głowy, które z każdą chwilą wzbierały na sile. Zwłaszcza, że jedno ze szkarłatnych źródełek pojawiło się na wyciągnięcie ręki. Z wyraźnie dostrzegalnym strachem patrzył na Cayenne, a przez myśli przebiegało jedno "skąd tyle krwi w jednym ciele". Wyciągnął drżące ręce do rannego anioła. Nie potrafił leczyć, a marne próby zatamowania wycieku szkarłatnej cieczy były niestety zbyt marne. Jak na złość nie zabrał żadnych roślin o właściwościach leczniczych, a i tak bez odpowiedniego przetworzenia na nic by się nie przydały. I nie byłby w stanie niczym zatrzymać krwotoku. Cienisty pająk ugryzł go zbyt głęboko, a szanse na przeżycie z każdą sekundą drastycznie spadały.
Po bladym policzku pociekła zabłąkana łza. Powoli przestawał to wszystko znosić psychicznie. Zaczął obwiniać siebie, bo przecież gdyby ich na siłę nie nawracał, to nie daliby się zaskoczyć. Gdyby ich nie złapał pnączami, to mogliby się bronić. Tym bardziej czuł się w obowiązku poszukania wszelakiej pomocy u innych skrzydlatych braci. Nawet, jeśli musiałby potem trafić do więzienia na resztę życia. Teoretycznie zdrowy rozsądek powinien nakazywać mu ucieczkę zanim ktokolwiek się zorientuje, iż stanął po stronie skazanych. Nie potrafił uciec, jeśli ktoś wymagał pomocy. Nie umiał. Sumienie zeżarłoby go do końca, razem z kośćmi.
- Nikomu nie dam przy mnie umrzeć. Zwłaszcza jemu - odpowiedział szybko, choć głos mu się załamywał. Pozbierał się w sobie i przełamał obrzydzenie do krwi. Ostrożnie wziął Cayenne na ręce i przytulił go do siebie jak cenny skarb. Skrzydła rozłożyły się na początku lekko, a później w całości. - Pomóż mi szukać, nie pamiętam kto może tutaj leczyć.
Odbił się miękko od posadzki i poleciał w stronę najbliższych aniołów. W locie otoczył siebie i rannego anioła barierą, która miała ich chronić przed ewentualnymi atakami. Materiał szaty na piersi jarzył się lekkim blaskiem wydzielanym przez schowany amulet. Krzyczał o pomoc, wołał wszelakich medyków, pytał każdego mijanego o możliwość udzielenia pomocy. Musiał znaleźć kogokolwiek. Nie byłby godny miana anioła, gdyby olał sprawę i zostawił go na pastwę losu. Nawet, jeśli pacjent zginie, to przynajmniej podczas prób znalezienia medyka, przytulony do płaczącego serca Ismaela. I płaczącego Vexa. Ze złocistych oczu co jakiś czas wypływały bezbarwne krople, których nie był w stanie powstrzymać. Czuł się bezsilny, beznadziejny i kompletnie do dupy. Ale nie mógł się poddać póki Cayenne oddychał.

***
Wydarzenia:
Isma wziął Cayenne na ręce, przytulił do siebie i czym prędzej poleciał na poszukiwania medyka. Drze się, pyta mijanych o pomoc. Otoczył siebie i rannego barierą, która zniknie, gdy tylko natknie się na kogoś, kto będzie w stanie uleczyć anioła. Tego drugiego, towarzysza Cay, poprosił o pomoc w poszukiwaniach i w razie co skieruje się do niego, jeśli sam nikogo nie znajdzie. Priorytet: przeżycie Cayenne, nawet, jakby sam miał oberwać.

Moce:
Bariera ochronna z amuletu - 1/3

_________________


Hollow, like you don't remember me
Underneath everything I guess I always dreamed
That I would be the one to take you away from all this wasted pain
But I can't save you from yourself.



Ismael
-----------
Anioł Zastępu

avatar

Liczba postów : 135
GODNOŚĆ : Ismael Vex (Azrael D'nadri)

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Gość on Nie Kwi 03, 2016 7:23 pm
A jednak oberwał zabłąkanym pociskiem. Odruchowo odchylił się i syknął, a już po chwili krew zalała mu jedno oko. Ból. Nienawidził go. Zaklął pod nosem i otarł spływającą krew. Odruch niewiele dał. Rozmazał czerwień na skroni, zacisnął zęby. Mrużył jedno oko, ale drugiego nie spuszczał z celu. Oto czym jest determinacja! Poczuł jak pod naporem jego siły materiał, a potem skóra i mięśnie ustępują. Zupełnie jakby kroił mięso na obiad. Ostrze weszło głęboko przyprawiając Ergomiona o mdłości, choć może mdłości były wynikiem oberwania w głowę? A może i tego i tego? Przecież nigdy nikogo nie skrzywdził, a na pewno nie w tak mało wyrafinowany sposób.
Puścił broń bardziej z braku z nią obycia niż chęci pozostawienia jej w ranie. Właściwie nawet nie miał czasu się nad tym zastanowić. Rozwścieczona anielica rzuciła się na niego i choć chciał przecież odciągnąć ją od Ryana, to poczucie zagrożenie z nieznośnego brzęczenia gdzieś na granicy zmysłów, wybuchnęło nagle głośnym alarmem, wprawiając go w oszołomienie. Nie jesteś wojownikiem, Ergo, zaśmiała się podświadomość, złośliwie podcinając mu kruche skrzydła pewności. Nie jestem też tchórzem, odparował, choć wcale nie był tego taki pewien, a nawet więcej, był święcie przekonany, że sam się okłamuje. Lecz mimo to mocno chwycił anielicę za ubranie na piersi i pchnął do tyłu. I tyle było z brawurowej szamotaniny. Być może miał za mało siły lub umiejętności, by zakończyć to szybko. Poczuł jak zamiast ją odepchnąć, niebezpiecznie się do niej zbliżył. Kobieta pociągnęła go na Ryana i oboje padli jak kłody w plątaninie własnych kończyn. Może gdyby Ergo był bardziej wojownikiem niż obserwatorem, teraz własną pięścią wybijałby anielicy z głowy umieranie za sadystycznego archanioła, ale taka prawda, że w otwartym starciu był beznadziejny. Kobieta z łatwością odepchnęła niewprawne ręce próbujące ją unieruchomić i chwyciła anioła za szyję pozbawiając tchu. Pierwszy raz czuł tego rodzaju dyskomfort. Pierwszy raz ktoś próbował odebrać mu życie w taki sposób. Charknął, szczerząc zęby w grymasie bezsilnej złości. Łapczywie chwycił powietrze, jak wyrzucona na brzeg ryba. Śmierć przez uduszenie wydawała mu się makabryczna, dlatego bez namysłu sięgnął najwyżej jak mógł, by przycisnąć rękę do twarzy, barku lub klatki piersiowej napastnika, a potem sprawił, że dłoń ta rozżarzyła się do białości. Jeśli ból przypiekanej tkanki nie sprawi, że kobieta go puści, to chyba lubiła cierpieć. Ergo modlił się w duchu, by nie była aż tak popaprana. I co ciekawe, na pewno zostanie jej po tym ładny stempelek, niczym hodowlanemu zwierzakowi. Śliczny odcisk ergomionowej dłoni.
Uparcie starał się nie pokazać po sobie strachu, ale adrenalina rozszerzyła mu oczy niczym zaszczutemu, przypartemu do ściany zwierzęciu. W ciągu tych kilku długich chwil uszy Ergomiona wypełniały też przeróżne dźwięki, od obrzydliwego mlaskania, gdzieś z tyłu, poprzez ochrypłe nawoływanie o pomoc, aż po ostry gwizd. Słyszał wiele, ale widział jedynie wykrzywioną w gniewie twarz kobiety, która próbowała go udusić. Z resztą słusznie, on przecież też próbował ją zabić. I gdzieś tam w odmętach jego umysłu rozpaliły się dobrze znane słowa "Nie będziesz zabijał". Zdusił w sobie niechęć. Niechęć do samego siebie.

MOCE
Ogień 3/3
Jedność z cieniem 1/3 (nieużywana w tym poście)



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Kirin on Pon Kwi 04, 2016 12:58 pm
Nie można powiedzieć, że nie spodziewał się takiego rozwinięcia sytuacji. Całkowicie świadomy własnego stanu zdecydował się mimo wszystko ruszyć ku sali, zawsze to jeden przeciwnik więcej, na którym anioły mogły się skupić, zamiast nękać tych, których mieli wyciągnąć z pomieszczenia. Inna sprawa, że wymordowany miał daleko gdzieś innych, poza wilczurem, bo tylko o jego porwaniu wiedział.
- Zyaduem twoych poduadnych durny kulcaku - cedził poirytowany pomimo zaciśniętych na ramieniu anioła szczęk, czując jak jego usta wypełnia gorzki i ohydnie słony smak krwi anioła.
Pomimo wszelkich niedogodności jego oczy jarzyły się dzikim blaskiem, czymś pomiędzy perfidnym opanowaniem a granicą wytrzymałości. Natychmiast jednak, gdy udało mu się utrzymać przy przeciwniku i oboje wznieśli się nad dziurę, nie ograniczył się jedynie do trzymania go z pomocą ramion czy zębów. Szybko dołączył do tego ogon, który owinął się silnie wokół na nodze anioła i chyba tylko to sprawiło, że doberman nie wypuścił Zaphiela, gdy ten wcisnął mu nóż pomiędzy żebra. Jego ciało przeszły wyraźne dreszcze i jeżeli miałby możliwość, chciałby zacisnąć ręce wokół rany czy nawet bardzo głupio wyrwać sobie ostrze z ciała. Szczęśliwie jednak nie miał takiej możliwości. Szybko jednak skojarzył fakty. Teraz dźgnął go raz, ale mógł sięgnąć po kolejną broń.
I twój także, pierzaku. Odpowiedział mu w myślach Kirin, bo w momencie gdy ten postanowił zaatakować wymordowanego z użyciem noża, powinien zostać złapany w pułapkę urojonych wizji, inną sztuczkę Lacroixa którą dysponował dzięki artefaktowi. I jeżeli wszystko zadziałało poprawnie, miecz nie powinien dosięgnąć psa, który to korzystając z chwili, niezależnie od powodzenia bądź jego braku, poluźnił szczęki i szybkim ruchem przełożył ręce niżej, chwytając się za nogi anioła, uciekając spod jego zasięgu i obserwując dalszą reakcję na halucynacje. Badał jednocześnie swoje szanse na wydostanie się z tej wiszącej pułapki, sprawdzają, gdzie musiałby nakierować przeciwnika, by bezpiecznie doskoczyć na twardy grunt.

Co się tu dzieje:
1. Kirin zostaje dźgnięty, chwilę wcześniej owija się dodatkowo ogonem wokół nogi anioła.
2. W momencie ataku aktywuje się jego moc wywołująca halucynacje u atakującego.
3. Obniża się chwytając już nie za ramię, ale za nogi anioła, uciekając spod zasięgu jego broni i sprawdza, jak doskoczyć na bezpieczną ziemię.



Przenikanie: 2/3 odpoczynek.
Halucynacje: 1/4.

_________________




Our brains are sick,
but that’s okay




Kirin
-----------
Doberman     Poziom E

avatar

Liczba postów : 459
GODNOŚĆ : Vincent de Lacroix aka. Kirin

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Fucker on Pon Kwi 04, 2016 7:39 pm
Właściwie od razu odczuł, jak wszystkie kontrolowane moce w momencie sprzeciwiają się jego woli. Dłoń, którą się podpierał, zniknęła bez śladu, ulatniając się w formie cienistej mgły, która rozmyła się w powietrzu. Grimshaw opadł nieco niżej, uderzając kikutem o posadzkę, co utworzyło niewielki rozbryzg krwi dookoła. To samo zresztą stało się z drugą dłonią, która odsłoniła jego tymczasowe kalectwo. Tymczasowe, bo zaraz po tym poczuł to znajome uczucie rozpierania w kościach przedramienia, jak za każdym razem, gdy te rozpoczynały swój proces przebudowy. Tym razem miał on potrwać nieco dłużej, co nijak zadowalało ciemnowłosego – bądź co bądź ciężko było mu funkcjonować w ten sposób.
Był w stanie znieść ból uderzających odłamków, choć prawdopodobnie nikt nie był amatorem gradobicia, przed którym nie był w stanie się osłonić. Mimo niedogodności, spróbował wyjrzeć znad przedramienia w stronę, gdzie jeszcze przed momentem stała kopuła, ale zaraz pochylił głowę z powrotem, chroniąc swoje oczy przed niechcianymi urazami.
Trzask.
Zerknął z ukosa w bok, gdy do jego uszu wdarł się dźwięk odłamków, które jak jeden mąż runęły na ziemię. Zza pleców wychwycił dźwięk szamotaniny, chociaż nie przypuszczał, że ta w tak szybkim tempie przeniesie się na jego plecy. Ściągnął brwi i wykrzywił kącik ust w zniesmaczonym wyrazie, jakby nie miał ochoty na podobną bliskość na dłużej niż było to konieczne. Już w chwili, gdy przygniótł go nie aż tak duży ciężar, zaparł się mocniej oboma przedramionami, nie chcąc pozwolić na to, by przygnieciono go do ziemi. Nawet w chwili, gdy sytuacja zdawała się obracać przeciwko niemu, a siły witalne coraz bardziej miały ochotę na zrobienie sobie wolnego, spróbował zebrać ich ostatnią garstkę, by nie dać przewagi wrogowi. Spróbował odbić się od ziemi, nie bacząc na ból ran po przymusowej amputacji, i odepchnąć od siebie dwójkę aniołów. Jeżeli nie powiodło mu się za pierwszym razem, ponowił próbę, jednak tym razem usiłując wyślizgnąć się kawałek dalej, by jak najszybciej podnieść się z ziemi.
Zabij.
Nie potrzebował pouczenia. Już znacznie szybciej okręcił się o sto osiemdziesiąt stopni, zawieszając chłodne spojrzenie na walczących ze sobą skrzydlatych. Ergomion nie spotkał się z jego zainteresowaniem, biorąc pod uwagę, że obrał właściwą stronę. Zignorował jednak jego dłoń spoczywającą na twarzy przeciwniczki, postępując o krok do przodu. Uniósłszy jednak nogę, szarooki dał mu dosłownie sekundę na namyślenie się, czy chce skończyć z powyłamywanymi palcami, zanim ta z dużą szybkością i siłą wycelowała w twarz kobiety. Jeżeli nie uchyliła się w porę, zapewne już nigdy nie miała wyglądać tak samo. Rzecz jasna, jeśli miała wyjść z tego żywa.

MOCE:
Odnowa cieni: 1/3
Odnowa lodu: 1/3
Regeneracja rąk (odbudowa szkieletu): 1/10

WAŻNIEJSZE PODJĘTE AKCJE:
→ Zniknięcie cieni – Growlithe i Metatron nie są już pod kopułą, a ręce Ryana zniknęły. Dokładnie w tym samym momencie jego szkielet rozpoczął proces regeneracji, choć na razie nie widać żadnych efektów.
→ Gdy Ergomion i anielica na niego wpadli, zaparł się mocniej o ziemię, by nie dać się przygnieść, po czym spróbował zepchnąć ich z siebie, odpychając się od posadzki. Jeśli odbicie się nie udało, podjął próbę wyślizgnięcia się spod nich.
→ Jeśli mu się udało, wstał na równe nogi, momentalnie obracając się w stronę dwójki szamoczących się aniołów i mimo użytej przez Ergomiona mocy z dużą siłą wycelował podeszwą buta w twarz skrzydlatej, chcąc zadać jej jeszcze dotkliwsze – może nawet śmiertelne – obrażenia.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 4990

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Nathair Colin Heather on Sro Kwi 06, 2016 11:39 pm
W Sali odgłosy walki powoli ustępowały. W chwili, kiedy cienista osłona Ryana opadła, a wszystkie spojrzenia padły na Growlithe’a posilającego się, już martwym wtedy, Metatronem. W końcu cisza stała się wręcz namacalna, by ściana milczenia została zburzona przez nasilające się szepty przerażenia i zaskoczenia. Jakby ktoś wcisnął kij w gniazdo os, a brzęczenie powoli stawało się nie do zniesienia, głównie przez przedstawicieli rasy wymordowanej. W takiej sytuacji Zero bez mniejszych problemów wypatrzył swojego podopiecznego, choć wzrok z każdą kolejną chwilą stawał się coraz bardziej uparcie rozmazany. Prawda była taka, że jeżeli w najbliższej przyszłości nie otrzyma pomocy medyka, to jego oczy pokryje biel niosąca ze sobą ciemność.
W chwili, kiedy wszystkie spojrzenia utkwione były w centrum Sali, Ismael rozpaczliwie poszukiwał pomocy dla umierającego Cayenne. Zdawało się, że nikt go nie słucha. A nawet jeśli – są w tak głębokim szoku, że ciężko im było jakkolwiek zareagować. Dopiero za którąś z kolei próbą, drobna anielica położyła dłoń na jego ramieniu, zwracając tym samym jego uwagę na swoją osobę.
- J…ja mogę mu pomóc. Mam moc leczenia. Połóż go tutaj, spróbuję chociaż trochę zatamować krew. – poprosiła cicho i przykucnęła na brudnej ziemi, starając się nie spoglądać w stronę truchła Metatrona, usilnie uciekając spojrzeniem w każdą inną stronę. Kiedy anioł ułożył umierającego, anielica przyłożyła jedną dłoń do jego rany, a drugą na policzku Ismaela i pogładziła ciepło jego skórę swoim kciukiem.
- A ty? Nie jesteś ranny? – zapytała obdarzając go nieśmiałym uśmiechem.
Ciszę przerwały cztery wystrzały skierowane w Zaphiela, w tym samym czasie, w którym Kirin bezskutecznie spróbował owinąć się dookoła jego nogi ogonem. I nawet, jeśli jakiekolwiek halucynacje musnęły umysł dowódcy zastępu, to skrzydlaty nie dał tego po sobie poznać. Miecz przeciął powietrze w chwili, kiedy wymordowany zsunął się niżej, łapiąc Zaphiela za jego nogi. Ten ruch z pewnością ocalił jego życie, ale nie ocalił nosa wymordowanego, kiedy ten spotkał się mocnym uderzeniem kolana anioła.. Gruchnęło, a potem twarz Kirina zalała fala bólu i krwi. W tej samej sekundzie poczuł, jak anioł jakimś cudem wyślizguje się spod jego opuszek, a grawitacja robi swoje – ściąga Kirina w dół. Uderzenie było bolesne i przyniosło kolejną salwę bólu, wywołane zapewne złamaniem lewej ręki i solidnym potłuczeniem. Ale z satysfakcją mógł ujrzeć, jak Zaphiel również spada, a z jego boku, ramienia oraz jednego ze skrzydeł zaczyna barwić czerwienią krwi.
Po drugiej stronie Sali toczyła się natomiast zupełnie inna batalia, w której uczestniczył Ryan i dwoje aniołów. Gdyby Grimshaw był w pełni sił, być może udałoby się uniknięcie przygniecenia przez dwójkę walczących. Ale osłabienie z powodu użycia mocy oraz silnego krwawienia i otępiającego bólu było tak silne, że nim zdołałby się zorientować – leżał pod nimi. I kiedy tamci szamotali się zaciekle, Ryan próbował wyślizgnąć się, co jednak okazało się równie trudne z powodu braku…. Dłoni. A dotknięcie kikutami o posadzkę wywoływało tak silny ból, że nawet Ryan nie mógł się mu przeciwstawić. Aczkolwiek na całe szczęście nadarzył się moment, kiedy Ergomion przechylił się lekko na bok, pozostawiając na ciele kobiety wieczny symbol. Ta pisnęła i odsunęła się, kuląc z bólu, wyglądając teraz nieporadnie, niczym mała dziewczynka. Ciało anioła zsunęło się z Ryana, który wykorzystał moment i podniósł się, uderzając nieznajomą prosto w skroń. Oprócz smrodu spalenizny, rozległ się charakterystyczny dźwięk pękania, co pozbawiło kobitę świadomości na wiele, z pewnością wiele godzin. W tym momencie już nikt ich nie atakował. Strażnicy, o ile jeszcze parę chwil wcześniej byli bojowo nastawieni, teraz niepewnie odsunęli się, udostępniając im drogę do wyjścia. Niektórzy zupełnie stracili zainteresowanie ich osobami, podbiegając do rannych, by im pomóc bądź do martwych – chcąc sprawdzić ich stan. Byli w szoku, a to dało wam cenne sekundy na ucieczkę. To była jednak kwestia pięciu, może mniej minut, jak się ockną, jak naciągną posiłki i być może, będą chciały zemścić się za zabicie ich archanioła i ukarać was. Powodzenia.

- - - - - - -


Ryan - brak obu dłoni - silne krwawienie; głęboka rana lewego uda - krwawi; parę siniaków; płytka rana na lewym policzku; trzy płytkie rany na szyi; dwa rozcięcia na potylicy; sporo siniaków; obity tyłek i plecy; narastający ból; otumanienie; coraz mniej siły na poruszanie się.
Zero - obity tyłek (będą siniaki); ból jednego żebra z lewej strony; ból głowy z lewej strony - krwawienie. Już nie dyndasz. Dwie dość głębokie rany po lodowych szpikulcach z prawego boku. Mocno krwawi. Boli jak skurwysyn. Z racji osłabienia i utraty krwi - koniec przemiany w tygrysa. Chwiejny krok ale sie jeszcze trzymasz.
Grow - stare rany. Przebite prawe ramię (problem z poruszaniem prawej ręki). Oślepienie 2/2 zaczynasz powoli widzieć + ból oczu i głowy; średniej głębokości cięcie boku z prawej strony; przebity na wylot świetlistym szpikulcem z lewej strony (pod żebrami, ale uległy pęknięciu dwa ostatnie żebra) - rana stopniowo się zasklepiła, już nie krwawi tak mocno, ale blizna pozostanie. Częściowe odzyskanie sił = możliwość poruszania się przez pewien czas. Ból nadgarstka + krwawienie.
Ergomion - Otumanienie; rozcięty łuk brwiowy; lekki problemy z oddychaniem po podduszeniu.
Ismael - rana po ostrzu na prawym ramieniu. Niegroźna i płytka, acz szczypie. Lekko ogłuszony.
Nathair - stare rany + wycieńczenie. Bariera 2/2 + przecięta klatka piersiowa od prawego barku aż do pępka - mocne i silne krwawienie. Jak zarzynany prosiak. Nieprzytomny.
Kirin - rany z pozostałej walki. Kuleje i problemy z poruszaniem. Powolna utrata sił. Brak koncentracji - a co za tym idzie moc możliwa jest tylko na dwa posty; wbity sztylet pomiędzy dwa żebra; złamany nos = krwawi i boli. Złamana prawa ręka. Złamane jedno żebro. Obolały i osłabiony, ale stabilny i może się ruszać.

Metatron - cztery krwawe pręgi na twarzy; głęboka rana szarpana na lewym boku; głęboka rana szarpana na lewej nodze.
Świetlisty miecz - 3/4 użycia.
Kontrola grawitacji - 1/3 użycia.
Trzecia moc - nieznana.

Zaphiel - zdrowy (no w sumie już nie bo ma trzy rany na policzku, krwawią); rana na ramieniu po kłach. Postrzelony 3 razy (skrzydło, bok, ramie). Możliwe, że połamany. Nieprzytomny.
Anioł #1 - lekko obity; martwy.
Anioł #2 - obity, dość mocno. Otępiony, powoli zbiera się z ziemi. Znajduje się dość blisko Growa.
Anioł #3 - zdrowy; stoi przy drzwiach i pomaga w ucieczce.
Anioł #4 - lekko poparzony. Przerażony. Niezdolny do walki (wpływ mocy Zero)
Pirokineza - 1/3
Anioł #5 - zdrowy; trzyma się z boku.
NPC #1 - przebita lewa noga, zwolnione ruchy, wbity sztylet w łopatkę. Wypalona rana na klatce piersiowej. Nieprzytomna.
Niewidzialność 1/3
Kontrola wiatru 1/3
NPC #2 - zdrowy; atakuje Growa nie żyje.
NPC #3 - Obita potylica. Nieprzytomny.
NPC #4 - Przestrzelone ramie.
Kontrola ziemi 2/3
NPC #5 - zdrowy. Atakuje Zero.
Kontrola lodu 1/3

NPC #6 (Cayenne) - Brak sporego kawałka mięsa w lewym ramieniu, mocno krwawi
Użycie hydrokinezy 1/3
NPC #7 - poraniony kolcami; nie może się ruszyć z racji pnączy, które go oplatają.
NPC #8 - zdrowy; atakuje Laylę.
NPC #9 - brak sprecyzowanego miejsca znajdowania
NPC #10 - zdrowa; kontrola ziemi 1/3; atakuje Zero nie żyje
Layla - walczy z NPC 8; ranny prawy bok.

Dodatkowe:
KONIEC. JESTEŚCIE WOLNI. Teraz uciekajcie.
+ Grow zdobywa świetlisty miecz (artefakt)
Brawo dla was wszystkich. Ulatniam się, ale będę nadzorować. Pamiętajcie o ranach i lizaniu się z nich na następnych fabułach

_________________

"Loving him wasn't a mistake, but thinking that he loved me was"



Nathair Colin Heather
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 10330
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Kirin on Wto Kwi 12, 2016 9:48 am
Spojrzał tylko kątem oka, na anioła, w którego trafiają jakieś zbłąkane kule. Nie mógł zareagować inaczej, jak lecieć wraz z nim ku dołowi, przez ułamek sekundy zastanawiając się tylko, jak bardzo OP mogą być te anioły, które dosłownie ignorują wszystkie kierowane w ich stronę ataki, poza kulami strzelanymi gdzieś z daleka. Nie wiedział nawet przez kogo, czy dzięki komu gruchnął porządnie o podłoże, przez co jego ciało przeleciała potężna fala bólu, a potem stracił możliwość poruszania ręką, wiszącą bezwładnie wzdłuż jego boku, ciążącą mu teraz niemiłosiernie.
- Wiejcie, cholery jedne. Na zewnątrz czeka reszta eskorty. - spluną krwią pod nogi i rzucił w kierunku najbliższej stojącego sojusznika, nie do końca będąc w stanie go rozpoznać. Skoro jednak także chwilę wcześniej walczył z aniołami, najpewniej nie będzie miał ochoty teraz rzucać się jeszcze na wymordowanego. Przynajmniej tyle mógł zrobić. Wyszło na to, że niewielka grupka więźniów może zrobić rozpierdol na sali nie tracąc za wiele zdrowia, więc grupy torujące im ucieczkę, na pewno zdołają doprowadzić ich do porządku i wszyscy razem wrócą w szczęściu i radości ku terenom poza granicami anielskich wojsk.
Oni sami wpadli tutaj, grupa Kirina mówiąc dokładniej, praktycznie główną bramą. Jeżeli tam opór skrzydlaków został opanowany, to reszta pomniejszych wejść także będzie spokojna. Mimo wszystko lepiej by nie plątali się dłużej w środku sądu.
Klęcząc na jednym kolanie machnął zdrową ręką ku drzwiom, kierując ich w miejsce, z którego przybył. I w duchu liczył, że reszta jego ekipy do tego czasu się ogarnęła. Szybki ruch głowy dookoła wystarczył, by wychwycił wzrokiem przynajmniej twarze swoich towarzyszy. Ponaglającym kiwnięciem wskazał jeszcze raz wyjście. Sam już chwilę potem, resztkami sił ruszył ostrożnie do jednego z wyjść, pozwalając złamanej kończynie zwisać przy ciele, przyciśniętej do niego przez funkcjonującą, w ramach bardzo prowizorycznego unieruchomienia.

z/t

Przenikanie 3/4 odpoczynek
Halucynacje 1/2 odpoczynek

/Nie wiem co wy na to, ale polecam pojawić się w różnych grupkach ratujących, żeby znowu nie było milion osób w jednym temacie, powiedzieć im, że już po wszystkim i pod eskortą zwiać w swoje strony.

_________________




Our brains are sick,
but that’s okay




Kirin
-----------
Doberman     Poziom E

avatar

Liczba postów : 459
GODNOŚĆ : Vincent de Lacroix aka. Kirin

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Arcanine on Wto Kwi 12, 2016 12:46 pm
Powieki mu drgnęły, gdy Kirin huknął o podłogę, jak rzucony z siłą kamień. Pierś Wilczura uniosła się wypełniana powietrzem, gdy gwałtownie wciągnął powietrze przez kły pewien, że nie tylko kompletnym fuksemtrzykrotnie trafił Zaphiela, ale zminimalizował wielkość swojego gangu o cenną jednostkę. Dopiero kiedy Martwy Kirin podniósł się na jedno kolano, ramiona białowłosego opadły nieco niżej, a dotychczas dzierżona beretta trafiła z powrotem do kabury. Anioły musiały być głupie, skoro nie przeszukały więźniów i nie zarekwirowały ich ekwipunku, pozwalając im na używanie wszystkich swoich profitów.
Jazda! ─ warknął, przechwytując słowa Kirina i podając je dalej ─ ku tej części sojuszników, którzy byli najbliżej. Nie czekając na oklaski, ruszył ku Ryanowi, co dwa kroki siląc się, by nie skrzywić twarzy z bólu. Moc wampiryzmu dodała mu sił, ale wiedział, że nie będzie to trwało wiecznie i lada moment odczuje skutki uboczne nagłej witalności. Póki nic go jeszcze nie ścięło i nie upadł gębą na posadzkę, postanowił wykorzystać resztki adrenaliny na wytarganie tych, którzy sami wytargać się nie mogli. Stąd po niedługim czasie wsuwał już wolną rękę pod ramię Ryana.
Idziemy, stary. ─ Słowa osiadły ciepłem na policzku drugiego wymordowanego, gdy Growlithe zarzucał sobie jego ramię na kark. Od razu odczuł wagę Grimshawa, ale powstrzymał się przed kąśliwymi uwagami. Z jednej strony ciężko było mówić, gdy wszystko w czaszce szumiało i dudniło; z drugiej jego zainteresowanie prędko przeskoczyło na ciemnowłosego anioła, który zbliżał się, im więcej kroków postawił białowłosy. Dotychczas mocno rozszerzone źrenice zwęziły się do podłużnego kształtu, a Growlithe uderzył lekko rękojeścią Ergomiona w bok. Miecz światła migotał wątłą poświatą przypominając o swojej mocy ─ tym razem niewykorzystanej.
Opuszczone baraki ─ wychrypiał, przelotnie tylko zerkając na twarz stróża Vess. Nie ukrywał, że miał mu sporo do powiedzenia, ale nietrudno się domyślić, że obecne warunki były dość... niesprzyjające. But wymordowanego opadł na dłoń jednego z leżących żołnierzy, gdy poprawiał ułożenie ramienia Ryana na swoich barkach. ─ W pełnię. To nie zajmie długo.
„Bądź.”
„Będę czekał.”
Było sporo dodatkowych wstawek, które mógłby tu powiedzieć, ale czas bywa złośliwy, a anioły i tak prędko wyrwą się otępieniu. Dlatego zwarł szczęki i ruszył ku wyjściu, po drodze zerkając jeszcze na Ismaela. Był za daleko, choć wargi mrowiły Growlithe'a, by wykrztusić wszystkie kotłujące się w przełyku słowa.
Nie tym razem, szepnęła Shatarai.
Nawet jej głos brzmiał słabo.
Pierwszy raz nie miał sił z nią dyskutować. Ruszył ku wyjściu, po drodze dopadając do Zero.
Zaskakujące, jak po kilkudziesięciu minutowym incydencie wzrosła jego lista rozmówców.


- - - - -
|| ►►►
zt + Ryan

|| UŻYCIE MOCY:
- Umbrakineza: 3|3 (odpoczynek: 2|4);
- Pirokineza: 1|1 (odpoczynek: 1|2)

|| EKWIPUNEK:
- Miecz Światła.
- Beretta (naboje: 13/20)

Obrażenia dopisane.

KIRIN piszemy o tym właśnie w -4.

_________________

Yeah.
Keep rolling your eyes.

Maybe you'll find a brain back there.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 19639

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Gość on Wto Kwi 12, 2016 4:43 pm
Było mu niedobrze i dławił się próbując oddychać przez zaciśnięte gardło. Pisk napastnika nie sprawił mu takiej satysfakcji na jaką liczył. Z resztą, zaraz miękkie podparcie w postaci pleców Ryana uciekło i Ergo nietrzymany przez ręce dziewczyny, gruchnął o zalaną krwią posadzkę. Syknął kiedy głowa i plecy zderzyły się z ziemią. Więcej siniaków, pięknie. Charknął i kaszlnął, niemrawo próbując się zebrać do kupy. Najchętniej poleżałby tu chwilkę żeby złapać oddech, ale trzask pękającej kości i upadająca anielica szybko odebrały mu chęć na odpoczynek. Błędnym wzrokiem odszukał chwiejącą się sylwetkę Ryana i uśmiechnął się do niego blado.
- Dzięki - Wycharczał, a potem z trudem podniósł się do siadu. Koszula kleiła mu się do pleców od cudzej krwi, dłonie również miał umorusane, ale to nie robiło na nim takiego wrażenia jak widok... rozszarpanego archanioła. Jeszcze będąc na klęczkach, wbił wzrok w zmasakrowane zwłoki i szarpnęły nim torsje. Ledwo powstrzymał się, by nie zwymiotować resztkami śniadania. Szybko odwrócił wzrok, zmuszając ociężałe ciało do przyjęcia pionowej pozycji. Czy on go... pogryzł? Przed oczami, choć teraz na chwilę mocno je zamknął, wciąż widział zmasakrowane zwłoki. Próbował myśleć o czymś innym, o owcach na zielonej trawce, o niebie błękitnym, ale wciąż widział jedynie odcięte ręce, zwłoki i krew. Morze krwi. Przycisnął dłoń do ust próbując powstrzymać kolejny odruch wymiotny. Przełknął ślinę i odetchnął głębiej. Tylko spokojnie.
Odwrócił się w stronę głównego wejścia do sali i przebiegł wzrokiem po niedobitkach. Zastanawiał się dlaczego reszta aniołów nie atakuje, ale czy to naprawdę było ważne? Miał czas na ucieczkę, a ta napawała go dziwną obawą. Co potem? Aniołowie będą go szukać? Powinien się ukrywać? Potrząsnął bolącą głową i dopiero wtedy w pole widzenia wszedł mu Growlithe. Ergo tępo przyglądał się jak pomaga Ryanowi. Przez myśl mu przeszło, że normalnie każdy by go zostawił. Wątpliwe, by z takimi obrażeniami przeżył podróż na Desperację, a jednak z trudem, mimo własnych obrażeń Wilczur dźwignął go. Ergo przez chwilę się wahał, ale w końcu zreflektował się i ruszył w ich stronę. Miał zamiar pomóc w niesieniu słaniającego się na nogach mężczyzny, ale gdy tylko się zbliżył, oberwał w bok. Nie mocno, ale jego zdaniem jednoznacznie. Cofnął się odbierając to jako ostrzeżenie. Być może niesłusznie, ale przecież nie był ich sojusznikiem. Mogli mu nie ufać, tym bardziej, że nie zrobił wystarczająco dużo, by im pomóc. Choć teraz, patrząc na umorusaną krwią twarz Wilczura, zastanawiał się czy dobrze zrobił obierając tę stronę, nawet jeśli i strona Metatrona była do dupy. Jeśli psy zdolne są do takiej masakry, to zabicie kogoś z zimną krwią... wszystkie te zbrodnie...
Słowa przywołały go do rzeczywistości śmierdzącej krwią i wypełnionej bólem. Brwi drgnęły mu, ale nie ściągnął ich zupełnie. Tak naprawdę nawet nie potwierdził. Chwycił drugie ramię Ryana i pomógł im tak jak zamierzał. Bez słowa, zapewnień i wyjaśnień.
Gdy tylko bezpiecznie opuścili wieżę, rozdzielili się. Pełen obaw Ergo miał nadzieję, że dotrze do domu w jednym kawałku. Natomiast co się tyczy DOGSów... Spojrzał w niebo jakby chciał dostrzec księżyc na jego błękicie. Cóż, zakładał, że ma jeszcze sporo czasu by wszystko przemyśleć. O ile wcześniej anioły nie dorwą go za zdradę.

zt



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Zero on Wto Kwi 19, 2016 12:14 pm
Postawił pierwszy chwiejny krok przed siebie. Gdy podeszwa ciężko uderzyła o zabryzganą krwią posadzkę, wiatr ustał, jakby odebrał to jako nieme polecenie swojego właściciela. Vessare uniósł rękę, chociaż miał wrażenie, że nawet ten ruch kosztował go wysiłek równy podnoszeniu dużego ciężaru i potarł oczy palcami, chcąc przywrócić niesforny wzrok do porządku. Wszystko dookoła zlewało się w barwną plamę, w której zdecydowanie przeważała czerwień i ciemniejsze zarysy sylwetek, które przecinały zbyt jasne tło sali. Jasnowłosy przymrużył powieki na chwilę odzyskując ostrość obrazu. Raz jeszcze rozejrzał się po sali, coraz mocniej przyciskając przedramię do nieustannie krwawiącego boku, który na domiar złego rozszarpywany był przez wściekłe zębiska bólu.
Syon, przemknęło mu przez myśl, gdy białowłosy wreszcie znalazł się w polu jego widzenia. Nie był sam, a to skutecznie odwiodło blondyna od ruszenia się z miejsca. Póki jego oczy były w stanie wyodrębnić więcej szczegółów, był w stanie uznać, że jego przyjaciel miał się na tyle dobrze, by jego rola tu się zakończyła.
A jak ty się czujesz?
Jak nigdy dotąd.
Źle.
Skąd. Jest świetnie, sarknął, chociaż we własnym mniemaniu wcale nie minął się z prawdą. Dopóki jeszcze był w stanie ustać na nogach – co z tego, że miał wrażenie, że podłoga wyślizguje mu się spod butów – nie było najgorzej. O wiele gorszym scenariuszem byłoby zdechnąć na posadzce sądu ze świadomością, że przegrało się tę walkę. Wykonawszy kolejny krok do przodu, miał wrażenie, że był coraz bliższy podobnego wyniku. Każdy ruch sprawiał, że dziura w jego boku wypluwała z siebie więcej krwi. Zatrzymał się i podciągnął podartą koszulkę, mokrą, brudną i bezużyteczną już koszulkę, odsłaniając paskudne obrażenie. Ściągnął brwi, drżącymi ze zmęczenia palcami przesuwając po oddalonych od siebie brzegach świeżej rany. Wiedział, że jeśli czegokolwiek z nią nie zrobi, na pewno nie dotrze dalej niż na zewnątrz wielkiej katedry, w której się znajdowali. Zakładając, że nie zgubi się po drodze na jej korytarzach.
Wiedział, że będzie bolało, ale gdy jego dłoń zapłonęła wątłym, płomieniem okazało się, że to nie tylko bolało, ale bolało jak skurwysyn. Powiedzenie, że uczucie było piekące, to mało powiedziane. Pierwszy raz pozwolił na to, by ogień sprzeciwił mu się i wyrządził mu jakąkolwiek krzywdę, zaczynając rozumieć, dlaczego palenie żywcem było jedną z najgorszych tortur. Przeciągły, cierpiętniczy warkot wydarł się przez jego zaciśnięte zęby, kiedy usilnie starał się nie wrzeszczeć. Uderzenie gorąca objęło całe jego ciało, sprawiając, że skóra poczerwieniała, a żyły pod nią uwydatniły się, tworząc brzydko wyglądające sieci. Im dalej przesuwał ręką, by mieć pewność, że zatamuje krwotok, tym było gorzej, a mdlący swąd palonego ciała intensywniej wdzierał mu się do nosa i gryzł w oczy, które zaszkliły się nie wiadomo czy to od niego, czy z niewyobrażalnego cierpienia.
Gdy skończył, jego ręka opadła luźno wzdłuż ciała, a sam Leslie pochylił się nisko, oddychając ciężko. Zaparł się drugą dłonią o kolano i wziął kilka głębokich oddechów, jakby liczył na to, że pozwolą mu zapomnieć o skwierczącym ciele. Bezskutecznie. Musiał postać chwilę w tej idiotycznej pozycji, narażając się na atak niedobitych popleczników martwego już Metatrona, ale jego myśli krążyły wyłącznie wokół kiepskiego samopoczucia. To wyprostowanie się było najgorszym prostowaniem się w jego życiu, chociaż tułów i tak został uniesiony do mocno przygarbionej pozycji. Wycharczał coś pod nosem, czując drażniące drapanie w gardle i ruszył przez salę w stronę uchylonego wyjścia.
Uważaj.
Zahaczył butem o leżące na ziemi ciało, jednak w porę złapał równowagę i tylko dzięki temu nie dobił leżącego – rzecz jasna, o ile ten nadal żył. Przesunął mętnym wzrokiem po znajomej sylwetce, a wszelki wyraz zgasł z jego twarzy, przez co sprawiał wrażenie kogoś, kto chwilowo zaciął się, analizując całą sytuację.
Leslie? ― głos zza jego pleców towarzyszył ręce, która ułożona została na jego ramieniu. To właśnie ona wyrwała go z letargu i zmusiła do gwałtowniejszego szarpnięcia, które sugerowało, że dotyk obcej osoby nie był dla niego pożądany. Zerknął za siebie, natrafiając wzrokiem na zmartwioną twarz anielicy, która jeszcze niedawno liczyła na jego pomoc. Spierzchnięte usta Zero drgnęły, ale miał problem z wypowiedzeniem jakichkolwiek słów, jakby siły po wcześniejszych przeżyciach jeszcze nie zdążyły zregenerować się na tyle, by był w stanie zdobyć się nawet na tak niewielki wysiłek, jakim było mówienie.
Na szczęście jakiś zacięty błysk w tęczówkach stróża sugerował, że jeszcze się nie poddał.
Kiwnął podbródkiem w stronę różowowłosego, a kobieta od razu skierowała na niego swoje spojrzenie. Coś w wyrazie jej twarzy sugerowało, że nie robiła sobie zbyt wielkich nadziei na to, że Nathair przeżył. Z której strony by na niego nie spojrzeć – wyglądał źle. Fatalnie wręcz. Mimo tego wyminęła Cilliana i przykucnęła obok mniejszego skrzydlatego, przyciskając palce do jego tętna na szyi. Musiała wbić opuszki mocniej w jego ciało, by wyczuć tam słaby puls.
Żyje. Ale wątpię, że przetrwa drogę do Desperacji ― wymruczała ciszej i odsunęła rękę od Heathera. ― Nie dasz rady go zabrać.
Odchrząknął.
Nie zamierzam ― wyrzęził ledwo słyszalnie i zwilżył językiem zeschnięte wargi. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze nie skończył, ale potrzebował tego krótkiego milczenia, by móc kontynuować: ― Zabierzesz go do domu i zajmiesz się nim. Jeśli nie przeżyje, widocznie tak miało być. Skoro jeszcze nie wykrwawił się na śmierć, to chyba twój anielski obowiązek ― wymruczał bez wyrazu, a fakt, że zaraz potem przymierzył się do wyminięcia ich świadczył o tym, że nie interesowały go sprzeciwy. Właściwie dał skrzydlatej wybór, nie zamierzając naciskać na pomoc chłopakowi, choć zakładał, że skoro Layla trzymała się ich strony, zapewne wolała oszczędzić sobie późniejszych wyrzutów sumienia z powodu bezczynności.
A co z tobą?
Machnął niedbale ręką, nie spoglądając już za siebie. Chyba nie istniał żaden dobitniejszy sposób, żeby przekazać drugiej osobie, że ma spierdalać. Nie chciał ich pomocy, chciał tylko wydostać się z tego miejsca i liczyć na to, że już nigdy więcej nie będzie musiał tutaj zawitać.

___z/t [+ Nathair].

MOCE:
Odnawianie kontroli emocji: 2/3.
Kontrola ognia: 3/3. Zatamowanie krwawienia boku.

_________________


WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.




Zero
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 4431

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Ismael on Pią Kwi 22, 2016 3:51 pm
Wolał nie oglądać się za siebie, w kierunku, w którym patrzyli wszyscy zgromadzeni. Nie chciał, żeby dotarło do niego co właśnie się wydarzyło, wolał znaleźć pomoc, ocalić jedną z dusz. Czas Cayenne jeszcze nie nastał i nie powinien zginąć w takich okolicznościach. Ucieszył się, kiedy wreszcie znalazł istotę chętną do pomocy. Ostrożnie położył rannego na podłodze, powinien już być bezpieczny.
- Dziękuję ci, siostro - powiedział drżącym głosem. Uśmiechnął się, choć bliska obecność krwi wyraźnie go osłabiała. Nienawidził tego widoku. Szkarłat powinien spokojnie krążyć w żyłach zamiast wytryskiwać na posadzkę niczym z węża strażackiego. - Oszczędzaj siły na pomoc innym, moja rana nie jest groźna.
Skierował wzrok na Cayenne. Odetchnął głęboko, na moment zamykając oczy. Przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej, odmawiając szeptem krótką modlitwę po łacinie. Zwilżył wyschnięte wargi, a gdy znów rozchylił powieki, ramię anioła wyglądało dużo lepiej. Miał jakieś szanse na przeżycie, choć nie było pewności czy jego ręka będzie w pełni sprawna. Cienisty pająk wgryzł się w nią porządnie i mało by brakowało, aż pozarłby całego skrzydlatego.
Przyłożył dłoń do policzka anielicy i uśmiechnął się dużo pewniej niż wcześniej. Podziękował jej cicho i wstał. Najpierw odnalazł towarzysza Cayenne i skierował go do niego. Dopiero później skierował kroki w stronę archanioła. Nie widział kiedy więźniowie wykonali taktyczny odwrót i uciekli, ale nie miał zamiaru ich ścigać. Ismael uklęknął obok martwego Metatrona. Jego widok spowodował nagły przypływ mdłości. Drżącą ręką wyciągnął kilka nasion kwiatów, a następnie położył je na piersi martwego anioła. Złożył dłonie jak do modlitwy i prosił Stwórcę o wybaczenie win byłego przywódcy skrzydlatych. Białe i biało-różowe lilie powoli zaczęły kwitnąć, gdy Vex szeptał kolejne słowa. Nie wiedział, gdzie trafiają anielskie dusze po śmierci, ale miał nadzieję, iż Pan przyjmie do siebie nawet tych, którzy zeszli ze ścieżki.
Kiedy skończył, ruszył na pomoc innym aniołom. Dopiero gdy nie był potrzebny, wyszedł z sali sądowej, rozmyślając nad zaistniałą sytuacją. W najbliższych dniach wszystko będzie chaotyczne, zwątpienie wzrośnie w siłę, a więcej aniołów zwątpi w Światłość. Będą potrzebowali nowego przewodnika.

[z/t]

_________________


Hollow, like you don't remember me
Underneath everything I guess I always dreamed
That I would be the one to take you away from all this wasted pain
But I can't save you from yourself.



Ismael
-----------
Anioł Zastępu

avatar

Liczba postów : 135
GODNOŚĆ : Ismael Vex (Azrael D'nadri)

Powrót do góry Go down

Re: Sala Sądu    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Eden :: (!) Góra Babel :: Katedra