Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 8 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

Lecznica    Pisanie by Gość on Wto Mar 17, 2015 5:41 pm
Jest to sieć pomieszczeń wydrążonych w skale by przyjmować chorych i potrzebujących.
W głównym pomieszczeniu znaleźć można zawartość każdej apteczki, tylko w trochę większych nakładach. Opatrunki, węgiel, kozetka i sporo buteleczek, których zawartość znają jedynie ci najbardziej wprawni w sztuce leczenia.
Pozostałe pomieszczenia odgrodzone są ciężkimi kotarami, nadgryzionymi przez mole. W jednej z nich służy do odbierania porodów, dwie inne do izolacji chorych, bądź ulokowanie gdzieś tych bardziej poturbowanych, którzy stale potrzebują opieki lekarskiej. Ostatnim pomieszczeniem jest laboratorium alchemiczne, w którym zazwyczaj ukrywają się także truciciele w posłudze Ao.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Kwi 04, 2015 9:37 pm
Nikt nie przecierał oczu ze widząc tę przedziwną parę. Mężczyzna ubrany w nienagannie skrojony, acz znoszony tweedowy garnitur, niosący znaną pośród członków kościoła kapłankę w poszarpanej sukni. Cudacznie musiało to wyglądać, gdyby ktokolwiek zerkał w te stronę, ale nikogo tam nie było.
Niósł ją poprzez plątaninę słabo oświetlonych korytarzy, błądził, dopiero przypadkowo spotkana grupa akolitów przyprowadziła anioła i drogocenny skarb, który niósł właśnie tutaj, do lecznicy. Położył podopieczną na łóżku i zasłonił okurzone kotary.

Worek pełen skarpet przyniesiony przez jednego z uczynnych wiernych zmartwionych stanem Taihen, spoczywał na skraju łóżka, tuż pod jej stopami.
Niewielki czajniczek, ogrzewany na turystycznej kuchence gazowej używanej zazwyczaj do gotowania wody, którą tutejsi medycy odkażali narzędzia i bandaże, pogwizdywał wesoło, oznajmiając, że woda w jego wnętrzu zaczyna powoli wrzeć.

Sabuk, rozłożył na stalowym stoliku medycznym wszystkie potrzebne narzędzia. Odprawił uzdrowicieli, tytułując się osobistym lekarzem tego dziecka. Teraz mógł pracować i wytłumaczyć swoją nieobecność w niezmąconym  czyjąś obecnością spokoju.
Owoce giaczanki, niezwykłe, kuszące i zdradliwe, leżały na metalowej tacy, pocięte i pozbawione miąższu, który łączył się właśnie z solą fizjologiczną w szklanym, wymytym alkoholem słoiczku.
Jedzenie tych owoców nie było mądre, mogłaś umrzeć. Nie miał pewności czy kobieta słyszy jego słowa, balansowała przecież na granicy przytomności. Mógł nakłonić światło by uleczyło jej rany, odjęło od niej kielich cierpienia, ale ona była człowiekiem, a oni muszą czasem cierpieć by później móc docenić radość.
Ale czy Ty nie wycierpiałaś już nadto? Może powinienem? Przyłożył dłoń do jej brzucha i nacisnął.
Przeczucie go nie myliło, czuł stwardniałe narośle obrastające wnętrze jej żołądka, choroba była w zaawansowanym stadium, mogła już tylko zabić, bądź odejść jakby jej nie było, szanse na oba scenariusze byłyby równe, gdyby się nie pojawił.
Obudź się Taihen, musisz to wypić. Trzymał słoiczek tuż pod jej twarzą.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Nie Kwi 05, 2015 6:39 pm
Przecież wszystko szło tak dobrze, gdy opiekowała się nią Soro. Wystarczyła jedna dawka tego dziwnego lekarstwa, by stanęła na nogi i przeszła kilka kroków. Już się śmiała i żartowała z lisicą, namawiając ją do dołączenia do Kościoła.
- Zostań ze mną - powtarzała we śnie, nie zdając sobie sprawy z tego, że te same słowa rzeczywiście wydobywały się z jej warg i trafiały do uszu Sabuka, który niósł ją do świątyni. Sama ręka Ao musiała go prowadzić, skoro dotarł tam, ratując jej tym samym życie. Czerwone wargi rozciągnęły się w uśmiechu, gdy układał ją na łóżku, biorąc się za przygotowywanie lekarstwa.
Nadal oddychała miarowo, było to jednak spowodowane czarem snu, który na nią nałożył. Tak naprawdę łuski kończyły już swoją pracę, oblepiając ostatnie skrawki jej skóry. Perfidnie brały się za zniewalanie narządów wewnętrznych, prowadząc tym samym do powolnej śmierci. Serce się rozleniwiało, tak samo płuca. Rozchyliła usta, by móc nabrać jeszcze więcej powietrza, na nic się jednak to zdało.
- Wiem, ojcze. Ale ja umrę, już czas. - I choć brzmiało to dramatycznie, miała odrobinę racji. Długo zwlekał zastanawiając się nad rozsądniejszą metodą leczenia. Owoce giczanki musiały naciągnąć nim zaczęłyby działać, on zaś obawiał się wykorzystać moc, którą dał mu Bóg. Może był równie nieporadny co on? Nie obchodziło to Taihen, już dawno wybaczyła temu, którego przed chwilą nazwała ojcem.
Chęć przetrwania jednak była od niej silniejsza i choć rudowłosa już miała zamiar oddać tę walkę i spotkać z Ao w jego królestwie, ciało odpowiedziało na prośbę Stróża. Pierwszy łyk płynu przepłynął przez krtań. Kobieta zakrztusiła się, kaszląc gwałtownie. Łuski wewnątrz przełyku raniły go dotkliwie, potęgując ból, który stał się integralną całością jej ciała. Kolejne podejście wyszło o wiele lepiej, przy trzecim piła już spokojnie, pozwalając by ciecz dotarła do żołądka, skurczonego od działania okrutnych owoców.
Nie minęła długa chwila gdy otworzyła oczy pełne paniki i przechyliła się na bok, oddając całą zawartość żołądka na podłogę, tuż obok stóp mężczyzny. Wymiociny wymieszane były z krwią i częścią łusek, które częściowo oderwały się od narządów. Nie wiadomo jednak było czy to dobry czy też zły znak.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Wto Kwi 07, 2015 11:26 pm
Nazwała go ojcem, może nie powinna.
Na twarzy anioła pojawił się uśmiech, serdeczny. Nigdzie się nie wybierał, dopiero przyszedł i była skazana na jego obecność, nie ważne czy to miało jej się podobać. Tak to bywało ze stróżami, spoglądasz z tronu boga, gdzie widać wszystko i wszystkich w tym samym czasie, na maleńkiego, pokrytego krwią człowieczka i już wiesz, że przez resztę jego życia będziesz przy nim, a potem kiedy on zamknie oczy po raz ostatni, Ty wrócisz tam skąd przyszedłeś i rozliczysz się z jego czynów. Tym razem było inaczej, nie będzie rozrachunku, zniknął ten, który go prowadził, nie będzie krycia się w cieniu, zszedłeś na ziemię, pogwałciłeś wszelkie reguły, więc nie będzie następnego razu, ciesz się póki możesz.

Jak umrzesz to z nami koniec, nie będzie kolejnego razu. Przymrużył oczy i kolejny uśmiech zagościł na jego zatroskanym obliczu sługi.

Dziecko piło. Może jest silniejsza niż by się wydawało? Zamyślił się, czekało ich sporo pracy, nie zaplanował jej życia, nie służył radą, sama podejmowała decyzje, wszystkie, te mądre i te mniej, jak zjedzenie giaczanki.
I wtedy się zaczęło, nagły impuls, skurcz i krwawe wymiociny pełne zrogowaciałych łusek przyozdobiły podłogę, tuż obok jego skórzanych mokasynów. Źrenice mężczyzny rozszerzyły się, tętno przyśpieszyło, policzki stały się gorące, a dłonie lodowato zimne. Co to za uczucie? Ból? Nie, zdążył go poznać nawet zbyt dobrze, kiedy wyrywano mu skrzące się wszystkimi kolorami pióra, jedno po drugim, by potem odciąć oskubane skrzydła. Żal, smutek, zakłopotanie? Nie, nie nie!
To był strach, paniczny lęk przed utratą czegoś drogocennego, co dopiero się odszukało. W popłochu ściągnął marynarkę i opuścił ją na ziemię, ta wylądowała wprost w kałuży skąpej treści żołądkowej kobiety. Spróbował podciągnął rękaw koszuli, guzik skutecznie to uniemożliwiał, lecz po krótkiej szarpaninie wystrzelił w powietrze i uderzył o ścianę. Podciął prawy rękaw do łokcia i zbliżył dłoń do jej brzucha, opuszki jego palców błyszczały błękitnie.
Suknia nie skwierczała kiedy rozgrzane fotony bombardowały jej strukturę, po prostu pękła, jak przecięta nożem introligatorskim, Taihen mogła poczuć ciepło na skórze, a potem dotyk, nad pępkiem. Dłoń anioła zanurzyła się w ciele, gdyż teraz była przenikliwym leczącym światłem.
Place mimo, że nie materialne chwytały narośle duszące organy, a łaska jaką trójgłos obdarzył Sabuka, sprawiała, że znikały, jedna po drugiej. Krople potu wstąpiły na jego czoło, wzrok stał się nieostry, a jelita paliły żywym ogniem.

Oto była cena jaką płaci się za naginanie praw natury, każda ulga przyniesiona bliźniemu sprawiała aniołowi ból, nie jakiś tam, to była skondensowana esencja cierpienia jakie zniweczona rana miała przysporzyć swojemu właścicielowi.

Wyjął rękę, a ta znów się nią stała. Taihen nie była zdrowa, ale to co robił musiało diametralnie zmienić jej stan. Cofnąć rozwój choroby potrafił tylko prawdziwy cudotwórca. Oparł dłonie o krawędź łóżka.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Czw Kwi 09, 2015 10:42 pm
Może nie powinna, a może tak. Pamiętała swojego ojca jako człowieka wiecznie zajętego. Jego miejsce w którymś momencie zajął mentor, rodziciel zaś wycofał się w cień, zostawiając konkurentowi pełne pole do popisu. Matka zrobiła to samo, choć nie było nikogo kto by ją zastąpił. Był tylko On i Jego zimne dłonie, które tak usilnie starała się zapamiętać, gdy twarz już rozmazywała się we wspomnieniach. Trucizna zapomnienia zasiała plon w jej głowie, chwasty zaś zakorzeniły się na tyle mocno, że ciężko było się ich pozbyć. Przysłaniały prawdę.
Jak umrzesz to z nami koniec.
I ona powinna się uśmiechnąć na te słowa. Brzmiały tak znajomo, że aż zabolało. Ach, nie, to zapewne gnijące jelita, które za chwilę miała wydalić z organizmu. Czy da się żyć bez jelit, ojcze? To brudny organ, plugawy. Najgorsze rzeczy znajdują się w naszych trzewiach. Cały temperament, jak mawiają Hiszpanie. Nie pozwól mi ojcze zostać samymi flakami. Nie pozwól mi ich wszystkich stracić. Bo umrę.
Jeszcze tyle przede mną, tyle lat. Ten pierwszy pocałunek, który został skradziony, a nie podarowany.
Wspólne żarty, sekrety, wspólny szyfr. A teraz było za późno.
Bo umierała.
Materiał sukienki zapewne nie wytrzymał pęczniejącego od żółci żołądka. Rozerwała się, ukazując jej ciało. Bieliznę, wyjątkowo znoszoną jak na kogoś, kto miał rządzić całym Kościołem. Miał, ale teraz cała organizacja zostanie bez przywódcy.
Bo jej się zachciało umierać.
Czuła, jak Kostucha już puka do jej drzwi, jak zagłębia w niej swą zimną rękę i wyjmuje coś, co znajdowało się w okolicy pępka. Życie, to musiało być życie. Zapewne tam właśnie znajdowała się dusza, czyż nie tak twierdzili wielcy filozofowie? Wstrzymała oddech, pozwalając, by magia śmierci uwolniła ją od cierpienia. By każde jedno z pnączy owijających jej wnętrzności powoli zaczęło puszczać.
A później otworzyła oczy w Królestwie Niebieskim. Które nadal było lecznicą w świątyni. Nie rozumiała. Przetarła ostrożnie oczy i spojrzała w twarz mężczyzny. Widziała ją już. Czyżby w śnie? Gdy niósł ją tutaj, rozmawiał z jej wiernymi i poił czymś mało smacznym. To nie mógł być sen. Zmrużyła ślepia, poprawiając się nieznacznie na pryczy.
- Kim jesteś? - I tyle wystarczyło by ją wyczerpać. Znów opadła na posłanie i przymknęła oczy, walcząc z sennością.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sro Kwi 15, 2015 3:25 pm
Palce wbiły się w stary materac, zaciskały się na nim z taką siłą, że zmechacone włókna wchodziły mu pod paznokcie. Ramiona drżały, starając się utrzymać w pionie osłabionego sługę, wnętrzności paliły, jakby ktoś rozpalił mu w żołądku ognisko i właśnie podlał je benzyną.
Sprowadzenie kogoś z nad cienkiej granicy życia i śmierci nie było łatwym zadaniem, nawet dla samego boga, kiedy sam zszedł na ziemię zrobił to tylko raz, z Łazarzem.
Krople słonego potu wystąpiły na jego czoło i skronie, bezlitosna siła grawitacji ciągnąc je w dół, schładzała przyjemnie jego rozpalone policzki.
Dziecko otworzyło oczy, nie rozumiało co się właśnie stało, to dobrze.
Twarz anioła do tej pory wykrzywiona w grymasie bólu, uspokoiła się, znów zawitał na niej promienny uśmiech, a oczy radośnie zaiskrzyły witając podopieczną na powrót wśród żywych.
Czuł, że właśnie to pytanie zada, wszak była tylko człowiekiem, a ludzka natura zmusza ich do zadawania pytań.
Zmarszczył brwi, przymrużył oczy i uśmiechając się jeszcze szerzej dotknął lekko, z namaszczeniem jej czoła, palcem wskazującym.
Kim jestem? Twoim stróżem od urodzenia słońce.
Na końcu niemo zachichotał.
Czajnik cały ten czas przypominał o resztkach wody przemieniających się w parę wewnątrz jego żeliwnego ciała. Nie czekał na jej odpowiedź, potrzebowała spokoju by dojść do siebie, a uciążliwe pogwizdywanie na pewno nie pomagało w odpoczynku i zabraniu myśli. Zebrał się w sobie i chwiejnym krokiem podszedł do kuchenki by wyłączyć gaz.
Przepłukał blaszany kubek leżący na półce odrobiną wody, dla odkażenia go po czym zalał go do połowy wrzątkiem. Po chwili wsypał do środka całą zawartość bliżej nieokreślonej saszetki. Elektrolity, mało kto pamiętał jak ważne jest ich uzupełnianie, on tak.
Kubek położył na stoliku obok niej. Ją samą okrył trochę drapiącym kocem, w brunatne i szare kwadraty i sięgnął po worek leżący do tej pory przy jej stopach.
To dla Ciebie, ominąłem kilka przyjęć urodzinowych, ale przyniosłem zaległe podarki.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sro Kwi 15, 2015 4:00 pm
Jaka ta twarz była dobra! Wystarczyło w nią spojrzeć by się o tym przekonać. Mimo cierpienia wymalowanego w oczach i napięciu mięśni, człowiek ten uśmiechał się, chcąc odpowiedzieć na jej głupie pytanie. Przecież nie musiał się z tym spieszyć i tak była unieruchomiona na pryczy. Mogła poczekać.
On jednak to zrobił, pozbawiając ją pierwszych wątpliwości i przywołując kolejne. Stróż... anioł? Uniosła spojrzenie na swoje czoło, zezując lekko. Nie była pewna czy to jego dotyk go tak zabolał, czy myśl, że oto pojawił się anioł, który chciał chronić kogoś, kto najzwyczajniej w świecie nimi gardzi. Pokręciła lekko głową, mamrocząc coś pod nosem.
... to nie może być prawda...
Jego odejście od łóżka pozwoliło jej na chwilę zastanowienia się. Jak go zobaczą to go oskórują żywcem, wiedziała o tym. Mimo że wybawił ją z objęć śmierci, oni go zabiją. Zgodzili się na przyjęcie aniołów w swe szeregi, lecz czy ktokolwiek zaakceptuje jednego u boku samego proroka? To zdecydowanie była przesada i nadużycie ich słabości. Lecz teraz nie mogła nic na to wszystko poradzić.
- Powinieneś odejść. Tu nie jest bezpiecznie. Nie mogą wiedzieć, że... że... - rozkaszlała się. Gardło podrażnione żółcią piekło ją niemiłosiernie, zostawiając paskudny posmak wymiocin. Potrzebowała wody. Niemal z chciwością wpatrywała się w kubek, który już stał obok niej. Był o wiele ważniejszy od koca, który teraz ograniczał jej ruchy. Ciepłe, drapiące więzienie doprowadzało ją do szaleństwa, więc zaczęła się wiercić. Zrezygnowała dopiero, gdy coś wewnątrz niej pociągnęło tak mocno, że o mało znów nie straciła przytomności. Musiała pamiętać, że nadal nie była w pełni zdrowa.
- Nie potrzebuję podarków. Powinieneś uciekać zanim tu przyjdą i cię zobaczą. Kościół nie lubi aniołów. - Westchnęła żałośnie, marszcząc czoło i starając się skupić. - Spróbuj się stąd wydostać niezauważenie. Jak wyjdziesz, policzę do dziesięciu i zawołam po pomoc. Wtedy cię pewnie nie zauważą. Ale najpierw. Pić, proszę.
Znów spojrzała z nadzieją na żeliwny kubek i resztkami sił wyswobodziła jedną rękę spod koca. Poruszanie się było teraz niemałym wyzwaniem, szczególnie że łuski na jej ciele znacząco ograniczały ruch.
- I dziękuję za pomoc. Ale nie potrzebuję stróża.
To miał być ostatni kamień, którym chciała go odgonić niczym psa, dla jego własnego dobra. Cóż jednak było jej ze słów gdy smutek i ból jaśniały w jej oczach? Minęły lata odkąd ostatni raz spotkała kogoś całkowicie jej przychylnego. Kogoś, kto pozwolił jej się zabić dla jej dobra. Z drugiej jednak strony dopiero poznała anioły i mimo ich zewnętrznej dobroci, wydawały się istotami wyjątkowo naiwnymi i głupimi. Skorumpowane stworzenia, jak uważał Ion. Nie mogła mu odmówić choć części racji. Dlatego też ciężko było jej zaufać temu, który właśnie mianował się jej stróżem.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Kwi 18, 2015 12:59 am
Zmarszczył brwi. Miał odejść? Teraz? Dopiero co ją odnalazł. Miał jej tyle do przekazania, tyle do opowiedzenia. Chciał wysłuchać historii jej życia, dowiedzieć się jakich wyborów dokonywała pod jego nieobecność. Nie zdawał sobie przecież sprawy, że dla niej był kimś zupełnie obcym. Ludzie nie czuli tak jak duchy ich miłość nie zależała od absolutnej i wszechwiedzącej siły, była trochę upośledzona, bo nie zawsze wymierzona w właściwą osobę.
Sięgnął po kubek, nie chwycił go za ucho, oplótł wokół niego palce by jego dłoń przejęła część ciepła. Po przyjemne ciepło zamieniło się w bolesne pieczenie, najwyższy czas było przełożyć kubek do drugiej dłoni. Uśmiechnął się przepraszająco, była spragniona, a on się ociągał, ale przecież dla jej dobra, nie wybaczyłby sobie gdyby się poparzyła. To musiało wystarczyć. Ułożył jej ciepły już tylko kubek w dłoni, ale nie puścił go od razu, poczekał do momentu, aż to ona będzie utrzymywać jego ciężar.
Pij proszę ostrożnie. Jesteś słaba. Powiedział, tak jakby sam był silny, nie był, nie teraz. Naginanie praw rządzących dziełem stworzenia, nawet dla czystego dobra było wyczerpujące. Poczuł nieprzyjemną woń, to był zapach żółci i przefermentowanych owoców giaczaniki, jej rozpryśnięte na podłodze i jego cudnych mokasynach, wymiociny. Musiał posprzątać, ale jeszcze nie teraz, w tym momencie chciał usiąść, dać odpocząć nogom, ułożyć myśli. Spojrzał w kierunku małego trójnogiego taboreciku stojącego pod ścianą. Przyciągnął go bliżej łóżka, rozległ się paskudny, powodujący dreszcze chrobot.
Usiadł i założywszy nogę na nogę zaczął znów mówić.
Jesteś słaba młoda damo. Brak Ci odwagi, żeby przyznać, że mnie potrzebujesz, mnie i innych, którzy chcą Ci pomóc. Zaczął grzebać po kieszeniach i wyciągnął małą karteczkę, tą, którą dziecko miało przyklejoną do czoła gdy ją znalazł.
Gdyby nie autor tej notatki, umarłabyś już na pustyni. Pomachał nią w powietrzu, a potem skierował wzrok na worek, i z powrotem na kobietę. Jego spojrzenie migrowało zachęcając by chociaż rzuciła okiem na to co jej przyniósł, tak po prawdzie to Sabuk nie zdawał sobie sprawy, że skarpety są najmniej trafionym prezentem w historii ludzkości, ale przez setki lat oglądał jak kolejne pokolenia synów Adama radują się na widok tego podarku. Nie był wszak wszechwiedzący i nawet nie podejrzewał, że była to radość wymuszona i nieszczera.
Może jednak chociaż zerkniesz na podarek? Dodał, unosząc trochę ramiona do góry, jakby czuł się zakłopotany całą sytuację i był.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Kwi 18, 2015 2:15 am
Czekała. Starała się zwilżyć wargi wyschniętym językiem, jednak nie przynosiło to zamierzonego efektu. Jama ustna jeszcze bardziej ją bolała, nie mogła jednak przestać. Instynkt znów przejmował nad nią kontrolę. Zacisnęła dłoń w pięść, zmuszając się do powstrzymania odruchu. Zaraz się napije, musi być cierpliwa. Napój jest gorący, nie może teraz po niego sięgnąć.
Cierpliwość jednak nie była jej mocną stroną.
Gdy tylko metalowy przedmiot znalazł się w jej dłoni, ponownie zacisnęła palce i szybko, zbyt szybko, przysunęła go do warg. Albo raczej wargi do kubka. Głowę. Całe ciało. Przechyliła naczynie i łapczywie wypiła jego zawartość, sporą część pozostawiając na ubraniu. Nie miała jeszcze wystarczająco dużo siły by utrzymać się w pozycji siedzącej, a co dopiero podnieść rękę i tak ją trzymać. Wyciągnęła ją jednak na chwilę, chcąc oddać go stróżowi. Dopiero wtedy ponownie opadła na szarą pościel. Głęboki wdech oznaczał, że zaspokoiła pierwszą potrzebę, jednak było to zadanie niezwykle wyczerpujące.
Dopiero wtedy była gotowa na konfrontację z obcym. Wiedział o tym, bo postanowił mówić.
- Ao mnie broni. - Pierwsza odpowiedź była najbardziej trafną. Musiała się nauczyć tej formułki dla swojego ludu. Właśnie tych słów będą oczekiwać. Tego nauczył ją On.
Młoda damo. Tak też się do niej zwracał za każdym razem gdy robiła coś źle. Albo gdy przepraszał, choć nie zdarzało się to często. Zawoalowane przeprosiny należały do jego ulubionych, pozwalając mu zachować godność mężczyzny.
Tydzień po jednych z jej urodzin, na których się nie zjawił, przyszedł z samego rana i obudził ją szklanką zimnej wody wycelowaną w twarz. "Ubierz się, młoda damo, wychodzimy". I wyszli. Odwiedzili muzeum, w którym pozwolono jej potrzymać najprawdziwszy miecz, stary i zmizerniały przez wszelkie kataklizmy, ale nadal cały. Jeden z niewielu, które ocalały. Które odkopano.
- Tego się nie dowiesz, bo już jestem tutaj. Już dziękowałam, czego chcesz więcej? Żebym zajrzała do worka? Proszę bardzo! - Zrobiła minę naburmuszonego dziecka i sięgnęła po worek. Ruch ten był tak energiczny, że poczuła jak kiszki przewracają się wewnątrz niej. Nadal były opuchnięte i obolałe, dobrze o tym wiedziała. Doskonale dawały o sobie znać. Teraz jednak musiała zajrzeć do tego, co wydawało się niemal najważniejsze dla jej wybawiciela. Jednego z wielu. Westchnęła i wsadziła do worka rękę.
Uczucie było dziwne. Nie spodziewała się miękkiego materiału. Grzebała przez dłuższy czas, przebierając między kulkami, aż w końcu pochwyciła jedną i wyjęła. Przyjrzała się jej uważnie. Powąchała. Rozwinęła.
- Skarpetki. - Odkrycie było powalające. - Przyniosłeś mi worek skarpet.
Nieprzenikniona mina rudowłosej pozostawiała wiele do życzenia. Nie przypominała tych rozradowanych dzieci, znajdujących ową część odzieży pod choinką. Nie wyrażała też smutku. To było jedno wielkie nic. Ponownie sięgnęła do worka i wyjęła kolejną kulkę. Rozwinęła i wyciągnęła kolejną.
- To naprawdę są skarpetki. - Zerknęła na mężczyznę, na prezent, na mężczyznę. Teraz to jej spojrzenie lawirowało między obiektem, a doręczycielem. Zmieniała się tylko twarz.
Na typowo pokerową twarz wpłynął najpierw rumieniec. Później zeszkliły się oczy. Buzia rozciągnęła się w grymasie ni to smutku ni radości. W końcu popłynęły łzy, z ust zaś wydobył się śmiech.
- Dostałam skarpetki! To najpiękniejszy prezent jaki mogłeś mi dać. Dziękuję!
Może gdyby poczekał na odpowiedniejszy moment to nawet dostałby buziaka w policzek, teraz jednak nie mogła się na to zdobyć. Samo podniesienie się do pozycji siedzącej wymagało aż nadto wysiłku. Jako że jednak stróż był blisko, wyciągnęła rękę i ułożyła ją na jego dłoni. Lekko zacisnęła. - Naprawdę, dziękuję. Ale teraz musisz uciekać. To nie jest bezpieczne miejsce, nawet jeśli chcesz mi pomóc.
I to nie był żart.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Sob Kwi 18, 2015 2:43 pm
Przyglądał się z zaciekawieniem jak piła, łapczywie, nieostrożnie jak każdy człowiek. Czasem zastanawiał się co tak naprawdę sprawiało, że trójgłos ich wybrał i wywyższył spośród innych swoich dzieci. Co sprawiało, że byli wyjątkowi? Patrząc na Taihen oblewającą się różowawą wodą, zaczynał to rozumieć. Byli piękni w swojej mieszaninie zezwierzęconych instynktów i boskiej cząstki, w idealnej równowadze pomiędzy ładem i chaosem, tak jak światło nie istnieje bez cienia. Anioły tego nie potrafiły, nie istniały dla nich niuanse całej etycznej palety szarości, świat był dla nich biały, bądź czarny.
Czarny. Powtórzył w myślach i przez moment wydawało mu się, że czuje jakby nadal miał swoje skrzydła. Odebrał kubek i postawił go z powrotem na stoliku.
Rozłożył nogi i przybliżył się jeszcze do łóżka ponownie szurając metalowymi nóżkami taboretu po wyślizganej kamiennej posadzce.
Nie Ao, Cię broni dziecko. Przemówił szeptem jakby w obawie, że te słowa mogą dobiec bystrych, wścibskich uszu kogoś niepowołanego do ich usłyszenia. Być może wolał szeptać, by to co będzie musiał jej powiedzieć nie zraniło, aż tak mocno? Niemniej po trwającej kilka sekund przerwie dziewczyna z lekkim wyrzutem zaczęła odpakowywać jego prezent.
Wpatrywał się z konsternacją jak grzebie wewnątrz worka, palce nerwowo postukiwały o prześcieradło, w okolicy mostka pojawiło się dziwne uczucie pustego zimna. Anioł się stresował. Co jeżeli jej się nie spodoba? Uzna, że to złe podarki, kiedy ją znalazł była boso, może nie nosi skarpet? Przygryzał dolną wargę, nieświadomie zbyt mocno. Syknął kiedy jego zęby przebiły naskórek. W ustach poczuł słonawy, metaliczny posmak, krew. Chciał splunął, ale nie wypadało, to byłoby nietaktowne, przetarł tylko wierzchem dłoni usta i spojrzał na rękę. Od nadgarstka, aż po knykieć palca wskazującego przeciągała się po niej blada czerwona smuga. Wtarł ją w spodnie mając nadzieję, że nie zauważyła.
Potem zaczęła płakać.
Ty głupcze, doprowadziłeś ją do łez jak mogłeś. Wbił wzrok w podłogę, smugi porozcieranych butami wymiocin układały się w fantazyjne wzory. Dobiegł go śmiech, a na dłoni poczuł ciepło ludzkiego ciała.
Spojrzał w górę i zachichotał niemo na jej słowa, ta mała radość nie trwała jednak długo, Taihen znów nalegała, żeby odszedł, uciekł jak tchórz z podkulonym ogonem.
Na twarzy stróża pojawił się surowy nawet karcący nieco wyraz twarzy. Zacisnął prześcieradło mocniej w dłoniach, przedramiona napięły się na moment, krótką chwilę, nie był to jednak objaw gniewu, a determinacji, miał zadanie i chęć wypełnienia go była jedynym co trzymało go na ziemi.
Nie rozumiesz, tak bardzo nie rozumiesz. Nie po to zszedłem na ziemię i przybrałem śmiertelne ciało, nie po to dałem się schwytać i pozbawić skrzydeł i nie po to całe Twoje życie kopałem tunel, żeby wyrwać się z klatki, w której zamknęli mnie moi bracia, żeby teraz uciec w obawie przed czymkolwiek. Mówiąc wstał, wysunął ostrożnie dłoń z jej uścisku, tylko opuszki palców błyszczących chłodnym białym światłem, muskały skórę kobiety. Jego sylwetka zadrgała i urosła w oczach, wszelkie źródła światłą przygasły, ale nie zrobiło się ciemno, on stał się jaśniejącą postacią, przybrał swoją pierwotną formę. Był światłem i materialną żywą osobą jednocześnie, czysty niewytłumaczalny absurd.
Nie jestem jak stwórca, ja nie porzuciłem nadziei i miłości do ludzi. Będę trwał w tym najświętszym zadaniu, bo przysięgałem przed tym, który mi je nadał i przed samym sobą. Odegrasz moja droga swoją rolę w dziele stworzenia, a ten oto będzie trwał przy tym i czuwał. Głos Sabuka brzmiał inaczej, dobiegał zewsząd i znikąd jednocześnie. Był surowy i opiekuńczy. Skończył mówić i świat znów wrócił do normalności, usiadł i pochylił się ku niej, a wzrok mimo, iż skierowany na nią, zdawał się spoglądać o wiele dalej.
Nie chcę stać się karykaturą samego siebie, jak Ion. Zachrypał. Znał Iona, jeszcze z czasów przed końcem świata, a i później gdy ten zszedł na ziemię, obserwował jak stacza się i z niemal doskonałej, przepełnionej dobrem istoty staje się zwierzęciem, budzącym wstręt wynaturzeniem.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Gość on Pon Kwi 20, 2015 4:17 pm
Chciała dobrze.
Widziała już niejedną kaźń wykonywaną na aniołach. Widziała jak wyrywano im pióra, przypalano skrzydła. Sama brała w tym wszystkim udział. Kończyła ich żywot, miłosiernie wyrywając ich serca. Ciężko było wyobrazić sobie, że ktoś, kto przed chwilą jej pomógł mógł skończyć w podobny sposób. Westchnęła cicho, widząc, jak się buntuje i sprzeciwia.
Oczywiście, że nie rozumiała. Nie była nim, nie niosła jego bagażu emocjonalnego. Nie znała jego życia. Nawet imienia. Do czasu, zapewne. Odwróciła wzrok. Poczuła się odtrącona. Dłoń schowała pod koc, wiedząc, że jej gest przyjaźni i zrozumienia został odrzucony.
- Więc po co? - Spojrzała mu odważnie w oczy i pożałowała tej decyzji. Nie wyglądał na zadowolonego. Karcił ją za jej troskę. Karcił ją za to, że nie chciała by umarł. A później zauważyła coś jeszcze.
Rosnąca sylwetka, uosobienie światła i dobroci. Miłosierdzia i nienawiści. Tkwił nad nią, jak but nad karaluchem i wystarczył jeden marny gest, by została zgnieciona. W jednej sekundzie zrozumiała czemu inni członkowie Kościoła tak bali się aniołów. Były to stworzenia potężne, które jedynie swoją dobrocią kontrolowały swoją niszczycielską siłą. Ludzie byli niczym, marnym pyłem, o który postanowili się zatroszczyć. Równie dobrze mogli ich wszystkich zniszczyć skinieniem palca.
Nawet nie zauważyła gdy z pozycji półsiedzącej przeniosła się znów do parteru. Nogi podciągnięte miała pod brodę, objęła je ramionami. Oczy, mimo że chciała je już dawno zacisnąć, nadal wpatrywały się w błyszczącą sylwetkę. Słuchała, jednak jego słowa wydawały się do niej nie docierać. Sparaliżował ją strach.
- Przepraszam - słowa były cichsze od szeptu. Zapewne nie zdziwiłaby się, gdyby wypowiedziała je jedynie w myślach, wargi zaś poruszyły się bezgłośnie. W końcu udało jej się zamknąć oczy. Skupiła się na oddechu, starając się powstrzymać drżenie ciała. - Przepraszam.
Pragnęła jakoś załagodzić sytuację, wyjaśnić, skąd się wzięła jej decyzja. Nie mogła jednak wydukać więcej niż to jedno słowo.
Przepraszam, że byłeś więźniem.
Przepraszam, że pozbawiono cię skrzydeł.
Przepraszam, że zmuszony byłeś kopać tunel.
Przepraszam, że trafiłeś na niewdzięczną podopieczną.
Przepraszam, że żyję.
Chciała się rozpłakać, ale dawno już wykorzystała ostatnią łzę. O tempora, o mores.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Lecznica    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 8 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics