Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 5 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Pon Lut 01, 2016 12:36 am
Prowadzenie rozmowy było dla niego w tym momencie odruchowe, przez co faktycznie nawet się nie zastanowił, że mógłby zająć Azazelowi więcej czasu, niż ten chciałby mu poświęcić. Jeszcze chwila, a chłopakowi odpadnie ręka od tego ciągłego pisania, albo sam długopis nagle poskarży się na brak atramentu.
Pozwolił ułożyć się wygodnie na leżance, mrużąc boleśnie oczy przy mimowolnym naparciu na złamane skrzydło. Delikatnie ujął kartkę w dłonie i zaczął rozczytywać pismo, gdy…
… ktoś przyłapał ich na kolejnej zdrowaśce?
Nie dokończył treści przez co poczuł się niemal identycznie, jakby ktoś wparował mu w sam środek konwersacji, skutecznie zagłuszając drugiego rozmówcę. Poniekąd tak było. Zachariel uniósł zaniepokojony głowę, chcąc jak najszybciej uchwycić spojrzeniem kolejnego z wiernych Ao. Identycznie jak Azazel, Ourell był przekonany, że kroki należały do młodej kapłanki, dlatego wydawał się lekko zaskoczony. Spodziewał się, że niektórzy nie będą zadowolenie z jego wizyty – uwierzcie, że blondyn też nie skakał z radości, że musiał gościć w progach naciąganego bóstwa – ale mówiąc szczerze, nie nastawiał się na agresję. Przynajmniej nie po tym, jak został mile ugoszczony przez tutejszego medyka. Pal licho, że był jego bratem.
Zmarszczył nos przysłuchując się słowom inkwizytora, którego niestety nie zdołał rozpoznać. Być może z racji tego, że nigdy wcześniej nie widział tego zbłąkanego człowieka na oczy, a nikt nie kwapił się, żeby ich sobie przedstawić; w końcu to jego imię przyniosło śmierć rodzeństwu anioła i to ono było tak powszechnie znane. Ale jeśli powoływać się na szczerość, anioł nawet nie będzie się upominać o godność tego szaleńca.
Głupie przywiązanie popędziło jego serce do mocniejszego bicia, by finalnie wesprzeć obolałe ciało na łokciach w zaalarmowanej pozycji. Kosztowało go to paskudne skrzywienie przez odezwę bólu, jakim zaraz krzyknęła pogryziona ręka. Zawzięte, poważnie zirytowane spojrzenie padło na twarz Eizō. Jak śmiesz… Nawet gdyby był w stanie, z pewnością nie skoczyłby na niego z pazurami, by wydrapać oczy, ale widok srebrnego łańcuszka rozłamywanego pod butem tego popaprańca był nader ciężki do zniesienia. Dzielił z tą ozdobą setki lat życia i była ona nie tylko wizytówką krzyczącą „Tak! Oto jestem chrześcijaninem!”, ale również pamiątką.
Choć spojrzenie mu płonęło, a ręce mimowolnie zacisnęły się w pięść, bieląc knykcie, Ourell zachowywał zimną krew i odarł spokojnie:
- Nie wiem co zyskałeś niszcząc mój łańcuszek, ale muszę powiedzieć, że było to skrajnie niepotrzebne. po prostu głupie. Czy mógłbyś, proszę, zdjąć but z mojego krzyżyka?
O ile słowa Azazela wprowadzały go w natychmiastowe poruszenie, o tyle w przypadku wymordowanego starał wykazywać się większą cierpliwością. Nieważne czy z kłami, kopytami czy paskudnym usposobieniem, człowiek to człowiek.
Obierał uprzejmy ton, ale chrzęst metalowego wisiorka szorującego o podłoże zjeżył go jak kota, szykującego się do potyczki. Czyżby kolejna osoba, która testuje moją cierpliwość? Ostatnimi czasy sporo osób obierało sobie takie hobby. Jedyną przewagą Eizō było otoczenie, w którym blondyn czuł się po prostu źle. Okay, może nie jedyną, bo jeszcze istniał pewien problem między ruchliwością obu panów. Mianowice polegał on na tym, że Archangel tej ruchliwości w ogóle nie miał…
Nie był w stanie przeczytać tego, co pisał na kartce Azazel, jednak Ourell miał podobny tok myślenia.
- Jestem tu za zgodą Twojej prorokini. Myślę, że wszelkie zażalenia należałoby kierować do niej.
Prychnął, pokornie znosząc wwiercający się w jego klatkę piersiową żal za utraceniem czegoś tak na pozór błahego, jak zwykłej ozdoby… mimo wszystko i tak czuł ten duszący żal, który siłą powstrzymywał przed przerodzeniem się w gniew.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Pon Lut 01, 2016 2:46 am
Sarkastyczny uśmieszek nie schodził z twarzy fanatycznego inkwizytora. Widok cierpiącego w bólu Anioła, napawał go ogromną przyjemnością, wymieszaną z podnieceniem. Kątem oka zerkał na próby podniesienia się rannego oraz wyrazy oburzenia, malujące się na jego niewyjściowej twarzyczce. Cóż to był za nędzny gatunek... stworzony przez samego głupca Jahwe, jedyne na czym się znał to prawienie morałów i mieszanie ziółek. Plugawe nasienie. Czyny Anioła mówiły jedno, słowa natomiast - drugie. Widocznie Eizou trafił w punkt, gdyż ich gościowi chyba naprawdę zależało na tym śmiesznym wisiorku.
- Satysfakcję! - odparł uśmiechając się jeszcze szerzej – Tylko i wyłącznie satysfakcję.
Cóż to mu się trafiło za szczęście, że akurat w tak nudny dzionek odwiedził ich ktoś równie intrygujący. Białowłosy ostatnio miewał całkiem sporo przerw od pracy, toteż jego zapał narastał dzień po dniu, wyczekując na moment kiedy w końcu będzie mógł pociągnąć za spust i dać rozgrzeszenie kolejnemu bluźniercy. Jego początkowe obawy co do powodu pobytu tego jegomościa szybko się jednak potwierdziły. Po otrzymaniu karteczki od niemego medyka, stojąc cały czas na swoim miejscu, złapał ją między kciuk a palec wskazujący i przystawił sobie kilkanaście centymetrów od twarzy na wysokości oczu.
- Huhu! - z wyraźnym zaciekawieniem zareagował na jej treść.
A więc prorokini! To było do przewidzenia. Starszyzna nie odważyłaby się na taki krok sama z siebie, nawet mimo wysokiej pozycji w hierarchii. W tym samym momencie do jego uszu doszły kolejne słowa rannego Anioła, traktujące o tym samym co znajdowało się na papierze.
- Prorokini, prorokini... - powtórzył dwa razy ze smutkiem, a następnie cmoknął zrezygnowany, zamykając na sekundę oczy i kręcąc przy tym na boki głową.
- Czemu zawsze odbierasz mi przyjemności? - ...plugawa kurwo. – spytał, dopowiadając sobie ostatnie dwa słowa w myślach. Wiadomość bowiem rozzłościła go nieco. Mimo iż od początku podejrzewał takiego rozwoju wydarzeń, gdzieś w głębi iskrzyła się odrobina nadziei na więcej niż parę minut rozrywki. Cały czas pod paskudną, kłamliwą i przesiąkniętą podłym sarkazmem maską, zwrócił się na powrót w kierunku leżącego i ostentacyjnie upuścił otrzymaną wcześniej kartkę, która to pod wpływem oporu powietrza zmieniła kilka razy swój tor lotu i wylądowała na podłodze, niecały metr dalej.
- Tak bardzo ci na tym zależy? - Spytał, odsłaniając butem pobrudzony, odrobinę pogięty krzyżyk. - Możesz go sobie wziąć. - Dodał, wyprzedzając jego ewentualną odpowiedź na wcześniejsze, retoryczne pytanie.
Anioł musiałby się pierw schylić, co już samo w sobie przy jego stanie sprawiłoby mu wiele bólu. Po drugie, tuż obok łóżka stał sam Eizou, swoim ciałem tworząc swego rodzaju mentalną zasłonę. Któż by przecież zdecydował się na takie poniżenie, aby równać się z czyimiś butami. Ktoś, komu na czymś zależy... – odpowiedział sobie w myślach, szczerząc kły.
- Czyż nie twoim obowiązkiem, było dbać o zdrowie pacjenta? Jeszcze mu się rany otworzą... - rzucił w kierunku drugiego z Aniołów, wyrażając sztuczną, teatralną troskę, po czym dodał po chwili, już poważniej. - A może mu go jeszcze podasz? - Spojrzał żółtymi, kocimi ślepiami prosto w jego oczy, testując tym samym wiarę medyka. Po jakiej stronie stanie? Pobratymca, którego zobowiązał się utrzymać przy życiu, a może samego kościoła, który negatywnie odnosił się do wszelkich oznak wiary w starego boga? Zobaczymy z jakiej gliny jesteś ulepiony, boski tworze. Eizou odnosił dziwne wrażenie, poparte doświadczeniem, że ta dwójka skądś się zna. Nikt nie ma prawa przyjacielsko się odnosić do niewiernych... nawet gdyby byli przyrodnimi braćmi. On, jako inkwizytor już o to zadba.


| Ja tylko odgrywam swoją postać, normalnie nie jestem tak walnięty x) |



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Lut 06, 2016 10:41 pm
Spojrzał na inkwizytora z rozbawieniem mieszającym się niczym w słodkim drinku z ćwiartką politowania i nutką satysfakcji.
Mam się schylić? Zniżyć do ludzkich stóp, aby podnieść symbol Tego, który go zrzucił z niebieskiego piedestału?

No chyba sobie kpił. Nawet Zachariel nie miał prawa tego od niego oczekiwać. Z drugiej strony... Nie zrobienie tego oznaczałoby, że Azazel szanuje w jakikolwiek sposób jego i słowa, które wypluwał co chwilę ze swoich marnych, ludzkich ust.
A to ci zagwozdka.
Potarł w zamyśleniu podbródek, strzepując popiół na posadzkę. Podnieść czy nie podnosić. Przez chwilę nawet udawał, że się zastanawia nad wszelkimi możliwościami.
A przecież od samego początku było wiadome, że nic nie zrobi. Nawet palcem nie kiwnął, aby sięgnąć po bezwartościowy kawałek metalu.
Miał pełną świadomość, że inkwizytor był pierwszą osobą w kolejce, gdyby ogłosił, że można położyć rannego anioła na ołtarzu. Niestety. Prorokini zmieniła zasady i chyba pewnemu małemu chłopcu wcale się to nie podobało.
Przytrzymał ramię Zachariela, starając się dość jasno i wyraźnie dać mu do zrozumienia, aby się nie podnosił. Enzo był jak lis w kurniku. Zapewne zdołałby przekonać prorokinię, że nie było innej możliwości jak tylko obedrzeć skrzydlatego ze skóry.
Dbał o zdrowie pacjenta, inna sprawa czy pacjent te troski doceni. Ale... nie był w stanie go do niczego zmuszać. Nawet do leżenia. Nalegał, niemo prosił... I wcale nie zamierzał go siłą zmuszać do leżenia. Żadnych lin czy łańcuchów.
Szerzenie dobra na siłę było kompletnie nie w jego stylu.
Azazelowi drgnęły kąciki ust, gdy uświadomił sobie jak wiele brat mu zawdzięcza. Uratował go od śmierci, poskładał... Gdzie był ten wspaniały Ojciec, który nigdy miał ich nie opuścić?
Wyjechał na wakacje, a w zamian podrzucił poczwary typu Enzo. Fascynująca zagrywka papo.

Odsunął się od stołu zerkając przelotnie na łańcuszek pod butem inkwizytora.
Ludzie nie mieli szacunku dla żadnych świętości. Może dzięki temu Ourell zrozumie jak wielką głupotę popełnił parę tysięcy lat temu. Gdyby tylko chciał... Azazel przygarnąłby go do siebie, uleczył zarówno ciało jak i wyjałowioną miłością do ludzi duszę, uczyniłby go szczęśliwym.
Wystarczyło jedno, jedyne „proszę, pomóż mi”



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Pon Lut 08, 2016 10:19 pm
Oczywiście, że zależało. Mógłby się założyć, że wielu miał sobie podobnych, którzy swoje osobliwe przywiązanie kierowali do dziwniejszych rzeczy, niż wisiorek z metalowym krzyżykiem. Pamiątka pozostawała pamiątką, a symbolika była tylko dodatkowym smaczkiem, którego ostentacyjne niszczenie skrajnie mu się nie podobało. Mimo wszystko starał się zachowywać spokojnie. Wierzył, że jeśli okaże brak zainteresowania zaistniałą sytuacją, mężczyzna znajdzie sobie inne zajęcie, niż uprzykrzanie mu życia i w końcu da mu spokój.
„Satysfakcję!”
Spojrzał na niego pobłażliwie, chowając zirytowanie pod kolejną warstewką innych targających nim emocji. Czyli jednak był uczestnikiem zabawy. Nieuczciwej zachcianki ów człowieka, który niewiadomo dlaczego w ogóle skierował swe kroki w stronę lecznicy. Może ktoś przy okazji wyrwał mu pióra, jak go tutaj przynoszono? Utworzył ścieżynkę i nakazał wszystkim oprychom spod znaku Ao podążyć nią i dopilnować, by tej nocy nie zmrużył spokojnie oka?
Czuł się niekomfortowo, a mimowolne podrygiwania raz do góry, raz do boku, mimo swojej subtelności i pozornie braku większego wysiłku, sprawiały, że czuł się coraz bardziej obolały i wypruty z energii.
„Możesz go sobie wziąć.”
Kwaśny grymas rozciągnął mu się na twarzy, gdy z żalem spojrzał na wygięty wisiorek, który stał się w oczach inkwizytora czymś w rodzaju płachty na byka. Dlaczego go prowokował? Liczył na jakąś kłótnię? Chciał udowodnić sobie albo jemu, że anioły też potrafią się zdenerwować? Aż tak radował go widok kajających się przed nim słabszych?
Przewrócił oczami.
- Skończ to przedstawienie, proszę. – odparł stanowczo, zawiesiwszy spojrzenie na inkwizytorze. Lata robienia za sługę nauczyły go wymagać czegokolwiek od tylko jednej osoby; samego siebie. Doskonale zdawał sobie sprawę ze stosunków Azazela do Ojca. Pokrótce nawet mu o nich opowiedział, dlatego nawet nie śmiał wykrzesać u siebie jakiejkolwiek nadziei na odezwę z jego strony. Zresztą, zobaczyli się pierwszy raz od koło tysiąca lat. Patrząc na ich faktyczny wiek wydaje się to liczbą kompletnie nieznaczącą, jednak robiło pewną różnicę.
Nieme prośby brata zostały jako tako wysłuchane. Wciąż nie ułożył się płasko na leżance, a trwał oparty na łokciach w pozycji półleżącej, ale przynajmniej nie próbował skakać, biegać czy tańczyć…
- Nieważne jak bardzo bym chciał, to zawsze pozostanie tylko wisiorkiem. Pamiątką. Denerwuje mnie twój brak szacunku i zuchwałość, ale jeśli taką przyjemność sprawia ci znęcanie się nad kawałkiem metalu, mogę ci go podarować. – rzucił z przekąsem, aczkolwiek w przeciwieństwie do inkwizytora, jego złośliwości były zdecydowanie subtelniejsze w przekazie. Nie wygiął twarzy w szatańskim uśmiechu (aniołowi zresztą nie wypada!), ani tym bardziej nie zaczął się śmiać. Wyraz twarzy miał poważny, ale w oczach błyskała mu uszczypliwość. Że też zniżył się do takie poziomu, by zaczynać dyskusję z takim przypadkiem, gdy nad głową ociężale wisiało mu zdrowie niewinnego dziecka, dla którego w ogóle użerał się w towarzystwie tylu zbłądzonych osób.
- Z całym szacunkiem, jednak wydaje mi się, że przeszkadzasz swojemu towarzyszowi w pracy.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Wto Lut 09, 2016 5:25 pm
Po jego pytaniu nastała krótka cisza, podczas której to medyk sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał nad możliwościami. Czyżby rzeczywiście rozważał podniesienie wisiorka? Wątpliwe... nie zrobi tego, a już na pewno nie w obecności inkwizytora. Chwilę milczenia przerwały słowa rannego anioła w reakcji, na które Enzou jedynie podniósł brwi, a następnie zerknął raz to na niego, a raz pod nogi na krzyżyk, niemo zachęcając go do odebrania swojej własności.
Nagle ci się odechciało? Skrzydlaty śmieciu? – rzucił w myślach, po czym wlepił z powrotem swoje kocie ślepia w ofiarę. Ten natomiast zachowywał się, jakby naprawdę mu na czymś zależało, ale widocznie za wszelką cenę chciał zachować godność, ujmując się honorem i nie przyznając do własnych słabości. Jego postawa, jak i mimika twarzy mówiły same za siebie, kompletnie nie współgrając ze słowami mężczyzny.
- Gdyby był dla ciebie tylko wisiorkiem, olałbyś go. Sentymentalność jest taką... przyziemną cechą. - powoli dobierał słowa, po chwili przechodząc do dalszej części wypowiedzi, tym razem mówiąc już nieco szybciej – Obaj dobrze wiemy, że dla ciebie jest czymś więcej niż kawałkiem metalu, aniołku. - końcówkę zdania wypowiedział niemalże milutkim głosem.
Westchnął ostentacyjnie i spojrzał gdzieś na bok, sprawiając wrażenie, jakby się nad czymś zastanawiał, słuchając jednocześnie jego prób pozbycia się Eizou z lecznicy. Białowłosy uśmiechnął się odruchowo sam do siebie, zerknął na rannego kątem oka.
- Mój 'towarzysz' na tę chwilę NIE skarży się. - wycedził przez zęby mocno akcentując słowo "nie".
Rzecz jasna wiedział o niemożności mowy wiernego anioła, ale jakoś średnio miał w poważaniu to czy go urazi. Co przecież mógł zrobić? Poskarżyć się? Eizou mnie wyzywa! – wyobraził sobie  w głowie, szczerząc do siebie w paskudnym uśmiechu zęby, po czym zupełnie niespodziewanie, w przeciągu niecałej sekundy chwycił rannego z szyję, naciskając palcem wskazującym oraz kciukiem w okolicach żuchwy i pociągnął mocno do góry, nie dając mu tym samym żadnej swobody ruchu. Zbliżył swoją przepełnioną wściekłym fanatyzmem twarz do jego i z szeroko rozwartymi oczyma zaczął swój powolny monolog, dokładnie wypowiadając każde pojedyncze słowo.
- Nasze następne spotkanie będzie twoim ostatnim, zawszony psie. - rzucił, robiąc następnie kilkusekundową pauzę. Zbliżył swoją twarz do jego ucha jeszcze bardziej i dodał, przyciszając głos – Nawet nie będziesz wiedział kiedy...
Momentalnie rozluźnił uścisk, wyprostował się i na pięcie zwrócił w kierunku wyjścia, po drodze jeszcze nadeptując na pogięty krzyżyk. Odgarnął włosy i tuż przed drzwiami obejrzał się za siebie, puszczając ostatni sarkastyczny uśmieszek.
- Au revoir!
Po chwili znikł w korytarzu, przez kilkanaście jeszcze sekund pozostawiając za sobą echo kroków, odbijające się od ścian jaskini.

[z.t]



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Pon Lut 15, 2016 1:45 pm
Eizo postanowił opuścić ich w odpowiedniej chwili, bowiem w przeciwieństwie do brata ie zamierzał wysłuchiwać lamentów znudzonego inkwizytora.
Jego dłoń odruchowo powędrowała do harapa u boku. Nie. Spokojnie. Nie ma co się unosić nad biedną, zbłąkaną duszą.
Nie zdążył jednak zareagować, gdy jego pacjent znalazł się nader dosłownie w niewłaściwych rękach. Parę chwil później białowłosego już nie było.
Odetchnął bezgłośnie, prowizorycznie sprawdzając czy szwy nie pękły od zaangażowania Eizo.

Zerknął w dół na błyszczący oskarżycielsko wisiorek, po czym pochylił się, zbierając palcami zbierając go pomiędzy palce.  Ciężko nie być sentymentalnym, kiedy ma się na karku tak wiele lat.
A gdzie twój krzyżyk aniołku? Rzucił do siebie w myślach, siląc się na zachowanie spokoju. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla ludzkiego zbawienia, aby się wypełniło słowo głoszone przez proroków.
Oddał mu łańcuszek wraz z kartką.
Czy ludzie cokolwiek mieli do zaoferowania Zacharielu, że tak się poświęcasz i przyjmujesz z pokorą ich pogardę?

Kolejne kroki na korytarzu.
Kogo tym razem diabli przysłali?! Neurotyczną kapłankę z krwawiącym nosem? A może jakiegoś błazna?
Przez drzwi wślizgnęła się zdyszana dziewczyna, trzymająca naręcze składników. Azazel posłał jej spojrzenie z serii „No nareszcie. Dłużej się nie dało?” i wskazał na pusty blat.

A gdyby tak zabić dzieciaka?
Może wówczas Zachariel odwróciłby się od Boga, który dopuścił do takiej tragedii? Łatwo się pomylić, upozorować…
Spojrzał przelotnie na brata, nad wyraz szybko porzucając ten plan. Czy dałoby mu to cokolwiek poza minimalną dozą radości, że kolejny śmiertelnik uległ pod anielską mocą? Nie. Chyba nawet nie odczułby tej słynnej „satysfakcji”.
Każdy głupi potrafi dobić chorego.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Sob Lut 20, 2016 11:00 pm
„Aniołku”...
Tak dawno nie słyszał, by ktoś wlewał w to niewinne, zdrobniałe słówko tak wiele jadu i żarliwej nienawiści. Szedłby o głowę, że dotąd ilekroć o jego uszy obijało się to określenie, było kierowane w stronę grzecznych dzieci czy cnotliwych dam, którym dżentelmeni prawili komplementy. Starał się zachowywać spokojnie i szło mu całkiem przyzwoicie, choć nie dał rady ukryć paskudnego grymasu wymalowanego na twarzy, który żelaznym uściskiem powstrzymywał go przed szczekaniem.
Jakkolwiek jednak nie czułby się zirytowany, gniew inkwizytora po prostu go obezwładniał. Było go tak wiele, a skumulował się zaledwie w jednej chwili. Ludźmi tak łatwo włada niechęć? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie, aczkolwiek za każdym razem gdy przypominał sobie jak brzmiała, robiło mu się najzwyczajniej w świecie źle na duszy. Tymi samymi zasadami kierował się człowiek do człowieka. Tak jak tutaj wystarczyło śnieżnobiałe pierze, by zapowiedzieć Zacharielowi niechybną śmierć, tak ileż to ludzi zniknęło z ziemi przez zwykły kolor skóry? Za dużo.
Uścisk inkwizytora był niedługi i wystarczająco przerażający w swej krótkości i intensywności, by nie dać Ourell’owi najmniejszych szans na odpowiedź. Po prostu wstrzymał oddech i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w twarz Shiyazu, która znalazła się nieprzyjemnie blisko jego. Jedyne co zdążył zrobić, to lekko rozchylić usta na pierwszej sylabie słowa „spokojnie”. Dźwięk niestety nie wydobył się z jego ust, nim nie zorientował się, że jego oprawca pośpiesznie opuścił pokój, perfidnie nadeptując raz jeszcze na metalowy krzyżyk, któremu oberwało się najbardziej podczas całego zajścia. Żal ściskał mu serce.
Niemrawym ruchem zabandażowanej ręki próbował rozmasować sobie gardło, niespokojnie podnosząc się do półsiadu, najprawdopodobniej robiąc sobie przy tym więcej krzywd, niż jakby przez cały czas leżał w bezruchu z rękoma bezwładnie uwieszonymi ku ziemi. Wolał nic nie mówić, bo i po co było komentować całe to zajście? Czy czuł się w jakikolwiek sposób upokorzony? Niezbyt. Czy czuł się wybity z równowagi? Lekka irytacja to nie znowu wielkie halo. Czy czuł się przygnębiony? Jak diabli.
Dopiero kolejny ruch Azazel’a wybił go z ciemnych rozmyślań i rozjaśnił ponurą twarz najcieplejszym uśmiechem, na jaki tylko było go stać w momencie swojego osłabienia. Był zaskoczony uprzejmością anioła, bo absolutnie nie oczekiwał od niego schylenia się po wisiorek, który przecież sam sobą emanował ideami, z którymi jego brat stanowczo się nie zgadzał. Może dlatego uznał ten gest za tak piękny, że aż wart najcieplejszego uśmiechu z jego strony?
- Dziękuję ci. – odparł z wyraźną wdzięcznością, opatulając wisiorek palcami, jak zaginiony skarb. Prawda, był to zwykły kawałek metalu, jednak z jakiegoś powodu Ourell uważał go za niezwykle cenny. Wspomnienia potrafiły podnieść cenę byle śmiecia do wyższej, niż złota. Odgięciem zajmie się kiedy indziej… w tej chwili wystarczająco cieszył go fakt, że ma go ponownie w dłoni. Dopiero po czasie zwrócił uwagę na kartkę, która nieco oziębiła mu rysy, choć anioł wciąż wydawał się przyjemnie ucieszony; paradoksalnie do tego, co zdarzyło się przed chwilą.
- Eh, Azazelu… - odparł nieco przygasłym tonem, choć wciąż nie potrafił zmyć cienia uśmiechu ze swojej twarzy, przez co jego zmęczenie nie wpływało na jego przyjemne dla oka zadowolenie. – Podobnie zbeształby mnie anioł, gdyby tylko wymyślił sobie dobry powód. I zniósłbym to z podobną pokorą, gdyby tylko to miało zapobiec żwawszej kłótni. – odparł nieco wymijająco, dając młodej dziewczynie czas na wyjście i rozłożenie potrzebnych składników na blacie. Chwilę odczekał, by ponowić temat, nawet jeśli miałby mówić do jego pleców. Obecność drugiej osoby absolutnie mu nie przeszkadzała. Traktowałby ją jak powietrze, o ile sama uparcie by się w niego nie wpatrywała. Wtedy najpewniej posłałby jej uprzejmy uśmiech. – Niczego od nikogo nie oczekuję. Robię to, co uważam za słuszne. Po to zostałem stworzony. – wzruszył ramionami, choć ruch wydawał się minimalny, wszakże wciąż bolało go, jakby dźgał go sam diabeł. – Wiem, że jesteś zajęty i najpewniej nie chcesz nie ze mną prowadzić rozwlekłych rozmów, ale wolałbym porozmawiać z tobą na inny temat. Mimo wszystko długo się nie widzieliśmy…

Co się z tobą działo przez te tysiąc lat?

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Pią Lut 26, 2016 1:59 pm
Gdyby mógł natychmiast odparłby, że nie, Zachariel nie został stworzony po to, by robić za ludzkie popychadło. To była jedna z tych słynnych chwil, w których przez ułamki sekund czuł dobitny brak możliwości porozumiewania się jak każda inna istota.
Wystarczyłoby się ukorzyć, wrócić i błagać o wybaczenie. Znosić drwinę, poniżanie i zapewne stróżować jakiemuś ludzkiemu pomiotowi. A wówczas wróciłoby wszystko co miałem, co mi odebrano.- Przemknęło mu przez myśl, jednak wystarczyło jedno spojrzenie na połamanego brata, by przypomniał sobie, że wcale nie ma najmniejszej ochoty skończyć tak jak on.
Tak słaby, że wystarczyłaby jedna, malutka chwila, aby ukrócić jego męki. Był w stanie wyobrazić sobie jak w imię większego dobra zaciska palce na drżącej szyi anioła, albo rozchyla potłuczone wargi, by wlać pomiędzy nie truciznę o słodkawym smaku.
Ourell mógł mówić co chciał, ale to podległość ludziom doprowadziła go do takiego stanu. I jak przystało na dobrego brata Azazel powinien się zemścić, czyż nie?

Długo się nie widzieliśmy.
Ourell nie mógł zauważyć jak przez twarz anioła przebiegł grymas niechęci, gdy tylko niezadane, ale oczywiste pytanie zawisło w powietrzu. A jednak nie zdołał ukryć irracjonalnego ruchu ramienia jak gdyby chciał zakryć się skrzydłem.
Ponoć ludziom zajmuje parę lat, by przestać poruszać utraconą dłonią. Aniołowi pozbawionemu skrzydeł potrzeba czasu o wiele więcej.
Starł śledzionę na papkę, wrzucając ją do mleka makowego. Trzy godziny. Odnalezienie w głowie przepisu na syndrom Thurmana nie zajmowało wprawnym zielarzom zbyt wiele czasu.

Powrócił spokojnie do brata przysiadając obok niego.
"Mówienie sprawia mi pewną trudność… Opowiedz mi czemu ty znalazłeś się w sercu tego piekła, które dla mnie od tysiąca lat jest domem. Wiesz, że z gór Shi aniołowie nie wracają żywi."
- Wsunął między wargi niezapalonego papierosa.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Nie Lut 28, 2016 2:18 am
Z przedwczesną radością spojrzał na zbliżającego się w jego stronę brata, który zdecydował się ponownie przysiąść obok niego. Nie potrafił powstrzymać się od delikatnego poszerzenia uśmiechu. Mógłby powiedzieć, że nigdy nie posiadał żadnej rodziny. Mógłby również pokusić się o stwierdzenie, że jest ona liczna i pokrętnie rozgałęziona. W obu przypadkach by nie skłamał. Choć zazdrość była myślą niepożądaną w jego codziennym zajęciu, nie potrafił jej nie odczuwać, gdy przez tyle lat obserwował ludzkie pojęcie rodziny. Nigdy nie posiadał matki, a jego Ojciec nie był kimś w rozumieniu taty, który z dumą klepie swojego syna po ramieniu, gdy ten pochwali się pierwszym zarostem na twarzy. Rodzeństwa miał wiele, aczkolwiek mimo więzi, którą z każdym z nich odczuwał, przez wiele lat był od większości z nich odizolowany. Można by rzecz, że tęsknił za czymś, czego nigdy nie miał. Może dlatego tak wielkim szczęściem było spotkanie na swojej drodze Azazela. Oczywiście, potępiał niektóre z jego postępowań. Mimo wszystko to zawsze brat a dialog z nim, choć utrudniony – był dla Ourell’a na wagę złota.
Szkoda, że przypominał monolog.
Nieco ochlapł, przeczytawszy karteczkę od rudowłosego, automatycznie zacieśniając trzymany w dłoni krzyżyk. Zupełnie, jakby trwoga przez krótki moment zamigotała mu przed oczyma. Odchrząknął nieco dłużej zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Parę chwil temu nawet mi o tym przypomniano. – zawędrował ręką do szyi, delikatnie ją rozmasowując. – Zresztą trudno byłoby zapomnieć, skoro każda śmierć siostry czy brata była jedną z największych tragedii, jakie wszyscy przeżywaliśmy. – od ostatniego czasu rzadko pokazywał się na zgromadzeniach, aczkolwiek przed laty był częstym bywalcem. W okresie zaciekłości Kościoła wszyscy skrzydlaci przeżywali prawdziwy horror. Wolał nie wracać pamięcią do tych wydarzeń, więc szybko wymienił ponury ton na lżejszy w brzmieniu głos, choć ten ciemny cień wciąż był widoczny na jego twarzy. – Opiekun dziecka, którym miałem się zająć, jest zaznajomiony z prorokinią. Skoro go do niej przyprowadził, to właśnie tutaj musiałem się udać z resztą składników. To… – wskazał niemrawym, delikatnym ruchem dłoni na zabandażowane, posiniaczone części ciała. Domyślnie chodziło mu również o skrzydła. – … nie było planowane. Myślę, że gdyby nie wataha wilków prezentowałbym się mniej żałośnie i wypadłby w twoim oczach bardziej przekonująco, głosząc prawdy o swoim celu życia i bla, bla. Najpewniej nie musiałbym też używać skrzydeł, co pewnie w ogóle wykluczyłoby mnie jako potencjalną ofiarę dla tego… Ao… - pokręcił z dezaprobatą głową. – Jednak los chciał inaczej. I tak uważam, że był całkiem łaskawy. Żyję. – posłał mu delikatny, ciepły uśmiech, który mimo chęci szybko się rozwiał. – Jednak zachodzę w głowę, jakim cudem z taką łatwością nazywasz to miejsce domem. Ilu bezsensownych śmierci byłeś świadkiem i na jak wiele pozwoliłeś?

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Lut 28, 2016 8:55 pm
Przez chwilę wahał się czy uświadomić brata, że aura anioła bije od niego na kilometr i nawet ukrycie skrzydeł niewiele by pomogło. Tu każdy był wyczulony na punkcie aniołów, zwłaszcza, że wielu z nich kręciło się po korytarzach dumnie obnosząc się ze swymi znakami nowej wiary.
W takich chwilach Azazel nie wiedział czy nimi pogardzać czy cieszyć się z powolnego upadku ich rasy.
Splótł palce na kolanie, zastanawiając się nad ostatnim pytaniem. Mógłby je puścić mimo uszu, nie prowokować, ale skoro Ourell chciał dyskusji to dlaczego miałby ukrywać prawdę?
Sięgnął po notes, przez chwilę poświęcając mu całą swoją uwagę.

"Gdzie indziej miałbym znaleźć dom? W tej idyllicznej fortecy, którą sobie stworzyliście na ziemi? Swoją drogą, aż tak bardzo pragnęliście być bardziej ludzcy, że zeszliście z własnej woli z niebios?
Mieszkałem w górach Shi, w czasach, gdy świat był jeszcze normalny. Gdy to wszystko się zaczęło nie odczułem potrzeby się przenosić. Z czasem przybył tu pierwszy prorok. Obłąkaniec za którym poszły tłumy. Uznałem, że współżycie z nimi jest o wiele bardziej opłacalne niż wojna. Byłem więc przy powstawaniu Kościoła, zapewne będę też przy jego upadku.
I zapewniam cię bracie, że dopuściłem do każdej śmierci, która miała tu miejsce. Byłem przy każdej, bez względu na to, który z tych ludzkich fanatyków dochodził do władzy. Chciałem się przekonać jak wielu z naszych braci i sióstr zrozumie, że Ojciec już do nas nigdy nie wróci. Zasmucę cię jeśli sądzisz, że byli do końca mu oddani. Ich nienawiść i ból i bunt w ostatnich chwilach życia był wręcz namacalny. Prowadzeni na rzeź niczym baranki ofiarne, aby ludzie mogli dostąpić odkupienia z ręki podrzędnego bożka.
Cóż za przewrotność losu, prawda?
Nie przekonasz mnie do swoich racji Zacharielu. Odebrano mi w życiu wszystko przez te marne istoty, których grzeszność, słabość i nierząd widzę każdego dnia. Widzę ich upadek i czuję się wręcz… szczęśliwy. W przeciwieństwie do ciebie nigdy nie zapomniałem, że jesteśmy bytami doskonalszymi niż te zwierzęta. Nawet jeśli kosztowało mnie to skrzydła i prawo przebywania z wami w Niebie."


Wsunął aniołowi w dłoń notes i odpalił papierosa, zakładając przy tym nogę na nogę.
Kto by pomyślał, że rozmowa z dawno niewidzianym braciszkiem będzie czymś tak przyjemnym? Przynajmniej z jego punktu widzenia.
Mieszkając wśród istot, którymi pogardzał, mało kiedy miał w ogóle szansę z kimkolwiek porozmawiać, nawet jeśli z jego strony przypominało to raczej wymienianie liścików na nudnych zajęciach, niż poważną dysputę. Unikał kościelnych świąt czy nabożeństw. W czasie ofiar stał niezauważalny w cieniu drzwi obserwując cały ceremoniał wciąż i wciąż, zupełnie jakby oczekiwał na grom z jasnego nieba, który zabije całą trupę. A jednak grom nie następował w kulminacyjnym momencie, a sprawiedliwość nigdy tryumfowała.
Bóg opuścił to miejsce i Azazela nigdy nie cieszyło to bardziej niż teraz, gdy jeden z jego braci leżał osłabiony. Wierność ludziom. Do tego właśnie doprowadzała każdego z nich.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Sro Mar 09, 2016 7:38 pm
Chyba zaczynał żałować, że tak bardzo zainteresował się swoim bratem. Długa rozłąka w naturalnym odruchu włączyła w nim lampkę podpisaną hasłem „zainteresowanie”. Nawet jeśli nie zapomniał powodu zrzucenia Azazela z Niebios, chciał się czegoś o nim dowiedzieć. Co prawda zdążył się zorientować, że stosunek do ludzi miał negatywny, aczkolwiek fakt udzielonej przez niego pomocy, dawał Zacharielowi pewne nadzieje na choćby lekką zmianę u rudowłosego. Gorzko się przy tym rozczarował.
O ile Azazel zaczynał bawić się doskonale, Ourell’a niemal natychmiast rozbolała głowa. Zmarszczył paskudnie nos, momentami odrywając wzrok od kartki i zawieszając sekundowe spojrzenie na twarzy rozmówcy, jakby doszukiwał się w nim choćby najmniejszego znaku, że wypisywane przez niego bluźniercze treści były tylko nieśmiesznym żartem. Niczego podobnego się nie doszukał, więc ze stężałymi rysami podał mu notatnik, uprzednio go zamykając.
- Zeszliśmy z Niebios, ponieważ tak było łatwiej chronić ludzi. I nie mów przy mnie, że On do nas nie wróci. Jestem pewien, że wciąż na nas patrzy i dalej poddaje próbie. – skończył ochrypiałym głosem, mocniej ściskając krzyżyk w dłoni. Chciałby, żeby jego słowa brzmiały wiarygodnej choćby dla niego samego, ale mimo chwil powątpienia, dalej był wpatrzony w Ojca i zaciekle wierzył w jego obecność. Nawet jeśli w tej chwili ciężar jaki poczuł w sercu był porównywalny z przygnieceniem przez tira. – Chyba wolałbym skończyć rozmowę. Żałuję, że się dopytywałem. – rzucił z większym dystansem, niż dotychczas, uderzony wizją wszystkich roześmianych twarzy, z którymi spędzał szczęśliwe dni w Edenie czy Niebie, a które choćby i w tym pomieszczeniu wyzionęły ducha w męczarniach. Już nawet nie chodziło o samo okrucieństwo Kościoła Nowej Wiary, choć niewątpliwie było to częścią jego gniewu. Mimo wszystko to obojętność Azazela rozłożyła go na łopatki, aż Zachariel poczuł się przeraźliwie zmęczony całym tym gadaniem. Miał na głowie chore dziecko, poharatanego niegdysiejszego podopiecznego oraz całą hordę spuszczonych ze smyczy Psów, przy których go teraz nie ma. Dlaczego sam wkopał się w ckliwe rozpamiętywanie zmarłych?

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 5 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics