Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 3 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

Re: Lecznica    Pisanie by Hex on Nie Sie 09, 2015 3:46 pm
W momencie gdy Reo wyszedł z sali lecznicy, zapadła ze strony Hexa dziwnie niepokojąca cisza. Ten, któremu prawie nigdy nie zamykają się usta (nie liczymy bycia podtapianym) nagle zrobił się potwornie cichy. I to nie jest w żaden sposób niepokojące czy coś. Nie wgapia się w swoje krwawienie, nie próbuje zlizywać krwi, odgryzać ochłapy własnego mięsa czy też coś zrobić Panience tu z nim obecnej. Nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie wgapiał się w sufit, jakby widział tam wszystkie gwiazdozbiory i jeszcze kij wie co innego. Moment, oddycha?
Nah, ok, żyje. Chyb-, nie, żyje. Oczekuje lekarza, może oszczędza przy okazji energię, tudzież delektuje się bólem i pieczeniem rozgryzionego ciała. Ciężko powiedzieć.
O to i przybył bohater tego odcinka! W następnym odcinku serialu "Szpital KNW" - dlaczego zielonowłosy próbuje się zabić bijąc łbem w tępą ścianę za sobą?
Ale hej, hej! Bez spojlerów! Najpierw pierwsze wrażenie. Przybycie nowej osoby zwróciło uwagę złotookiego dżina, jaki otaskował spojrzeniem nowoprzybyłą osobę, od której emanowało tyle dobroci, miłości i ogólnie tej tęczy, że już mu się zbierało na wymioty, i jedno wiadro by nie wystarczyło.
Dość Hex, przełknij to, ściśnij w sobie najgorsze możliwe komentarze tematyczne, ogólnie spróbuj jakoś zaakceptować fakt że reinkarnacja Matki Teresy w ciele mężczyzny przyszła cię posklejać.
- Nieee, to nie tu, na końcu korytarza w prawo i schodami na górę. Nie powinieneś zabłądzić - po drodze jest automat z watą cukrową, gumami do żucia w kulkach i wiadrami na wymioty tęczą. - Przewrócił oczyma, uśmiechając się pół-gębkiem. Starał się brzmieć jak najprzyjemniej jak się dało, ale nie wiedząc czemu, ta osoba wywołuje u niego niemal że odruch wymiotny. Taka niewinna, czysta, gdyby nie fakt że nie widzi skrzydeł mógłby przysiąść że właśnie wbił tu anioł, i to czysty jak łza.
Dobra, wdech, wydech, lecimy.
- Ale skoro już tu przyszedłeś, będę niezwykle wdzięczny jak zdołasz w jakiś sposób skleić mi żyły w lewym przedramieniu. Są w kawałkach, aż mi szkoda że nie mam regeneracyjnych mocy czy czegoś takiego. Byłoby dużo prościej przeżywać "wampiryzm", tsh. - Wzruszył lekko barkami, obserwując uzdrowiciela. ... Nie, albo nie. Odwrócił wzrok szczerze powiedziawszy na towarzyszkę bytującą przy nim, bo gdyby musiał patrzeć na tą obrzydliwie pogodną twarz to faktycznie by puścił pawia. Albo od razu dwa, tak żeby dłużej wytrzymać.

[Tak, wiem, prędkość odpisów bardzo ]



Hex
-----------
Wierny     Nawrócony

avatar

Liczba postów : 803
GODNOŚĆ : Ranthir, Hex, Mitsuke, Jenevier - do wyboru do koloru.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Sie 23, 2015 8:30 pm
Chodziła po pomieszczeniu kreśląc swoją trasą na podłodze kształt nieco koślawej ósemki.
Człap, człap, człap.
Krok za krokiem, ani na chwilę nie zwalniając. Co jakiś czas zerkała w kierunku jedynego pozostałego w pomieszczeniu osobnika. W końcu jakoś musiała sprawdzać, czy wciąż żyje i nie powrócił do rozszarpywania sobie żył. Przecież nie będzie stać naprzeciwko i wgapiać się stuprocentowo skupionym wzrokiem, nawet nie mrugając. Bądźmy dorośli.
W pewnym momencie zatrzymała się przodem do Hexa i z nieco nieobecnym wzrokiem zaczęła tarmosić brzeg bluzki. Widocznie myślami była gdzieś daleko, ale nawet nie spróbuję określić lokalizacji. To nikomu nie wyszłoby na zdrowie.
Z zadumy wyrwał ją odgłos kroków i pojawienie się trzeciej osoby, której widok niezmiernie wymordowaną uradował. Wystarczyło zresztą popatrzeć na uprzejmy wyraz twarzy mężczyzny, a oblicze Vivian od razu się rozpromieniło. Wypuściła z ręki nieszczęsną koszulkę i splotła ręce na brzuchu, po czym pokręciła głową na słowa Hexa. Na jej twarzyczce po raz kolejny pojawiła się mina pod tytułem "Zabierzcie go, bo nie wytrzymam". Mogła lubić anielskiego chłopaczka, ale denerwowało ją takie lekceważące podejście do własnego zdrowia. Zresztą, cudzego też - wargi nadal ją bolały i pewnie była uwalona własną krwią, czego nie miała szans zobaczyć, bo lustra bynajmniej ze sobą nie nosiła na poranne spacerki.
- To tutaj - sprostowała, po czym obdarzyła zielonowłosego spojrzeniem tak stanowczym, że mogłoby zamieniać w kamień. Komunikat powinien być wyraźny - piśnij choć słowo nie tak jak trzeba, a Ci tak przyłożę, że nie będziesz wiedział gdzie dół, gdzie góra.
- No i właśnie, nie tylko przydałoby się temu biedakowi posklejać żyły, ale też wyleczyć go z tego nieszczęsnego wampiryzmu, zanim zrobi sobie jeszcze większą krzywdę. - I bez względu na to, czy Hexowi się to podobało czy nie, Akane zamierzała dopilnować leczenia.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś z tym pomógł - dorzuciła z uprzejmym uśmiechem w kierunku uzdrowiciela. No i tym sposobem początki konwersacji mamy za sobą. A dalej może być już tylko lepiej, prawda?


[Cicho. Nasze tempo jest wspaniałe, szybkie i w ogóle. I wcale nie trzeba długo czekać xD]



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Pią Wrz 04, 2015 9:21 pm
Na początku był R a b a n. Naprawdę! Gdy przechadzała się korytarzami między celami, nagle wyminął ją zrozpaczony chłopak (kojarzyła go skądś, może był Inkwizytorem?), a zaraz potem gorączkowo coś mówiąc, prowadził za sobą jednego z Uzdrowicieli. Spokojny, stoicko wręcz obojętny wzrok dziewczyny przesunął się tej dwójce, a nieprzyjemne ukłucie zawodu dotknęło jej serduszka. W końcu jak to możliwe, że to nie ją zabrał ze sobą ten dzieciak? Przecież była tu tak samo uprawniona do leczenia jak każdy inny, niezależnie od wieku! Z wyrazem zrezygnowania na twarzy zawróciła na pięcie, by przyspieszonym krokiem ruszyć w kierunku lecznicy - chciała chociażby zerknąć na to, co się działo wewnątrz, w końcu na pewno przydałaby się dodatkowa para rąk do pracy, a nawet jeśli ten „lepszy” (też mi coś!) Uzdrowiciel poradziłby sobie sam, zawsze mogła się poprzyglądać, czy dobrze pracuje. Wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza, lekkim, niespiesznym truchtem podpędzając w kierunku pomieszczenia, które znała jak własną kieszeń. Stanęła w przejściu tuż za Sabukiem, ale gdy tylko zobaczyła, w jakim stanie jest osoba leżąca na stole (on miał jakieś imię…), usłyszała słowa Akane (na jej widok uniosła wysoko brwi) i zderzyła się z podejściem tego pseudo-lekarza jak z niesubtelnym słoniem, natychmiast ze wkroczyła do pokoju z cichym „przepraszam” wymamrotanym w kierunku tarasującego przejście mężczyzny.
Możesz już iść — mruknęła w jego stronę, podchodząc powoli do leżącego na pryczy Hexa (chyba tak się nazywał?). Skinęła uprzejmie głową w stronę Akane, nachylając się nad pokiereszowanym chłopakiem. Wypuściła z sykiem powietrze, gdy tylko zobaczyła stan jego ręki.
Z tego co słyszałam, jesteś chory, nie? — Uśmiechnęła się półgębkiem, otwierając szybko torbę i wyjmując z niej bandaż razem z gazą oraz wodą utlenioną, którą nasączyła materiał. Bez żadnego ostrzeżenia przycisnęła go mocno do rany, widząc jak powoli biały zmienia się na krwistą czerwień. — Trzymaj drugą ręką. — Puściwszy gazę ruszyła do apteczki, która wisiała krzywo przyczepiona na ścianie; otworzywszy drzwiczki wyjęła kilka gaz, jakąś szmatkę, nożyczki, nici i igłę w sterylnym opakowaniu, po czym wróciła do niego.
Zabawny zbieg okoliczności, dwa dni temu byłam w M-3, żeby dostać te igły, choć nie spodziewałam się, że tak szybko będę musiała ich użyć. — Zaczęła mówić spokojnym głosem, odrywając nasiąkniętą krwią gazę i oczyszczając ranę nową. — Pozwól. — Dotknęła go delikatnie, a gdy w jej głowie eksplodował gwałtowny ból, sam Hex mógł równocześnie poczuć kojące odrętwienie w zranionej ręce - od tej pory miała czas na bezbolesne zaszycie mu rany na kilka minut. Oderwała gazę od rozszarpania, a przyłożywszy nową, spytała się Akane:
Co mu jest? I co się pani stało w wargę? — Zabrała materiał od rany i oczyściwszy jeszcze raz okolice czystym materiałem, rozerwała opakowanie, nałożyła nić i wbiła się w skórę na początku rozerwania. Wiedziała, że Hexa to nie zaboli, ale jej samej głowa pękała od migreny. — Nieźle się urządziłeś. Zszyję ci teraz ranę nicią, którą trzeba będzie zdjąć. Nie uszkodziłeś żadnej większej tętnicy, pewnie dlatego jeszcze żyjesz, ale mogło nie być tak dobrze — przemawiała do niego spokojnie, szyjąc ranę z największym możliwym skupieniem. Czuła ściekającą jej po brodzie krew z nosa, która ściekała na położoną specjalnie na jej kolanach szmatkę. — Zszyję to delikatnie, z rany musi swobodnie wypływać wydzielina. Mówiłeś coś o wampiryzmie. Zgaduję, że zaraziłeś się Psychozą, prawda? Co cię ugryzło? — Ostrożne zawiązała supeł na końcu zszycia. — Teraz będę musiała spróbować zebrać składniki na lek. Jeśli choroba - o ile dobrze zgadłam - będzie dalej postępować, może mieć nieodwracalne skutki. — Westchnęła ciężko, ocierając rękawem posokę kapiącą na szmatkę.

_

Użycie mocy: 1 | 3



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Hex on Pią Wrz 04, 2015 11:45 pm
- ... Ee... Makaron? - Rzucił skołowany, widząc jak Akane właśnie kroi go na kawałki wzrokiem, przez chwilę odwracając uwagę od tego przesadnie "miłego" mężczyzny. Coś w jego wypadku sprawiało, że aż mu się flaki przewracały do góry nogami. Chyba jak tak dalej pójdzie to faktycznie pójdzie tęczowy paw.
- Ej no, to było przydatne jeszcze gdy Kościół miał specjalny warunek by przyjąć do swoich progów. Byłem jak rekin, arrr! - Dziabnął zębami w powietrze, uśmiechając się wyraźnie, chętnie odwracając swoją uwagę od tego kolesia jak mocno, jak się tylko da. Serio, chyba mu przyłoży jak będzie na siłach. Tak w ramach przyjacielskiego kontaktu fizycznego. W łeb. Kamieniem.
Zwrot akcji! Ni z tego ni z owego do lecznicy wparowała brunetka w okularach, wywaliła typka, i nie czekając na żadne protesty ze strony ani zielonowłosego ani czerwonowłosej zaczęła się zajmować rozwalonym przedramieniem. Ej, ej, ej, moment, zwolnij, coś przegapiłem! Chyba cały wątek gdzieś został przegapiony!
- Eee, no tak, ale... - Urwał, całkowicie skołowany sytuacją słysząc jej polecenie wykonał je bez chwili wahania, choć uniesienie ramienia było troszkę męczące. Przekręcił głowę ku Akane z wyrazem twarzy który przedstawiał coś na styl "pomocy, co się dzieje, nie ogarniam!" Tylko po to, by ponownie potem skupić wzrok na nowoprzybyłym lekarzu, który nie bawił się w farmazony tylko od razu zabierał do roboty.
Chciał już coś powiedzieć, ale przybyła Panienka zaczęła mówić, więc zamarł z otwartymi ustami, próbując ogarnąć sytuację. Jego umysł wprost krzyczał "CO TU SIĘ DZIEJE?! NIE OGARNIAM TEJ KUWETY!"
Dopiero gdy odczuł nagłe zniknięcie całego bólu do jakiego przywykł, to sprawiło że jego głowa nagle odżyła i odnalazła ponownie rezon sytuacyjny.
I zaczęła od troski.
- Nie było potrzeby. Jestem przyzwyczajony do dużej ilości bólu. - Na dowód, podciągnął rękaw, ukazując ciągnące się szlaki różnorakich blizn. Starych, nowych - do wyboru, do koloru. Ściągną rękaw z powrotem, wzdychając lekko gdy lekarka spytała Akane o to, co mu jest i co się stało z jej wargą.
- Napad potrzeby krwi. Usta Panienki Akane okazały się wystarczające czerwone by uznać je za źródło krwi. Potem najbliżej była wielokrotnie rozdrapywany i rozgryzany przegub, którym się teraz zajmujesz. Względnie tyle, pomijając rozcięte łydki które się goją od jakiegoś czasu. Nieproszeni goście w Kościele. - Kompleksowe wytłumaczenie na temat stanu wszystkich rzeczy. Może i pytała Akane, ale jednak wolał jej oszczędzić tłumaczenia się z tego, dlaczego jej usta są rozgryzione. Przy okazji z góry wyjaśnił wszystko, nie chcąc psuć jej wizerunku, o ile by to się mogło stać.
- Wiem. Nie po to noszę przy sobie zapasy krwi jak ten w kieszeni o którym mój instynkt wtedy zapomniał. - Tak. Gdyby wtedy się tego napił, w zupełności by wystarczyło ku zaspokojeniu tej całej psychozy, nikt by nie został pogryziony, cała historia miałaby piękny happy end, a nie skończyła się w lecznicy. No nic, thug life i w ogóle.
Przysłuchiwał się jej słowom, i początkowo nie odpowiadał na pytanie, ale przy słowach o zbieraniu składników na leki kategorycznie pokręcił głową przecząco. - Nie ma mowy by którekolwiek z was miało przeze mnie się narażać, tylko przez to że jakaś banda kundli postanowiła sobie mnie popodgryzać. Nic mi nie będzie. A nawet jeśli nie... To może i lepiej? - Widząc krew wyciekającą z jej nosa westchną przeciągle, uśmiechając się delikatnie. - Nie było potrzeby, jak już mówiłem, tego robić. Dziękuję jednak za pomoc. Jak masz na imię? Ja jestem Hex. - Uniósł lekko kapelusz z głowy w geście powitania. Cóż, chociaż tyle mógł w tej chwili zrobić, prawda?



Hex
-----------
Wierny     Nawrócony

avatar

Liczba postów : 803
GODNOŚĆ : Ranthir, Hex, Mitsuke, Jenevier - do wyboru do koloru.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Wrz 06, 2015 5:04 pm
Ktoś wchodzi.
Ktoś wchodzi za nim.
Druga wypycha pierwszego za drzwi.
... w sumie to Vivian było kompletnie wszystko jedno, tak długo jak w pomieszczeniu znajdował się minimum jeden uzdrowiciel w służbie czynnej. A czy był to roztaczający miłą aurę mężczyzna, czy też znajoma twarz młodej Okiyany, to już nie miało aż tak wielkiego znaczenia. W końcu miała w lecznicy wykrwawiającego jej się wiernego i w tym momencie zatrudniłaby nawet krawcową, byle tylko w końcu ktoś mu posklejał żyły w jedną całość i zlikwidował problem w postaci rozwijającej się psychozy krwiopaty. Co jak co, ale życie po sąsiedzku z wampirem wcale nie jest taką przyjemną sprawą (i nie, moi drodzy, saga "Zmierzch" może sobie temu przeczyć, ale niskich lotów romansidła dla niewyżytych nastolatek nie powinny być traktowane jako źródło życiowej wiedzy).
Spojrzała ze spokojem na uwijającą się przy pracy dziewczynę i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Kompetentna osoba na właściwym stanowisku, można by powiedzieć. Bez zbędnego pitolenia zabiera się za pracę. I o to właśnie chodzi.
Miała się już nawet wytłumaczyć z rozwalonej twarzy - czy naprawdę wyglądało to AŻ tak źle? - jednak zielonowłosy zdążył uprzedzić ją w wyjaśnieniach. Pokiwała głową w potwierdzeniu jego słów i potarła nerwowo kącik ust, jak gdyby miało to jej w czymkolwiek pomóc. W ten sposób przynajmniej dowiedziała się jednej rzeczy - rana zdążyła już przynajmniej zacząć się zasklepiać, bo pod wierzchem dłoni wymordowana była w stanie wyczuć skrzepniętą krew.
- To akurat nie jest kwestia twojego kaprysu, Hex - rzuciła nieznoszącym sprzeciwu tonem, gdy mężczyzna napomknął o przyrządzeniu lekarstwa jak o sprawie wręcz wymagającej zbagatelizowania. Co jak co, ale tak bezmyślnego podejścia do swojego zdrowia nerwy Akane po prostu nie mogły zdzierżyć. - Zabraniam ci lekceważyć tę chorobę. Rozumiesz? Nie będziesz mi tu łaził i gryzł siebie i innych tylko dlatego, że sam masz to w nosie. Stwarzasz zagrożenie dla otoczenia i dla siebie samego - zakończyła ten krótki wykład. Westchnęła głęboko i podeszła do kozetki, na której usiadła lekko i założyła jedną nogę na drugą. Znudziło jej się chodzenie w kółko po pomieszczeniu, co poradzić?
Cała scena trochę długo trwała, ale w końcu przedramię Hexa zostało porządnie zaszyte. Nawet biedne usteczka wymordowanej zdawały się w końcu zaprzestać krwawienia, więc machnęła na nie ręką. Mogli się w końcu wydostać z lecznicy. Zgarnęła kule dżina i podała je mu, jednak dołożyła też wszelkich starań ze swojej strony, by pomóc mu wyjść z pomieszczenia, nawet gdyby miała sama służyć za podpórkę.

[z/t wszyscy zgromadzeni, bo się nam fabuła ciągnie jak guma ze starych majtek. Dość tego.]



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Sob Sty 16, 2016 10:30 pm
A ostatnim uczuciem, były zaciekle wbijane w skórę paznokcie…
Zachariel padł jak długi na wilgotną posadzkę, boleśnie przytrzaskując policzkiem o ziemię. Gdyby nie spowiły go teraz sidła błogiej nieświadomości, najpewniej wydałby z siebie rozbolały jęk lub przynajmniej ostatni szept przeprosin, iż nieumyślnie pociągnął chłopca za sobą, sprawiając, że i on wylądował na kolanach. Jednak od tej jednej chwili nie czuł już niczego, a to, co robiono z jego ciałem, pozostawało dla niego tajemnicą.
Grupka wezwanych przez prorokinię mężczyzn, posłusznie przybiegła na jej zawołanie i wciągnęli bezwładne ciało blondyna na prowizoryczne nosze, z niemrawymi minami targając go aż pod samą lecznicę. Prowadzone przez nich rozmowy raczej nie były zaliczane do kategorii tych szczególnie pochlebnych, a Ourell, gdyby tylko cokolwiek dotarło do jego uszu, najpewniej mocno by się obraził. Słyszał, że od czasów rządów rudowłosej dziewczyny ideologia Kościoła Nowej Wiary uległa niewielkiej zmianie, ocieplając swoje stosunki względem skrzydlatych. Najwidoczniej panowie, którzy mieli doskonały wgląd na jego śnieżnobiałe skrzydła czy też błyszczący, srebrny krzyżyk na piersi wciąż byli w jakiejś części tradycjonalistami, bo ich sceptyczne spojrzenia wydawały się go palić.
Przytargawszy anioła do sali, ułożyli go na jednej z leżanek, wbrew swoim posępnym minom, obchodząc się z nim delikatnie. Nikt nie dopatrywał się czy zachowywali ostrożność ze względu na prośbę prorokini czy to ich profesjonalizm kazał im nie wywoływać więcej szkód, jednak uważając na ranne, złamane skrzydło, udało im się w miarę komfortowo ulokować blondyna, by następnie przyjrzeć się kolejnym ranom, a te oczywiście były paskudne.  
Tak mu się w życiu poszczęściło, że nie został stworzony do walki, a że parę godzin temu przyszło mu zmierzyć się z całą watahą wilków, skutki tego były następujące:
Osłabienie zdawało się ułożyć swoje dłonie na jego twarzy, zauważalnie zabierając mu z niej kolor, pozostawiając go bladym jak trup. Efektu wcale nie poprawiała strużka z wolna płynącej krwi, toczącej swoją drogę od prawego nadgarstka, by po chwili spłynąć kroplą na posadzkę. Podobnym rytmem grało szarpnięte przez wilcze kły przedramię, które już dawno przeciekło przez białą, obrzydliwie wilgotną koszulę. Nie należy też zapominać o wielkim rozdarciu na odzieniu, które wypuszczało przez siebie ogromne atuty bycia aniołem, z czego jeden z nich prezentował się znacznie mniej okazale. Mimo wstępnego nastawienia, skrzydło wciąż wyglądało, jakby było z nim coś ewidentnie nie tak. Uparcie się złożyło, że wszystkie poważne rany dotyczyły prawej strony anioła.  
Ogólna ocena plasowała się gdzieś na granicy nieciekawie z nie najfajniej.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Sty 16, 2016 11:50 pm
Lecznica była jednym z nielicznych miejsc, w którym ludzie nigdy go nie nachodzili. Ot raz na jakiś czas ktoś wpadał, zabierał wywar i wychodził. Żyć nie umierać.
Tym razem wizyta czarnowłosej panienki miała być zapowiedzią nieco dłuższej zabawy w pana doktora. Pytanie tylko. Miał dzisiaj grać tego Dobrego czy Złego?
- Prorokini Taihen Shi przesyła prezent.- Wymamrotała dziewoja, która najwyraźniej od niedawna dopiero zaczęła piastować urząd kapłanki. Jej szatka wciąż sięgała za kolano. Ile jeszcze? Miesiąc? Dwa? Niedługo zacznie paradować w kawałku szmatki, która zmieściłaby się do pudełka po zapałkach ku uciesze wszystkich wiernych.
Azazel odwrócił wzrok od uchylonego okna i zgasił niedopałek papierosa w szklanej popielniczce. Prezent? Dla niego? Może to paczka kawy? Byłoby całkiem miło, ostatnia skończyła się parę tygodni temu.

Prezentem okazała się jednak procesja złożona z czterech tragarzy i jasnowłosego osobnika złożonego na noszach. Sekcja ostatniej ofiary? Jak miło. Chyba dbają aby się nie nudził, jak miło.
- Doprowadzisz go do porządku?- Burknął jeden z nich wpatrując się z ciężką do opisania niechęcią wymalowaną na twarzy.- Prorokini chyba na nim zależy. Ma żyć.
No proszę, wreszcie jakieś konkrety.
Niechęć wytłumaczyły praktycznie od razu śnieżnobiałe skrzydła rannego. Uzdrowiciel jedynie wskazał wolną dłonią na jedną z leżanek. Aniołowie trafiali się tu ostatnimi czasy coraz rzadziej. Kiedyś trafiali się całkiem często. Sekcje, darmowe lekcje anatomii dla dzieciaków z desperacji, przynajmniej te bardziej ogarnięte miały trochę frajdy i zostawały w kościele na dłużej. A teraz? Wiało nudą.

Odczekał aż ludzie wyjdą nim podszedł do swojego „brata”. Taki słaby... W starciu z ludźmi nawet boskie namaszczenie nie pomagało.
Na domiar złego znał tą bladą twarz. O ile milej byłoby ratować jakiegoś młodziaka, który słyszał o Azazelu jedynie bajki przed nocnym spoczynkiem.
Ourell. Ty naiwny durniu.- Przemknęło Azazelowi przez myśl, gdy dokładnie badał stan jego obrażeń. Niemal natychmiast odsunął od siebie chęć pozostawienia go na wpół martwego. Krew aniołów była w cenie, ale skoro Taihen chciała blondasa żywego to miał żywy pozostać.

Zatamowanie krwotoku zajęło nieco więcej czasu niż przewidywał, podobnie jak odkażanie i zaszycie największych ran.
W końcu jednak resztki koszuli wylądowały w koszu pod prowizorycznym stołem operacyjnym, a jedynym problemem zostało skrzydło. Ewidentnie przed paroma chwilami złamane.
Sprawnie nastawione. Przynajmniej nie dorwał się do ciebie jakiś pseudo medyk klasy średniej. - Wsunął palce pomiędzy delikatne skrzydła czując irracjonalne ukłucie żalu. Powinien był go zostawić w takim stanie, niech go jakiś człowiek złoży. Grymas niechęci pozostał na twarzy anioła tylko przez chwilę.
Usztywnił złamaną kość i niech regeneracja czyni swoje cuda. Jedyne co mu zostało to usiąść sobie z papierosem i pilnować, żeby się blondynek za bardzo nie rzucał. Jeszcze sobie krzywdę zrobi.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Nie Sty 17, 2016 2:49 am
Oplatająca go ciemność była mdła, nieciekawa i tępiąca wszelkie inne myśli, do tego stopnia, że Zachariel nie był w stanie jednoznacznie określić, kiedy zaczynał się dobudzać. Wiedział tylko, że w pierwszej kolejności docierały do niego subtelne dźwięki. Szurnięcia, kroki… nie były czymś niepokojącym, co od razu postawiłoby go do pionu w parodii gotowości bojowej. Kiedy tylko podjął się zrozumienia swoich własnych myśli, niemal natychmiast zaczynał wszystko sennie i powolnie analizować, pozornie wciąż tkwiąc w błogiej nieświadomości. Co ciekawe przez nieokreśloną ilość czasu, gdy tumaniła go wcześniej wspomniana ciemność, był święcie przekonany, że tak łagodne i niegroźne brzmienia miały swoje źródło zza drzwi pokoju medycznego w siedzibie DOGS. Psiarnia była jego domem, więc nic dziwnego, że obrał sobie tak pozytywne wyobrażenia.
Jednak gdy tylko dotknął go ból, optymistyczne założenia obróciły się w proch.
Przestał sobie wszystko kojarzyć z domem, a zaczynał myśleć nad tym, dlaczego go tak boli. Co go właściwie uwiera? Czy on czuł zimno?
Gdzie ja jestem?

{}

W pierwszej kolejności na jego twarzy zaczęły kwitnąć grymasy bólu. Nie czuł się jakoś szczególnie umierający, ale ociężała głowa i paląca prawa część ciała nie były doznaniem, które potrafił przebyć bez najmniejszego skrzywienia. Później doszło niemrawe wzdrygnięcie, by po chwili powitać świat mdłym kolorem niewidomego oka i żywym, błękitnym blaskiem lewego ślepia. Nie czuł strachu, w dużej mierze wyrażał sobą w większości zdezorientowanie.
Pamięć rzadko go zawodziła i czuł, że po kilku minutach odwali swoją robotę i przyniesie mu zapiski sprzed  ostatniej aktywności, ale póki musiał na to czekać, stwierdził, że dobrym pomysłem byłoby wstać. Wsparł się więc łokciami, by podnieść się do pozycji półleżącej, ażeby za chwilę rozpaczliwie przenieść ciężar na lewą rękę, przypominając sobie, że prawe przedramię będzie odmawiać współpracy przez kilkanaście dobrych dni. Do tego wielkie, ciążące skrzydła utrudniały mu zachowanie wygodnej, stabilnej pozycji, upierdliwie przechylając go na lewą stronę, ilekroć chciał ustawić się bardziej pożytecznie względem sytuacji. Mianowicie spostrzegł, że nie był sam. Ba, powoli dochodziło do niego z jakiej okazji nie był sam.
- Dziękuję. – założył, że siedzący przed nim mężczyzna był winowajcą bandaży i nitek trzymających jego ciało w jednym kawałku. Naturalnym odruchem była więc wdzięczność, która jakkolwiek oklepana by się nie wydawała, wypowiedziana tak poważnym tonem natychmiast nabierała na szczerości. Głos wciąż miał zaspany, jednak spojrzenie na tyle rozbudzone, by nie pomylić jego wypowiedzi z porannym bełkotem. – Dawno cię nie widziałem. Mam nadzieję, że wszystko w porządku. – w dalszych słowach był już ostrożniejszy z serdecznością. Był specyficznym aniołem, który ponad żelazne zasady stawiał więzi, uczucia i inne miłości, których katecheza uczy dzieci w podstawówce. Choć nie raz widział odebrane mu skrzydła, wiszące jako kara i przestroga dla innych, Azazel wciąż był jego rodziną i kochał go bezwzględnie. Mimo wszystko nie był osobą, która ślepo wymazywała wszystkie winy. Nie pochwalał wielu jego czynów, a najbardziej bolało go to, że właściwie mógł go teraz zobaczyć; w Kościele wyznawców Ao.  
- Psiakrew… - syknął obolały, gdy po raz kolejny wyrwał do przodu, chcąc tym razem ambitnie pociągnąć ciało do pozycji siedzącej. Im marniej mu szło, tym mocniej utwierdzał się w fakcie, że przez jakiś czas pozostanie mu być pacjentem. – Długo spałem? Czy Hiro i Jinx nic nie jest? – sam nie wiedział dlatego z góry założył, że Azazel został wtajemniczony w sprawę, dla której taki anioł jak Ourell w ogóle znalazł się w lecznicy KNW, ale o ile rudowłosy choć odrobinę znał Bernardyna, już mógł dostrzec w jego oczach ten charakterystyczny, zawzięty błysk. Chciał pomagać i byłby gotów przeczołgać się z powrotem do jaskini, byleby tylko spełnić swój obowiązek.
A wszystko dla „byle ludzi”.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Sty 17, 2016 1:57 pm
Wzruszenie ramion.
Tylko taką odpowiedź otrzymał Zachariel na wszystkie swoje słowa. „Dziękuję”. Nie ma za co. „Dawno cię nie widziałem”. No cóż, niewątpliwie minęło trochę czasu. Gdzieś tak parę tysięcy lat. „Mam nadzieję, że wszystko w porządku”. W aktualnej sytuacji mam się lepiej od ciebie, dziękuję za troskę.
Wzruszenie ramion było jedynym sygnałem, że anioł go w ogóle zauważa i możliwe nawet, że słucha co ma do powiedzenia.
Nie zareagował na pierwszą próbę podniesienia się. Druga, bardziej stanowcza zmusiła go jednak do porzucenia własnego wygodnego krzesła. Ułożył łagodnie dłonie na ramionach brata zmuszając go do ułożenia się.
Szwy.- Posłał mu upominające spojrzenie. Rany były głębokie, a jakoś materiałów... No cóż. Mimo wsparcia lecznica nie była zaopatrzona nawet w połowie tak dobrze jak powinna być.
Długo spałem?
Wyciągnął z kieszeni płaszcza stary zegarek z rozbitą tarczą. Ciężko było określić. Długo? Niedługo? Parę godzin.
Na pytanie o ludzi nawet nie zwrócił uwagi. W przeciwieństwie do blondyna nie interesował się szczególnie stanem zdrowia ludzi. Nie było ich tu. Mogło to oznaczać, że albo mają się całkiem dobrze, albo już nie żyją. Żadna z tych opcji nie była jakoś wybitnie ekscytująca.
Był niemy, ale nie ślepy.
I zauważył ten błysk zacięcia. O nie, nie, nie, nie. Nawet mowy nie było, żeby teraz się podniósł. Jak trzeba będzie to go uśpi albo sprowadzi z powrotem do stanu słodkiej nieprzytomności.
Azazel stanowczo pokręcił głową jasno dając mu do zrozumienia, że nie wstanie i zacznie szukać swoich dam w opresji, choćby się waliło i paliło.
Skrzydło mogłoby tego nie wytrzymać, a stracić coś tak pięknego przez głupotę i na pozór niegroźne złamanie? Nie ma mowy.
Zachariel miał leżeć i wypoczywać. Azazel upewniwszy się, że anioł nie planuje brawurowej ucieczki, zabrał chłodne palce z jego ramion.
Przysunął do siebie miednicę z wodą i łagodnie zaczął zmywać mu zaschniętą krew ze skóry.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Ourell on Nie Sty 17, 2016 8:14 pm
O ile handlarze powinni wykazywać się niezłym wygadaniem i darem przekonywania, o tyle każdy szanujący się lekarz powinien wyczulić swoje oczy na najmniejsze zmiany czy ruchy. Choć w wyniku pożaru utracił możliwość korzystania z dóbr lewego ślepia, wciąż był na tyle spostrzegawczy, by zauważyć lekkie wzruszenie ramion brata. Czuł się słuchany, jednak wciąż miał z tyłu głowy ponurą myśl, że nie minie sporo czasu, nim zacznie odnosić wrażenie, że rozmawia ze ścianą. Być może był w błędzie i taką też miał nadzieję, jednak jeżeli miałby odpowiadać szczerze, panicznie obawiał się wszelkich niedomówień. Szczególnie, że jeszcze nie przestał być komuś potrzebny.
Przymrużył oczy czując nieprzyjemny chłód dłoni rudowłosego. Sam przeżył dostatecznie wiele podobnych epizodów, by przekaz Azazela stał się dla niego jasny. Poszedł po rozum do głowy i – przynajmniej na tę chwilę – nie szarpał się więcej do przodu. Ile razy sam musiał przygwoździć do materaca dwa razy większego od siebie osobnika, bo ten zaciekle zarzekał się, że ma do roboty lepsze rzeczy, niż leżenie w lecznicy? Na jego nieszczęście takimi okazami charakteryzowało się pół Psiarni… nie chciał w podobny sposób utrudniać roboty Nawróconemu. Opadł na plecy na tyle ostrożnie i wygodnie, na ile pozwalało mu skrzydło, które najprawdopodobniej stanie się jego zmorą przez następne kilka tygodni. Zaczął większą uwagę skupiać na swoich ranach, na których przelotnie zawiesił oko, odruchowo oceniając je przez własną skalę; właściwie przez chore skrzywienie kalkulował jak bardzo będą mu one utrudniać wykonywanie pracy, bo od niej większych przerw robić nie chciał.
Spojrzał na nadgryzioną czasem tarczę zegara i musiał przed sobą przyznać, że wiele mu to nie pomogło. Co prawda był w stanie roboczo oszacować, o której godzinie znalazł się w gościach Kościoła i mniej więcej jak długo zajęło mu wstępne przygotowanie lekarstwa, jednak to wciąż było na tyle mało precyzyjne, by go zadowolić. Może to też jakiś przekaz od świata, że lepiej mu będzie w przyszłości chodzić z zegarkiem w dłoni? Mimo wszystko był w stanie stwierdzić, że nie musiał natychmiast biec w stronę pozostawionego w jaskini słoja z lekiem, co jednak wcale nie oznaczało, że wciąż piekielnie go do tego nie korciło. Z tego powodu nie wyglądał na ani odrobinę uspokojonego.
Efekt potęgował fakt, że Azazel pominął najważniejsze pytanie. Przez tą niewiedzę jeszcze bardziej zachciało mu się czołgać po jaskiniach.
- Jestem w trakcie przygotowywania sibutramini, dlatego za godzinę, dwie będę musiał wrócić do pacjenta. Szczególnie, że dzieciak męczy się z chorobą już bardzo długo, a jestem na etapie marynowania w politei. – uparcie się wytłumaczył, grzecznie znosząc upiornie chłodną wodę zmywającą z niego zaschniętą krew.
I co dalej?
Nieświadomie zawiesił spojrzenie na twarzy Azazela, wymalowując na swojej przygnębiony, zamartwiony na śmierć grymas. Pomijając oczywiste względy, jak przygłupawe dziecko czy odratowany wymordowany, zaczął się czuć dosyć niezręcznie. O ile w głowie huczało mu od myśli na temat podopiecznych, tak im dłużej wpatrywał się w dawno niewidzianego brata, tym język coraz mocniej palił go od pewnych pytań, których odpowiedzi najpewniej i tak nie pojmie.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 327
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Sty 17, 2016 8:56 pm
No tak. Nie przewidział, że anioł po prostu nie będzie kojarzył nawet mniej więcej godziny swojego "tymczasowego zejścia" toteż przewrócił oczami i rozczapirzył trzy palce. Szybko zmienił je na cztery. Pi razy drzwi od trzech do czterech godzin leżałeś bez czucia.
Zegarek powędrował do kieszeni. Słysząc o lekarstwie wyraźnie się ożywił. Taki lekarski nawyk. Nawet jeśli stosunek do pacjentów pozostawał skrajnie różny to Ourell i Azazel nie różnili się praktycznie niczym, gdy w grę wchodziła ich profesja.
Westchnął bezgłośnie, w końcu odpuszczając mu zbawiennie zimny prysznic. No nic, trzeba było się porozumieć (choć wcale się do tego nie palił) z bratem.

"Gdzie są składniki, co to za dzieciak i skąd masz te rany Zacharielu?"
- Niewielka kartka zapisana prostym, dość wyraźnym pismem wylądowała przed zdrowym okiem pacjenta.
Godzina, dwie. Potem lek będzie bezużyteczny. Nie żeby Azazel jakoś specjalnie przejmował się losem jakiegoś kompletnie randomowego dziecka, ale marnotrawstwo czasu i składników, zwłaszcza w tych czasach, działało na niego niczym żółta chusta na s.speca.
Doprawdy, dlaczego Taihen nie przyprowadziła ich od razu tutaj? Ourell nie powinien był wstawać. Ale i tak wstanie. Pacjent w potrzebie był ważniejszy od własnego zdrowia. Żelazna zasada niebiańskich.

"Mam dokończyć lek za ciebie?"
- Zaplótł palce niczym do modlitwy. Dałby radę, bez większych problemów. A skoro Zacharielowi na tym zależało... No cóż. Mógłby nawet postarać się nie otruć tego całego dzieciaka.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 3 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics