Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 4 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Nie Sty 17, 2016 10:04 pm
Wystawione trzy/cztery palce zdecydowanie bardziej mu odpowiadały, choć w głowie roiło się od tak wielu myśli, że jedynie skinął blondwłosym łbem, na znak, że zrozumiał… i przy okazji utwierdził, że faktycznie wiele się nie pomylił. Skoro śledziona miała marynować się w politei przez całą noc, to zostało im jeszcze trochę czasu.
„Gdzie są składniki, co to za dzieciak (…)”
Pismo nie sprawiało kłopotów z rozczytaniem, jednak Zachariel i tak męczył się odrobinę dużej, niż zazwyczaj, choćby z uwagi na fakt, że jeszcze kilka minut temu niewiele różnił się od byle truposza. Mimo wszystko poczuł się o jeden stopień szczęśliwy wiedząc, że jednak ma możliwość poprowadzenia z Azazelem dialogu, nie siląc się na ustawianie swoich wypowiedzi pod „tak”, „nie” i „nie wiem”.
- Dostałem rozkaz od przywódcy, aby mu pomóc. – oczywiście zaczął opowieść od opisu pacjenta. Swoją drogą dopiero teraz uświadomił sobie jak niewiele Azazel mógł o nim wiedzieć, o ile nie obiły mu się pewne plotki o uszy. W końcu na samym starcie - kiedy Kreator wcisnął go w podobne człowiekowi ciało – niczym nie różnił się od innych typowo ślicznych aniołków, które obierały sobie podopiecznych i dbały o drżących ze strachu ludzi, jak najlepiej tylko umiały. Przez lata nie tyle co stracił na urodzie, przez de facto pół twarzy pomarszczone paskudną blizną pooparzeniową, a przywdział żółty kolor jako przewodni motyw działania, od zabijania migając się wyłącznie tym, że widniał na niej bernardyn. Jednak chusta została w jaskini, więc „przywódca” mógł okazać się nieco niejasny. – Nie wiem o nim prawie nic, poza tym, że jest zarażony matołkiem i ma momentami agresywne usposobienie. Kilka razy mnie pogryzł i skopał… - odparł, siląc się na niewielki, pobłażliwy uśmiech, odruchowo zaciskając dłoń na materiale leżanki, jakby przypomniał sobie jakim uczuciem były wbijane w skórę zęby młodzieniaszka. – Gdy spotkałem się w umówionym miejscu, zastałem tam dwójkę innych ludzi. Po zdiagnozowaniu rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu składników. Poszedłem do Edenu z jednym z nich, a tam zastały nas wilki. Myślę, że reszty opisywać nie muszę. – streścił historię najzwięźlej jak tylko potrafił, nieświadomie krzywiąc się na samo wspomnienie starcia z watahą. Przypomniał sobie o Akane, osobie, która mu wtedy towarzyszyła. Dołożył sobie kolejnych zmartwień, w duchu modląc się, by dziewczyna bezpiecznie dotarła do domu. – Wszystkie składniki znajdują się w jaskini, w której spotkałem się z prorokinią i – ponownie – z tym dzieckiem; o ile nikt ich nie przeniósł. Nie wiem jak rozplanowane są korytarze w kościele, więc nie mam pojęcia co to za jaskinia, ale była dosyć nietypowa. Mianowicie roztaczała blask. – nawet on musiał przyznać, że tak okropne miejsce, jak kościół Ao posiadało piękne zakątki.
Szybko jednak zrobił beznadziejną miną, porównywalną do tej, którą robią zawodowe tancerki gdy zabrania im się tańczyć; zupełnie, jakby dostał w twarz. Bynajmniej nie od Azazela.
- Nie zdzierżę takiego braku użyteczności z mojej strony. – powędrował zdrową ręką do twarzy, nerwowo przeczesując sobie blond włosy na bok. To w końcu jego pacjent. Jego obowiązek. Naprawdę nie był w stanie udzielić komuś pomocy? Bolało go to bardziej, niż złamane skrzydło. – Mam jednak świadomość, że tak będzie najrozsądniej. – ton miał pełen goryczy. Czuł się zupełnie tak, jakby właśnie kogoś zawiódł. – Potrzebujesz instrukcji?
Absolutnie nie lekceważył umiejętności Azazela. Pytanie wynikło ze zwykłej troski o zdrowie pacjenta, jak i niewiedzy co do zdolności samego brata. W zasadzie nigdy nie widział go w akcji.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Sty 24, 2016 7:04 pm
Odchylił się wygodnie słuchając całej opowieści, ale już na dźwięk słów „rozkaz od przywódcy” spiął się i z trudem opanował pobłażliwy, pełen rozczarowania uśmieszek. A więc Zachariel tak jak i większość podlegał pod ludzi. Och... Teraz się nie dziwił, że wyglądał jak wyglądał.
Bóg ofiarował aniołom piękne ciała i dusze. A on tak po prostu zaprzedał to ludziom. No cóż.. Jeśli choć przez moment czuł jakiekolwiek współczucie dla swojego brata, to w tym właśnie momencie wyparowało ono niczym para znad zdjętego z ognia garnuszka trucizny.
Może gdyby parę tysięcy lat temu miał nieco więcej rozumu niż miłości do tego żałosnego gatunku, dziś nie spoczywałby w stanie co najmniej niewyjściowym na jego stole.

„Ludzie mają syndrom Thurmana w genach. Jesteś pewien, że trzeba na niego marnować składniki? Może on po prostu taki jest?”
Kolejna kartka powędrowała w ręce anioła. Oczywiście, że potrafił przyrządzić Sibutramini, ale co by nie doprowadzić Ourella do dodatkowego zawału wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza starą, nadgryzioną (choć lepszym określeniem byłoby przeżutą i wyplutą) przez ząb czasu książeczkę z dokładnym, zapisanym dodatkowymi ręcznymi notatkami przepisem na lek.
„Przebywanie z ludźmi doprowadziło cię do fizycznej ruiny. Czy oni są tego warci?”- Kolejna karteczka. Azazel rozejrzał się zniechęcony. Jego asystent jak zwykle robił wszystko poza tym co powinien, więc nawet nie oczekiwał, że go znajdzie w okolicy lecznicy.

Ładna, świecąca jaskinia huh?
Problem w tym, że jaskiń i grot to tutaj było sporo i jeszcze trochę. Ale raczej tylko jedna była na tyle łatwo dostępna, żeby Taihen przyjęła w niej gości. Zresztą dlaczego akurat tam? Nie pościeliła łóżka?
Nie zdzierżę tej bezczynności.
Oczywiście, że zdzierży, chyba, że chce być jednym z tych pacjentów, których będzie musiał przywiązać do stołu. Niewygodne to w cholerę, ale skuteczne.
Doprowadzenie dzwonka do lecznicy było najgenialniejszym z pomysłów na jakie wpadła starszyzna.
Jeden ruch palca, a zjawiała się zdyszana kapłaneczka gotowa przynieść, posprzątać czy przekazać odpowiednim ludziom dokładnie wszystko czego zażąda.
Dlatego właśnie to w jej ręce powędrowała pisemna instrukcja co ma przynieść od prorokini. Jak ją znajdzie to już jej problem.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Pon Sty 25, 2016 11:55 pm
Mina Ourell’a jednoznacznie wskazywała na to, że treść, którą z wolna przeczytał sobie w głowie, poniekąd go zaskoczyła. Oburzenie przyszło później. Rysy mu stężały, aczkolwiek ciężko byłoby wrzucić blondyna do worka pełnego furiatów i innych popaprańców, którzy nie potrafili zapanować nad własnym gniewem. Sam fakt, że z pokorą przyjął gościnę od stowarzyszenia, którego istnienie uważał za jawną pomyłkę już świadczył o tym, że wiele potrafił przełknąć. Nie wyglądał na kogoś, kto zaraz miałby się rzucić na Azazela z pazurami, aczkolwiek wyglądał na zgorszonego. I rozczarowanego.
- Jak możesz tak myśleć? – nie unosił się, wręcz przeciwnie. Mówił spokojnym, acz stanowczym tonem, wlepiając niedowierzające spojrzenie wprost w oczy brata. – Istnieją przypadki zachorowań na tę chorobę także wśród aniołów, dlatego z góry jestem skłonny obalić twoją tezę. – nie chodził po ziemi bezczynnie, a zbierał doświadczenie z każdym kolejnym dniem. Może nigdy nie spotkał się z epidemią choroby Thurmana, jednakże zetknął się z kilkoma nieszczęśnikami, którzy mieli z nią problem. W końcu na co inne miałby patrzeć przez te setki lat? – Proszę Cię, abyś mimo wszystko spróbował go wyleczyć. Nawet jeśli bardziej zależy ci na składnikach; połowa z nich, ta, której już zdążyłem użyć, pójdzie na zmarnowanie. – nie czuł się na siłach, żeby prawić moralizatorskie kazania, dlatego szukał jak najbezpieczniejszej ścieżki, która byłaby w stanie przekonać mężczyznę do pomocy. Poza tym nie chciał go zniechęcać. Czuł się zobowiązany, żeby wyleczyć tego smarkacza, a jeżeli faktycznie nikt mu nie pozwoli wstać z łóżka – mógłby mieć mały problem z dotrzymaniem obietnicy. Jego zaniepokojenie wyraźnie się zmniejszyło, gdy Azazel pokazał mu własny przepis na sibutramini. Nie przyglądał mu się uważniej, jednak patrząc na niego z grubsza, mógłby zaryzykować, że jest poprawny.
„(…) Czy oni są tego warci?”
- Fizyczna ruina? Czyli jednak wyglądam aż tak źle? – pokusił się na delikatny uśmiech, chcąc nieco rozładować atmosferę, która powoli zaczynała gęstnieć, a przynajmniej w odczuciu samego blondyna. Mimo czegoś, co miało imitować żart, Zachariel doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądał. Pal licho złamane skrzydło czy rozszarpaną skórę na ręce i nodze. Czuł się słabszy, niż te lata temu, a jego twarz często przypominała kogoś wyrwanego z dziesięciodniowej odsiadki w izolatce; tak mocny efekt dawały sine worki pod oczami i nieco zszarzała skóra. Trudno się dziwić, skoro powodem tego był brak snu i poszanowania dla własnego zdrowia, czego przykład był widoczny nawet kilka minut temu, gdy chciał wyrwać się z leżanki i natychmiast pokuśtykać przez korytarze. Problemem było to, że stan Zachariela był dla niego kompletnie nieistotny.
- Oczywiście, że są. Przysięgałem Ojcu służyć ludziom i służyć im będę, kosztem własnego zdrowia, a nawet istnienia. Ty nie masz żadnego celu w życiu? – rzucił, nie przejmując się obecnością drobnej kapłanki, której obecność w niczym mu nie przeszkadzała, by dalej prowadzić rozmowę z bratem. Nawet, jeśli ze strony dziewczyny mogłaby się wydawać kompletnie jednostronna. – Dlaczego pałasz do ludzi tak wielką niechęcią?

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Wto Sty 26, 2016 12:41 pm
Dlaczego pałasz do ludzi tak wielką niechęcią?
Och zastanówmy się... Bo są żałosnym, kruchym i beznadziejnie przeświadczonym o własnej wyższości nad wszystkim gatunkiem? Bo doprowadzili świat do ruiny? Bo od początku ich istnienie było po prostu o g r o m n ą pomyłką?
Zachariel doskonale wiedział dlaczego. Dlatego Azazel nawet nie zamierzał silić się na napisanie powodów czy prostego "bo mogę".
Bóg zażądał od nich złożenia hołdu tym pokracznym, materialnym istotom. Jak słabym trzeba było być, aby na to przystać?
Odwrócił się od drzwi, natrafiając wzrokiem na swojego pacjenta.
Och. No tak. Właśnie tak słabym.
Cel w życiu? Gdyby mógł zapewne parsknąłby na to śmiechem. Patetyczne ideały, dążenia, chęć ratowania istnień... Żałosne. Jego celem było przetrwać. Na każdym kroku udowadniał swoim podległym ludziom współbraciom, że nie żałuje dokonanego przed tysiącami lat wyboru i podczas gdy oni każdego dnia składają godność w ofierze czemuś co w proch obróci się szybciej niż mrugnięcie powieki, on obserwował rozkład i najgorsze bezeceństwa jakich dopuszczali się mieszkańcy tutejszej góry. Cieszyło go to? Tak. Smakował każdy dzień i każdy moralny upadek. Wszyscy byli dowodem na wielką pomyłkę Boga.

„Nie wyglądasz źle, ale zapamiętałem cię nieco mniej... brzydkiego. Przygotuję lekarstwo, bo choć nie rozumiem to jednak szanuję w jakimś minimalnym stopniu twoją chęć pomocy temu dziecku.
Ludzie maskują własną głupotę tą chorobą. Kryją się za nią jak za tarczą i udają, że po zażyciu naparu ich stan się poprawia. Tymczasem większość z nich po prostu jest bandą nieokiełznanych idiotów. Miejmy nadzieję, że ten twój chłopaczek rzeczywiście choruje. Inaczej najlepiej byłoby po prostu skrócić jego męki póki jest dzieckiem”.




Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Wto Sty 26, 2016 11:23 pm
… brzydkiego?
Bo mu samoocena spadnie.
Byłby się zaśmiał, gdyby następne litery nie układały się w słowa, które natychmiast sprowadziły ciemne chmury ponad jego nastrój. Im więcej kartek lądowało przed jego oczyma, tym Ourell’owi coraz bardziej było żal drzew, które poświęciły lata swojego życia, żeby po wyrośnięciu skończyć jako papier z wypisanymi – na jego oko – bluźnierstwami. Na język cisnęło mu się wiele słów, ale nawet pomimo wgryzającej się w tył głowy irytacji, starał się zachować chociaż resztki taktu. Nie ukrywał jednak, że z każdą kolejną wymianą poglądów było mu coraz ciężej budować lepszą atmosferę tego spotkania po latach.
- Doceniam twoją pomoc… - wziął głęboki wdech.. nie no, nie wytrzymał. - … ale mam ochotę cię uderzyć. – och, chyba komuś aureola zaczęła rdzewieć. W ogóle nie przypominał boksera, więc Azazel mógł się domyśleć, że słowa przestrogi prędzej służyły za wyładowanie napięcia, niż za faktyczną groźbę. Poza tym doskonale wiedział, że brat miał nad nim przewagę. Wystarczyło jedno uderzenie, żeby rozpruć szwy i zmusić go do kwilenia z powodu obficie krwawiących ran. Żadną filozofią było sięgnąć do niego ręką i nacisnąć na złamane skrzydło… mimo wszystko i tak sprowadzał się wyłącznie do rozmowy i to najszczerszej i najdobitniejszej jak tylko potrafił. Jakie złudzenia musiały nim kierować?
- Chyba natrafiałeś na złych ludzi. Ewentualnie masz za wysokie mniemanie o sobie, Azazelu. Proszę, nie każ mi myśleć, że słusznie strącono cię z Nieba. Ilekroć wspominam dawne czasy, żałuję, że to co się stało, już się nie odstanie… jednak fakt, że wyraźnie pragniesz śmierci mojego podopiecznego zmusza mnie do uznania cię za wroga, nawet jeśli mówisz to tylko hipotetycznie. – warknął, mimowolnie próbując podnieść się do półsiadu. Ból tępił zdolność do płynnych ruchów, ale emocje prędko zaczęły ciągnąć go w stronę gniewu, nieważne, że zapierał się nogami i rękami, żeby w jego stronę nie iść. – Mam nadzieję, że ograniczasz się tylko do takiego myślenia, a nie działania.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sro Sty 27, 2016 12:18 am
Uniósł kąciki ust w ewidentnie tryumfalnym uśmieszku. Cóż... Doprowadzenie go do stanu, w którym anielska maseczka nieco zaczynała odstawać od buźki, okazało się wyjątkowo proste. Huh, co musiało być w tej ludzkiej istocie, że aż tak się nią przejmował?
Azazel nie zamierzał się odgrażać. Dobry Boże (och jak ładnie to musiało brzmieć w jego głowie!) przecież nie od tego tu był. Nie musiał.
Proszę, nie każ mi myśleć, że słusznie strącono cię z Nieba.

Minimalny cień uśmiechu zniknął z twarzy anioła jakby Ourell zmazał go drucianą gąbką. Czyż tak nie było? Sam zadecydowałem. Sam byłem panem swojego losu, w przeciwieństwie do większości z was – tchórzy gotowych płaszczyć się przed mierną istotą ludzką.
..żałuję, że to co się stało, już się nie odstanie…

Zacisnął mocniej palce na długopisie, mając ogromną ochotę wygarnięcia mu po tych wszystkich tysiącach lat co sądzi o jego żalu, ale jedynie nakreślił krótkie
„nie męcz się”.
Notatnik, z którego wyrywał kartki poleciał lotem ekspresowym trasą Azazel – biurko, opadając na blat z solidnym łoskotem.
Oho, koniec przyjemnej pogawędki.
Zachariel chciał... wróć. Czuł się łagodnie rzecz mówiąc zobowiązany do uznania go za wroga, podczas gdy on obiecał przyrządzić lek. Zachował się tak do bólu... typowo. Przemawiał przez niego gniew boży czy może anielska miłość?
Chyba natrafiłeś na złych ludzi.
Znów ten sam złośliwy uśmiech. Skoro on trafił na te najgorsze szumowiny jakie oferował świat, to w jakie bagno musiał wpaść jego braciszek, skoro leżał tu niczym siedem nieszczęść, nie mogąc się nawet podnieść?
Odwrócił głowę od Zachariela dostrzegając, że wywar nad którym w międzyczasie pracował zaczął wrzeć. Przelał go z garnuszka do wyszczerbionego kubka, wręczając go następnie aniołowi. W przypływie chwili postanowił mu pomóc.
Przysiadł na skraju kozetki, podnosząc go do półsiadu i użyczając po odpowiednim manewrowaniu swoich pleców za oparcie.
Wypije? Zwykła rozgrzewająco, bakteriobójcza herbatka ziołowa. Miał nadzieję, że to w miarę przyśpieszy proces gojenia i nieco go wzmocni.
Lekiem się zajmie za chwilę, kiedy kapłaneczka przyleci ze składnikami. Na razie miał własnego pacjenta i jego zdrowia nie zamierzał ryzykować.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Czw Sty 28, 2016 12:12 am
Przestał zauważać różnicę w swoim zachowaniu odkąd tylko znalazł sobie stałą robotę, a właściwie stałego pracodawcę, o ile tak można nazwać własnego podopiecznego. Wraz z pierwszym człowiekiem, o którym myślał, że był najważniejszy na świecie, zatracił umiejętność patrzenia na samego siebie w stopniu szerszym, niż jako zwykłe narzędzie do pomocy. Może Bóg po prostu postanowił stworzyć go takim szlachetnym, dobrotliwym i piekielnie naiwnym? Wola boska mimo wszystko musiała odstąpić przez te tysiąc lat zaszczytu kształtowania jego osobowości. Nie dało się żyć wśród ludzi i nie zaznać większości emocji, które odczuwali. Czy to czyniło go równego człowiekowi? Z pewnością był bardziej podobny… ewidentnie szybciej się denerwował.
Jedynie dobro Hiro i własne poczucie przyzwoitości trzymały jego zniesmaczenie postępowaniem Azazela w ryzach. Co prawda gdyby wybuchł, to najprawdopodobniej wyłącznie potokiem słów, jednak wspomnienie irytacji z pewnością nie pozostawiłoby dobrych wspomnień. Szczególnie po tak długim spotkaniu po latach… może faktycznie różnili się za bardzo? Ideologie mieli skrajne, a jedyne co ich łączyło to wspólny Ojciec...
… no i to poczucie bycia rodziną, które mimo wszystko łagodziło całą sytuację i postanawiało dać jeszcze jedną szansę. I kolejną, i znowu, znowu… nieco zasmucała go myśl, że najprawdopodobniej tylko on miał tutaj tak poważne rozmyślenia odnośnie traktowania drugiego anioła. Zresztą, trudno byłoby się dziwić. Pomijając własne przekonania, nad Zacharielem stała jeszcze cała horda innych skrzydlatych, przed którą będzie musiał się tłumaczyć.
- Uśmiechasz się. – powiedział z wyrzutem, czując się lekceważony. Spojrzał z wyjątkową nieufnością na wywar, który wylądował w jego rękach. Nie miał powodów, aby oskarżać rudowłosego o przygotowanie trucizny. Zresztą cały czas miał wgląd na przygotowania, a zapach sugerował mu raczej bezpieczną mieszankę. Mimo wszystko czuł, że jego niedyspozycyjność właśnie została podkreślona. Od wielu lat nikt się nim nie opiekował. – Ulula mnie to do poduszki, hm? – rzucił z cieniem uparcie trzymającego go naburmuszenia, które sprawiło, że ton jego głosu wydawał się odrobinę szorstki. Trudno było mu nadążyć za tym, co myślał. O ile słowo pisane przez Azazela wywoływało w nim gniew, o tyle jego czyny natychmiast nakazywały mu chylić głowę w podzięce za pomoc.
Westchnął ciężko.
- Ufam ci, że odpowiednio zajmiesz się chłopakiem, nawet jeśli twoim zdaniem nie jest tego wart. – odparł, jak nadopiekuńcza matka do nowej opiekunki, która nie miała innego wyboru, jak tylko wynająć nianię dla swojej pociechy. Zdmuchnął kłębiący się nad kubkiem dym, chcąc nieco ostudzić wywar. - Raz jeszcze dziękuję za opiekę.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Czw Sty 28, 2016 1:27 pm
Pokręcił przecząco głową. Nie miał aktualnie na stanie nic co mogłoby zapewnić Zacharielowi zdrowy i bezbolesny sen, a nie zamierzał go faszerować narkotycznymi proszkami. Miałyby fatalny wpływ na nieprzyzwyczajony organizm aniołka.
Proces regeneracji nie zadziała odpowiednio, gdy Ourell będzie szczękał zębami. Może nie był aż tak wrażliwy na wahania temperatur, ale mała infekcja mogła go wpędzić do grobu znacznie szybciej niż w zwyczajnych okolicznościach. A niestety o tej porze roku naturalny gorąc panował jedynie w komnatach kapłanek i kapłanów. W lecznicy było przyjemnie ciepło od wiecznego warzenia i przyrządzania większości składników na butli gazowej lub ogniu, ale mało szczelne okna potrafiły w jednej chwili zamienić ją w pałac królowej śniegu.

W przeciwieństwie do brata, Azazel nie miał żadnych większych wątpliwości jak się w tej chwili zachować. Niby chciał mu najzwyczajniej w świecie pomóc, od tego tu był, prawda? Leczył i obserwował mieszkańców przewijających się przez góry Shi, ludzi i anioły zdobione tatuażem tego całego ich bożka, niemiłosiernie się przy tym nudząc. Nie było tu nic ekscytującego, leczył choroby weneryczne, grypy i epidemie przeziębień. Kiedy się żyło na ziemi tak długo jak on... mało co potrafiło zabić wszechogarniające znużenie i poczucie beznadziei.
Ourell miał rację. Nie miał żadnego celu w życiu i czasami pchało go to do dziwnych czynów. Jak na przykład oferowanie pomocy w przyrządzeniu leku dla dzieciaka.
Skoro to mogło zatrzymać anioła trochę dłużej w lecznicy, nawet jeśli wściekałby się i złościł cały czas... Azazel zamierzał mu pomóc. Obserwowanie brata, krótka wymiana argumentów czy czy drobne gesty jak podanie wywaru ziołowego lub ułożenie skrzydła odpowiednio, aby nie sprawiało zbytecznego bólu – to była jakaś miła odmiana w jego życiu. Nawet jeśli nie miała trwać zbyt długo, a Ourella wezwą przed oblicze najwyższego, żeby się wyspowiadał z kontaktów ze zdrajcą.
Uśmiechasz się.
Oczywiście, że tak. Przymknął oczy, przez co jego zmarszczone brwi nieco się rozluźniły, a twarz nabrała łagodniejszego wyrazu. Nawet jeśli nie rozumiem dlaczego się pchasz w ludzkie ręce i dajesz się tak łatwo im wykorzystywać. Cieszy mnie twoja obecność i boli stan w jakim się znajdujesz. Dlaczego nie potrafisz zrozumieć, że popełniłeś przed wiekami błąd? Dlaczego ich nie zostawisz? Dlaczego jesteś tak naiwnym tchórzem?
Nie sięgnął po notatnik, żeby zapisać tych parę konkretnych zdań.
Zachariel nie musiał wiedzieć co siedziało w tej rudej głowie. Tak było prościej. Z czasem sam zobaczy, że źle postąpił zawierzając ludziom swoje życie. Jeśli się odpowiednio szybko nawróci, Azazel mu pomoże. Pomoże mu odciąć się od tych nędznych kreatur, które doprowadziły świat do ruiny. Przecież był jego bratem. Nie mógłby nie pomóc.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Sob Sty 30, 2016 2:15 am
Niestety jego myśli nie zdołał już odczytać.
Po raz ostatni zdmuchnął wirującą nad wywarem parę i w końcu skosztował herbaty. Jakkolwiek głośno nie zgrzytałby zębami, nie śmiałby nawet wspomnieć, że było mu zimno, bo i tak w jego mniemaniu dostał już dostatecznie dużo. Co prawda trudno było nie odczuć różnicy temperatury, niedawno co budząc się do życia z odsłoniętym dość sporym kawałkiem ciała, jednak lata w psich warunkach wyhartowały go na tyle dobrze, by tyłek nie marznął mu w terenie innym, niż edeńskie luksusy.
Napar faktycznie nie sprawił, że zaczynał powoli pokładać się do snu, ale z pewnością rozlał przyjemne ciepło po organizmie, które w zupełności wystarczyło, by poczuć się choć odrobinę lepiej, niż te kilka sekund temu. Wyczuwał zioła i jak przystało na osobę, która bezczynna być nie może, w rytm swojego skrzywienia zawodowego zaczął w głowie przewracać kartki zapisane własnym doświadczeniem, chcąc rozróżnić wszystkie składniki herbaty. Nie było to zadaniem łatwym, gdy wciąż czuło się w ustach obrzydliwy posmak ziemi zmieszanej z krwią, ale być może trafił w dwóch czy trzech przypadkach?
- Bardzo dobrze przyrządzona. – pochwalił pokrótce, najwyraźniej nie potrafiąc usiedzieć w ciszy przez dłużej, niż kilka minut. Z reguły nie przeszkadzał mu brak rozmów. Po samej organizacji przewijało się tak wiele osób zajętych własnymi sprawami, że finalnie na co dzień rozmawiali z nim w większości Bernardyni. Mimo wszystko czuł potrzebę wypowiedzenia się w temacie tak pozornie błahym, jakim była ziołowa herbata. Gdy się obudził myślał wyłącznie o Jinx’ie i Hirokim. Zdążył wywnioskować, że Azazel znał się na zielarstwie, ale dopiero teraz dotarło do niego, że w zasadzie… był tym faktem nieco zaskoczony. Oczywiście, byle Kowalski potrafił nauczyć się wielu rzeczy w ciągu 80 lat swojego życia, a oni mieli do dyspozycji całe tysiące, jednakże brak kontaktu robił swoje.
- Od dawna interesujesz się zielarstwem?

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Sty 30, 2016 5:53 pm
Przebywanie w tego typu grotach miało to do siebie, że na wiele dziesiątek metrów dało się usłyszeć praktycznie każde, nawet najcichsze szepty czy też kropelkę wody rozbijającą się o twarde podłoże jaskini. Nie inaczej było i tym razem. Do uszu przemierzającego korytarze Eizou, w pewnym momencie jego spaceru, doszły jakieś szumy, donośne kroki dużej ilości osób czy niezrozumiałe słowa odbijające się echem po całych arteriach. Wszystko również wskazywało na to, że pochodziły one z okolic lecznicy. Mimo iż po krótkiej chwili umilkły, to wrodzona ciekawość inkwizytora nie pozwoliła mu nie sprawdzić tego całego poruszenia. Co by nie było, przebywanie w Kościele Nowej Wiary nie należało do jakoś bardzo zajmujących, no... może poza składaniem ofiar, ale nawet ten ceremoniał ostatnio zdarzał się coraz rzadziej. Odkąd Czcigodny Ion został zamordowany, agresywna ekspansja Aonizmu ustała, a sam inkwizytor zaczął otrzymywać coraz to mniej i mniej zleceń.
Czy taka jest twoja prawdziwa wola, o Wielki Ao? – zapytał go w myślach, w drodze do punktu leczniczego.
W pewnym momencie jego narastające stukanie podeszwy o podłoże dało się już słyszeć ze środka pomieszczenia. Odgłosy na kilka sekund ustały, a następnie zastąpił je skrzek otwieranych drzwi, które po chwili na powrót zostały zatrzaśnięte. Eizou szybkim rzutem oka przebadał główne pomieszczenie, w którym to znajdowały się wszelkiego rodzaju ogólnodostępne dla wspólnoty kościelnej leki. A więc jakiś ranny... – szybko wydedukował, nie napotykając nikogo w tej części lecznicy. W pewnym momencie nawet usłyszał jakiś głos, którego jeszcze nie było dane mu poznać. Wszedł nieco głębiej do pomieszczenia, pod pozorem przeszukania apteczek po czym, gdy tylko skrócił kąt i mógł ujrzeć, co się dzieje przy co poniektórych łóżkach, paskudnie się uśmiechnął. Z założonymi z tyłu rękoma, skierował się w stronę dwójki – jak to zdążył już określić – Aniołów, rzucając jednocześnie, przepełniony sarkazmem i złośliwością komentarz, sprawiając wrażenie uśmiechniętego i rozbawionego.
- Hoho! Czyżbyśmy urządzali tutaj sobie jakieś kółko różańcowe? - krzyżyk i chusta na szyi rannego były pierwszymi, poza skrzydłami rzecz jasna rzeczami, które rzuciły się inkwizytorowi w oczy. O ile niemego medyka jeszcze jako tako kojarzył i tolerował - w końcu był wierny Wielkiemu Ao, to już nieznajoma twarz heretyka pozostawała dla niego zagadką. Kim jest i czemu się tu znajduje? Chusta gangu mówiła jedno, aczkolwiek kto wpadł na tak bluźnierczy pomysł sprowadzania tu niewiernego? Za czasów Czcigodnego Iona jego miejsce byłoby w sali ofiarnej. Po chwili doszedł do pewnej konkluzji, przecież nikt nie odważyłby się tu przytargać bluźniercy, a w dodatku Anioła. Nad tym wszystkim musiał stać ktoś ze starszyzny bądź też sam prorok.
- Czemu ten bluźnierca plugawi miejsce, w którym pokorni słudzy Wielkiego Ao walczą o życie? - spytał już bardziej poważnie, zerkając karcąco na medyka po czym, gdy już stanął przy łóżku, spojrzał z góry na niewiernego i szybkim ruchem ręki zerwał z jego szyi krzyżyk na łańcuszku, nie zważając na żadne potencjalne protesty zebranych. Był inkwizytorem, miał prawo.
Pomachał sobie tym śmiesznym symbolem tuż przed sobą, nieco powyżej poziomu głowy i zaczął wodzić za nim wzrokiem, raz w lewo, raz w prawo. Nie sądził, że dane mu będzie ujrzeć ten szkaradny symbol wiary w starego boga tutaj, w Kościele Nowej Wiary.
- Ups...
W pewnym momencie niby to przez przypadek upuścił błyskotkę, która to upadła z charakterystycznym dźwiękiem na ziemię i odbiła się raz czy dwa od podłoża.
- Cóż za nieszczęście... - teatralnie mruknął w niezadowoleniu, po czym nadepnął piętą na śmieszny wisiorek, rozgniatając go po podłożu raz za razem. Niechaj ten niewierny pies zna swoje miejsce, Eizou nie da mu bezstresowo przesiadywać w ich kościele niczym u siebie w domu. Nawet jeżeli starszyzna miała wobec niego jakieś plany. Czy Anioł go rozpozna? Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne. O ile w terenie niechlubna sława inkwizytora zdarza mu się przeszkadzać, to teraz była mu zdecydowanie na rękę.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Sty 31, 2016 11:11 am
Doprawdy, czy nie mogli posiedzieć choć chwili w milczeniu? Albo chociaż podyskutować na tematy, które nie wymagały od Azazela pisania elaboratów na przybrudzonych kartkach notesu?
Z odpowiedzią powstrzymał się, aż zobaczył, że jego brat wypił napar, więc odebrał mu przy okazji kubek i ułożył z powrotem na leżance.
„Jestem na Ziemi, odkąd stwierdzono, że dla takich jak ja nie ma miejsca przy tronie Ojca, więc poznałem wiele ciekawych umiejętności. Przyrządzanie medykamentów i zielarstwo to coś czym pałam się od wybuchu epidemii. Tutaj jest ono w cenie. Zwłaszcza, gdy zakładano Kościół i pierwszy prorok usłyszał głos Ao. Byłem  ich pierwszym uzdrowicielem, teraz to już tylko praktyka.”
- Wręczył kartkę aniołowi, samemu rozglądając się za czymś czym mógłby go okryć. Wolał go nie narażać na kontakt z tutejszymi kocami czy narzutami. Jakkolwiek były z pewnością w miarę ciepłe, tak ich stan czystości pozostawiał wiele do życzenia. W zimie nic nie chciało schnąć, poza tym dostęp do wszelkich środków odkażających był jeszcze żałośniejszy niż na lato.
Miał nadzieję, że sojusz z Miastem, o którym szeptano po kątach, poprawi ich sytuację.
Po chwili przypomniał sobie o prześcieradłach i ligninie używanych przy operacjach. Lepsze to niż nic.

Odwrócił się od niego na pięć, dosłownie pięć minut.
Wystarczająco, aby dotrzeć do szafy z przyborami medycznymi, a przy okazji zerknąć na zaległą w kącie pomieszczenia bestię. Kundel spał niespokojnie, wykończony nocnym polowaniem, z jednym uchem uniesionym, zupełnie jakby tylko wyczekiwał trzasku harapa i sygnału do pobudki. Jego rany wydawały się być jeszcze paskudniejsze niż zwykle, co zapewne zawdzięczał temu nieszczęsnemu wymordowanemu. No cóż, przeciwnik wyglądał gorzej od jego podopiecznego.
Odwrócił się z szarawym prześcieradłem w dłoniach i... zobaczył inkwizytora.
Nie to, że nie usłyszał czyiś kroków. Po prostu przypisał je kapłaneczce poszukującej zażarcie prorokini i składników leku.

Skinął nieznacznie głową na przywitanie.
Eizo. Zakała ludzkiego rodu. Jeśli ludzkość dało się spieprzyć w stu procentach to właśnie tę istotę można by stawiać za wzór. Jak mógłby go przynajmniej nie tolerować skoro był jednym wielkim dowodem błędu Ojca?
Pojawił się tuż po Ionie i choć obserwowanie go przez pierwszych kilka lat sprawiało jakąś trudną do opisania satysfakcję, tak teraz jego oddanie duchom przeszłości było co najwyżej... smutne. Prorok nie żył, a ten biedak nie mógł się z tym pogodzić.
Czemu ten bluźnierca plugawi miejsce, w którym pokorni słudzy Wielkiego Ao walczą o życie?

Azazel podświadomie przeczekał moment z zerwaniem krzyżyka, dopiero później okrywając Ourella. Nie zajmował sobie głowy tą maskaradą.
Syn Boży oddał swoje życie za zbawienie człowieka. Doprawdy, czyż ofiary nie robiły tego samego dla dusz aoistów? Ukrzyżowanie, czy wyrwanie serca. Co za różnica?
Był przy obu. Obserwował umierającego Chrystusa pod krzyżem, obserwował też pierwszego anioła złożonego w ofierze w grocie ofiarnej. Śmierć była śmiercią. Niczym więcej.
„Ten bluźnierca jest gościem prorokini, której zależy na jego życiu i zdrowiu. Negowanie jej rozkazów może się źle skończyć. Pokorni słudzy nie chorują ostatnio na nic innego jak rzeżączka i syfilis, więc nie spędzają tu zbyt wiele czasu.”- Wręczył inkwizytorowi fragment zapisanego papieru.
Jego wzrok powędrował za upuszczoną przywieszką. Śledził jej tor, aż do chwili, gdy znalazła się pod butem Eizo. Pięknie. Teraz to już na pewno nie utrzyma Zachariela w pozycji leżącej.
Odpalił tylko spokojnie papierosa, czekając na rozwój wydarzeń.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 4 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics