Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next   

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Gość on Nie Gru 11, 2016 1:22 am
Im większy i bardziej czerwony napis STOP, tym prędzej szedł w jego stronę. Mówili "idź", więc siadał i zastanawiał się, gdzie w całym tym bałaganie jego miejsce, bo na pewno nie tam, gdzie trzymała go cudza wola. A kiedy ktoś, gdzie słowo ktoś oznacza w tej chwili bardzo konkretną osobę, sądził, że może paroma słowami odgonić się od niego czy mówić mu, gdzie może się zbliżać a gdzie nie...
O, przedziwny Losie, chaotycznie skomponowany związku skutków i przyczyn - zesłałeś ból i chorobę, niech no kornie wąż przyjmie okazję i wedle własnego widzi mi się wykorzysta sytuację. Zacisnął pięść na kamieniu, który sobie upatrzył sobie i przez chwilę zastanawiał się któremu aniołowi wybić zęby.
Odwrócił się i obszedł upadłego dookoła, przyglądając mu się z góry.
- Och, komuś puścił nerw? Ktoś tu myśli, że jest najsmutniejszym aniołkiem na Desperacji? Coś boli mojego złotego, ślicznego kochasia, hmm? - zakpił, czując jak i jemu wiąże się w supeł żołądek, ale z kompletnie innego powodu niż Robinowi. Po twarzy rozpełzł mu się uśmiech, a odrobina władzy, którą miał na własność tylko przez przypadek, kwitła mu w dłoniach.
- Znasz mnie, łagodne ze mnie sstworzenie, nawet jeśli w kłach mam jad. Ale tak czasem patrzę na ciebie i ajćć, aż sam się prosisz, wiesz? I czasem mam ochotę wydrapać ci twarz i przymierzam się, a potem ty coś mówisz i kończy się na tym, że rżniesz mnie jak tylko przeklęci aniołowie potrafią. I haha, za każdym razem się daję na te trzy sekundy nabrać, bo chcę, bo to miło czuć się... miło. A czasem, czasem całkiem często, niemal słyszę jak cały wszechświat mi szepce, żeby zatopić w tobie coś bardzo ostrego, ale nie dlatego że jesteś aniołem, nie nie, ale dlatego, że jesteś sobą i wiesz co jest zabawne? Że tylko tobą tak mam - syknął i postawił bosą stopę na ciele siedzącego Robina. Przez sekundę się wahał. Nie, to nie to. Nie wahał się. Napawał się, po czym pchnął mocno, a Robin zgodnie z grawitacją padł w ziemię.
Nie cierpiał Robina, to fakt. Uwielbiał Robina, to też było prawdą, a teraz patrzył na jego żałość i chciał mu pomóc, przez co przyznawał sam przed sobą, że coś jednak mu zależy, choć nie miał złudzeń co do tego jak bardzo krucha ich zażyłość była. Westchnął wąż, zdegustowany zarówno wymiotami jak i swoim własnym zachowaniem. Kopał leżącego, tym razem dosłownie. Dźgnął stopą Robina w bok. Całe to ględzenie, żeby jednak stwierdzić, że w sumie to chce jakoś mu pomóc. Chęć ta jednak kłóciła się z tym co robił. Kwintesencja ich znajomości.
Czuł jak lepkość złości i bólu gęstniała wokół anioła, i wcale jej przecież teraz nie pomagał zniknąć, wręcz przeciwnie. Więc w tym wszystkim zachował uwagę, ciekawy na ile sił miał Robin żeby oponować przemocą albo swoją anielską mocą.
- Witamy na Desperacji, tej Desperacji której nie cierpisz bo jest brudna, dzika i pozbawiona subtelności, tak samo jak mieszkający na niej ludzie. Wystarczy że zjesz coś, coś co wyglądało zjadliwie, a nawet ta prosta czynność okupiona jest cierpieniem. Och, to nie to samo co czysty i elegancki w swej prostocie Eden. O nie - zakrył nagle usta w zaskoczeniu, jakby przypomniał sobie ważną rzecz - czyżbyśmy obydwoje mieli zakaz wstępu do Edenu? Ojejkuś, a to ci ciekawostka, prawda? Żadnego miłego pomocnego anioła na szybkim wybieraniu, hm? - przytknął znów wierzch dłoni do ust, udając rozczarowanie. Czy go Robin słuchał czy nie, czy wśród nacisków własnych wnętrzności ostre słowa kpiny miały w ogóle znacznie? Niech lepiej słucha uważnie, bo nie miał ochoty jednak Haru anioła zostawiać samego. A już na pewno nie na śmierć. Gdzie no ta anielska ptaszyna z podciętymi skrzydłami uleci w takim stanie? No niedaleko.
- Tylko ten paskudny wąż, ta szuja niedobra, która teraz myśli co tu z tobą zrobić. Dasz sobie pomóc po dobroci czy będziesz odprawiał rytuał bólu i rozpaczy?

/spoko, wystarczy postać z niezamykającą się gębą, damy radę. ty sobie rzygaj a ja będę robić dialogi :>



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Robin on Pon Gru 12, 2016 7:54 pm
Nie istniała mała, nawet najmniejsza szansa, by w takiej sytuacji jego prośba, groźba czy zakaz, jakkolwiek by to nazwać, zostały wzięte pod uwagę. Soczysta porcja nienawiści sączyła się z jego słów, lecz tylko dlatego, że wynikała z irytacji sytuacją, położenia w jakim w ciągu kilku chwil nagle się znalazł. Cały jego urok polegał na tym, iż nie potrafił funkcjonować jako szary, wtapiający się w jednolitą masę Kowalskim ze spożywczaka, to zawsze był szczyt bądź samo dno, a płaszczyzny te przenikały się przy jego osobie w absurdalnie gładki sposób, jakby cała przestrzeń pomiędzy nigdy nie funkcjonowała.
Zatapiał palce w sypkiej ziemi pod dłonią, zostawiając na niej płytkie ślady paznokci. Cały widok przesłaniał mu grunt, na którym klęczał, podniesienie głowy w sytuacji takiej jak to wydawało się zadaniem ponad jego siły, więc co za tym idzie, nie podjął nawet próby. Wykrzywił usta zdegustowany na dźwięk kroków Haru, spodziewał się tego, ale nadal nie mógł zrobić nic, by niezadowolenie nie wykwitało na jego twarzy.
Gadanie, gadanie. Słowa uciekały mu z głowy zaraz po tym jak tam trafiały. Mogło to być dla wymordowanego nie do pomyślenia, ale w hierarchii wartości wsłuchanie się w jego wywód znajdowało się w tym momencie głęboko ponad martwieniem się o samego siebie. Mimo wszystkiego, co miało miejsce, w chwili polepszenia pierwsze co zrobił, to wyprostowanie mankietu na lewej ręce pomimo tego, że brudne od ziemi palce pozostawiały na białym materiale wyraźne ślady.
Zwalony siłą kopnięcia przechylił się na ziemię, rozłożył ręce na boki i ułożył się na plecach. Nie miał zamiaru zwijać się w kłębek przed wymordowanym, zamiast tego, gdy tylko kolejna porcja słów padła w jego kierunku, wyciągnął przed siebie rękę.
- Każdy tak mówi, dlatego nadal żyję. - rękawem starł ślinę z buzi i patrzył z tej perspektywy na Haru. Nie starał się nawet zrzucić jego stopy ze swojego ciała, ot był takim pokonanym, chorym aniołem, należało mu się tak leżeć. Nie wyglądał jednak na wyprowadzonego z równowagi, spokojny wzrok omiatał twarz wymordowanego, żadne słowo które padło z jego ust nie wpłynęło znacząco na Robina. - Wydaje im się, że pieprzenie się z aniołem to nic złego. Wręcz przeciwnie, czują się, cholera, jak rozgrzeszeni, bo skoro posłaniec pana może, to dlaczego my nie? Hah...
Ręka opadła na ziemię. Nie mógł dosięgnąć Haru, był za daleko, by chwycić go i przyciągnąć do siebie. A i on najwyraźniej tego nie chciał, trzymając dystans wyciągniętej nogi. Anioł nie tracił rezonu, gotowy był na to i na wszystko inne czym groził mu Haru.
- Doskonale wiem gdzie jestem i co robię, złotko. - Odpowiedział mu, chwytając jego ironiczny sposób mówienia. - Piję piwo, które sam sobie naważyłem. Tak mnie stworzył pan, jeżeli chciał bym żył w taki sposób, to muszę brać na siebie całą odpowiedzialność, jaką na mnie zsyła. Nie potrzeba my innych aniołów, nie potrzeba mi ich fałszywej pomocy, jeżeli chcesz mnie tu i teraz zarżnąć, to masz wymarzoną okazję. Nie mogę Ci obiecać kiedy znowu padnę przed tobą na ziemię.
Uśmiechnął się, bledszy niż zazwyczaj. Zebrał się powoli, do pozycji siedzącej, a potem wstał, chwiejąc się przez krótki moment na boki. Minął wymordowanego bez zatrzymywania.
- Nie wysilaj się, nie ty, to ktoś inny. - Mruknął do niego, idąc w jakimś kierunku, tym, który wydawał mu się prowadzić do lepszego niż to miejsca. Był już nieco dalej, kiedy dodał jeszcze pod nosem. - Nie masz pojęcia, ale niektórych usługi chorego anioła mogą nawet kręcić. Pieniądze, schronienie, posiłek, leki... dadzą mi wszystko.

_________________






Robin
-----------
Upadły Anioł

avatar

Liczba postów : 131
GODNOŚĆ : Robin Goodfellow ♥

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Gość on Pon Gru 19, 2016 1:04 am
I tak patrzył na niego, leżącego, czując różne rzeczy. Patrzył. I słuchał. I uśmiechnął się. Po swojemu, trochę krzywo, to nawet nie był uśmiech, a uśmieszek. Coś musiało mu się spodobać w tych słowach, bo wzniósł uważnie brew jedną do góry.
- Zarżnąć? Żartujesz? To by było zbyt łatwe. Gdzie tu cała satysfakcja. Zresztą, phe, myślę że stać nas na coś bardziej rozrywkowego i interessującego niż wzajemny mord.
I nie przejmuj się, Robinku, on jeszcze znajdzie sposób, żebyś padł przed nim dobrowolnie na kolana. Na razie to trzeba cię podnieść... Ale poradził sobie sam, a w ten czas w który się zbierał by odejść, odsunął się Haru o krok, robiąc mu wolną drogę. Wolna wola jego, niech idzie gdzie nogi, skrzydła poniosą. W tym czasie ściągnął z siebie jedną warstwę szmat robiących mu za luźną koszulę, odsłaniając tym samym nagi tors, ciało w każdym miejscu przeszywana licznymi jasnymi bliznami, ciemna skóra przeorana starymi ranami. A koszula posłużyła za worek. Nieśpiesznie choć niekoniecznie wolno nogi wróżbity cofnęły się do tego, czym Robin słusznie stać się nie chciał, a więc do martwego anioła, a dłonie z gracją ujęły jelita i złożyły je do materiału. Ostrożnie wsunął po raz ostatni rękę w rozdarty brzuch, wymacał coś jeszcze i wyciągnął kolejny różowy organ. Zasupełkował prowizoryczny pakunek i podążył za Robinem. Nie zajęło mu długo zbieranie narządów, toteż dosłownie w paru długich krokach już był za nim, podążając za jego aurą choroby i upadłej anielskości. Nie odeszli zbyt daleko, a już ptaki rzuciły się na zostawione truchło.

- Tak, tak, oczywiście - przyznał mu niedbale rację jakoby ktoś inny miał mu pomóc, nie ważne już czy rzeczywiście się z tym zgadzał czy nie. Oczywiście, że usłyszał jego ostatnie, choć cichsze słowa. Haru miał irytującą zdolność wybiórczego słyszenia tego co wymamrotane, głównie dlatego, że mamrotanie tego typu zazwyczaj nie miało być dla jego nie-uszu.
- Pewnyś swego jak niczego innego, huh? Bo rzeczywiście na pęczki tu zdesperowanych twojej chorej anielskiej obecności miłych, pomocnych "innych" i "niektórych". Ciekawe czy do nich dojdziesz zanim klapniesz gdzieś na odpoczynek z przerwą na oddawanie treści żołądka. Nie chciałbym, żeby w tym czasie coś z chętką na ciebie okruszku skoczyło i zacieniło na twojej ślicznej smukłej szyi swoje ostre spragnione krwi zębiska. Och, wiesz jak to jest, pałętają się tu i tam zdziczali wymordowani, różne wściekła bestie, tylko czyhają na osłabione ptaszyny. - Haru to jednak wiedział jak uspokoić chorego na Desperacji. Złoty medal za słowa pociechy. - Samo wyjście z Limbo to chwila dłuższa, i ajć, dookoła całkiem sporo nieprzyjaznych ziem niczyich. Hej, możemy się założyć - kto poda dokładniejszą liczbę kroków które zrobisz zanim znów poczujesz się na tyle gorzej, żeby zrobić sobie przymusowy piknik? Nie odpowiadaj. Zaraz, nie miałeś takiej sprytnej sztuczki, bardziej diabelskiej niż anielskiej, którą wysysasz życiodajne siły z wszystkiego żywego dookoła? Hmm, pewnie nie działa na choroby, skoro związku z tym jeszcze się do nie dobrałeś. No nic, tym lepiej dla mnie, prawda? Oho, hola, uważaj chodzisz - dodał widząc kroki jego mniej pewne niż zazwyczaj, ale wciąż uparte i wytrwałe. A radio na stacji ustawionej na program "Haru Wróżbita, twój osobisty partner do relacji bardziej skomplikowanej niż miłość czy nienawiść" wciąż nadawało. Nawet jeśli przekaz mógł być denerwujący, jego głos na pewno taki nie był - wciąż miękki i przeciekający przez świadomość jak piasek w dłoniach.
- Znam dobre miejsce na spoczynek niedaleko za miastem. Wystarczy słowo i zabiorę cię tam. Albo możemy poszukać tych twoich milusińskich, jestem pewien, że gdzieś tu są i czekają na ciebie.
Nie chciał go ciągnąć wbrew jego woli. Byłoby to trudne i męczące. Miał też plan c i d, jeden lepszy od drugiego, ale na razie zobaczmy ile kroków zrobi jeszcze Robin, zanim padnie odpowiedź. Raz, dwa, trzy, cztery...



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Robin on Sob Gru 24, 2016 8:57 pm
Przełknął ślinę z niesmakiem. Nie pasował mu kwaśny posmak żółci jak i temat ich rozmowy. Zdecydowanie to nie była odpowiednia pora na poważne rozważania, takie jak te, które teraz snuli. Było jednak coś w chorym aniele takiego, co jego samego odrzucało, nie chciał zaakceptować takiego stanu rzeczy. Osłabiony, zmarnowany, brzydki, zdany na siebie... prawie. Oczywiście, że nie mógł zaakceptować faktu, że Haru podążający jego śladem może mu życzyć dobrze, nawet w chwili takiej jak ta. Ich relacja była dziwna, niby krucha, a jednak tak silna, jakby ktoś przywiązał ich do siebie łańcuchem. Nie mógł go nazwać swoim przyjacielem, nie pasował do żadnej części definicji tego zjawiska, nie był też z nim na stałe, z nikim nigdy nie był na stałe, więc dlaczego wymordowany chciałby mu pomóc?
Odpowiedź była prosta, dla Robina, jedyne czego chciał od niego w tym momencie wężowaty, to napawania się widokiem rzygającego jak kot anioła, który w każdych innych okolicznościach pręży swój kark do słońca. W głębi serca, czego sam do końca nie był świadomy, nie chciał też, by widziano go w takim stanie. Nie kłamał mówiąc, że niektórych taki widok cieszy, niektóre kobiety dowartościowywały się widząc jak kuli się przed nimi mężczyzna, a że robi to z powodu choroby, a nie wczucia aktorskiego, to już inna sprawa. Dla niego liczyło się tylko to, że nadal był pożyteczny, dla kogoś był piękny w tej swojej okaleczonej formie. Nie mógł pogodzić się z tym, że choroba, tak żałosna i brzydka dopadła właśnie jego i to w takim momencie, bo dla Haru, dla Haru chciał byś piękny i idealny, a nie... taki jak teraz.
Prychnął poirytowany, wyrzucając z siebie resztki marnego i tak posiłku. Nie uszedł nawet kroku, zanim znowu zgiął się w pół. Nawet wymordowany zakładał chyba, że dojdzie dalej. Cała ta wymiana zdań nie działała na niego najlepiej, dodatkowo się denerwował i w ogóle zaczynała go boleć głowa. Najchętniej padłby gdzieś do snu, ale jak dobrze zauważył jego kompan, tutaj nie do końca nadawało się na popołudniowe drzemki.
- Całkiem dobrze potrafię uciekać. - Rzucił w przerwie między mniej przyjemnymi czynnościami.
To musiał mu Haru przyznać, Robin był świetny w uciekaniu, ulatnianiu się z miejsca, robił swoje i już go nie było. Prawie nigdy nie wracał, najczęściej nie miał po co, do czego do kogo. Znał także swoja siłą i wiedział doskonale, że w wielu przypadkach sprawna ucieczka to jedna z jego zalet. Mocna strona, atut, as ukryty w rękawie. Nie tak łatwo było go dorwać, szczególnie że latał i miotał ogniem, wiele stworzeń to drugie dostatecznie mocno odstraszało. W każdym razie, użycie teraz swojej mocy, byłoby raczej głupie, ale nie chciał tego tak otwarcie przyznać.
Że został na łasce i niełasce Haru.
- Świetnie. W takim razie mnie tam zabierz, kochasiu. - Wymamrotał.
Pal licho, wiele w takiej sytuacji nie mógł zrobić, to i jego zdanie przestało się liczyć. Nie mógł jednocześnie wmawiać Haru, że sam sobie da radę, a zaraz potem czołgać się mu pod nogami jak jakaś gąsienica. Nie byli aż tak blisko, by chciał pokazywać mu swoją brzydką stronę, ale nie aż tak daleko, by go to nie obchodziło. Zwyczajnie czuł się zawstydzony, tak po ludzku i zwyczajnie, rzecz jasna paradowanie nago przed wymordowanym to zupełnie inna sprawa. Teraz, byle tylko poczuć się lepiej, gotowy był nawet poświęcić swój wizerunek.
I od razu wiedział, że będzie tego żałować.

_________________






Robin
-----------
Upadły Anioł

avatar

Liczba postów : 131
GODNOŚĆ : Robin Goodfellow ♥

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Gość on Pon Sty 02, 2017 9:22 pm
- Więc chodź, podążaj umierający mój kłębuszku pierza, coś poradzimy na te twoje boleścią i żałością zgięte anielskie lica.
Zgiął się w pół i machnął dłonią wskazując kierunek jakby oferował zaproszenie do tańca, uśmiechając się przy tym coś za szeroko.
W worku na lewym ramieniu wesoło plaskały jelita, zmarkotnieniem choroby powiewało od anioła, a pół nagi wąż jednym okiem badał okolicę kierując ich ku wyjściu, drugim pilnował czy jego towarzysz aby nie słabnie bardziej niż żałośniej już był, trzecim zaś wpatrywał się w niebo, myślom swoim nie dając tym razem upustu przez usta.

[zt -> tutaj]



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Pride on Pią Cze 23, 2017 10:01 am
Podał fiolkę mężczyźnie o przenikliwych oczach i orlim nosie. Posturą mógłby straszyć okoliczne dzieci, jako Kat wykonujący publiczne egzekucje. Wyglądał na groźnego, jednak Pride wcale się tym nie przejmował. Szemrane towarzystwo i nielegalne interesy stanowił dla niego chleb powszedni.
Interesy z tobą to czysta przyjemność — odparł Jastrzębionosy.
Vice versa, kolego.
Skąd masz to cudo? Skąd to bierzesz?
To moja tajemnica zawodowa. Mam dobre źródło. — Jastrzębionosy podniósł fiolkę do góry i przyjrzał się jej pod światło. Czerwona, prawie czarna krew płynnie przelewała się z jednego miejsca na drugie. Mężczyzna nie wiedział, że regeneracyjne źródło stoi właśnie przed nim, nie na tyle głupie, aby obnosić się z własną wspaniałością. Zagrożenie jego życia wzrosłoby stukrotnie, jak gdyby teraz żył spokojnie.
Tu jest to, o co prosiłeś z miasta — rzucił Kat.
To o co prosił. Ha. Żądał.
Pride spojrzał z uwagą na niewielką paczuszkę, w której znajdywały się chemiczne składniki pozwalające mu stworzyć jego ulubiony odprężacz.
Poczuł słodkie mrowienie w żołądku.
Interesy dobiegły końca. Pożegnał się bez słowa z dostawcą znikając z pola widzenia Jastrzębia, gdyby ten nagle zapragnął wydębić więcej krwi. O ćpunach wiedział sporo oho, doprawdy i jedną najważniejsza zasadą w egzystowaniu z nimi był  brak zaufania. Zresztą zasada ta sprawdzała się świetnie w każdej sytuacji. W każdej, w której jemu — Niklasowi Bellmanowi to pasowało.
Desperacja ciągnęła się za nim jak głód, który nie odstępował go od kiedy tylko przekroczył próg własnej chaty. Z durnym uśmiechem zmierzał do swojej czarnej nory. Wiedział, że chodzenie akurat tą drogą może być niebezpieczne, jednak chciał szybciej znaleźć się w domu.
Musiał.
Ślina dawno nabiegła do ust, a oczy zaszły lekkim podnieceniem na myśl o wytworzony narkotyku. Dreszcze przebiegły mu wzdłuż kręgosłupa, a potem czujność poszła w siną dal.
Tsk.
Jeszcze tylko trzydzieści minut i bę--
Tsk.
Zwolnił nieco kroku. Rozejrzał się po ponurej okolicy, jęczących i wykrzywionych w bólu oblicz drzew, które z powykręcanymi rękoma pochylały się ku ziemi. Serce nieco zwolniło swoją pracę, a oddech stał się mniej równy. Pojawiło się uczucie niepokoju, podejrzenie mimo względnego spokoju. Coś było nie tak. Nagła ostrożność wyostrzyła się.
Nie jesteś paranoikiem. Coś tu jest.
I wcale się nie pomylił. Wyskoczyły z krzaków, kiedy postanowił stanąć i bardziej rozejrzeć się po okolicy. Strach szarpnął ciałem w tył, pozbawiając go równowagi. Miękkie palce wypuściły niewielki pakunek z rąk, a on uderzył plecami o wystające konary i porozrzucane niedbale kamienie. Skaleczył się w łokieć i poranił dłonie, jednak te zdawały się być żadnym problemem w obliczu stada zmutowanych hien, które były jeszcze bardziej szkaradne niż pierwotnie. Skrzywił się, wykrzywiając usta w brzydkim grymasie, a potem zerwał się z miejsca i ruszył przed siebie.
Szlag by to trafił. Ten dzień nie miał tak wyglądać!
Tsk.
Biegł. Biegł ile sił w nogach nie oglądając się za siebie. Szelest łamanych pod jego ciężarem gałęzi zdradzał jego pozycję.
Zdradzała go obawa oraz dudniące serce, które dzwoniło mu w uszach głośnym taranem. Stado rozwścieczonych hien biegło za nim, nie spuszczając go ani na minutę ze wzroku. Ujadały. Tropiąc go po strachu, deptały mu po piętach. Nie miał gdzie się ukryć, nie miał jak schować. Wzrokiem rozglądał się po okolicy jednak porośnięte mchem konary drzew nie były przychylne dla niego i nie zapraszały do swych wnętrz, aby go uchronić.
Tsk.
Kurwa.
Dotarł do Limbo.



Pride
-----------
Opętany     Lekarz

avatar

Liczba postów : 244
GODNOŚĆ : Niklas Bellman.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Asterion on Czw Lip 06, 2017 12:31 pm
Kiedy słyszysz przeraźliwy krzyk, dobrze wiesz, że dla tej osoby nie ma ratunku. Jeśli jesteś jednak na tyle odważny, aby ową osobę uratować, zawsze musisz liczyć się z tym, że tam dokąd idziesz będzie na Ciebie czekać pewna śmierć. Nie inaczej było z dwoma, kochającymi się bliźniakami. Chłopczyk i dziewczynka, nierozłączna para wymordowanych. Klątwy z reguły bywają przeraźliwe, a klątwa mówiąca, że jeden nigdy nie będzie żył bez drugiego, przechodzili ludzkie pojęcia. Dlatego zginąć musieli oboje.
Tego dnia Asterion miał brudną robotę. Dla innych brudną. Dla niego była to swego rodzaju odskocznia - gonić za zleceniami. Ku jego zaskoczeniu uczestniczył w misji, w której brały dwie osoby z elitarnej dziesiątki. Dopiero wtedy zastanawiał się nad stopniem trudności misji. Było aż tak bardzo beznadziejnie, że musieli ich własnie wysyłać? Sam również bardzo dobrze dałby sobie rade. W końcu sam kiedyś należał do tej bandy dzikusów, którzy uważali się za kogoś więcej niż zwykły członek Drug - on'ów. Szybko jednak uporali się z misją dotyczącą dwóch bliźniąt. W równie szybkim tempie jego droga z członkami elity rozeszła się, ponieważ "miał jeszcze coś do załatwienia".
Jeju, klątwy naprawdę bywają przeraźliwe.
Czyżby przez Ciebie przejawiał głos rozsądku, drogi Asterionie?
Nie, tylko tak jakoś...
Tak, klątwy bywają przerażające.
Dobrze o tym wiedział. Właśnie miał żywy, a raczej już martwy dowód, który pokazywał, że klątwa to nic przyjemnego.
Nie chciałbym być nigdy w klątwie.
Zmarszczył niepewnie brwi, słysząc niepokojący szelest. Był trochę wstrząśnięty, dlatego od razu nie potrafił zareagować prawidłowo. Zaraz znajomy odgłos hien przywrócił go do pełnej świadomości. Rozejrzał się dookoła aż nagle zobaczył ich stado. Za czym biegły? Za jaszczurką. Czemu za nią? A może była w klątwie?
Zawsze jak sobie coś wyo...
Zamknijcie się i mi pomóżcie.
Niedługo trzeba było czekać aż jego moc przemieniła się w 4 dzikich kotów, zaś on sam przemienił się w geparda, gubiąc po drodze swoje ubrania, zostawiając również swoją broń i wszystko inne. Oby nadal tam była jak wróci. O ile wróci. A tymczasem ruszył za pogonią, gdzie za nim biegły ociekające "cienie" dzikich gotów - głodna lwica, dzika pantera. drapieżny lampart oraz przeraźliwa tygrysica. Cztery hieny - powinni dać radę. Głośny ryk lwicy zdezorientował na moment biegnące hieny. Kwestią czasu było to, że ich dogonili. Canes rozkazał swoim lwicom odwrócić uwagę od jaszczurki, a on sam, będąc tym najszybszym, wyskoczył wraz z lwicami zza krzaków, łapiąc w paszczę bezbronną jaszczurkę. Bardzo szybko mógł pomyśleć, że to jest jego koniec, ale nie tym razem. Kiedy jego moc odwracała uwagę od intruzów, Asterion zdążył od nich uciec, trzymając w paszczy wyglądającą bezbronnie jaszczurkę. Co prawda trochę go raniła, ale czym byłaby zabawa bez odrobiny bólu? Kiedy udało mu się odwrócić uwagę głodnych hien i pobiegły w zupełnie inną stronę, jego lwice ponownie znalazły się przy nim, a on mógł pozwolić sobie na to, aby wypluć i tak niesmaczną już jaszczurkę. Nie przemieniał się. To nie była ta chwila. Obserwował zwierzę. Ucieknie? To byłoby całkiem prawdopodobne. Niemniej jego moc rozproszyła się jak mgła, pozostawiając po sobie czarną smugę. Został tylko jeden z całej czwórki, a był to nikt inny jak dzika pantera. Ociekała z cienia, będąc w gotowości do dalszych rozkazów.

Użycie mocy, tatuaże: 1/3

_________________
Mowa Asteriona | Myśli Asteriona
Czym jest pouczucie głodu, Asterionie?

To pragnienie, którego nigdy nie potrafisz zatrzymać.
Mowa Zmor | Myśli Zmor



Asterion
-----------
Salamandra     Opętany

avatar

Liczba postów : 167
GODNOŚĆ : Canes "Asterion" Venatici.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Pride on Pią Lip 14, 2017 2:24 pm
Pride uświadomił sobie w momencie zagrożenia, że ciężko jest być małą, bezbronną jaszczurką, która próbuje uciec na krótkich nóżkach przed stadem hien. Cholernie ciężko być jaszczurką, kiedy nagle ktoś łapie cię w paszczę, a ty miewasz przed oczami najgorsze scenariusze.
Umrę. Zeżrą mnie jak nic. Mam tak mało mięsa, ale kogo to obchodzi.
No najwidoczniej nikogo. Nikogo na Desperacji nie interesowały wartości odżywcze danego stworzenia. Ważne, żeby się ruszało. Ważne, żeby można było je zabić, co wiązało się ze świeżością i aby chociaż trochę oszukać skręcający się od kilku tygodni niejedzenia żołądek.
Tym razem miał kategorycznie pożegnać się z życiem. Cudownym życiem, które wiódł w swojej gadziej norze, tworząc własne lekarstwa i opychając je biedakom za wymyślne przysługi, o które upominał się w ekstremalnych okolicznościach. Czasem również zdarzało mu się bezpodstawnie wykorzystywać biedaków do własnych celów, które kończyły się zgonem, ale kto by ich tam pamiętał! Teraz były ważniejsze sprawy, a jedną z tych była ta, że został transportowany w pysku, najpewniej w celu znalezienia jakiegoś wygodnego legowiska, gdzie będzie można go spożyć.
Zapewne, gdyby był w ludzkiej formie spociłby się i wymiotował ze strachu, jednak gadzia forma uniemożliwiała mu...wszystko. Nie było to jego fanaberią. Nie chciał zmieniać się w szyszkowca małego, bo przemiana była niesamowicie bolesna i wydawało się, że proces kurczenia kości wydłużał się albo on coraz gorzej go znosił. Został zmuszony do niegodnej przemiany ze względu na rany jakie odniósł podczas podróży przez góry Shi. Spotkanie z jednym z wyznawców KNW zakończyło się bardzo owocnie, jednak pomylenie drogi pod wpływem makowego mleka i w efekcie sturlanie się z wysokiego zbocza aż do jego podnóża,było bolesne. Kto by pomyślał. Na szczęście, drugie spotkanie biznesowe okazało się lepsze, jednak kilka ran i siniaków sobie nabił. Nie spodziewał się przygód w powrocie do domu, a na pewno już zawędrowania do Limbo. Nie lubił tych okolic. Śmierdziało moczem i padliną. Martwi, rozkładający się wymordowani byli cholernie żałosnym widokiem, a ich wybebeszone wnętrzności nie zachęcały do badania przyczyn ich zgonu. Zresztą, nie wiedział takiej potrzeby. Nie znał ich. Byli zwykłymi, nieważnymi i śmierdzącymi wymordowanymi, na których nie było sensu nawet rzucić okiem.
Najważniejsza była jego skóra. Zastanawiał się co powinien zrobić, jednak nim mądre pomysły przyszły do głowy, został postawiony na ziemię. Wielki gepard gapił się na niego, a tuż obok czaiła się pantera. Cholerne koty. Jak nie psy, to teraz koty. Jednak te były inne. Bardziej rozumne. Zwłaszcza ten gepard. Pride wpatrywał się w niego chwilę zastanawiając się, czy aby czasem nie jest to jeden z wymordowanych. Trzeba sprawdzić. Rozpozna zapach śmierdzącego wymordowanego na kilometr. Zaraz podreptał, jak na jaszczurkę przystało do geparda i nie dając mu nawet szansy na obronę, wczepił się w jego klatkę piersiową łapami. Zaczął się po nim wspinać, przechodząc na grzbiet i buszując w jego sierści.
Tak, śmierdział wymordowanym. Musiał nim być. Przedarł się przez gąszcz futrzanych traw i zakopał się w niej, moszcząc. Musiał odpocząć. Nawet tutaj, w jego futrze. Jego ciało głośno krzyczało o odrobinę snu i zebraniu się do kupy. Gepard nie wykazywał agresji, ba, nawet mu pomógł i nie kwapił się o zeżarcie go. A może chciał, ale Pride nie bardzo mu na to pozwolił? No cóż, trudno. Miał pecha, skoro nie wykorzystał krótkiej okazji na wieczerze. Teraz musiał się użerać z tymczasowym lokatorem, który niczym pasożyt uczepił się jego sierści.



Pride
-----------
Opętany     Lekarz

avatar

Liczba postów : 244
GODNOŚĆ : Niklas Bellman.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Asterion on Czw Sie 03, 2017 11:00 am
To nie tak, że Asterion miał ochotę go zjeść. Wyjątkowo ubzdurał sobie coś, dzięki czemu Niklas będzie miał szansę jeszcze przeżyć. Będzie miał, o ile nie zrobi żadnego głupstwa. I z pewnością nie chodziło tu tylko o mięso. Widocznie Pride miał w sobie coś jeszcze, co przyciągało uwagę innych. Szkoda tylko, że szli za głosem żołądka, nie serca.
Gdyby tylko zwierzę miało zdolności telepatyczne, od razu by wiedział, że Asterion wyjątkowo nie miał złych zamiarów. Kiedy chociaż raz chciał być miły dla kogoś, odwdzięczają mu się indywidualnymi wyzwiskami i modlitwami, które na całe szczęście nie słyszał. Ale w sumie czego mógł się spodziewać, kiedy niespodziewanie capnął uciekającą jaszczurkę, a później zaniósł ją w kompletnie nieznane miejsce. Czy to było aż takie ważne? Grunt, że będzie żyła. Do momentu aż znowu nie spotka ją stado dzikich hien lub zupełnie coś innego.
- Na klątwę to on mi nie wygląda - rzuciła dzika pantera, sugestywnie patrząc na Asteriona.
Czyżby się pomylił i uratował zwykłą jaszczurkę. Tak, na to wyglądało, skoro niebawem zwierzę zrobiło coś, czego Canes w zupełności się nie spodziewał. Mało kiedy z kimkolwiek się tam spoufala, a na pewno nie z kimś, kto w zasadzie powinien stać się jego deserem po obiedzie. Nie przewidział takiego obrotu sprawy, przez co szybko zamienił się w słup soli, a swojej zmorze posłał spojrzenie pełen bólu i ratunku. Było to na tyle wymowne, że pantera mimowolnie zaśmiała się do siebie, po czym znikła, zostawiając z tym Asteriona samego.
Musisz sobie z tym sam poradzić.
No świetnie.
Oddech mu na chwilę stanął, a nie wiedząc co robić, wpatrywał się w buszującą jaszczurkę. Widocznie ciepło jakie emanowało z Asteriona sprawiło, że zwierzę chciało trochę się zagrzać. A może miało to swoje ukryte dno, o którym wymordowany nie wiedział? Tak czy siak nie miał pojęcia, co właśnie zrobić. Zrzucić go, dać mu spokojnie żyć w jego sierści, przemienić się z powrotem w postać ludzką? Opcji było wiele. Ale skoro już go uratował, to mógł być miły do samego końca i dać mu swego rodzaju schronienie. Może to będzie jego zwierzątko domowe? Nigdy nie miał zwierzaka, którym mógłby się opiekować. Dużo osób na Desperacji ma swoje zwierzęta oraz bestie, które chadzają z nimi przy nodze, więc może taka jaszczura na start nie jest głupim pomysłem? To może mieć nawet sens. Dlatego nie reagował gniewem, kiedy jaszczura pozwoliła sobie zagnieść w jego sierści, a on sam położył się na ziemi, póki co nie przemieniając się w ludzką formę. Da mu chwilę, aby odpoczął. Sam potrzebował chwilę odpoczynku, więc na razie nie miał nic za złe, że jaszczurka zrobiła sobie w jego sierści gniazdo.
Oby nie na długo.

_________________
Mowa Asteriona | Myśli Asteriona
Czym jest pouczucie głodu, Asterionie?

To pragnienie, którego nigdy nie potrafisz zatrzymać.
Mowa Zmor | Myśli Zmor



Asterion
-----------
Salamandra     Opętany

avatar

Liczba postów : 167
GODNOŚĆ : Canes "Asterion" Venatici.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Pride on Nie Sie 20, 2017 4:03 pm
Niklas posiadał jedną, najbardziej zawadzającą wadę — egoizm. Odkąd sięgał pamięcią nie liczyły się dla niego inne jednostki poza nim własnym. Jego potrzeba ciepła i chwilowego schronienia była ważniejsza, aniżeli komfort psychiczny pantery. Obawa przed zjedzeniem nadal czaiła się z tyłu jego głowy, jednak zdrowy rozsądek podpowiadał, aby wykorzystać okazję dobroci, dopóki ta trwa. Zagrzebał się we futrze pantery, chwilę moszcząc w miękkim, trochę śmierdzącym wilgocią futrze kota. Odpoczywał długo, aż nie zbudziło go skrzeczenie jakiś dzikich ptaków. Na policzku poczuł łaskoczącą sierść, a w ustach jakieś kłapcie. Wypluł kilka kłaków, przecierając palcami zaspane oczy. Przemiana nastąpiła dość szybko i wręcz płynnie. Nawet nie wiedział kiedy jego ciało powróciło do pierwotnej formy. Ominął go towarzyszący temu ból, jednak obolałe mięśnie nadal piekły żywym ogniem. Leżąc w bezruchu na futrzanej skale, rozejrzał się po okolicy przed sobą. Palcami bawił się kocią sierścią, cicho ziewając. Nie miał zielonego pojęcia, jak zareaguje zwierzę na obecność człowieka, jednak zmęczenie i migrena odbierały mu zdolność do racjonalnego myślenia. Pomyślał sobie „hej, nie będzie tak źle! Co może się stać!”. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko, na przykład: może cię zjeść? Był to jeden z najgorszych scenariuszy, jakie mogły się zdarzyć, jednak Bellman karmił się złudnymi myślami do czasu, aż nie powróci do niego z impetem trzeźwość umysłu. Przyjemnie kojące ciepło rozleniwiało go, a chłód łaskoczący jego nagą skórę przypominał o miejscu w jakim się znajdywał.
Nienawidził Limbo. Limbo śmierdziało szczynami, ubóstwem i ciemnotą. Gorzej niż w średniowieczu. Niklas nie znajdywał w tym miejscu niczego godnego jego zainteresowania, a spanie w podrzędnym gruzowisku kompletnie nie spełniało jego standardów. Chciał wrócić do swojej chaty, w której miał przygotowaną jeszcze jedną dawkę ukochanego narkotyku. Niestety na więcej nie miał co liczyć, gdyż przez parszywe, wstrętne, pierdolone hieny zgubił najważniejsze składniki do swego specyfiku. Przeklął w myślach na niefart jaki ciągnął się za nim niczym smród za trupem. Padlina niepowodzeń towarzyszyła mu odkąd przekroczył próg własnego domu. Wszystkie znaki na niebie wraz z Lorenzo podpowiadały mu, aby nie wychodził. Ha, zachciało mu się niezależności. W robieniu innym na złość nie miał sobie równych. Niedościgniony pyszałek, wiedzący wszystko najlepiej. Teraz dostał pstryczka w nos, leżąc na dywanie z pantery.
Jebać was wszystkich. Pierdol się Lorenzo — wymamrotał pod nosem, wiedząc jak zakończy się powrót do domu. Piekielną awanturą, w której Lorenzo będzie musiał wysłuchać wszystkich żali Pride.
Starał się podnieść cicho i bezszelestnie z tymczasowego posłania. Wiedział, że na znalezienie swoich ubrań nie miał co liczyć, więc powrotna podróż zapowiadała się fantastycznie i niesamowicie ekscytująco.



Pride
-----------
Opętany     Lekarz

avatar

Liczba postów : 244
GODNOŚĆ : Niklas Bellman.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Asterion on Pon Wrz 18, 2017 5:55 pm
Asterion sam grzeszył egoizmem na prawo i lewo, choć jego podopieczny w postaci Shannon'a nauczył go paru ludzkich odruchów, przez co od czasu do czasu potrafił pomyśleć o kimś jeszcze i nie były to jego Zmory czy on sam. Dlatego wcale nie dziwił się tym, że ktoś inny był praktycznie taki sam jak on. Bardziej dziwił go fakt, że ktoś odważył się zrobić taki krok w stosunku do niego. Ile to razy słyszał, że był potworem? Taka odmiana była na swój sposób zaskakująca, jak i również przyjemna.
Nie myśląc chwilę dłużej, pozwolił na taki gest ze strony obcego zwierzęcia, a on sam chciał udać się na krótki odpoczynek, coby zregenerować trochę sił, jak i również obiektowi w postaci jaszczurki dać chwilę odetchnąć i się wyspać. Nic więcej nie mruczał, ani tym bardziej jęczał do swoich Zmor, które go tak bezwstydnie zostawiły. Sam na sam z kimś obcym. Co z tego, że to było zwierzę osiem razy mniejsze od niego. On i jakiekolwiek kontakty z obcymi osobami, szczególnie z dzikimi bestiami nie wychodziło najlepiej. Skąd mógł wiedzieć, iż nagle owa jaszczurka nie przemieni się w coś, co go zje jednym kłapnięciem szczęki?
Westchnął cicho i zamknął oczy. Miał czujny sen, dlatego najmniejsze poruszenia zwierzęcia sprawiały, że Asterion wiedział, co wokół niego się dzieje. Tak mniej więcej. Bo kiedy poczuł na sobie nieco inny ciężar oraz dotyk, nie zareagował w pierwszej chwili na to wcale. Dopiero później, jak usłyszał obcy mu głos (i to jaką), zerwał się momentalnie, przez co głowa Pride'a znalazła się na ziemi zanim zdążył bezgłośnie wstać, aby go tylko nie obudzić. Paskudny miała z nią kontakt, to musiał mu przyznać.
Swoje dzikie, intensywnie zielone ślepia wlepił w obcą mu postać. To był człowiek, a po jaszczurce śladu nie było. Zmarszczył niezauważalnie brwi w lekkiej konsternacji, chcąc zaryczeć jak na dzikiego kota przystało.
To ta jaszczurka, Asterionie. Chyba nie chcesz go przestraszyć...
Nagle cofnął się o parę kroków i przemienił się z powrotem człowieka, świecąc teraz nagością tak samo jak Niklas.
- To Ty jesteś tą głupią jaszczurką, którą uratowałem przed stadem zapchlonych hien?! - rzucił z początku pretensjonalnie, wskazując na niego palcem. Po przemianie ciągle miał te swoje dzikie spojrzenie, a oczy wyraźnie świeciły intensywną zielenią. Również było widać w nich złość, którą na razie Asterion starał się w sobie tłumić. Ale na jak długo będzie potrafił?

_________________
Mowa Asteriona | Myśli Asteriona
Czym jest pouczucie głodu, Asterionie?

To pragnienie, którego nigdy nie potrafisz zatrzymać.
Mowa Zmor | Myśli Zmor



Asterion
-----------
Salamandra     Opętany

avatar

Liczba postów : 167
GODNOŚĆ : Canes "Asterion" Venatici.

Powrót do góry Go down

Re: (S) Południowe przedmieścia Limbo    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics