Strona 1 z 12 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Next

Go down


GŁÓWNA SALA

Pisanie by Marcelina on 3/5/2015, 23:37

Nigdy nie szukam przy stole frajera. Szukam mistrza, a potem frajera robię z niego
— Amarillo Slim

Ciężki dym papierosów. Okrągły, drewniany stół. Karty rozłożone w nieładzie. Atmosfera gęstnieje. Szlachetne trunki i cygara roznoszone na tacy. Prawie nagie damy opierają się o ramiona skupionych klientów kasyna, walczących właśnie o lepsze życie. Co chwila ktoś uderza ciężko o stół, dając upust targającym go emocjom. Stres niektórych powala tu na kolana, inni rozkładają wygodnie nogi na stół i patrzą, jak ich majątek kosztem niedoświadczonych amatorów bądź pechowców rośnie. Rechoty, krzyki, rzucanie krzesłami, wydrapywanie sobie oczu - witamy w kasynie przez duże K!
Jedna ze ścian - ta położona najbliżej wejścia - zajęta jest przez luksusowy bar. Przy ladzie stoi rzędem siedem barowych, wysokich krzeseł. Wybór trunków jest dość bogaty.
Sala została podzielona na dwie części - największa, położona na środku przeznaczona została na wielkie, okrągłe stoły mieszczące po dziesięć osób. W najdalej wysuniętej część kasyna znajduje się ruletka. Ściany obwieszone starymi, zadrapanymi plakatami.
Na środku sali znajduje się podwyższony podest z przymocowaną na środku rurą. Swoje wdzięki pokazują tu piękne, wyspecjalizowane tancerki. Gości zabawia również wokalistka o niesamowitym głosie. W rogu kasyna stoi stare, ogromne pianino które swoimi dźwiękami wypełnia kasyno w chwili, gdy zajmą się nim odpowiednie dłonie. Znajdują się tu też oddzielne, maleńkie pokoiki z zasłonami, w których mieszczą się okrągłe, drewniane stoły z siedzeniami przymocowanymi do ściany - przygotowane specjalnie dla graczy ceniących sobie prywatność.


Ostatnio zmieniony przez Marcelina dnia 24/10/2018, 00:06, w całości zmieniany 17 razy
Marcelina





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Gość on 9/6/2015, 12:55
Odkąd ostatni raz spotkał się z Sonnym minął już prawie tydzień, a on nadal był posępny i nie wyrwał się z miasta. Sam nie wiedział, co nadal go tutaj trzyma. Cień starszego brata czy może obawa przed wykryciem jego obozowiska na nieznanych terenach. Słabo orientował się po okolicach, które wyglądały dla niego jak zlepek jednakowych ścinków z gazet porozwieszanych w przypadkowych miejscach. Desperacja zawsze była dla niego zagadką. Tutaj przybywali wszyscy dziwacy, wygnańcy i przemienieni. Wydawać się mogło, że skakali sobie do gardeł, jednak prawdą było, że byli dla siebie bardziej życzliwi niż obłudni mieszkańcy miasta. Vidan o ile nie lubił miasta, tak Desperację traktował jako miejsce do którego mógł wracać. Nie za często, ale czasem zdarzyło mu się na dłużej zatrzymać w jakimś motelu, w którym przekonywał się, że to słuszna decyzja uwarunkowana tym, że na swoim ukochanym zadupiu kompletnie zdziczeje. Gorzej niż sam Poziom E. O ile ktoś mógł mu zarzucić w tej sprawie kłamstwo, tak miało ono swoje odbicie w rzeczywistości. Raz, pewnej deszczowej nocy, kiedy niebo płakało gorzkimi i wielkimi łzami przedzierał się do swego obozowiska przez gęsty gąszcz, jednak nie mógł ciągle pozbyć się wrażenia, że ktoś za nim podąża. Doskonale wiedział, że to nie żadna bestia czająca się na smaczny posiłek, a mimo tego zaatakował młodego chłopaka, który przerażony szukał drogi wyjścia z tego paskudnego miejsca. Cudem powstrzymał się, aby go nie zabić. Vidan był wówczas na skraju szaleństwa. Demony ciągle za nim kroczyły i śmiały się mu za plecami każąc być uważnym. Pomimo tego nigdy nie przypuszczał, że będzie wstanie prawie zadźgać bezbronnego człowieka, który szukał u niego pomocy. Tamtej nocy uświadomił sobie, jak bardzo jest z nim źle. Dlatego czasem zaglądał do tętniącego życiem serca Desperacji, gdzie oddawał się alkoholowi i innym używkom. Czasem przesadzał, czego efekty odczuwał dnia następnego bardzo dotkliwie. Tym razem nie zamierzał zrobić inaczej. Swoje koszmary pragnął zakopać w jednym ze znanych kasyn, gdzie otoczony piękną obsługą mógł zapomnieć o własnych obowiązkach i powinnościach. Wszedł do środka rozglądając się po miejscu. Nigdy tutaj nie był, zazwyczaj staczał się w podrzędnych barach, gdzie klientela była tak samo zdesperowana, co on. Wszedł głębiej zamawiając coś do picia. Luźny podkoszulek, sprawne spodnie i znoszone, niechlujnie zawiązane buty nie pasowały do tego miejsca.
Zaraz zapłacił, kupując również żetony. Wzrokiem szukał odpowiedniej dla siebie partyjki. Trzeba było ograć paru frajerów, a po ich twarzach od razu poznał, że znają się na pokerze tyle co krowa na balecie. Ruszył przed siebie dołączając się do gry. Odstawił złotawy płyn na bok, na razie przyglądając się i czekając aż zacznie się nowa partia.
Jak szybko się skończyła, tak rozpoczęła. Zaraz postawił, obserwując pozostałych przy stole. Znał się na tyle na ludziach, ile oni znali się na nim. Może nie był ekspertem do odczytywania uczuć, gdyż w tym był totalnie upośledzony, jednak idealnie potrafił odczytać mimikę podczas gry. Ludzie zbyt często i zbyt przesadnie starali się udawać obojętnych, czasem nawet zdradzał ich poruszający się mięsień przy oku sugerujący blef. Vidan znał się na blefach, sam blefował częściej niż to mogło się wydawać.
Postawił dobrze. Wygrał. Kolejna partia, kolejna wygrana. I tak przez dwie kolejki, aż gracze nie zaczęli patrzeć na niego wilkiem. A on jakby nigdy nic udawał, że pije najlepszy alkohol na świecie, a w głębi duszy cieszył się jak małe dziecko. Kantowanie, tylko tyle potrafił w normalnym życiu, gdzie funkcjonowanie zależało od przystosowania się do panujących norm. Kantowanie, tylko tyle potrafił poza zabijaniem i tropieniem duchów. Rozejrzał się dyskretnie za kelnerem, a gdy takiego już znalazł – albo tak myślał, że to on – poprosił o dolewkę.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Marcelina on 10/6/2015, 21:44
Drzwi otworzyły się z hukiem, zmuszając kurz do wzniesienia się. Wejście Marceliny było tak efektowne, że ludzie siedzący w jej kasynie byli pewni wkroczenia czarnej mafii zajmującej się porywaniem i handlem ludźmi. Tymczasem do pomieszczenia weszła chuda, niska istota, prychając od progu do siebie, zaklinając cały świat łącznie z nią samą. - Co ty mi za szjeet wciskasz? - zapytała przez zaciśnięte zęby, rzucając w stronę Dżeralda puszką mocnego napoju izotonicznego. Położyła na ladzie wielką torbę, w której trzymała przeróżne przedmioty codziennego użytku skradzione z miasta-3.
Przez ostatnie dni Marcelina nie mogła narzekać na nudę. Wraz z Whiskey i Atritą (robiącą za darmowe, latające taxi, a co!) wyruszyła na granicę, by pobyć trochę sama w jej tamtejszym mieszkaniu. Sama, najpierw bujając się na balkonowym hamaku i słuchając muzyki, relaksując się, następnie robiąc wspaniały maraton horrorów, ostatecznie śpiąc całe popołudnie. Gdy zregenerowała siły, wyruszyła na łowy, które zakończyły się całkowitym sukcesem. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero przy ruinach, gdzie spotkała właściciela położonego niedaleko od kasyna burdelu wraz z towarzyszącym mu wilczurem. Narwańcy widocznie pragnęli poobijać pysk Hienie za rozwalony pobliski bar - nawet nie zastanawiając się, co się tam dokładnie zdarzyło. No cóż, zwykłe porachunki cwaniaków-hazardzistów-dłużników, a z takimi cackać się nie można. Nie tutaj.  
- Zdobyłam dla Ciebie ten błyszczyk, o który mnie tak błagałaś. - rzuciła do właśnie zbliżającej się Kassandry. Ta przycisnęła do siebie Marcelinę, prawie zgniatając ją w napadzie szczęścia i radości. - Jesteś kochana! - Wiem. Znaczy, nie, nie jestem. - A gdzie ciacha? - zawołała skrzecząca, kolorowa papuga, dziobiąc Marcelinę w ucho. Ta wyciągnęła z kieszeni parę okrągłych, czekoladowych, chrupiących ciasteczek i wcisnęła w jej zadowolony teraz dziób. - Żryj. Tylko się nie udław. - powiedziała kąśliwie, siadając na wysokim, obrotowym krześle przy ladzie i kierując się w stronę Dżeralda. - ...stary, daj coś lepszego. - przysunęła w jego stronę słaby GhX12, wcześniej odbezpieczając go. Mężczyzna chwycił go i po chwili krótkiego namysłu podsunął Marcelinie inną broń. Ta objęła ją i dokładnie oglądnęła, już po chwili uśmiechając się podejrzanie. - Piękna piąteczka. - powiedziała, podziwiając błyszczącą się powierzchnię. - Nie będzie Ci jej brak? - Tobie przyda się bardziej. Ta tymczasem wezmę tego "słabego" staruszka - zaśmiał się, biorąc wcześniej rzuconą przez ogoniastą spluwę. - Tamten gościu jest świetny. - szepnęła do ucha Marceliny Kassandra, gdy akurat przechodziła obok. - Kanciarze patrzą na niego wilkiem. - Kotowata skierowała wzrok w  stronę Vidana, przyglądając się przez krótką chwilę. Nigdy wcześniej go nie widziała, zainteresowała się jednak tym, co usłyszała. Wróciła jednak do spokojnego picia szlachetnego trunku. - Super. Mam nadzieję, że zagości u nas na stałe. - powiedziała, po czym za jednym tchem wypiła wypełniony kieliszek.
Sięgnęła po kieliszek Whisky, który podała jej dziewczyna. Postawiła kieliszek przed sobą, czując nagle silny uścisk na swoim ramieniu. Skierowała uszy do tyłu i miała zamiar się odwrócić, lecz ktoś ubiegł ją, zasadzając jej solidnego liścia prosto w pysk. Wstała, trzymając się za policzek i zaciskając zęby. Irytacja niebezpiecznie wzrosła. Wszystko wokół zwolniło, latające krzesła, szklanka pomykająca blisko jej głowy, Dżerald wyskakujący zza lady i szykujący się do ataku pijany klient kasyna, wściekły, że przegrał już któryś raz w pokera. - ZABIĆ? - jej źrenice zwęziły się, zamknęły oczy, robiąc kilka krótkich wdechów. Dość.
Mary cofnęły się, wracając do cienia, z którego wyszły. Schowały się z powrotem do najciemniejszych zakątków jej umysłu. W momencie, gdy ocknęła się z nieprzyjemnego otępienia, wściekły delikwent został wyciągnięty i wyrzucony solidnym kopem za drzwi. Dżerald zacierał ręce, zadowolony z wyniku afery. - Wypad. Nie pasujesz tu. - Ryknęła Marcelina w stronę awanturnika, skutecznie zamykając mu przy tym japę. Opuściła dłoń. Ten odgrażał się jeszcze jej, Dżeraldowi i całemu kasynu. Podpalę was, kurwy! Jasne.
Jak się okazało, to chyba nie był koniec kłopotów. Do kasyna wkroczyli chyba najwięksi narwańcy desperackiego apogeum. Czterech wielkich koksiarzy, w rzeczywistości będący również typowymi niedorajdami życiowymi. Czasami wpadali do kasyna, zniechęceni jednak zbyt wysoką - jak dla nich - kulturą panującą w tym miejscu. I fakt, że zatrudnione tu panienki nie pałają się też najstarszym zawodem świata. Dżerald łypnął na nich nieufnie, kierując się do Marceliny, jednak nie spuszczając roześmianej i widocznie niezbyt trzeźwej grupki nowych gości - Na ile zostajesz? - Nie wiem. Dzisiaj chyba wracam. Trochę zaniedbałam mieszkanie w mieście-3, czas więc wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś współlokatora.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
Marcelina





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Gość on 13/6/2015, 10:10
Patrzyli się na niego wilkiem i już myślał, że jeden z nich zamierza wstać i mocno strzelić mu w gębę, jednak trochę się rozczarował, kiedy podszedł do jakiejś dziewczyna, gdzie awantura rozpoczęła się na dobre. Czy ten koleś właśnie ją uderzył? Zmrużył oczy obserwując całą sytuację z boku. Odchylił się na krześle i w tej pozycji patrzał, jak natrętny gość wylatuje na zbity pysk, odgrażając się w niebogłosy.
Czy powinien jakoś zareagować? Nawet jeśli chciał to szybko jego pragnienia zostały rozwiane. Widocznie tutejsza obsługa potrafiła sobie z takimi poradzić. Podniósł swoje cztery litery z krzesła i ruszył w stronę baru, do tego samo, przy którym siedziało kółko wzajemnej adoracji. Oparł się przedramionami o bar i zamówił jeszcze więcej alkoholu.
- Nieźle – mruknął w stronę Marceliny, jednak pod nosem czaił się zawadiacki uśmieszek. Spojrzał zaraz na właścicielkę kasyna – mimo iż nawet nie wiedział, że nią jest – i dodał:
- Robisz tutaj za ochroniarza? Bo chyba nie wszyscy za tobą przepadają – rzucił trochę rozbawiony, jednak nie dało się wyczuć w jego głosie jakiejkolwiek kpiny. Najwidoczniej całe to przedstawienie bardzo mu się spodobało. Zresztą po ostatnich dniach było to pierwsze ciekawe wydarzenie, które nie przyprawiało go myśli samobójcze. Nie żeby to był dramatyczny facet, ale rzadko zdarzało mu się spotykać z nienawidzonym bratem, który wykończył ich drugiego brata. Rodzinne relacje bywają takie kłopotliwe.
Wzniósł szklankę ku górze, jakby właśnie sam ze swymi myślami wznosił toast. Zebrało mu się na rozrywkowy humor, no patrzcie go.
Przyglądał się długo dziewczynie, co mogłoby być odebrane jako niegrzeczne czy nietaktowne, jednak czy on wyglądał na takiego co by się tym przejmował? Połowa istot w tym kasynie wyglądała jak cudaki i przebierance, jednak w niej widział podobną do siebie. Może nie tak dosłownie emocjonalnie upośledzoną osobę, jaką on był, jednak widział w jej oczach te zacięcie, które podpowiadało mu, że laska wie co robi i czemu się tutaj znajduje. Vidan rzadko kiedy wychodził do kogokolwiek z jakąkolwiek inicjatywą, a wszelkie przejawy jego człowieczeństwa graniczyły się z cudem. Marcelina miała więcej pecha niż szczęścia, gdyż wszelkie relacje jakie zawiązywał ten osobnik kończyły się tragedią, katastrofą i eksplozją samochodów.
Kilku gości przy stole obejrzało się za łowcą, a krupier nawet za nim zawołał czy nadal gra. Kiedy ten tylko pokręcił przecząco głową, gracze odetchnęli z ulgą wiedząc, że mają więcej szansy niż jak gdyby siedział przy nim zawodowy hazardzista, który czasem z nudów ćwiczył rozdania na nieznanych terenach z martwymi zwierzętami. To była jego taka mała tajemnica, aby nikt z tych ludzi, którzy oprowadza po okolicach nie wziął go za kompletnego szaleńca.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Marcelina on 13/6/2015, 12:22
Elisabeth podała jej woreczek z zimnym lodem, który ta przyłożyła do bolącego policzka. Niestety, była bardzo podatna na wszelkie ciosy fizyczne - coś, co dla zwykłego śmiertelnika było do zniesienia, dla niej oznaczało prawdopodobnie leżenie przez dwie godziny bez ruchu. - To świetnie. Tak się składa, że przydałaby mi się golarka. Rozumiesz... - i tutaj chwycił się już dość bujnego zarostu, podkreślając tylko dramatyczność sytuacji - Jeśli się ogolisz, będziesz wyglądał jak piętnastolatek. - odpowiedziała Marcelina, opierając głową na łokciu z miną mówiącą "what 'u say?" - Nie dość, że przestaniesz budzić postrach wśród ludu, to jeszcze możesz paść ofiarą grasujących w okolicy pedofilów. - parsknęła śmiechem patrząc, jak Dżerald krztusi się prawie drinkiem, którego niefortunnie zaczął pic w tym momencie. Wyraźnie chciał coś odpowiedzieć, uprzedził go jednak łowca, który usiadł koło Marceliny, odsunął się więc i próbował odkasłać na boku.  - Ja, ochroniarzem - zaśmiała się, po czym spojrzała na mężczyznę swoimi dużymi, dwukolorowymi oczami - Gdyby tak było, nikt nie odwiedzałby mojego kasyna. - dodała, chwytając kieliszek i podsuwając Dżeraldowi, który w końcu przestał kaszleć, ledwo za to łapiąc oddech. Z chęcią chwycił szklaneczkę, opróżniając ją szybko. - ...baliby się przekroczyć próg tego miejsca. - zaśmiała się sarkastycznie, podkreślając jedynie swoją słabość fizyczną. Zawołała Rose, która niosła dla Vidana kilka rodzajów alkoholu. Wybrała kaktusowego drinka, którego wręcz uwielbiała. Gra mieszanych smaków przyjemnie drażniła jej podniebienie, a ona sama dopiero po chwili zorientowała się, że jest obserwowana. Przyzwyczajona, zupełnie się tym nie przejęła - na desperacji, a tym bardziej w swoim kasynie, raczej nie korzystała z daru iluzji.
Nie miała pojęcia dlaczego, ale ten sprawił na niej pozytywne, pierwsze wrażenie. Patrząc na niego, Marcelina widziała cząstkę siebie. Wyczuwała aurę zagubienia bijącą od niego, mieszankę emocji, które wskazywały na zagubienie i lekkie szaleństwo, może shizofrenię? Niestety, nie był wymordowanym, nie mogła przejrzeć jego umysłu czy wspomnień, dlatego musiała zadowolić się swoim radarem odczytywania emocji.
Nowi goście zdali się być znajomi Hienie. Odwróciła się, opierając łokcie o blat. Obserwowała ich przez jakiś czas, mrużąc podejrzliwie oczy. W pewnym momencie westchnęła głęboko, odwracając się z powrotem i splatając palce przed sobą. Olśniło ją - to przecież Ci, którzy stanęli za dłużnikiem kasyna w desperackim barze kilkadziesiąt kilometrów na wschód. Marcelina była wtedy z Dżeraldem, chcieli delikwenta postraszyć, termin uregulowania długu skończył się dwa tygodnie temu. Dżerald wiedział od początku, kto to jest.
Z początku była pewna, że tamci są zbyt pijani, by skojarzyć ją z tamtymi wydarzeniami. Niestety, jeden z nich -trochę bardziej trzeźwy od reszty - poznał ją i podszedł pewnie, siadając obok i zamawiając kufel piwa. - No, no, kogo ja tu widzę - zaśmiał się groźnie swoim grubym, zachrypniętym głosem. Marcelina spojrzała na niego, powoli kierując w jego stronę głowę. Patrzyła na niego nieufnie spode łba, czując, że za chwilę może się zrobić nieprzyjemnie.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
Marcelina





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Gość on 15/6/2015, 13:51
Ciekawe osobowości były w tym kasynie. Każdy tutaj się czymś wyróżniał, jednak największą uwagę przykuwała Marcelina. Na pierwszy rzut oka zgrywała bardzo hardą i odważną, jednak obserwując stosunki z jakimi żyła z innymi wydawać się mogło, że całkiem z niej przyjemna ciotka Tereska. Siedział chwilę obserwując ją, a kiedy przyniesiono mu drinka zaraz się nim zajął.  Ale tylko chwilowo, bo Marcelina okazała się być całkiem rozmowna. A może jemu się tak wydawało przez alkohol, który już zdążył wlać w siebie?
Vidan po różnych używkach stawał się bardziej przystępnym i mniej gburowatym niż zazwyczaj. Tym razem nawet pokusił się o zaczepienie jakieś dziewczyny, która wyglądem trochę odbiegła od tego co znał. Rzadko widywał takie istoty, zazwyczaj trzymał się z tymi, których nazywał ludźmi, w końcu sam był nim dawniej. Niewiele z jego człowieczeństwa już zostało.  Jego brat nawet pokusił się o stwierdzenie, że jest takim samym potworem jak on. Także musiał idealnie pasować do tego kasyna. Zamyślił się chwilę, a potem krzywo uśmiechnął.
- Nie przepadasz za ludźmi? Czy może starannie selekcjonowałabyś klientelę? – zapytał, odwracając w jej stronę głowę. Wbił szkarłatne spojrzenie w nią,  starając się przypomnieć gamę kolorów, których kiedyś uczyła go matka. Średnio mu wychodziło odpowiednie nazywanie tych bardziej zaawansowanych kolorów. Znał jak typowy facet pięć podstawowych i teraz wśród nich starał się odczytać emocje Hienowatej.
Na początku  nawet nie zauważył wchodzących do baru znajomych Marceliny. Dopiero po chwili gdy jeden z nich – natręt siadł obok niej i bełkoczącym głosem coś wychrypiał. Musiał dokładnie się wsłuchać, aby zrozumieć co ten podrzędny padalec burczy. Vidan ostrożnie zerknął na dziewczynę widząc, że jej nie bardzo jest na rękę siedzenie obok tego ewenementu. Nawet Dżerald wydawał się zniesmaczony jego widokiem.
Czy powinien się zachować właściwie i jakoś interweniować? Czy może całkowicie olać sprawę i  zająć się tym po co tak naprawdę przyszedł? Westchnął ciężko, jednak pierwotne zachowania zwyciężyły i przypomniały mu, że nie jest żadnym bucem, tylko facetem i wbrew pozorom musi spełniać swoje zasrane obowiązki, jak na niego przystało.
- Jaki problem? – zapytał się Marceliny, jednak mimowolnie wzrokiem mierzył się z tamtym facetem. Do niego zaraz podeszło dwóch pozostałych, dla których nieobecność ich kolegi była bardzo martwiąca. Jeden oparł się ramieniem tuż koło Marceliny widocznie ją rozpoznając. Jego uśmiech był tak widoczny, że tylko ślepy nie zorientował się o co tak naprawdę chodzi. Vidan dopił swojego kaktusowego drinka, szczerze potwierdzając, że jest bardzo dobry. Wstał z krzesła i zabrał rękę natrętnego kolesia, który właśnie chciał nią złapać za rękę dziewczyny.
- Gdzie z łapami? – zapytał, a jego wzrok stał się bardziej szkarłatny niż kilka chwil temu. - Pani pozwoli? – Wyciągnął rękę w stronę Hienowatej trochę się zgrywając i odstawiając teatrzyk, jednak całkiem się przy tym nieźle bawiąc. Nie wypadało, aby kobieta się bila, nawet jeśli panowała zasrana Apokalipsa.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Marcelina on 15/6/2015, 22:50
Machnęła niezgrabnie ręką, lekko przechylając głową i potakując z uniesionymi brwiami, w końcu powracając do wcześniejszej pozycji i wpatrywania się w kieliszek. - Gdybym selekcjonowała, klitka ta poszłaby z dymem - powiedziała poważnym tonem, zamiatając wolno podłoże bardzo długim, puszystym ogonem, po czym parsknęła śmiechem, podpierając czoło o łokieć. Spojrzała na Dżeralda, który zajął się dokładnym czyszczeniem ogromnego, idealnie już wypolerowanego kufla, co jakiś czas łypiąc nieufnie na Vidana, a potem na swoją szefową. Hiena już po chwili łypnęła na łowcę, postanawiając trochę dokładniej mu się przyjrzeć, przy okazji sama wpatrując się w niego uparcie jak sroka w gnat. Po szybkim przeglądzie "z góry na dół" wlepiła wzrok w jego oczy ponownie dostrzegając coś, co mogła znaleźć również u siebie.
Skierowała uszy do tyłu, słysząc następne kroki. Westchnęła cicho, kręcąc oczami. Dżerald był w całkowitej gotowości - postanowił jednak popatrzeć na dalszy przebieg ciekawie zaczynającej się znajomości - oraz jak, prawdopodobnie, ktoś inny wygania delikwentów z lokalu.
Marcelina szybko załapała rytm i, jako że sama należała do osób zdrowo stukniętych i do kochających robić sobie przysłowiowe jaja z życia popierdolonych samobójców, uśmiechnęła się jedynie słodko-ironicznie do "przyjaciół" i szarmancko złapała za dłoń mężczyznę, zeskakując z siedzenia i stając naprzeciwko niego.
Czas rozpocząć przedstawienie, bitch.
Po dłuższej chwili jeden z agresywnych mężczyzn chwycił do rąk krzesło i rzucił w dwójkę z groźnym, pijackim warkotem. Wymordowana odskoczyła, ledwo uchylając się od ciosu kuflem rzuconym przez innego napastnika. - Oooo, bijo sie! Sznela, szneeela! - darła się Sherry, machając skrzydłami i dziobiąc w głowę chrapiącego w najdalszym kącie lady jednego z przybyłej bandy. - W pachwine go, w pachwine! - Dżerald zniknął gdzieś, co było zupełnie nie w jego stylu. Przecież gdzie rozróba, tam i jego tłusty tyłek!
Marcelina wcale nie była taka odważna. Miała mnóstwo lęków, często czuła strach. Jednak ten świat przyzwyczaił ją do takich przeżyć, dlatego znosiła je znacznie lepiej, a nawet odnajdywała się w takim świecie, mając przy sobie w dodatku sprzymierzeńców. Dlatego, gdy usłyszała dźwięk odbezpieczanej, obcej broni, a potem następny i znów kolejny, na oślep przeskoczyła przez drewniany stół i przewróciła go, strącając wszystkie karty i przeganiając kilku graczy, którzy również z przerażeniem szukali schronienia. Schowała się za nim, zakładając mentalny, żołnierski hełm i z zaciętą miną chciała odbezpieczyć swoją. - Cholera! - wyrwało jej się cicho, gdy zamiast szukanej spluwy chwyciła za... nic. Broń zostawiła na ladzie.
Przed sobą zauważyła smugę gęstej, czarnej mgły, która uformowała się w końcu w czarnego, czerwonoślepego wilka. Z ulgą dostrzegła, że był to Aragot, a nie cienie, których Marcelina się spodziewała. - Czy Ciebie nie można zostawić samej ani na chwilę? - Przecież nie jestem sama! I to oni zaczęli! - A mówią, że to płeć piękna jest dojrzalsza. - kotowata przewróciła cynicznie oczami, kładąc się na ziemi i czołgając powoli, pod stołami, w stronę lady. Aragot rozpłynął się w powietrzu z sykiem, który usłyszała tylko Marcelina. Gdzie jest Dżerald?! Akurat, gdy jest potrzeb... - warknęła, nagle czując mocne szarpnięcie. Silne dłonie wyciągnęły ją - phi, raczej WYSZARPAŁY - spod stołu, unosząc wysoko i z siłą nosorożca przyszpilając do ściany. - I co teraz zrobisz, mała dziwko?! - dopiero po chwili była w stanie przegonić mroczki przed oczami. Czuła ból głowy i pleców, nie mogła się skupić i zdematerializować, uciec czy nawet odpowiedzieć.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
Marcelina





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Gość on 16/6/2015, 14:12
Dał się sobie przyglądać doskonale zdając sobie sprawę z tego, że on również był odmieńcem. Poddany śmiertelnemu rytuałowi przeszedł małą metamorfozę, która na pierwszy rzut oka była dostrzegalna. Nie był wymordowanym, a mimo to tak samo, jak oni był ścigany.
Vidan nie bawił się zazwyczaj w podobne przedstawienia, oszczędzając sobie na nie czasu. Jednak alkohol znacznie go rozluźnił i wprawił w niesamowicie dobry nastrój. Tak dobry, że przetrąci komuś kark z uśmiechem na ustach – obojętnie jak przerażająco to brzmiało.
Złapał ją za rękę prowadząc za siebie, no skoro już zaczął robić z siebie pajaca chociaż odegra swoją rolę porządnie i do końca. Ale! Chyba tamci nie byli w nastroju na podobne numery. W pijanych oczach widać było jedynie chęć obicia komuś gęby. On nie zamierzał wyjść ze swoją w jakikolwiek sposób uszkodzoną.
Kiedy jeden z pół mózgów rzucił w nich krzesłem, Vidan mimowolnie odchylił się w bok, jednak nie robiąc przy tym za wielu niepotrzebnych ruchów. Zerknął za Marceliną, stwierdzając, że dobrze będzie jeśli się gdzieś ukryje, bo przypadkiem może i ona zarobić. Usłyszał broń. Było ich trzech, każdy uzbrojony. Jednak najbliżej niego stał ten, który siadł pierwszy. Parę metrów dalej ten, który rzucił, a tuż obok niego ostatni. Przekalkulował sprawę i jedyne co mógł zrobić w tej sytuacji to szybko zareagować. Złapał pierwszego gościa za rękę mocno za nią szarpiąc w swoją stronę, złapał go jako swoją tarczę i zaraz sięgnął po nóż za swoim paskiem w spodniach. Rzucił w nim celnie w stronę ostatniego. Ostrze noża wbiło w dłoń, w której trzymana była broń. Facet zginął się krzycząc, że krwawi, ale średnio się nim ktoś przejął. W następnej chwili, kopnął wysoki stołek pod nogi drugiego, rozpraszając jego chwilową uwagę, a pierwszego szarpnął w przód przywalając jego czołem o blat baru. Szybko stracił przytomność pod siłą uderzenia, od której skóra na skroni poddała się i pękła. Zrobił dwa duże kroki w stronę ostatniego, który zamiast bawić się z nim zapragnął urządzać dzikie awantury Marcelinie.
- Nic nie zrobi – powiedział Vidan, stojąc za plecami tamtego gościa. Złapał go za fraki i szarpnął go w tył na tyle mocno, że puścił Hienę. Przyciągnął typa do siebie, a oczy mu niebezpiecznie błyszczały. - Jeszcze raz tu przyjdziecie, a przetrącę wam karki, zrozumiano? – wychrypiał, a kiedy uzyskał potakującą odpowiedź, puścił go. - Spieprzajcie stąd za nim się rozmyślę. – Koleś w mgnieniu oka pozbierał swoich typów, spoglądając ostatni raz nienawistnie na Marcelinę.
- Sorry za burdel – mruknął, siadając z powrotem przy barze.- Jeszcze raz to samo! – zawołał do barmana.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Marcelina on 22/6/2015, 20:10
Co za burda! Marcelina nie mogła na takie coś pozwolić - nie w jej kasynie!
Dlatego też, gdy napastnik puścił w końcu jej koszulkę, a Hiena złapała szybko oddech, chwyciła za najbliższe krzesło i zadała nim cios prosto w plecy najbliżej stojącemu kolesiowi. W tej samej chwili do kasyna wkroczył Dżerald ze sporym działem na ramieniu. Całą twarz miał brudną od sadzy - widocznie grzebał w magazynku z przedmiotami przeznaczonymi na wygrane. No trudno - czasami trzeba złamać zasady. - Wypierdalać, suki! - warknął, celując prosto w łeb nadal stawiającego się - pomimo wyraźnych gróźb łowcy - łysego bandziora. Ten doskonale zdawał sobie sprawę z mocy tego wspaniałego cacka, co widać było po jego wyrazie twarzy. Splunął w ich stronę i szarpnął powoli powracającego do żywych gościa z rozbitą głową i wskazał im wyjście. Jerry otworzył im szarmancko drzwi, ze złośliwych uśmiechem zachęcając ich niegrzecznie do opuszczenia lokalu.
- Ostatnio to codzienność. - stwierdziła Marcelina, ocierając krwawiącą wargę. Spojrzała na Vidana i zaczęła się chrapliwie śmiać, wskazując na jego twarz. - Masz minę, jakbyś właśnie wygrał skurwielu w takiej dużej loterii. - parsknęła śmiechem, zatrzymując jedną z pań i prosząc o szklankę coca-coli z kostkami lodu w środku. - A dla tego ziomka - dodała, obdarowując łowcę spojrzeniem - dolewkę najlepszego alkoholu. Tak, tego na specjalne okazje.
Podeszła do lady, ponownie zajmując wcześniejsze miejsce. Złożyła dłonie przed siebie i, zachowując pokerową minę pomimo kilku ran i jeszcze krwawiącej wargi, oparła policzek o palce opartej na łokciu dłoni i z miną filozofa spojrzała na Vidana, jakby chciała właśnie powiedzieć: "żyć, czy nie żyć - o to jest pytanie...". Chwyciła prymitywny, zimny nakład przygotowany przez Dżeralda i przyłożyła go sobie do czoła, co w połączeniu z obraną pozą prezentowało się bardzo komicznie.  - Jak na Ciebie wołają, kasynowy wojowniku? - zapytała, zatrzymując wzrok na jego czole i przez chwilę przyglądając się mu, w końcu schodząc z siedzenia i, nie zważając na wszelki sprzeciw, przykładając okład do jego czoła. W miejscu, gdzie chyba oberwał, o czym świadczyło zaczerwienienie i zgrubienie podobne do tego, jakie posiadała Marcelina.
- Hiena, nie zapomniałaś o czymś? - wymordowana skierowała ku Dżeraldowi pytający wzrok. Wiedziała, że na takie pytania od niego istnieje tylko jedna odpowiedź. Błysk w jej oczach przerwał milczenie, a ta poderwała się z krzesła, wciskając Vidanowi w dłoń zimny okład. Machnęła Dżeraldowi i ruszyła szybko w stronę wyjścia, odwracając się jeszcze na chwilę do łowcy, stojąc już w drzwiach kasyna. Posłała mu jednoznaczne, cwane spojrzenie, po czym puściła zaczepialsko oczko, w końcu wychodząc i ruszając w stronę Atrity. Tak, miała jeszcze coś bardzo ważnego do załatwienia.
Ale łowca mógł być pewny, że to nie było ich ostatnie spotkanie.
z/t



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
Marcelina





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Kirin on 19/8/2015, 12:23
Śmierdziało tu, nawet gorzej niż on sam. Skoro jednak wyczuwał w powietrzu swąd gorszy od aury, która go otaczała, to już coś oznaczało. Dym papierosowy, pot i brud, a do tego smród bogatych paniczyków i biednych capów, którzy postanowili przybyć do kasyna by wygrać w życie, bądź pozbawić się idiotycznie całego majątku. Jakby nie patrzeć, żaden z nich nie wyglądał na potencjalnego gracza, który wbijał frontowymi drzwiami do głównej sali, by samemu przetestować własne szczęście, a może także umiejętności palców w podstołowych machlojkach.
- Tsh. - Parsknął z dezaprobatą obrzucając całą salę drwiącym spojrzeniem złotych oczu. Zacisnął dłonie w pięści nie wyjmując ich z kieszeni komentując w myślach to, co właśnie zobaczył.
To ma być nimi to kasyno? Cholerna imitacja, jama beznadziejnych oszust i kart wyciąganych z rękawa. Marna fałszywka pozwalająca poczuć się brudnym desperatom bogaczami przez kilka sekund.
Ta myśl jakoś poprawiła mu humor. Nie miał za bardzo ochoty wynurzać się ze swojej kryjówki, tyle że wizja możliwości rozwalenia jakiegoś kasyna zmotywowała go do ruszenia czterech liter. Teraz jednak, kiedy weszli do środka i jego oczom ukazała się niezbyt wielka sala, poczuł że znowu odpływają z niego wszelkie chęci. Oczywiście skoro już się tutaj znalazł, nie było mowy, by męczyć się w drodze powrotnej bez chociażby złamania jednego stołu.
Nie był zainteresowany tym, co mogli posiadać goście tego przybytku, nawet gdyby któryś z nich pałętał się po sali z workiem pełnym pieniędzy, chętniej by je spalił razem z właścicielem niż bawił się w odbieranie bogatym, dawanie biednym.
- To na pewno tu? - Zapytał swojego towarzysza cały czas spoglądając przed siebie. Od czasu do czasu jego wzrok padał na jakiś konkretny stół, a potem wędrował dalej bez reakcji na zaczepki i wrogie spojrzenia obserwowanych. Mówił na głos, praktycznie wołał, nie obchodziło go to, czy ktokolwiek zareaguje na tak jawne ujawnianie swoich planów. - Wygląda jakby ktoś już wcześniej rozwalił to miejsce. Straszny tu syf...
Beznamiętnie szurał butami o posadzkę od czasu do czasu tupiąc mocniej, by pozbyć się brudu z podeszwy. Pozostawiał po sobie spory bałagan i zachowywał się jak pan na zamku. Odpychał tych, którzy przypadkiem stanęli mu na drodze, górując nad większością. Nie miał litości nawet dla kobiet, które akurat jego irytowały jeszcze bardziej niż faceci. Upatrzył sobie jeden stolik, na którym kilka osób właśnie wpatrywało się intensywnie w wirującą tarczę niemal siłą woli starając się zmienić położenie przeskakującej kuleczki na odpowiednie pole. Najwyraźniej nie usłyszeli hałasu i przegapili nadejście dobermanów, albo wykazywali się szczególną odpornością na zaczepki w porywach nawet do ignorowania ich.
- No dalej... nie mówcie mi, że to jest ciekawsze niż wasze życie. - Zawisł nad uchem jednego z mężczyzn i wyszeptał to półgłosem do pozostałych obecnych dookoła, którzy zorientowali się, że coś jest nie tak, dopiero wtedy, gdy ich stół powędrował do góry obijając ich brody, pchany przez silnego kopniaka Kirina. Ten zaśmiał się tylko szyderczo i zrobił krok do tyłu oglądając pobojowisko.
Tym razem chciał się upewnić, że wszyscy już wiedzą, o napaści na kasyno.






Flirting with madness was one thing;
when madness started flirting back,
it was time to call the whole thing off.


Kirin





Kirin
Doberman     Poziom E
GODNOŚĆ :
Vincent de Lacroix aka. Kirin / Seba z DOGS


Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Gość on 19/8/2015, 13:07
Otwierał każde drzwi butem.
No, nazwać to otwarciem to tak jakby przyjebać komuś bejsbolem i nazwać to szturchnięciem.
Nie było szans żeby stare framugi w połączeniu ze starymi drzwiami i starymi zawiasami wytrzymały bliskie spotkanie ze znacznie nowszą i twardszą stalą, wylatywały przed siebie aż miło.
W pewnym momencie nawet poczuł się jak surfer.
Kiedy wywalił drzwi do kolejnego korytarza, od razu pobiegł za nimi i wskoczył na nie, udając, że właśnie sunie po falach oceanu.
No cóż, taki był zamiar, tak naprawdę przejechał jedynie kilka metrów w akompaniamencie nieprzyjemnego szurania i drzwi pękły raz jeszcze pod jego ciężarem, przynajmniej było widać, że podłoga ładnie wypucowana.
Okazało się, że jednak nie był na korytarzu a na głównej sali, ups.
- Stanowczo tu! Przecież Growlithe by się nie pomylił! - Powiedział głośniej niż jego kompan, a imię swojego przywódcy wręcz wykrzyczał aby wszyscy wiedzieli, że to nie byle chłystki, a sama bojowa elita DOGS zawitała w te skromne i obszczane mury.
Widząc schodzące szybko z drogi kobietki w tych śmiesznych strojach kelnerek zaśmiał się paskudnie i sięgnął ręką w stronę jednej z nich. Kiedy ta zamknęła oczy i już pogodziła się ze śmiercią, Fenrir po prostu sięgnął po kieliszek znajdujący się na jej tacy.
- Dziękuję piękna panno. - Powiedział szarmanckim tonem i pocałował ją w polik, to było dla niej większym zaskoczeniem niż urwanie głowy więc czemu nie.
Oczywiście Fenek prezentował się lepiej niż Kirinek, a jakże.
Ubrany w swój dopasowany garnitur, który skrywał mechaniczną łapę jak i nogi szedł pewnym siebie, ale i dżentelmeńskim krokiem.
Zatrzymał się jednak słysząc słowa wymordowanego i rozejrzał się po sali.
- Ty. Faktycznie. - Powiedział drapiąc się po głowie i rozglądając z miną pawiana, który dostał czerwone zamiast żółtych bananów.
- NO PRZEPRASZAM PAŃSTWA, ALE WY CHYBA NIE WIECIE KOGO TUTAJ GOŚCICIE! - Krzyknął wyraźnie rozdrażniony i sięgnął po najbliższy stolik, którym cisnął w jeden z żyrandoli, zapewne kilka osób zemdlało z wrażenia, w końcu ma się ten urok i klasę przy rzucaniu meblami.
Zdjął z siebie swoją marynarkę i podał jednej z kelnerek.
- Pilnuj to złotko, niedługo po to wrócę. - Powiedział cieplutkim niczym świeżo ugotowane przez babcię pierożki i posłał jej cmoknięcie, ah ta jego perswazja, kelnerka od razu się zauroczyła i odsunęła aby podziwiać go z oddali.
Związał swoje włosy w kok kiedy już nic go nie ograniczało i pomachał swoją mechaniczną łapką w stronę publiki i podszedł do jednego ze stolika, akurat tego obok Kirina.
- Witam panowie, pozwólcie, że się dołączę. - Większość z tych imbecyli nawet nie zauważyła, że coś jest nie tak, hah!
Tylko niektórzy jednak wydawali z siebie już zapach przetworzonego śniadania, zapewne widzieli jego piękne zagranie z poprzednim mebelkiem.
No cóż, już za późno bo kiedy żetony poszły w ruch, tak jego katana również, po cichu wystrzelił ostrze od dołu i zanim stół opadł, to zdążył wykonać dwa piękne obroty w powietrzu, dopiero po nich postanowił przytulić dwóch graczy, którym wyraźnie się to nie spodobało.
- Zaczynamy zabawę proszę państwa, obiecujemy, że macie szansę na wyjście stąd bez szwanku! - Krzyknął, po czym wyjął swoje UMP i odstrzelił typa, który właśnie próbował uciec przez wyrwę w drzwiach.
- Ale tylko jeśli zostaniecie z nami do końca, sami widzicie czym kończą się próby ucieczki! - Dodał po chwili śmiejąc się do rozpuku i pokazując swój perłowy uśmiech żywcem wyciągnięty z reklamy colgate.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: GŁÓWNA SALA

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 12 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry