Strona 5 z 12 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Liselotte on 26/10/2016, 23:08
Spojrzała na nieznajomego mrużąc oczy i unosząc wysoko jedną ze złotych brwi. Nie za bardzo mogła zrozumieć, jakim tokiem rozumowania podążał. Przecież przed chwilą odpowiedziała mu na dokładnie to samo pytanie! Musiał być naprawdę bardzo roztrzepany, skoro tego nie zauważył.
- Już ci odpowiedziałam, nie mieszkam tu - powtórzyła, uśmiechając się odrobinkę nerwowo. Starała się być wyrozumiała, jednak nie mogła być pewna, czego objawem była ta pomyłka. Kto wie, zawsze mogła mieć do czynienia z wymordowanym o dużym stopniu zezwierzęcenia, który tylko wyglądał jak człowiek, a z ludzkiego mózgu niewiele mu zostało. W takim wypadku musiała na siebie bardzo uważać, żeby niczym nie sprowokować ataku i być przygotowana na każdą ewentualność. Za to nawet jeżeli była ostrożna, nie traciła nic ze swojej anielskiej uprzejmości. Wystarczyła chwila, by blondynka rozpogodziła się w miarę jak rozmowa trwała dalej.
- Och, mogę spróbować ci pomóc. Nie znam najbliższej okolicy, ale może uda nam się znaleźć drogę. Tylko powiedz mi gdzie potrzebujesz trafić i coś z tym zrobimy - zaproponowała pogodnie, pełna przekonania, że rzeczywiście we dwójkę mogą coś zaradzić na zgubienie się rudzielca. Wprawdzie Liselotte sama była w tym miejscu pierwszy raz, ale miała wiele dobrej woli i kilka magicznych sztuczek w zanadrzu. Tak naprawdę wystarczyło tylko współpracować, żeby znaleźć wyjście z sytuacji.
- Dobrze się czujesz? Znowu pytasz o to samo - zmartwiła się, gdy po raz kolejny jak mantrę powtórzył pytanie. To już zdecydowanie brzmiało podejrzanie, jakby biedak miał co najmniej jakieś schorzenie psychiczne i zapominał, co już zdążył powiedzieć. Na pewno nie było to nic naturalnego, a w połączeniu z dodatkowymi elementami otoczenia tworzyło pewną atmosferę grozy. W oddali rozległ się krzyk, a w nozdrza anielicy jak taran uderzył smród palonego ciała. Skrzywiła się odruchowo wraz z przeszywającym ciało dreszczem, a blade ramiona na chwilę pokryła gęsia skórka. Zwróciła też uwagę na smugę dymu, którą zainteresował się także nieznajomy.
- A to co było? - Oczywiście żadne z nich nie wiedziało, ale wypowiedzenie tej wątpliwości na głos nadawało jej nowy realizm. Był to jakiś problem, którego rozwiązania mogli się podjąć lub uciec z te pędy, ale Lotte nie była pewna, czy jej tymczasowy towarzysz ogarnia cokolwiek z tego, co dzieje się dookoła. Jeżeli byli w niebezpieczeństwie, a on nie mógłby się bronić, musiała mu pomóc.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Nathair on 29/10/2016, 01:09
Ingerencja Losu

Jesień, to pogoda sprzyjająca przeróżnym wirusom i bakteriom. Niestety, Lilo nie zdołała się odpowiednio zabezpieczyć, więc choróbsko dopadło i ją. W pewnym momencie zaczęła odczuwać okropny swąd w okolicach stóp. Na domiar złego zaczęły wydzielać nieprzyjemną woń a pomiędzy palcami i na paznokciach pojawił się brzydki nalot.

Lilo choruje na grzybicę
Choroba będzie trwała przez 4 sesje. Jeżeli do tej pory nie znajdzie leku, grzybica przerzuci się na inne części ciała, swąd będzie nie do zniesienia, plus zacznie zarażać innych.
Po zażyciu leku (maść) postać będzie osłabiona przez jedną sesję (potem nastąpi wyzdrowienie)




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on 18/11/2016, 03:01
- Och, wybacz - Moje uszy znalazły się w poziomej orientacji, a ja łypnąłem na nią przepraszająco. Byłem spostrzegawczy więc wyłapałem tą lekką nerwowość na jej twarzy - Musiałem nie dosłyszeć - usprawiedliwiłem się, choć sam co do tego nie bylem pewien. Mógłbym założyć się, że pierwszy raz słyszałem odpowiedź - Ale to dobrze. To miejsce wygląda dość ponuro. Nie pasujesz tu. Powiedziałbym, że jesteś z miasta - powiedziałem lekko, jakbym stwierdzał jakąś oczywistość, a zaraz jednak uświadomiłem sobie, że nie bardzo wiem jakie miasto mam na myśli i gdzie mogło by ono leżeć. Coś namolnego w głowie mi się jednak rodziło, tęsknego i bolesnego. Zmarszczyłem czoło. Powinienem coś chyba wiedzieć na jego temat - Chyba do miasta...Mam tam rodzinę! - uśmiecham się radośniej, chwaląc się jakby tym faktem. W podekscytowaniu postawiłem nawet uszy, lecz nagle coś jakby na mnie spłynęło jak grom z jasnego nieba - Nie chcą mnie widzieć, albo ja ich. Chyba się pokłóciłem z nimi. Tak sądzę. Powinienem już wracać... - tylko dokąd chciałem wracać? Zamrugałem kilkukrotnie, a przede mną stała dziewczyna. Zaskoczyła mnie. Posłałem jej jednak ciepły uśmiech, choć wydawało mi się że chciałem stąd przed chwilą odejść. Była niebezpieczna? Mieszkała tu...?
- O co pytam już trzeci raz? - ściągnąłem brwi, a te w zadumie złączyły się w rudą kreskę. W skupieniu oczekiwałem odpowiedzi, gdy nagle zaniepokoiło mnie to co poczułem mną wstrząsnęło i aż w trzewiach poczułem dreszcz. Zrobiłem krok w tył, gdy zwierzęca część mnie krzyczała mi, że powinienem uciekać,lecz coś ludzkiego kazało mi mimo wszystko iść do przodu - koniec końców po prostu stałem w miejscu będąc kompletnie zdezorientowanym
- ktoś chyba...płonie





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Liselotte on 20/11/2016, 21:31
- Och, hm, nie szkodzi - odparła, nieco zagubiona. Zachowanie nieznajomego było odrobinę niepokojące, ale właściwie trudno było określić, skąd się ten stan mógł u niego wziąć. Może był wymordowanym któremu wirus wyżarł nieco za wiele mózgu, może na coś chorował, może po prostu nie grzeszył intelektem. Kto wie? Zawsze mogło to być chwilowe zaćmienie umysłu, w końcu to się czasem ludziom zdarza. Cóż, o tym, co tak naprawdę się dzieje, zapewne przekona się w ciągu dalszej rozmowy.
- To miłe, że tak uważasz. - Uśmiechnęła się promiennie. - Mieszkam w mieście, ale nie pochodzę stamtąd - uzupełniła, nie wgłębiając się jednak w szczegóły. Jeżeli chłopak będzie chciał się dowiedzieć, sam zapyta. Przynajmniej z takiego wychodziła założenia, bo nie uważała się za osobę, która zniechęcałaby do dalszego kontaktu, a wręcz przeciwnie.
- Przykro mi o tym słyszeć, ale... jak to nie wiesz? - Wyłapała od razu, że znów coś jest nie tak. Trudno jest nie pamiętać czegoś tak ważnego, jak powód rozstania z rodziną. Znaczy, było to możliwe, ale większość ludzi raczej zachowywała w sobie takie szczegóły. Ba, niektórzy nawet potrafili słowo w słowo zacytować, po jakiej i czyjej wypowiedzi nastąpiła przełomowa kłótnia! Chłopak musiał mieć co najmniej starczą demencję, a przecież nie wyglądał na ten wiek. Liselotte coraz bardziej nurtowała przyczyna, dla której biedak tak się męczył z zapamiętaniem czegokolwiek.
- O co pytam już trzeci raz?
Po tym ciekawość wzięła górę nad anielicą. Bez większych zahamowań złapała rudzielca za dłoń i przytrzymała, by nie zdążył się ewentualnie wyrwać, nim Lotte dokona diagnozy. Minęła sekunda, dwie, kilkanaście... Przez chwilę nie mówiła nic i przymknęła oczy dla lepszego skupienia, zaś gdy tylko odpowiednia informacja zabłysnęła jej w głowie, wbiła błękitne spojrzenie prosto w oczy nieznajomego.
- Jesteś chory. I to na coś, co się nazywa drętwotą edeńską - stwierdziła niczym rasowy lekarz, którym przecież była. Skrzywiła się z zatroskaniem, ale zaraz kolejne zmartwienie pojawiło się na horyzoncie.
- Też to czuję. Chodź, może trzeba pomóc - stwierdziła i ruszyła w stronę, z której dało się wyczuć nieprzyjemny smród. Cały czas trzymała dłoń rudego, nie chcąc zgubić biedaka nigdzie wśród ruin. Teraz, kiedy wiedziała że jest chory, nie mogła zostawić go samemu sobie.
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on 20/11/2016, 23:03
Uśmiechnąłem się wdzięcznie. Cieszyłem się, że dziewczyna nie ma mi za złe. Nie chciałem jej urazić, spłoszyć, nie chciałem by odeszła. Nie wiedziałem konkretnie dlaczego, lecz coś mi podpowiadało, że dawno z nikim nie rozmawiałem. Może właśnie dlatego mi tak to nieporęcznie szło? Teoretycznie mówi się, że jeśli umiesz jeździć na rowerze to nie da się tego zapomnieć ale czy aby na pewno tak było...? Może gdybym wiedział, kto był moim ostatnim rozmówcą to potrafiłbym siebie zapewnić, że popadam w jakąś lekką paranoję, lecz prawda była taka, że nie mogłem sobie przypomnieć imienia, twarzy czy też chociażby okolicy w której odbyłem ostatnią rozmowę. Więc chyba...faktycznie mogły minąć miesiące, jak nie lata. Trochę nie to odkrycie zaskoczyło, lecz nijak tego po sobie nie okazałem.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panienko - figlarnie przymknąłem jedno oko, poszerzyłem uśmiech - A więc wiesz jak trafić do miasta? - Spytałem będąc szczerze zaciekawionym tym odkryciem - Daleko to? Nikt się nie martwi, że chodzisz po takim rumowisku? - pytam ze zwykłej troski i ciekawości, kompletnie nie zdając sobie z absurdów, jaki wypowiadam. Każdy Desperat przecież wiedział, gdzie jest M3. W końcu zbliżenie się do niego oznaczało śmierć i wątpliwym było by mała dziewczynka mogła sobie swobodnie, bez konsekwencji przekraczać mury miasta - To chyba musiało być dawno więc nie ma co się smucić, tym bardziej, że to chyba bardziej moje zmartwienie, niż twoje - chciałem brzmieć lekko i tak też było. Wzruszyłem po prostu bezradnie ramionami używając wygodnego wyjaśnienia. Bo tak właściwie, żądne logiczniejsze nie przychodziło mi do głowy.
Zaskoczyło mnie, gdy zamiast mi odpowiedzieć to chwyciła mnie za rękę. Coś we mnie pierwotnego kazało się uchylić, lecz ostatecznie bezwiednie stałem dalej i w zaciekawieniu oczekiwałem tego co miało nastąpić.
- Jesteś pewna? Nie czuję by cokolwiek mi drętwiało - powiedziałem żartobliwie, będąc przekonanym, że dziewczynka chyba jest troszkę inna. Jakie normalne dziecko kręci się po ruinach i zaczepia mężczyzn mówiąc im o drętwocie? - Gdzie są twoi rodzice? - podpytałem łagodnie i zamrugałem kilkukrotnie gdy zaczęto mnie holować w stronę tego smrodu. Może to przez dezorientację, może przez te wewnętrzne poczucie tego, że dziewczyna ma rację...nie stawiałem oporu, choć nie byłem zadowolony z tego, że zapach z każdym krokiem nabierał na intensywności.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Liselotte on 30/11/2016, 23:53
- Ano wiem. Dość często kursuję między Miastem, Edenem i Desperacją, więc część dróg znam już na pamięć. Do M-3 jest kawałek, ale jak się wie którędy bezpiecznie dotrzeć, to nie jest tak strasznie. Najlepiej nie podróżować nigdy samemu - zaczęła, zanim zorientowała się, że robi właśnie to, przed czym sama ostrzega. Zawsze jednak pojmowała siebie w kategorii osoby dorosłej i już dość porządnie doświadczonej, co poniekąd usprawiedliwiało podjęcie takiego ryzyka. Czasem jednak zdarzało jej się zapomnieć, jak młodo wygląda w oczach innych i że ciężko im uwierzyć, jak wiele życia ma za sobą. W końcu nie co dzień spotyka się wielowiekowe istoty o aparycji nastolatków, chyba że odwiedza się Eden - tam takich przypadków jest od groma i jeszcze trochę.
- Nie, to nic takiego. - Machnęła ręką. - Doskonale sobie radzę sama, więc nikt nie musi się o mnie martwić. - To raczej ona musiała zaprzątać sobie głowę losem innych, gdy czasem wręcz masowo wracali z wypraw i przychodzili do szpitala w mniej lub bardziej opłakanym stanie. Każdego dnia w podziemiach miała ręce pełne roboty z powodu ludzi, łowców i niekiedy przedstawicieli innych gatunków, którzy zbierali po świecie najróżniejsze choroby i obrażenia. Liselotte była cennym elementem rebelianckiej ekipy medycznej nie tylko ze względu na swoje ogromne umiejętności i doświadczenie, ale też magiczną umiejętność zdiagnozowania stanu pacjenta w sposób absolutnie dokładny. To pozwalało wyeliminować bardzo wiele przypadków, gdzie błędne rozpoznanie mogło doprowadzić do pogorszenia stanu, powikłań, a nawet śmierci. Nic więc dziwnego, że uwijała się jak mogła, by pomóc każdemu. W końcu nie po to została obdarowana taką mocą, by zatrzymywać ją dla siebie.
- Stuprocentowo pewna - potwierdziła więc, przekonana o dokładności postawionej przez siebie diagnozy. To była dla niej pestka, ale o wiele większym problemem było udzielenie pomocy nowemu znajomemu. Z tego, co wiedziała, przygotowanie leku na drętwotę edeńską nie było wcale taką prostą sprawą, a ona właściwie nie dysponowała żadnymi składnikami. No i nie potrafiła przyrządzać leków, co w jej zawodzie było zdecydowanie uciążliwą sprawą. Ostatnio coraz częściej rozważała zabranie się za naukę, bo bez tej umiejętności ciężko było efektywnie zajmować się pacjentami - zawsze w kwestii leczenia była ostatecznie zdana na innych.
- Nie mam rodziców. - Pokręciła głową, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Ale to nie tak, jak się wydaje. Zostałam stworzona bezpośrednio przez Boga, więc... nie mam mamy ani taty. Nigdy się nie urodziłam, nie byłam małym dzieckiem. Taka powstałam i taka jestem od prawie tysiąca lat - sprostowała od razu. W końcu mimo braku rodziców wcale nie była sierotą. Zresztą brak fizycznych przodków rekompensowała jej ogromna ilość anielskich braci i sióstr, którzy byli dla siebie jedną ogromną rodziną.

[zt - rezygnuję z wątku, bo Spad zniknęła; temat wolny]
avatar





Liselotte
Anioł
GODNOŚĆ :
Liselotte Margaret Merricks


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on 9/2/2017, 17:52
Kolejne błaganie o przebaczenie utknęło mu w gardle. Zrezygnował z niego dokładnie w tej samej chwili, w której już miał urodzić piskliwe, wysokie jęki o tym, że życie mu miłe i chciałby je zachować. Nigdy nie był w aż takiej opresji by wiedzieć jak się zachowywać. Instynkt kazał mu w jednej chwili zamachnąć się nożem na Jallę, co pewnie skończyłoby się jedynie miękkim przejechaniem po skórze tępą stroną ostrza z powodu chwilowego braku koordynacji ruchowej i spadku potencjału siły, w drugiej zaś usłużnie słuchać każdego jego słowa. Nie leżało w jego naturze przypodobanie się monstrum, co do zamiarów którego nie miał najmniejszej pewności. W ogóle w jego naturze nie było bycie spolegliwym kociakiem co daje się tarmosić za kark, głaskać za uszami i grzecznie korzysta z kuwety. Miał swoje za uszami – przyzwyczaił się do buntowniczego pooglądania z góry ze stoicyzmem godnym żony Lota. Dlatego właśnie teraz, gdy upadł tak nisko jak tylko był w stanie a jego umysł wciąż nie ogarniał potrzeby podporządkowania się silniejszemu, z taką trudnością komunikował się z Wymordowanym.
Nie darzył go szacunkiem, chociaż całkiem zaimponowała mu jego hojność. Bluzę, która opadła mu na kark przytulił do ciała. Była zimna, chociaż przed sekundą zdjęta z grzbietu mężczyzny. Podwyższona temperatura ciała Sabbatha w kontakcie z chłodnym materiałem wywołała kolejną porcję dreszczy. Gorączka coraz mocniej dawała o sobie znać, przedzierając się na pierwszy front objawów poprzez niedożywienie i odwodnienie organizmu.
Kwaśny uśmiech wykwitł na jego brudnej twarzy, gdy Jalla uprzejmie poinformował go o braku możliwości powrotu. Jasne, bo mu uwierzy. Słowa pierwszej lepszej bestii z pustkowia znaczyły dla niego tyle co piasek pod kolanami. Ujęty pod ramię nie zaprotestował – wcale się nie odezwał. Zdławił miauk bólu, który rozgrzał receptory bólu, gdy Jalla wżął palce w potężnego siniaka. Nie był gotowy na tak entuzjastyczną pomoc. W ogóle nie był gotowy na cokolwiek, co wiązało się bezpośrednio z przykrą obecnością problemu w jego życiu.
Powłóczył nogami zupełnie jakby te nie należały do niego. Zaciskał szczęki nie patrząc nawet gdzie mężczyzna go prowadzi. Wspierał się, nie mając innego wyjścia jak zaufać stelażowi ciała Wymordowanego, skoro sam padłby jak długi twarzą w piasek.
***
Nie od razu przyuważył zmianę otoczenia. Miękki, chrzęszczący pod stopami piasek ustąpił zbitej ziemi, o którą wspieranie się palcami szło nieco sprawniej i mniej boleśnie. Chociaż temperatura nie uległą zmianie, atmosfera dookoła zdecydowanie się zagęściła, jakby nie dość w desperacji było oparów nienawiści i chętki na morderstwo z rozbryzgiem. Jun niechętnie podniósł głowę. Rozejrzał się niepewnie po okolicy, dostrzegając ostre zarysy kłów ruin. Naraz poczuł się jak w rozwartej paszczy bestii.
- Czy stąd daleko do miasta?
To jeszcze nie był ten nieszczęśliwy etap zwidów i urojeń, chociaż wydawało mu się, że gdzieniegdzie zza winkla coś zerkało na nich mrużąc wielokolorowe ślepia z zainteresowaniem. Gula przerażenia podeszła mu do gardła po raz wtóry zwłaszcza, że opuściły go już wszelkie siły, jakie mógłby przeznaczyć na ucieczkę.
Było coraz ciemniej.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on 11/2/2017, 20:07
Całą drogę nie odezwał się nawet słowem. Nie wiedział co ma mówić, a nie chciał też specjalnie ciągnąć Juna za język. Ich rozmowa umarła śmiercią naturalną, żaden z nich nie przyłożył choćby odrobiny starań, by ją podtrzymać. Ale może tak miało być? Może mieli pokonać ten kawałek pogrążeni we własnych myślach? Bo mimo tego, że niebieskowłosy próbował Sabbatha nieco do siebie przekonać to nadal nie był w stanie jednoznacznie określić relacji jaka ich łączyła. Jarle w tym zbiedzonym, zarzyganym, roztrzęsionym chłopaku dostrzegł siebie, bo w pierwszych dniach swojego pobytu na desperackich ziemiach zachowywał się podobnie. Był zagubiony i nieufny wobec wszystkich. Długo dawał sobie radę sam, ale był ciężko. Zbyt ciężko.
Wytrwale podtrzymywał jego osłabione ciało, stanowiąc niemalże idealne podparcie dla chłopaka. Z początku angażował do pomocy jedynie swoje ramię, ale okazało się, że dość trudno było mu pomagać Sabbowi w utrzymaniu równowagi jedną kończyną. Dlatego też zgiął odrobinę nogi, a nawet objął go w pasie jeśli była taka potrzeba. Nie chciał zakładać żadnego czarnego scenariusza, ale był gotowy nawet nieść Juna, jeśli ten w drodze zasłabłby lub straciłby przytomność. Wkrótce okazało się, że nie było takiej potrzeby, bo udało im się przejść przez pustynię bez komplikacji.
Piaszczysta podłoże przeobraziło się w bardziej udeptaną ścieżkę, po której wędrówka była o wiele wygodniejsza. Jarle patrzył przed siebie, starając się dostrzec jakiś budynek, który wyróżniałby się dość dobrym stanem na tle innych. Kątem oka zerkał na Sabbatha, chcąc określić czy chłopak jeszcze jakoś się trzyma. Dużo łatwiej byłoby gdyby klatka, w której go wcześniej zamknęli była umieszczona w innym miejscu, przynajmniej nie musieliby męczyć się tyle czasu z pokonaniem terenów pustynnych.
„Czy stąd daleko do miasta?”
Zatrzymał się, wymuszając również na Junie, by ten stanął w miejscu. Odwrócił głowę w jego kierunku, mrugając niebieskimi ślepiami, które uważnie lustrowały twarz chłopaka. Przecież tyle razy mówił, że do M3 już nie powróci. Nie było szans. Niby niektórzy próbowali wrócić, przedostać się przez wyrwy w murze... Ale po co? Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że Sabbie został zarażony to pozbyliby się go w chwilę. A na pewno by się dowiedzieli, bo czegoś takiego nie dało się ukryć.
Już mówiłem Ci kilka razy... Nie wrócisz do miasta. Nigdy. Nie możesz. — nie lubił się powtarzać, ale widział, że z Junem nie jest najlepiej, więc nie miał zamiaru się z nim o nic wykłócać. Równie dobrze mógł zignorować jego pytanie, ale to też nie byłoby w jego stylu. — To co się z Tobą teraz dzieje jest winą wirusa. Zaraziłeś się i nie mów mi, że nie. Truchło niedźwiedzia było rozbebeszone. Musiałeś zjeść jego mięso, sam sobie brzucha nie rozwalił. Tyle w zupełności wystarczy. — cisnął w niego kolejnymi słowami, ale nawet na chwilę nie zmienił tonu, wciąż był niesamowicie spokojny. Nadal podtrzymywał ciało chłopaka. Poluźnił uścisk. — Musimy znaleźć jakieś schronienie, przytrzymaj się mnie jeszcze chwilę — polecił, postępując kilka kroków do przodu. Znowu rozejrzał się po ruinach i nawet udało mu się dostrzec jakoś lepiej wyglądające szczątki budynku. To właśnie tam się udali. Wystarczyło im kilka minut, a byli na miejscu.
Oprzyj się o coś, zobaczę czy w okolicy jest bezpiecznie — powiedział, wskazując podbródkiem na jakąś wolno stojącą ściankę, która raczej nie padłaby pod ciężarem Sabbatha. W tym samym momencie puścił go, kierując się do ruin. Ostrożnie wściubił nos, rozglądając się po szczątkach budynku. Ten kawałek dachu i trzy ściany musiały im wystarczyć, przynajmniej na trochę. Obszedł rozwaloną chatę dookoła, a potem wrócił do Juna.
Czysto, możemy wejść. — zrobił krótką pauzę. — Najlepszy apartament jaki udało mi się znaleźć, paniczu.


Ostatnio zmieniony przez Jarle dnia 19/2/2017, 09:59, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sabbath on 18/2/2017, 23:27
Zachwiał się pozostawiony opiece własnego ciała. Siła, która opuściła go jakiś czas temu szyderczo wyszczerzyła się, gdy ten padł na ścianę szukając w niej zastępstwa Jalli. Nie osunął się na kolene jedynie dzięki przekonaniu, że tak najprościej będzie go dopaść. Wiedział, że jeżeli w tej chwili usiądzie to nie da rady wstać. Wiedział też, że działo się z nim coś niepokojącego. W życiu tak szybko nie tracił ani chęci do życia, ani możliwości jego podtrzymania. Był regularnie badany kiedy jeszcze mieszkał w mieście. Szczepiony, sprawdzany i faszerowany witaminowymi suplementami. Czuł się wtedy dobrze i pewnie, zupełnie odmiennie od swojego chwilowego stanu. Nie był pewien, czy to przez wysokie prawdopodobieństwo racji w słowach Jalli, czy może przez syndrom odstawienia medykamentów. Nie znał się na tym. Nigdy nie pretendował do miana samozwańczego znawcy i medyka. Chciał po prostu żyć na własnych zasadach.
- Nie mów tak. Moja matka na pewno mnie szuka i mój brat… Martwią się o mnie. Moja nieobecność nie jest czymś normalnym. – Nie kłamał. Nawet jako „wow patrzcie jakim jestem buntownikiem” był na tyle przyzwyczajony do wygody własnego mieszkania, że wracał na noc by zapaść się w materac i przegryźć rozmyślania jakąś przekąską pozostawioną mu przez rodzicielkę. Lubił to co znane i sprawdzone, dlatego akomodacja w Desperacji nie była czymś, co przyjdzie mu łatwo. Musiał wrócić! – Jestem pewien, że już zgłosili policji S.Speca moje zaginięcie. Pewnie mnie szukają, może są nawet na pustyni.
Poprawił swoją pozycję przy ścianie boleśnie odczuwając trzęsące się kolana. Utrzymanie pionu nigdy nie było tak ciężkie jak w tej chwili. Coś, co zwykł robić bez nakładu siły i zastanowienia wymagało od niego 200% uwagi i skupienia wszystkich mięśni. Jeden błąd i padnie jak długi. Skrobnął paznokciem resztkę tynku, którym pokryty był murek domostwa. W umyśle brzęczało mu nieznośnie stwierdzenie o celowym rozdarciu brzucha niedźwiedzia. Był głodny! Sam, przerażony, poobijany, głodny i spragniony. Co miał zrobić? Umrzeć bez prób ratowania siebie samego? Nie jego wina że misiek był jedynym źródłem pożywienia w zasięgu ręki. Gdyby miał wybór, nie tknąłby go nawet za opłatą.
- Liczę na to, że zadbałeś o wszelkie wygody… – prychnął, nim zdołał ugryźć się w język. Roztarty pomiędzy palcami tynk był szarawo-rudy, zabarwiony łuską powierzchni odżynającej się od lica cegieł. Jak brudna od krwi ziemia, albo pogniłe ciało. Sabbath polizał umorusane palce bez zastanowienia, chcąc szybko zmyć z siebie ten brzydki kolor. Nie odbił się od ściany, by nie paść z nosem na ziemię. Przesuwał się wolno i miarowo, krzywiąc się jak rasowy facet podczas przeziębienia. Starał się oszczędzać skręconą nogę, jednak gdyby był najedzony, wyspany i bez gorączki, zapewne poszłoby mu szybciej. – Dzięki. – Odezwał się po dłuższej chwili milczenia, gdy już był u progu. Nie podniósł wzroku na niebieskowłosego. W ogóle jakby nie mówił do niego. Rzucił jedno słowo w przestrzeń i zacisnął wargi, jakby nie chciał powiedzieć już niczego więcej. Brudne od kurzu i ziemi, przyklejone do czoła włosy odgarnął trąc twarzą o ścianę, bo uniesienie własnej ręki powoli zaczynało przerastać jego możliwości. Gdy tyko znalazł się „wewnątrz”, padł jak długi nie patrząc nawet gdzie leci. Magiczna siła podtrzymująca zwarcie jego mięśni popuściła, dlatego osunął się jak szmaciana lalka wydając z siebie głośne wytchnienie ulgi. Wcale nie czuł się bezpieczniej, ale jakoś myśl, że Jarle jest tuż za nim dodawała mu otuchy. Ciągle nie był w stanie zawierzyć jego słowom i dobroduszności, jednak nie miał teraz wyjścia. Stagnacja w klatce w porównaniu z marszem przez pustynię wcale nie wydawała się takim złym wyjściem. Prawie za nią zatęsknił.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on 19/2/2017, 11:13
W pierwszej chwili nie wiedział co powinien powiedzieć, wciąż trudno było mu reagować na ciągłe narzekania Sabbatha na to, że powinien wrócić. Jarle zdawał sobie z tego sprawę, wiedział, że w M3 zapewne były jakieś osoby, które przejmowały się nieobecnością chłopaka. Starał się sobie wyobrazić jak musiał się czuć ktoś, kogo dziecko nagle zniknęło. Nigdy nie był rodzicem i raczej być nim nie zamierzał, więc przywołanie sobie obrazu matki Juna przychodziło mu z trudem. Był pewien, że kobiecie musiał towarzyszyć smutek, ale on mimo wszystko nie mógł wrócić. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie było sprawdzonego sposobu, by przekazać rodzicielce chłopaka wieść o tym, że prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy syna.
Mam przestać mówić prawdę? Chcesz żebym zaczął kłamać i wmawiać Ci, że Twoja aktualna sytuacja jest świetna i wszystko się unormuje? To bez sensu. Nie mam zamiaru zatajać prawdy tylko po to, byś poczuł się lepiej. Ja rozumiem, że w mieście masz rodzinę, że się o Ciebie martwią, że Twoje zniknięcie nie jest normalne. Ja to wszystko pojmuję, naprawdę nie jestem aż tak tępy, za jakiego mnie masz. — Jego głos nie zawahał się nawet przez chwilę, wszystko wypowiedział jednym ciągiem. W tym samym czasie wchodzili do środka, a potem Sabbath padł na ziemię. Niebieskowłosy oczywiście od razu do niego podszedł, złapał go pod pachę i pomógł mu przejść do ściany. Uznał, że wygodniej było siedzieć mając jakiekolwiek oparcie. W środku nie było żadnej sofy, krzesła lub jakiegokolwiek innego mebla, tylko kilka kupek gruzu, dlatego też ściana wydawała się najrozsądniejszą opcją.
Chwilę później oboje siedzieli na ziemi, opierając się plecami o zimną ścianę zniszczonego budynku. Miał tylko nadzieję, że żaden wymordowany nie czaił się w pobliżu, bo jedynie konfrontacji z jakimś dzikusem brakowało im do osiągnięcia pełni nieszczęścia.
Nie szukają Cię, nie ryzykowaliby przechadzki po Desperacji dla jednej osoby, zwłaszcza takiego gówniarza. Wybacz za słownictwo, ale taka jest prawda. Wojskowi nie wyściubiliby nosa ze swoich kwater dla dzieciaka. Oni dbają tylko o siebie. — Nie bawił się w żadne podchody, nie starał się nawet o właściwy i delikatny dobór słów. Wolał być bezpośredni. Zresztą... cały czas powtarzał to samo, nie miał zamiaru nagle zmieniać swojego zdania, zwłaszcza, że to co teraz mówił było tylko prawdą. — Ja naprawdę Cię nie okłamuję, bo niby po co? Mieszkańcy M3 boją się wirusa, myślisz, że tak po prostu przyjęliby Cię z powrotem do siebie? Już Ci mówiłem, prawdopodobnie to, co się z Tobą dzieje jest sprawką wirusa i nie da się tego powstrzymać. Niedługo pomutujesz i módl się o to, żebyś nie wyglądał jak ja. Myślisz, że Twoja matka chciałaby zobaczyć Cię w takim stanie? Przykro mi to mówić, ale aktualnie wyglądasz jak siedem nieszczęść, a po przemianie możesz wyglądać jak jakiś obrośnięty wilkołak lub inne zwierzopodobne coś — mówił niemalże jednym ciągiem, choć w trakcie swojej wypowiedzi robił krótkie przerwy na głębsze wdechy i wydechy. Już sam nie wiedział co powinien mówić, wciąż się powtarzał. — Jak chcesz wrócić to śmiało. No, wstawaj i idź pod mury M3. Zaśpiewaj im jakąś serenadę o tym jak bardzo kochasz miasto, a może wpuszczą Cię i nie zabiją od razu. Najpierw przeprowadzą na Tobie masę eksperymentów, a potem, gdy okażesz się bezużyteczny bez najmniejszego zawahania pozbędą się Ciebie. — Zrobił krótką przerwę, by móc wbić w Juna swoje chłodne spojrzenie. — A nie, zapomniałem, jesteś w tak kiepskim stanie, że nie przeszedłbyś sam kilkunastu metrów — powiedział, podnosząc w tym samym czasie rękę, którą przyłożył do czoła Sabbatha. Chłopak najprawdopodobniej wzdrygnął gdy tylko lodowata dłoń wymordowanego zetknęła się z jego rozpalonym ciałem. Różnica temperatur była bardzo wyczuwalna. Jarle naturalnie miał zaniżoną temperaturę, która zwykle wahała się w granicach 35,9 °C.
Jesteś rozpalony, powinienem znaleźć kogoś, kto by się Tobą zajął, ale boję się Cię tu zostawić, bo nie wiadomo co głupiego strzeli Ci do łba.
Chwilę później uznał, że nie ma czasu do stracenia — powinien ruszać po pomoc.
Postaram się wrócić jak najszybciej.

z/t





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Gość on 7/3/2017, 20:15
Znał Jekylla już kilka lat i doskonale wiedział, że niełatwo było go namówić do czegokolwiek. Nieraz był świadkiem sytuacji, w których Doktor odmawiał innym nie tyle co pomocy, a raczej zagłębiania się w sprawy, które kompletnie go nie obchodziły. W końcu w parszywej Desperacji nie wszyscy byli skorzy do niesienia bezinteresownej pomocy każdemu, kto im się napatoczył. Marnowanie medykamentów i tkanin — o które wcale nie było łatwo — na byle kogo było nieopłacalne. Nie wspominając o tym, że niektórym po prostu nie można było pomóc, a jeszcze inni nie zasługiwali na jakikolwiek ratunek.
Niebieskowłosy nie był ślepy, bo zdawał sobie sprawę, że Jekyll nie traktuje go tak jak pozostałych. Czuł się, jakby jego obecność w jakiś dziwny, niewyjaśniony sposób wpływała na Bernardyna. Z początku nie był w stanie domyślić się o co chodzi. Snuł różnorakie domysły, ale z czasem przekonał się o co faktycznie chodziło Doktorkowi. Czas odegrał w ich znajomości bardzo ważną rolę, bo to dzięki niemu Jarle'owi udało się ustalić główny powód, dla którego był traktowany lepiej niż inni — unikatowe geny. Wystarczyły miesiące, a może nawet i tygodnie, by Topielec zorientował się, że to właśnie jego rzadko spotykana mutacja była głównym powodem, dla którego Bernardyn kręcił się wokół niego. Z jednej strony mógł się radować, bo miał zaufanego lekarza, który w razie potrzeby na pewno pierwszy rzuciłby się do pomocy, z drugiej jednak strony momentami mogłoby się to wydawać nieco przerażające. Możliwe, że niektórzy odbierali postać Jekylla jako wariata i zapewne było w tym ziarno prawdy, bo ciężko uwierzyć, by te popieprzone czasy, w których przyszło im żyć, nie zmieniły go ani trochę. Desperacja zmieniała każdego, w mniejszym lub większym stopniu. Bez wyjątków.
W głowie posiadacza rybich genów magazynowały się myśli — gromadził argumenty, dzięki którym z łatwością mógłby przekonać medyka, by ten zgodził się na udzielenie pomocy Junowi. Był gotowy sypnąć masą — z pewnością kuszących dla doktora — propozycji, które pomogłyby mu w osiągnięciu swojego celu. Chwilami rozważał nawet bardziej ryzykowne posunięcia, takie jak oddanie do badania masy swoich łusek lub zwyczajne podłożenie się pod skalpel Jekylla. W jakimś stopniu ufał temu chytremu lisowi, choć zdrowy rozsądek niejednokrotnie wysyłał mu impulsy, które miały być swego rodzaju czerwoną lampką, ostrzegającą przed ryzykiem, jakie mogło się wiązać z zawieraniem znajomości z typem, który miał obsesję na punkcie wymordowanych z cennymi genami.
Nieco wyłupiaste, rybie oczy Jarle'a zrobiły się jakby jeszcze większe, w momencie, w którym Bernardyn zdecydował się pomóc. Okrzyk radości z cudem został zduszony w zarodku, odbierając niebieskowłosemu na chwilę zdolność mowy. Sklecenie jakiegokolwiek zdania było dla niego nie lada wyzwaniem. Chwilę zajęło mu doprowadzenie się do porządku. Musiał głośniej przełknąć ślinę, przelecieć wzrokiem po pomieszczeniu i złączyć dłonie, by móc ponownie skupić się na Halliwellu.
Rozumiem, wszystko rozumiem — odparł, kiwnąwszy głową. Już wcześniej wiedział, że ryzyko jest duże, a słowa Doktorka jedynie go utwierdziły w tym przekonaniu. Ale przynajmniej miał pewność, że Sabbath będzie w dobrych rękach, bo mimo tego, iż Jekyll mógł być trochę zwariowany, to nadal był świetnym specjalistą — bo tak, w oczach Rybeńki Dr był świetnym specjalistą. Nie miał ku temu żadnych wątpliwości. Przez te kilka raz z pewnością nieraz widział go w akcji, i na pewno go po cichu podziwiał, bo sam posiadał skąpą wiedzę medyczną. Znał jedynie podstawy pierwszej pomocy, chociaż w czasach, w których na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo nawet taka szczątkowa wiedza mogła się okazać zbawienna. — Zrobisz co uważasz za stosowne. — Tymi słowami chciał mu pokazać, jak wielkie ma do niego zaufanie. Nie miał zamiaru sprzeczać się z nim w sprawach medycznych, mógł jedynie wierzyć w to, że ręce Doktorka odwalą dobrą robotę, a wtedy na pewno znajdzie się jakiś sposób, aby mu się odwdzięczyć. W głowie miał już nawet kilka pomysłów.
No to w drogę. — Kiwnął jedynie głową, by następnie szybkim ruchem zapiąć zamek kurtki, którą nieco wcześniej przyniósł ze swojego pokoju. Posłał Bernardynowi porozumiewawcze spojrzenie, odczekując chwilę, jakby chciał dać Doktorowi czas na... na cokolwiek. Postąpił kilka kroków w przód, odwracając się jeszcze do tyłu, sprawdzając czy medyk jest gotowy do podróży. — To kawałek stąd. — Zrobił kilka szybszych kroków, lecz już nie oglądał się za siebie. Nie było czasu do stracenia.

***

Zostawił Sabbatha w jednym z poniszczonych domów, w zrujnowanej wiosce. Nie miał zamiaru wrzucać go jakiejś ciemnej nory, bo uznał, że w szczątkach domostwa chłopak poczuje się bardziej... ludzko. Tak, to mogło brzmieć dosyć śmiesznie, a zarazem absurdalnie — ludzki wymordowany brzmi prawie jak dobry żart. Ale taka była prawda, Jarle doskonale pamiętał swoje pierwsze dni na Desperacji, zachowywał się bardzo podobnie do Juna.
Droga mijała im w milczeniu. Rybek narzucał marszowi własne tempo, które może i nie było jakieś ekspresowe, ale wędrówka bez jakichkolwiek przerw mogła zmęczyć każdego, zwłaszcza Doktorka, który nie wyglądał jakby był jakimś wybitnym sportowcem. Ale jakoś dawał radę, bo niebieskowłosy niejednokrotnie odwracał się do tyłu, aby sprawdzić, czy Jekyll faktycznie wciąż idzie tuż zanim.
Pogoda wciąż nie była najlepsza — ziemia wciąż była pokryta gdzieniegdzie śniegiem, a temperatura nadal była dość niska. Szczęście, że wiatr przestał wiać.
Trochę później mogli dostrzec szkielety budowli.
Jesteśmy prawie na miejscu. — Obdarzył Jekylla tym prostym komunikatem i nawet odwrócił się, by posłać mu delikatny uśmiech, który na sinych ustach Jarle'a wygląda nieco jak skomplikowany grymas, a nie wyszczerz. Szczęście, że wędrówka dobiegała już ku końcowi.
Niebieskowłosy przyspieszył, udając się dokładnie w stronę budynku, w którym zostawił Sabbatha.
Halo. Jesteś tu? — zawołał, a dopiero po chwili wszedł do środka. Jun z pewnością był w środku, bo przecież w tak opłakanym stanie raczej nigdzie się nie ruszył, prawda? Od razu do niego podszedł i kucnął przy nim. — Mówiłem, że Cię tak nie zostawię. Przybyłem z pomocą. — Uśmiech wstąpił na jego twarz, a dłoń wskazała na Jekylla. — Doktorek się Tobą zajmie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Zrujnowana wioska.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 5 z 12 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry

- Similar topics