Strona 4 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Gość on 14.02.16 1:27
Nie miał. Zielonego. Pojęcia. Jak. Się. Tu. Znalazł.
Do DOGSów należy już grubo od ponad roku, a nadal potrafi zgubić się na trzech piętrach na raz, nie wspominając nawet o jego urokliwej umiejętności o zapominaniu drogi powrotnej. Prawdopodobnie przy trzecim rozwidleniu wyleciało mu z głowy, po co w ogóle przyszedł do kryjówki. Więc szedł przed siebie, trafiał na dziury, dziury trafiały na niego. Gdyby nie uprzejmy robak na piętrze wyżej w ogóle nie zorientowałby się, że zrobił kółko. Jeśli w ogóle tutaj można zrobić kółko. A może to był inny robak? Cholera, to by oznaczało, że zwierzał się już dwóm różnym pierścienicom w przeciągu zaledwie piętnastu minut. Starzejesz się, Julian. Cóż, na pewno młodszy się nie robi. Szkoda.
Wparował do jadalni z premedytacją, dopiero teraz odnajdując się we własnym położeniu. To było pomieszczenie, które swoją drogą odwiedzał najczęściej zaraz po pokoju medycznym. Zatem zdawał sobie sprawę z tego, że jest jeszcze malutka nadzieja na wydostanie się do cywilizacji (cóż za ironia) bez pogrążenia swojej własnej reputacji w tej małej brudnej klitce, w jakiej siedzi od trzech miesięcy przez pamiętne wydarzenie z cudzą ręką. Teraz wystarczyło tylko... zaraz... zaraz czy on nie miał przypadkiem zdolności panowania nad ziemią? A teraz właśnie siedzi pod ziemią, marudząc, że nie może wyjść? Skoro może to po prostu wyczuć?
Julian zamrugał efektywnie, siadając na pierwszej lepszej ławie w geście czystego załamania. Mamusia miała rację. Trzeba było iść na dentystę. Dopiero po chwili uniósł gwałtownie głowę, jakby bojąc się, że Matylda zaraz rzuci się na niego i właśnie wtedy przypomni sobie mamusię, tatusia, może nawet babcię z dziadkiem podczas duszenia się pod wpływem niezwykle kobiecego uścisku. Nie żeby narzekał, uwielbiał uściski. Matylda po prostu... była niezwykle osobliwą dziewuszką. Na szczęście nie było jej nigdzie na horyzoncie, co z jednej strony dawało tyle samo podejrzeń, co chwilowej ulgi. Był pewien, że wystarczy jeden niewłaściwy ruch, a kobieta wyskoczy zza rogu z bronią w postaci patelni, bądź nawet czymś w rodzaju paralizatora dla ubogich (czyli patelnia z ząbkami). Nie powinien się w końcu pałętać po siedzibie, jeśli nie ma konkretnego powodu. Ale skoro już tu jest...
Julian! – Usłyszał i zamarł. Znalazła go. To koniec. Wystarczyła chwila nieuwagi, by silne ręce Matyldy przygarnęły go w najbardziej przerażający sposób na świecie.
Och – wyrzucił tylko i poddał się zatrważającej ilości miłości, jaką obdarowała go pani gospodarz. Uśmiechnął się przyjaźnie, jednak przez jego twarz przebiegł pewien element zaskoczenia i zdezorientowania, gdy ręce różowowłosej zawędrowały tam, gdzie nie powinny. – Oho! Ho ho – krzyknął od razu, wyswobadzając się z objęć. Sprawy przybrały bardzo zły kierunek. Och Matyldo, gdybyś była tylko parę centymetrów niższa!
Znowu się zgubiłeś?
Ależ skąd! Byłem... jestem bardzo głodny i pomyślałem, że wpadnę! Dawno u ciebie nie byłem! – wybrnął automatycznie, prostując się dumnie z własnej umiejętności do zerowania grzechów. Tak, powiedział jedno kłamstwo, ale za to zaraz naprawił je jedną prawdą! A nawet dwoma! Istotnie w brzuchu mu trochę burczy, a ostatni raz zawitał do DOGSowej kuchni zdecydowanie w poprzednim tygodniu. Cały szmat czasu!
Matylda wydawała się być owym wyznaniem poruszona, bo natychmiast zabrała się do przyrządzenia czegoś, co da się zjeść i co nie macha do ciebie z talerza. Julian opadł z powrotem na swoje miejsce. Mała kanapeczka jeszcze nikogo nie zabiła. Jeszcze.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Insomnia on 14.02.16 20:34
Wcale nie była zadowolona z tego, że kazano jej zostać.
W czasie, kiedy dobra część gangu wyruszyła w celu odbicia uprowadzonego Wilczura, Nayami dostała bezwzględny zakaz oddalania się od kryjówki. O tym, żeby dołączyć do grupy ratunkowej, mogła tylko pomarzyć; nawet nie ośmieliłaby się napomknąć o tym w obecności matki, której zdanie siłą rzeczy było dla dziewczyny święte. Wiedziała, na ile może sobie u niej pozwolić i kiedy odpuścić, żeby nie stracić w oczach rodzicielki. Co jak co, ale szacunek do swoich starszych miała ogromny bez względu na to, czy na niego zasługiwali, czy też nie. W końcu to z ich chorego pomysłu jej imieniem było Kłopot. Kto normalny tak robi?
Choć w sumie. Kto jeszcze na tym świecie jest normalny?
No i właśnie, z powodu całkowitej konieczności pozostania w kryjówce i pomagania komu się da z czym się da, całymi dniami błąkała się po korytarzach i szukała sobie przydatnego zajęcia. Tu coś przeniosła, tam pobiegła po potrzebną osobę, robiła mniejsze i większe rzeczy dla każdego, kto akurat potrzebował dodatkowej pary rąk, nóg i oczu. Poruszanie się w plątaninie wewnętrznych przejść nie było już dla niej żadnym problemem; to w nich raczkowała, później stawiała pierwsze kroki w pozycji wyprostowanej, by w końcu przez siedemnaście lat pobytu nauczyć się ułożenia większości z nich na pamięć. Dlatego obcy był jej już problem gubienia się w kryjówce, choć we wcześniejszym dzieciństwie sama miała z tym problemy. Przynajmniej nigdy nie została doprowadzona do takiej ostateczności, by przebijać się pięściami przez ściany.
Do jadalni wparowała jak burza, gwałtownie odrzucając drzwi. W ostatniej chwili zorientowała się, że ich wypuszczenie z dłoni nie będzie zdrowe - mogłyby wypaść z zawiasów. Dlatego przytrzymała klamkę w dłoni i zatrzymała pędzący obiekt, przystając pod framugą: majestatyczna księżniczka w nierówno przyciętych szortach zamiast balowej sukni, z nieco dzikim, radosnym uśmiechem na twarzy i obdrapanymi, czerwonymi kolanami. Pędzące za poruszonymi drzwiami powietrze zafalowało kaskadą kruczoczarnych włosów, zaś gdy tylko spojrzenie złotych oczu napotkało tylny obraz znajomej sobie istoty, przestrzeń powietrzną  wypełnił wesoły dziewczęcy głos.
- Julek~! - zawołała śpiewnie, podbiegając do bernardyna może w sekundę lub dwie. Dopadła go bez litości, natychmiast oplatając szczupłe ramiona wokół jego tułowia. Swoją własną głowę wcisnęła mu na ramię, spoglądając z ukosa i szczerząc się radośnie.
- Co tam? Jak tam? Co robisz? - Zarzuciła go natychmiast ostrą amunicją pytań, nieco przy tym ściszając głos, ażeby przypadkiem biedaka nie pozbawić słuchu. Czekając na reakcję i odpowiedź, zaczęła się delikatnie kiwać na stopach i stając raz na piętach, raz na palcach, przez co razem z nią chybotał się także usadowiony na ławeczce anioł. Spokój tego biedaka własnie został na dobre zmącony i nie wróci do normy tak szybko, jak byłoby to wskazane. W końcu kiedy ktoś miał do czynienia z Insomnią nie powinien liczyć na szybkie pozostawienie w spokoju.


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Gość on 17.02.16 17:30
Przez całe dwadzieścia dwie minuty, przez jakie tułał się po kryjówce, miał usilne wrażenie, że wszyscy się zmyli. Że w tej zapomnianej przez Boga lokacji został tylko on, parę (nie?)groźnych robaczków, trochę okazjonalnej biedy i unoszący się w powietrzu zapach feminizmu. Prawdopodobnie zapomniał powodu, prawdopodobnie nawet znać go nie musiał. Wręcz pogodził się ze swoim losem samotnika, a raczej podłokietnika Matyldy, która wydawała się być jedyną żywą (cóż za ironią) duszyczką. Naturalnie dokładnie w momencie, gdy stracił wszelkie nadzieje, los postanowił bardzo brutalnie postawić go z powrotem do pionu. Do jadalni wpadła Nayami i, niech wszelkie belki w tej kuchni będą mi świadkiem, nie dało się nie zauważyć. Wpadła było całkiem dobrym określeniem, biorąc pod uwagę fakt, że mało nie wleciała do środka na drzwiach. Nie musiał się nawet specjalnie wysilać, co do zgadywania, kto śmiał przeszkodzić mu tę iście niezręczną pogawędkę z najbardziej męskim i jednocześnie kobiecym stworzeniem w całej organizacji. Głos, gwałtowność, przeszywające spojrzenie całkiem niewinnej dziewuszki na plecach. To musiała być ona. Ewentualnie Julian świruje. To też opcja!
Docenił fakt, że teraz podczas bycia duszonym w uścisku przynajmniej nadal czuje swoje żebra bez możliwości policzenia ich własnym płucem. Subtelna różnica pomiędzy uściskami kompletnie dwóch kobiet. Subtelna. Ale jakże ważna. Mimowolnie uśmiechnął się, pozwalając sobie na przysunięcie Nayami bliżej siebie i objęcie jej mamusiną, cudowną rączką dobra i miłości.
Tobie też dzień dobry – zaśmiał się, nie mając nic przeciwko chybotaniu się z dziewczyną. Prawdopodobnie podchodziło to pod jakąś zbiorową chorobę sierocą. Nie przejmował się jednak - ważne, że ktoś go w końcu znalazł i teraz będzie mógł opowiadać swoje nieśmieszne żarty nie jednej, ale dwóm niezainteresowanym osobom! Trafił akurat na takie, które w razie konieczności pewnie choćby udawałyby zafascynowaniem komicznym zdolnościom Juliana. Pocieszne duszyczki. – Bardzo dobrze, bardzo dobrze i aktualnie przyszedłem odwiedzić kochaną Matyldę.
Powinien nie być taki miły dla wszystkich. To właśnie przez to dłonie wyżej wspomnianej kobiety lubią gubić się w dolnych partiach anioła. Dlaczego w tych czasach bycie uprzejmym jest równoznaczne z flirtowaniem? Gdzie się podzieli ci wszyscy dżentelmeni?! Krzyknął, kiwając się w kryjówce DOGSów z dwumetrową maszyną do zabijan- znaczy gotow- znaczy do kochania.
A ty? Jak tam, co tam i co robisz? – W momencie zadawania pytań, Matylda już zmierzała w jego stronę z przygotowaną porcją energii na czymś w rodzaju talerza bądź co najmniej substancji stałej. Pewnie gdyby Nayami się nie pojawiła, zmówiłby się z kucharką na wspólne gotowanie i skończyliby robiąc zjadliwy obiad, zrobiony zaledwie z wyskrobanego prowiantu z szafek, chusteczek, wody i tego całego mięsa, które zalega w spiżarni. Cóż to byłaby za uczta, zwłaszcza że jedzenie przygotowane by było na dwadzieścia osób, a oni byliby tylko we dwójkę. Najwyżej się odgrzeje.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Insomnia on 17.02.16 22:26
Z pięt na palce, z palców na pięty - nie była w stanie przestać się poruszać choćby na chwilę, nawet mając w objęciach Bogu ducha winne anielskie istnienie, przez co zmuszała biedaka do uczestniczenia w niekoniecznie przyjemnym kołysaniu godnym najlepszej sierotki. Wpięte w dziewczęce włosy podłużne piórka teraz z zawziętością godną lepszej sprawy smyrały Juliana po policzku, w miarę jak przyczepiona doń nastolatka nie odpuszczała miarowego kiwania.
- Bardzo dobrze? To... bardzo dobrze. Już myślałam, że znowu się zgubiłeś, przecież wiem, że ci się to zdarza. Założę się, że głód cię trzyma, mam rację? Sama też bym coś zjadła, ale tak w sumie niekoniecznie. Wiesz o czym mówię? Niby głód, ale jednak to mi się nie chce. - Trajkotała jak najęta, ostatecznie puszczając ofiarę swego rozbujania i obróciwszy się zgrabnie, zasiadła na ławce tyłem do stołu. Dzięki temu obracając się ukośnie była przodem do Julka i mogła potraktować go jakże uroczym uśmiechem numer pięć.
- U mnie nudno. Hej hej, Matyldo~! - Przerwała i pomachała dłonią olbrzymiej kobiecie, do niej również posyłając przyjemny uśmiech. Podciągnęła jedną nogę i położyła ją poziomo na ławce, tak jakby zamierzała usiąść po turecku. Tego jednak nie miała w planach - druga dolna kończyna nadal dyndała swobodnie z drewnianego siedzenia, również nieustannie poruszana raz do przodu, raz do tyłu. - Cudownie was widzieć, właśnie was oboje. Mama nie pozwala mi oddalać się od kryjówki dopóki nie wrócą z Edenu, wiesz ten cały kłopot z porwaniem Wilczura i tak dalej i tak dalej. Chciałam iść, ale powiedzieli mi, że nie mogę, bo jestem za młoda, za mało umiem i nic dobrego by z tego nie było. No to nie, to popilnuję, żeby ciebie nikt nie zgarnął. - Zachichotała cicho z własnego zaimprowizowanego żartu. Trochę było jej żal, że nie może wziąć udziału w tak ważnej akcji, ale z drugiej strony musiała zrozumieć - jeżeli nie mogła się przydać, nie było sensu narażać się na niebezpieczeństwo. Dlatego trochę się smuciła, ale nie za bardzo. Na pewno znajdzie jeszcze mnóstwo sposobów, żeby zrobić coś pożytecznego i nie stracić przy tym wszystkich kończyn.
- Jak myślisz, kiedy wrócą? Długo już trochę ich wszystkich nie ma. Może mają kłopoty? Albo już wracają... w sumie Eden jest chyba daleko, nie? Jak bardzo daleko? - Rzuciła bombą pełną pytań, przekrzywiając przy tym głowę w kierunku stołu. Kaskada długich, czarnych włosów spłynęła gładko za ramionami dziewczyny i zafalowała miarowo, zastygając za chwilę jak sznurkowa zasłonka. Spore złote oczki były teraz wlepione prosto w Juliana, nie odrywając się odeń ani na moment. Podeszwa tenisówki wciąż szurała regularnie po podłodze jadalni, jednak reszta ciała wymordowanej na chwilę się uspokoiła. Jeden z nielicznych momentów, kiedy Nayami rzeczywiście nie ruszała się jak kurczak podpięty do prądu - gdy czekała na odpowiedź, która naprawdę ją interesowała. I nawet jeżeli bernardyn nie miał żadnych konkretnych informacji, domysły ciekawiły ją równie mocno co fakty. W końcu dorosła osoba musiała siła rzeczy więcej niż taka nastolatka, która przez większość swojego życia kręciła się w jednym miejscu, a nawet po podrośnięciu nie oddalała się zanadto od okolic kryjówki. Tak było dla niej najbezpieczniej.


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Gość on 19.02.16 17:35
Szybkie, nerwowe spojrzenie na kraniec stołu pozwoliło dostrzec uważnemu obserwatorowi, jak bardzo Nayami miała rację. Akceptował siebie na tyle, by przyjąć to z honorem, jednak nie na tyle, żeby przyznawać się do tego przed bliźnimi. Jeszcze nie. W końcu powinien być... cóż... lepszy. Jest aniołem, przynajmniej z tego, co wie i co mówią jego skrzydła. Na kartach historii winien zapisać się jako ludzki przewodnik z ogniem z Olimpu w jednej ręce i z kubeczkiem z KFC w drugiej. Tymczasem gubi się w głupiej kryjówce własnej organizacji, do której należy już grubo ponad rok. A może dłużej? Nie pamiętał. Jeszcze.
Ja? Pfft. Wyrosłem z gubienia się w poprzednim tygodniu o trzeciej osiemnaście – prychnął, odchylając się niebezpiecznie do tyłu, jednak nadal doskonale panując nad własną równowagą. Roześmiał się nerwowo z ledwo słyszalną nutką rozbawienia, wywołanym przez własną głupotę i nieogarniętość. Prawdę mówiąc to jemu przydałby się Anioł Stróż. Ktoś, kto odsuwałby Julkowi kłody spod nóg, zanim nie poleci na iście romantyczną randkę z podłogą. Pełne współczucie dla Ericha.W sumie nie, nie wiem. I nie wiem też czy chcę wiedzieć, brzmi boleśnie jak na ludzkie odczucie.
Niby głód, ale jednak jej się nie chce. Na czym to polega? Kolejny tajny kod? A może to po prostu kobiece fascynacje i brak kontroli nad własnym żołądkiem? Czy przypadkiem nie jest o wiele gorzej, gdy zachodzą w ciążę. Jezusie Chrystusie i wszystkie pozostałe nienarodzone próbki, nie dajcie Nayami zajść w ciążę.
Usłyszawszy coś o porwaniu Wilczura automatycznie wyprostował się, mrużąc oczy. A więc... porwali... Wilczura... cóż, nie to, że nie wiedział. Na pewno gdzieś tam w mózgu anioła po prawej stronie za półką z przeterminowanymi konfiturami z Edenu znajdowała się ta informacja, zgrabnie wyeksponowana. Cholerny kurz. To dlatego tutaj tak pusto! Wszystko jasne. Czy on też przypadkiem nie powinien pójść coś z tym zrobić? Nah, jako grzeczny Bernardyn posiedzi na swoim miejscu i poczeka na stawy do nastawienia, kości do naprawienia i głowy do przykręcania. Zainterweniuje w razie potrzeby. Będzie wiedział. Tak sądził.
Nie sądzę, żeby mnie chciał ktoś zgarnąć – odpowiedział automatycznie, wzruszając ramionami w dziwnym spięciu. Uniósł kącik ust. – Mam kiepskie żarty, czasami za dużo gadam. Zapewne skończyłbym na grze w butelkę z porywaczami. Ewentualnie na jakimś bardzo brutalnym, bardzo dobrym makao. Mimo to dziękuję za troskę! – dodał szybko, zajmując się wreszcie własnym posiłkiem, o którym zdawał się zapomnieć przez całe zamieszanie w jego własnej głowie. W sumie kiedyś go już chyba porwali. I prawdopodobnie oddali z własnej woli po trzech godzinach.
Przełknął kolejny kęs, namiętnie gapiąc się w kawałek ściany. Na wzmiankę o Edenie coś błysnęło na twarzy Juliana, coś krótkiego, kompletnie nieważnego, pominiętego. Zaraz westchnął lekko, odchylając się na własnym siedzeniu i krzyżując nogi, by usiąść po turecku. Dopóki nie spadł, wszystko było w jak najlepszym porządku.
Sądzę, że to będzie jakieś... dwa tysiące bananów w porywie do jednego dzielnego, turlającego się arbuza. A wierz mi, większość rzeczy powyżej piętnastu bananów często nie jest nawet warta uwagi – kiwnął głową ze śmiertelną powagą wypisaną na twarzy podczas leniwego żucia. W kwestii jedzenia przypominał krowę na pastwisku. Chociaż... kto był pierwszy? Julian czy krowa?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Insomnia on 21.02.16 13:25
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu godnym Kota z Cheshire. Oczywiście, że nie brała słów anioła dosłownie. Widziała aż za dobrze, że ściemniał, zresztą przed nią naprawdę nie miał potrzeby się ukrywać. Przecząca odpowiedź tylko utwierdzała ją w przekonaniu, że miała całkowitą rację. Poza tym wcale nie zamierzała tego faktu oceniać; sama miała o wiele łatwiej, poznając plątaninę podziemnych korytarzy odkąd tylko nauczyła się chodzić. Wiedza zdobywana doświadczeniami od małego zapamiętywała się o wiele lepiej niż po praktykowaniu przez ledwie rok. W zakresie orientacji w kryjówce gangu miała najzwyczajniej w świecie sporą przewagę.
- No oczywiście - przytaknęła, nie zdejmując rozbawionego, odrobinkę ironicznego uśmiechu z bladej twarzyczki. - Przecież ja w ciebie nigdy nie wątpiłam! - dodała zaraz. Nie umiałaby nie wspierać Julka, szczególnie że od początku wydawał się być z lekka nieogarnięty. I choć żaden z niej anioł, Nayami postawiła sobie za punkt honoru nieco Bernardynowi dopomóc jak właśnie taki połowiczny stróż. W końcu czymś pożytecznym musiała się zajmować, a nie zawsze znajdowały się jakieś konkretne zadania dla dobra ogółu. W takim razie czemu by nie poskakać wokół pewnego anioła? Nie wydawał się mieć cokolwiek przeciwko temu, szczególnie że wbrew pozorom dziewczyna była tylko trochę upierdliwa. Kwestia gustu tak naprawdę.
- Nie wiesz? To ja ci już tłumaczę. Wyobraź sobie tak: czujesz głód, wiesz, burczy ci w brzuchu i tak dalej, no dziko byś coś zjadł, ale nie chce ci się ani po to wstawać, ani iść po jedzenie, ani go przygotowywać, nawet gryźć i przełykać ci się nie chce. I tak to jednocześnie chcesz jeść i nie chcesz jeść, rozumiesz? No i właśnie coś takiego teraz mam. Jak trochę poczekam to samo przejdzie. - Wyrzucała z siebie słowa jak katarynka, sprawiając wrażenie jakby nie potrzebowała w ogóle robić przerw na oddech. W głosie dało się usłyszeć czysty entuzjazm w żywej formie. W końcu nie zawsze udawało jej się dorwać tak przyjemne towarzystwo jak w chwili obecnej.
- Nie? Ha, a zdziwiłbyś się. - wycelowała w anioła białym palcem wskazującym i zakręciła nim małe kółeczko. - Gdyby nie to, że zadajesz się ze mną po dobroci, to sama bym cię porwała! A więc kto wie, może mam jakąś ukrytą konkurencję, hm? - Odłożyła rękę zgiętym łokciem z powrotem na stół, przez chwilę kręcąc głową z rozbawieniem. Zaraz jednak drugą dłonią poprawiła grzywkę i podniosła wzrok z powrotem.
- Sam widzisz, że muszę cię dopilnować, bo mi cię jeszcze kto ukradnie. - A skoro o kradzieży mowa, to nawet nie patrząc w tamtą stronę wsunęła palce na leżący przed Julianem talerz i gwizdnęła mu nieco posiłku. Nie przejmowało jej to, że łapie gołą dłonią ciepłe danie, gdyż zaraz wraziła zdobyty kęs do ust i zniknął jak sen złoty. Nic dziwnego, że była taka wychudzona - w końcu kradzione nie tuczy.
- Tak daleko? Ale ile to będzie w jabłkach? Wolę jabłka od bananów - stwierdziła od razu, podejmując owocową grę. Bezceremonialne oblizała palce i zwinęła je w pięść, opierając nań głowę, przez co przechyliła się nieco w stronę stołu. Nie wytrzymała długo mając tylko jedną nogę w ruchu, więc zaraz przesiadła się na ławkę okrakiem i teraz obiema szurała delikatnie po podłodze, regularnie jak metronom prosto z fabryki.
- Ale chciałabym kiedyś zobaczyć Eden albo miasto. Tam musi być bardzo ładnie, no nie? Ktoś mi tak mówił, tylko już nie pamiętam kto. - Wydęła nieco usta w zamyśleniu, ale nie kłopotała się długo zaginionym fragmentem pamięci. W końcu nie był jej aż tak potrzebny, by teraz się nim nadmiernie przejmować.


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Gość on 10.03.16 15:21


Zmrużył lekko oczy, przypatrując się Nayami nie tyle złośliwie, co podejrzliwie. Mała cwaniara wydawała się mu kompletnie nie wierzyć, czego zdawał się połowicznie nie zauważać przez własne, święte przekonanie, że jego urokowi nie da się uprzeć. Cóż, nie będzie zaprzeczał, że rzeczywiście może mieć jakiś problem z orientacją w terenie, ale hej, ten rozbawiony uśmiech jest wręcz aż za oczywisty. Z resztą nie miał się co porównywać do brunetki, ta latała tutaj od najmłodszych lat, trenując się na prawdziwego specjalistę w kwestii korytarzy i zakrętów, a on? Czas załatwić sobie psa pomocnika.
Kiedy Nayami szczegółowo opisywała własne odczucia względem niby głodu, ale jednak jej się nie chce, Julian skupił się na jej słowach na tyle, że na małą chwilę przestał jeść, oddychać, gdzieś po drodze nawet myśleć, co musiał bardzo szybko naprawić. Przeanalizował wszystkie za i przeciw, po czym wyprostował się dumnie i wbił wzrok w pierwszy lepszy element jadalni, nie zważając na to, czy się porusza czy też nie.
Zdaje się, że wiem co to jest – odezwał się w końcu, kiwając głową sam do siebie. Szybko przeniósł spojrzenie na dziewczynę obok, unosząc jednocześnie kącik ust do góry, jak to miał w paskudnym zwyczaju. – Zet El Zet. – dodał po chwili, przyjmując minę lekarza-specjalisty. Był w końcu Bernardynem! Czasami niedouczonym, trochę nazbyt pobłażliwym, ale był i miał prawo wystawić lekarską opinię. – Zaawansowe Lenistwo Zaraźliwe.
Doprawdy, wystarczy tylko na nią spojrzeć. Nawet jemu się odechciewa jeść. Chociaż nie, jednak nie, z głośnym walcem op. 64 nr 1, wydobywającym się z jego brzucha, nie da się argumentować.
Więc chyba dobrze, że zadaję się z wszystkimi z czystej dobroci? – zaśmiał się, wracając do posiłku. Cholera, miał podopiecznego w niebieskich, za którego oddałby nerkę, a nawet dwie. Julek to ostatnia osoba, po której można spodziewać się braku sympatii czy empatii. Tak, kiedyś go to zgubi. Kiedyś.
Zamrugał, widząc, jak kawałek jego biednego posiłku znika w pewnych nikczemnych palcach, by zaraz skończyć w ustach głodnej nastolatki. Tak. Niby głód, ale jednak jej się nie chce. A jak przychodzi co do czego, to tylko mięso lata z rączki do rączki.
Chyba będę musiał cię poprosić o popilnowanie czegoś innego, niż mnie. Właśnie podkradnięto mi ziemniaczka, komendancie, proszę się tym zająć.
Mimo wszystko podsunął nieco talerz w jej stronę, w razie gdyby kolejny kawałek ją skusił. Nic się jej nie stanie, jak zje trochę więcej. Julian wręcz posunąłby się o stwierdzenie, że doskonale jej to zrobi.
Westchnął cicho. Teraz miał ochotę zagrać w klasy.
Każdy banan to dwa jabłka – wyjaśnił niespiesznie, podciągając nogi, by usiąść na ławce po turecku. O dziwo zmieścił się. Przez te wszystkie słodycze już sam nie wiedział. – Ale banan jest bardziej uniwersalną jednostką miary. Bo wiesz, jak rzucisz bananem, to jest osiemdziesiąt dwa procent na to, że kiedyś w końcu upadnie i się nie ruszy. A takie jabłko powędruje Pan wie gdzie i musisz zaczynać od nowa.
Nie wspominając nawet o tych okropnych, lecz kochanych arbuzach, które mają najprawdopodobniej najbardziej wyjebane ze wszystkich owoców.
Cudze chwalicie, swego nie znacie! Jak dla mnie te piękne podziemne korytarze są równie fascynujące i mylące, co takie miasto czy Eden. Zwłaszcza Eden.[/color]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Insomnia on 10.03.16 20:41
- Taaaak? - rzuciła przeciągle, sunąc łokciem po blacie, przez co przechylała się coraz bardziej i mogła zerkać na anioła z ukosa. Uniosła jedną brew, z zainteresowaniem oczekując rozwinięcia tego nikłego strzępka informacji. Przy nieznanym sobie skrócie nieznacznie zacisnęła wargi - ślicznie czerwone, geny mamusi - i spojrzała wymownie na swojego rozmówcę. Nie przepadała za sytuacją, kiedy ktoś nadmiernie przeciągał podanie jej informacji. Stąd więc szczęście Julka, że nie zwlekał za długo, nawet jeżeli ostatecznie wyjaśnienie również nie zostało przez dziewczynę przyjęte z jakimś szczególnym entuzjazmem. Zmrużyła nieco oczy, które pod cieniem powiek już nie wyglądały na złote, a na brudnobrązowe. Nieznacznie zgrzytnęła zębami, jak gdyby była wilczycą tuż przed atakiem. Brakowało tylko dodatkowej gestykulacji zwierzęcymi uszami i ogonem, ale takich bajerów na szczęście nie posiadała.
Po chwili zaprzestała groźnego mierzenia wzrokiem, rozluźniając napiętą twarz i unosząc się lekko na opartym o stół łokciu.
- Wcale nie jestem leniwa. To nie moja wina, że dzieją mi się takie dziwne rzeczy. To pewnie wina genów. - Tak, bo mniej-więcej zawsze, kiedy coś szło nie po jej myśli, zwalała winę na swoją pulę DNA. Właściwie to w domyśle rzucała metaforycznym, duchowym kamieniem w stronę swoich rodziców, ale oficjalnie nigdy nie powiedziała niczego podobnego. No i przecież wiedziała jak najbardziej, że to nie tylko o nich chodzi. Zwyczajnie w ten sposób wyładowywała frustrację związaną ze swoimi przodkami, którzy nie chcieli jej na tyle, by nazwać ją Kłopotem. Uroczo jak cholera.
- Czy to coś zmienia to w sumie nie wiem. Po prostu jeżeli nie chcesz zostać porwany to musisz mnie jakoś znosić. - Wyszczerzyła się wymownie. Od dnia, w którym Nayami pierwszy raz natknęła się na Bernardyna, chłopak był całkowicie wtopiony. Przeżyła wtedy ten specyficzny rodzaj zachwytu, ten sam którego doświadczają himalaiści podziwiający panoramę gór i inne takie. Coś, co sprawia, że nie można za żadne skarby z czegoś lub kogoś zrezygnować i takie właśnie podejście miała młoda do swojego kochanego wujka Julka. Nawet gdyby on sam nie chciał się z nią zadawać, jakoś by do tego przekonała - metodą, siłą... chociaż rozwiązanie siłowe mogłoby się skończyć tragicznie, gdyby przypadkiem straciła nad sobą panowanie. Tego lepiej było nie ryzykować.
- Ćśśś - wysyczała, przytykając palec wskazujący do wygiętych w uśmiechu warg. - Niczego nie widziałeś, nic nie zaszło, o niczym nie wiesz. Robisz właśnie dobry uczynek. - Mrugnęła jednym oczkiem porozumiewawczo, po czym równie sprawnym ruchem porwała kolejny kęs cudzego posiłku i pozbyła się go we własnych ustach w trybie błyskawicznym.
- Ale - zaczęła, przytykając blady paluszek do czubka anielskiego nosa. - kiedy rzucisz bananem, to on po spadnięciu zapewne się porządnie rozplaskaci. Więc jeżeli rzucisz ich więcej i nie policzysz wcześniej, to później nijak się nie domyślisz, która żółta papka jest z którego. Jabłka są trudniejsze do zdarcia - stwierdziła tonem tak pewnym przekonania, jak gdyby głosiła właśnie doktryny wiary. Krótka rozprawa o rzucaniu owocami, powinna to kiedyś opublikować.
- No i? Tutaj jest ładnie, ale wiesz, ja rzadko widuję cokolwiek poza kryjówką i najbliższą okolicą. A chciałabym zobaczyć też resztę świata, podobno jest tak ogromny, że jak się cały narysuje na kartce, to nie widać nawet różnicy między nami tutaj, Miastem i Edenem! Normalnie nie mogę w to uwierzyć. Na cały świat raczej nie mam szans, ale w takim razie chciałabym zwiedzić chociaż kawałek, malutki kawałeczek. Przecież Eden to podobno nazwa raju, nie? Więc powinno tam być ładnie i dobrze. Tak myślę. Bo niby czemu nie?


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


d98840

Pisanie by Gość on 19.03.16 14:12
Jedzenie poszło zadziwiająco szybko, choć spodziewał się, jak zwykle, jeść go jakieś pół godziny. Nigdy nie był zbytnio sprawny w takich sprawach. Najwidoczniej albo był niesamowicie głodny, albo to obecność Nayami sprawiła, że za bardzo się pospieszył. Cóż. Nie żeby narzekał.
Odruchowo odsunął się od stołu, przez co mało nie wywrócił się na biednej ławce. Następnie przeciągnął się leniwie i parsknął zdecydowanie za głośno na słowa dziewczyny. Przez małą, nagłą zmianę ułożenia zmuszony był pokiwać się chwilę, by w końcu odzyskać równowagę.
To teraz uważaj, żeby nie przekazać tego genu dalej – odpowiedział szybko, tonąc w wyobrażeniach Nayami z kolejnymi malutkimi Leatherami wokół. Naturalnie sam Julian był zbyt niewinny, by zdać sobie sprawę, co niektórzy muszą jeszcze zrobić, by takie miniaturowe stworki powstały. Dla niego równie dobrze mogłyby po prostu wyskakiwać z kapusty. Albo, w tym przypadku, z mięsa z polowań. Naprawdę było go sporo, anioł nie zdziwi się, jak w pewnym momencie ożyje i zacznie walczyć o swoje prawa. Cóż to by było za powstanie!
Rozumiem – zaczął i odkręcił się całkowicie w jej stronę. – Pamiętaj, że ufam twoim ubezpieczeniom. W razie prawdziwego porwania, to twoje imię krzyknę na torturach jako pierwsze! – zagroził, unosząc niezwykle groźnie brwi. Istotnie Julek i krzyczenie jakiegokolwiek imienia mogło odbyć się wyłącznie na torturach. Po świecie łazi już tyle, a nadal... skandal. Co on w ogóle robi w DOGS? Jeszcze zanim zadał sobie to pytanie, zdążył zapomnieć. Zamrugał gwałtownie, wpatrując się w kolano Nayami z komicznym skupieniem. Nie był pewien, czy przechodził inicjację. Nie pamiętał jej. A może tak naprawdę jest zwykłym szpiegiem, udającym Pieska? W takim razie dokąd należy?
Podniósł wzrok na twarz dziewczyny. – Przepraszam, jak masz na imię?
Erich, wpadło mu do głowy i w następnej sekundzie wypadło. Nie, to nie Erich. Gdzie Erich? Musi sprawdzić, co u Ericha.
Przechylił głowę w bok, gdy Nayami dotknęła palcem jego całkowicie niewinnego nosa. Może poprzednie zagwozdki mężczyzny wcale nie były takie ważne. Przecież rozważają się tutaj o wiele bardziej potrzebne sprawy, takie jak banany, jabłka i arbuzy. Zjadłby arbuza. Moment, przecież przed chwilą już jadłeś.
To jakie ty na miłość Michaela banany kupujesz, że ci się od razu rozplaśkują! Porozmawiamy na poważnie, jak dorwiemy się do jakiś prawdziwych owoców, a nie tych podrabiańców* – rzekł, prychając i powstał z gracją na tyle widoczną, by zatuszować jego poprzednie, niezgrabne ruchy. Podał dziewczynie rękę bardziej z przyzwyczajenia i pociągnął ją w swoją stronę. I tak nie mógł siedzieć za długo w jednym miejscu.
Dziękuję za posiłek! – zwrócił się do Matyldy, choć jej imienia także zapomniał. Nie musiała o tym wiedzieć. Przypomni sobie. Może nawet już za chwilę! Zakręcił się koło wyjścia z Nayami i czym prędzej ewakuował się na zewnątrz. Teraz skoro miał już przewodniczkę, na pewno się nie zgubi. Chyba, że zgubi przewodniczkę... dlaczego świat jest taki skomplikowany?
Bo świat, moja droga, jest pełen niespodzianek – odpowiedział, gdy tylko znaleźli się poza kuchnią. Mógłby powiedzieć to inaczej, ale po co? Jakich użyłby słów? Zepsuty, zgniły, nie taki, jak się oczekuje? Julian nie lubił być uprzedzony. A przynajmniej nie teraz. – Równie dobrze Eden może wyglądać dokładnie tak, jak ten korytarz. Kto wie, może właśnie jesteśmy w Edenie? Nie było mnie tam tak dawno... pewnie znowu zrobili przemeblowanie. Ci skrzydlaci pedanci – Hipokryta! – Tylko by rośliny przesadzali.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Insomnia on 19.03.16 21:59
Jedzenie poszło szybciej także dlatego, że Nayami okazała się pomocna w konsumpcji obiadu. Czy tego chciał czy też nie, co jakiś czas podwędzała niewielki fragment dania z talerza i nie dało się nawet mrugnąć, gdy po kęsku nie było już śladu. Złodziejka zaś uśmiechała się niewinnie podczas całego procesu, błyskając złotymi oczkami w kierunku bezwstydnie ograbianego anioła. Przynajmniej nie gwizdnęła mu tyle, żeby miał znów chodzić głodny. Wręcz przeciwnie, wyskubała dla siebie dosłownie odrobinkę. Najeść by się tym nie dało, ale dziewczynie nie o to chodziło; robiła to wyłącznie dla rozrywki.
- ... że w sensie? - Uniosła jedną brew w zapytaniu, przekrzywiając głowę odrobinę. Brązowe piórka błysnęły pomiędzy kaskadą prostych, czarnych włosów, po czym znów zamarły w bezruchu obok szyi wymordowanej. Trochę ją zaskoczył zejściem na tor rozumowania, który dla młodej był rzeczą po prostu obcą. No bo... nikt nigdy nie wytłumaczył jej jak dokładnie działa przekazywanie genów i rodzenie dzieci. Mamusia i tatuś małego Kłopotu takimi rzeczami się nie przejmowali, pozostali też nie podjęli tematu, zaś sama Insomnia nawet nie spadła na to, żeby zadawać pytania. Bardziej angażowała się w rzeczy bieżące i dotykające jej bezpośrednio, więc potrzeba zdobycia owej wiedzy jeszcze jej nie dotknęła. Biada zaś temu, kto puści parę, bo takiego nieszczęśnika czeka ciężka przeprawa z uświadamianiem przeszło siedemnastoletniej dziewczyny o sprawach dotyczących jej własnej płciowości.
- Tylko krzycz na tyle głośno, żebym na pewno usłyszała - dodała, oczywiście nie wprowadzając do rozmowy żadnych, żadniutkich podtekstów. Pod tym względem trafił swój na swego, bez wątpliwości.
Westchnęła nieznacznie i wywróciła złotymi oczami. To wcale nie był pierwszy raz, choć rzeczywiście kiedyś takie pytanie by ją zaskoczyło. Teraz jednak doskonale wiedziała, że nie powinna się przejmować i po prostu odpowiedzieć, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało.
- Nayami, królowa twojego życia i władczyni twojego losu. Powinieneś mnie nosić na rękach i być na każde życzenie, a dodatkowo komplementować moje zalety przynajmniej raz na dziesięć minut. Nie musisz dziękować - wyparowała, szczerząc ostre ząbki w na wpół kpiącym, na wpół rozbawionym uśmieszku. Nie mogła się powstrzymać przed tym, żeby trochę Bernardyna wkręcić. Gdyby nie daj Boże w to uwierzył, to prędzej czy później z pewnością wyjaśniłaby mu prawdę, ale po co tak od razu? Przecież tylko się tak bawiła. Zresztą, nikt normalny nie uwierzyłby w takie bzdety bez żadnych zastrzeżeń.
- Całkowicie normalne banany. Po prostu zapomniałeś, że ja naprawdę mocno rzucam. - Jakby na potwierdzenie tych słów wyciągniętą rękę anioła złapała bardzo pewnie; gdyby chciała, mogłaby z łatwością połamać mu palce i nawet się przy tym nie zmęczyć. Nie zamierzała jednak tego robić, bo krzywdzenie bliskich sobie osób nie leżało w jej zwyczaju. Za to wstała i przeskoczyła ławeczkę, dając się wyciągnąć z kuchni. Nie było sensu, żeby zostawała tam sama z Matyldą. Kucharka pewnie miała o wiele lepsze zajęcia niż słuchanie trajkotu jakiejś nastolatki, a więc lepszym wyjściem było włóczenie się za Bogu ducha winnym Julkiem. Trudno powiedzieć, jakimi grzechami zasłużył sobie na rzep w postaci Nayami, ale zapewne po śmierci zostanie określony jako męczennik, to można obrać za pewnik.
- Ale mnie nie interesuje jak może wyglądać! Ja chcę wiedzieć jak jest naprawdę! Zobaczyć n a własne oczy, rozumiesz? To nie jest to samo, co sobie wyobrażać albo kiedy ktoś inny opowiada. To nie to samo. - Prychnęła. - Nie jesteśmy w Edenie. To kryjówka DOGS, Desperacja. Za wiele aniołów tutaj nie ma, możesz mi wierzyć. Jest za to sporo dzikich bestyjek. - Błysnęła zębami po raz kolejny. W końcu sama była jedną z nich, dosłownie i przenośni.


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Gość on 29.03.16 10:33
Okazało się, że nie tylko Julian miał pewne problemy ze skojarzeniem, jak się robi dzieci. Trafił swój na swego. Cóż, przynajmniej nie będzie żadnych niezręcznych sytuacji, gdy niechcący i nieświadomie zarzuci jakimś podtekstem. Nayami i tak nie zrozumie. Ewentualnie ktoś mu wpierdoli, jak zrozumie.
No wiesz... Wiesz, wiesz skąd biorą się dzieci, nie? Z kapusty! Więc musisz uważać, żeby z twojej kapusty nic nie wylazło – zarządził, wypinając dumnie pierś z własnej, zdobytej wiedzy. Rzeczywiście idzie się trochę przestraszyć, jeśli z jakiejkolwiek kapusty wylezie mała, płacząca kula do kręgli z kończynami. A jakiego wrzasku narobi! Bo co, bo z warzywa wyszło! Rzeczywiście, wielkie rzeczy. Julian wyszedł spod samego Bożego palca i jakoś się chwali. Prawdopodobnie dlatego, że zapomniał, ale to nie jest teraz ważne.
Jestem dobry w krzyczeniu – oświadczył tonem, który wydawał się istnieć tylko po to, by utwierdzać anioła w przekonaniu, że ma jeszcze jakieś dobre cechy. Istotnie każda umiejętność dawała mu plus dziesięć do charyzmy, jednak zdolność wysokiego krzyku należy chyba do kompletnie innej kategorii.
Na słowa dziewczyny zerknął na nią z lekką dozą zakłopotania na twarzy. W pierwszej chwili nie miał żadnych wątpliwości – Nayami jest jego królową, a on o niej zapomniał. Jak śmiał. Powinien jej teraz całować stopy i zanurzać je w idealnie wymierzonej temperaturze pokojowej. Dopiero w momencie, gdy zmrużył oczy i wbił wzrok w tej podejrzany wyszczerz... Teraz już sam nie wiedział. Na wszelki wypadek będzie traktować ją trochę lepiej, niż innych, ale nie za bardzo, żeby nie nabrali podejrzeń. Tak. Tak będzie najlepiej.
Nie dziękuję więc. – Pan każe, sługa musi.
Nadal jej nie wierzył. Nawet jeśli rzuciłaby bardzo mocno, prawdziwy, rodowity banan powinien wytrzymać i przynajmniej pozostać w swojej żółtej narzucie. Julian istotnie studiował bananologię, więc nie było mowy o pomyłce. Chyba że Nayami wykorzystałaby kąt rzucenia do podwojenia swojej siły... Ewentualnie rzucałaby z bardzo wielkiej wysokości. Cholera. Jest tyle możliwości, tak mało bananów.
W takim wypadku jabłka też można rozplaskać – odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Zdecydowanie. Nie podda się, nie przyzna, że jabłka są lepsze. – I istotnie, jest bardzo dużo bestyjek – parsknął, jakby na potwierdzenie swoich słów czochrając bezbronną czuprynę dziewczyny. Na wszystkich DOGSów aniołów jest zaledwie garstka, zapewne mniej niż pięć. Z całą pewnością większości nie znał, kojarzył jedynie Norberta. Nie... moment... Orberta? Ou- Ourella! Okej, okej, jest dobrze, przypomniał sobie już za trzecim i pół raza. Robimy postępy.
Królowo mojego życia i władczyni mego losu mam do ciebie prośbę – zaczął po chwili, zatrzymując się gdzieś na środku korytarza. – Czy mogłabyś mnie zaprowadzić do wyjścia?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kuchnia i jadalnia

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Powrót do góry