Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Nove on Nie Lut 11 2018, 21:46
    
//Żeby nie było - nie zwracajcie na nas uwagi, jesteśmy gdzieś tam w tle i nikogo się nie czepiamy, wiadomo.

Bawił ją fakt, że rutyna DOGS zaatakowała ją jak gdyby nic prawie od razu po tym, jak ich odwiedziła. To tak, jakby nigdy nie zniknęła na ten cały czas... Chociaż może nikt tego nie zauważył. Jasne, Włoszka chadzała swoimi ścieżkami a rok dla istot tak długowiecznych jak ona był prawie że niczym, ale i tak nieco ją to bawiło. Mogła przynajmniej uniknąć irytujących pytań i spokojnie zająć się sobą, bez żadnej ciekawości innych. Po wypełnieniu całej swojej roboty medyka Nove poczuła, jak wszystkie kilometry, które przemierzyła na nogach, przypomniały o sobie w najmniej potrzebnej chwili, stąd bernardynka poszła do siebie, aby się porządnie przespać.
Tylko za chuja nie mogła usnąć, jedna rzecz wciąż ją dręczyła.
Konkretniej rzecz biorąc - Evan.
Swego czasu wpadali na siebie i mieli okazję rozmawiać, nawet jak byli cholernie zajęci przez własne życia i organizacje, niemniej jednak nieco przed jej zniknięciem, ślad po nim zniknął. Nie była w stanie go znaleźć nawet w ich małym tajnym miejscu przeznaczonym na spotkania, więc nieźle się zdziwiła. Ostatnio ilekroć nie myślała o aniołach, to nie mogła zapomnieć o tym całym bajzlu w Edenie.
Sądy sobie, kurwa, wymyśliły, pierzaki pieprzone.
Niemniej jednak nie powinna była się o niego martwić. To był staruch, który całkiem nieźle się trzymał mimo warunków na Desperacji, stąd nawet, jeżeli wpadł w jakieś bagno, to powinien sobie poradzić. Na pewno miał całą masę znajomości, dzięki której mógł podnieść się na nogi. Nie był taką słabą ciotą jak Federica, którą byle wypad na Babel zmusił do głębokich jak kałuża przemyśleń o aniołach tylko dlatego, że kiedyś tam siedziała.
Stąd zdecydowała się na kolejny marsz przez Desperację, aby zająć czymś własne myśli. W najgorszym wypadku rzuci w kogoś starą butelką i poczeka, aż z byle kłótni wszystko przerodzi się w pełen chaos, który będzie się przyjemnie oglądało z boku. A gdzie znaleźć takich wesołych śmiałków?
W barze.
Chcąc nie chcąc, skierowała się do tego w Czarnej Melancholii, gdyż jakimś cudem jej zamyślenie skierowało ją w okolice owego hotelu. Do baru weszła powoli i rozejrzała się wokół, chcąc ocenić sytuację. Było dosyć tłoczno i głośno, więc okazja do zmalowania czegoś była. Niemniej na razie zdecydowała się tylko zamówić na szybko jakiś trunek, uprzednio upewniając się, że jej chusta została w większości zakryta rękawem starej, ale dzielnej kurtki, jako że bluzę Rumcajsa zostawiła w norze, bo czemu nie. Koty zrobiły się ostatnio wredne, toteż wolała na chwilę obecną unikać zagrożenia, jako że była sama, nie w grupie. Po odebraniu trunku przyczaiła się nieco dalej przy ścianie na tyle, aby być widocznym, ale nie na pierwszy rzut oka.
Witamy z powrotem w najzajebistrzym miejscu, w jakim można się kręcić, jebany samotniku. Tylko nie daj się zabić.


Ostatnio zmieniony przez Nove dnia Sob Mar 10 2018, 18:56, w całości zmieniany 1 raz



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar
Nove

Bernardyn     Opętana






GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.

Liczba postów :
633


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Neely on Wto Lut 27 2018, 14:41
    
„Nie sądzę, by Chodzący-Foch na to przystanął, radujmy się zatem, że nam nie przeszkadza.”
Zaśmiał się niemal bezdźwięcznie słysząc słowa Lockleara, a jego usta wygięły się w dość cwanym uśmiechu, jasno sugerującym, że „Chodzący-Foch nie musi o wszystkim wiedzieć”. Jasne, Lis niewątpliwie znajdował się wysoko w jego hierarchii ważności, ale w tym wszystkim nie należało zapominać o tym, że Neely uważał się za wolnego kocura — chodził własnymi ścieżkami, nikt go w niczym nie ograniczał i mógł robić to, co mu się żywnie podobało. Dodatkowo łatwość w przekraczaniu zdrowych granic pozwalała mu na angażowanie się w dość dziwne, aczkolwiek niewiążące relacje — takie zdecydowanie były jego ulubionymi, bo przynajmniej zawsze się coś działo i nigdy nie doświadczał nudy, a umówmy się, że od zawsze był nieco rozrywkowym kotem, lubiącym kręcić się to tu, to tam, w odpowiednim towarzystwie oczywiście.
Nie sądzę, by musiał się dowiadywać o wszystkim co robię. Co robię i gdzie robię — zmierzył Alcide wzrokiem, posyłając mu przyjemny dla oka uśmiech. Uśmiech, którego zbyt długa ekspozycja potrafiła wywołać ogłupienie, tęsknotę i żądzę. Yukimura władał swoją mimiką niemalże mistrzowsko — z powagi z łatwością przechodził w rozbawienie, by chwilę później ujawniać wcześniej ukrywaną sprośność, którą bezlitośnie atakował swoje ofiary. Mimo tego, że zdarzało mu się skakać między emocjami i zachowaniami, to śmiało można było powiedzieć, że w większości swoich działań był autentyczny — jeśli faktycznie się do kogoś dostawiał to albo darzył tę osobę ogromną sympatią, albo po prostu robił to dla zaspokojenia własnych potrzeb.
Chwilę później z zaangażowaniem wsłuchiwał się w słowa łowcy nagród, który bardzo sprawnie wymienił kilku losowych klientów lokalu, którym wypadałoby się przyjrzeć nieco lepiej — byli bowiem właścicielami niewielkich, świecących błyskotek, a to właśnie na nich najbardziej zależało tej dwójce złodziejaszków. Oboje mieli słabość do mieniącej się i drogo wyglądającej biżuterii i innych drogocennych gadżetów, dlatego też razem stanowili naprawdę niezły duet. Wiadomo, wspólne zainteresowania i łatwość w odnajdywaniu wspólnego języka owocowała świetną współpracą, która wciąż kwitła, rozwijała się ze spotkania na spotkanie.
Widzę, że absolutnie nic nie umknie Twoim spostrzegawczym ślepiom. Absolutnie nic — celowo podkreślił kluczowe słowa swojej wypowiedzi, decydując się również na obdarowanie Alcide kolejnym uśmiechem, niedyskretnie obnażającym zwierzęcy kieł. Co prawda Neely nawet przez chwilę nie wątpił w autentyczność słów wypowiedzianych przez przyjaciela, ale jego wrodzona ciekawość sprawiła, że mimowolnie spojrzał w bok, chcąc odnaleźć pierwszą z wymienionych wcześniej osób. W kilkanaście sekund odnalazł kobietę w brudnych od piasku spodniach, o której wcześniej wspominał kolekcjoner błyskotek — od razu dostrzegł na jej palcu pierścień, który zapragnął zdobyć. Nie przyglądał się swojemu celowi zbyt długo — powrócił wzrokiem do swojego rozmówcy, wciąż z tym samym, radosnym wyrazem twarzy.
Nosiłbym ten sygnet na szyi, świetnie by się prezentował — powiedział, odruchowo muskając się palcami po klatce piersiowej, jakby w poszukiwaniu biżuterii, która już dawno powinna zdobyć jego ciało. — No trudno, coś do jedzenie wykombinuję sobie po udanych łowach — dodał po chwili, z góry zakładając, że uda im się wyjść z Melancholii z niezłym łupem, bo przecież inaczej być nie mogło. We dwójkę i tak dużo łatwiej było podejmować jakieś działania — jeden mógł się zajmować skutecznym rozpraszaniem i zbijaniem z tropu potencjalnej ofiary, a drugi mógł wykorzystywać zwinne dłonie, w celu przywłaszczenia sobie cennych dóbr. Yukimura doskonale wiedział, że z okradnięciem tej kobiety będzie dużo trudniej, bo niby jak mógł jej zdjąć pierścień tak, by tego nie poczuła? W głowie powoli układał już plan, którego perfekcyjna realizacja pozwoliłaby mu na zdobycie pożądanego przedmiotu.
„(...) znacznie dłużej niż pozbywałbym się z ciebie ubrań, nie ulega to najmniejszym wątpliwościom.”
Spojrzał na niego z niemałym zaciekawieniem — szkarłat jego tęczówek wydawał się błyszczeć jak u dziecka pierwszy raz kosztującego tabliczkę czekolady. Oblizał powolnie dolną wargę, w celu nawilżenia jej. Uśmiechał się, bo kwestia wypowiedziana przez Lockleara nieco go zainteresowała, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to jedna z licznych gier słownych, podczas których niejednokrotnie przekraczali zdrowe granice. Musiał pociągnąć tę kwestię dalej, nie byłby sobą gdyby tego nie zrobił.
Dużo gadasz, a mało robisz, ale zaciekawiłeś mnie. Zastanawia mnie jak długo ściągałbyś moje spodnie... mają bardzo problematyczny suwak. — Cwany wyszczerz nie zlazł mu z twarzy nawet na chwilę. Palcami poprawił kilka białych kosmyków opadających na twarz, nadal utrzymując z łowcą nagród kontakt wzrokowy. Specjalnie go podpuszczał, uderzał w czułe punkty, zarzucał mu, że to tylko puste słowa bez jakiegokolwiek pokrycia. Sprawdzał go, testował i kusił, bo wspaniale się przy tym bawił, a przecież często chodziło mu jedynie o dobrą zabawę. — Wypiję go w swoim czasie, Przebiśnieżku.
Już z samego początku obstawiał, że po zaburzeniu kompozycji ubioru Alcide zostanie obdarowany czymś więcej niż tylko prychnięciem. Został złapany za ciuchy w momencie, w którym próbował bezpiecznie się wycofać. Sztywny, aczkolwiek stanowczy uścisk nie pozwolił mu na natychmiastowy powrót do dalszego spijania wcześniej zamówionego alkoholu. Ruchy krępowała mu również druga dłoń przyjaciela — spoczywająca na jego kolanie.
Uśmiechnął się sam do siebie, słysząc wyszeptane przez mężczyznę słowa.
Aż tak spięty jesteś, że potrzebujesz dodatkowego rozluźnienia? Poza tym... jesteś pewien, że to właśnie kolano chciałeś chwycić? — Poruszył sugestywnie brwiami, pozwalając Locklearowi powrócić do wcześniejszej pozycji. Sam również zrobił to samo. Obrócił się na stołku i dłonią przysunął do siebie kufel, z którego zrobił upił dużego, łapczywego łyka. Alkohol od razu rozgrzał jego wnętrze. Z ust Kocura wyrwało się cicho westchnięcie. — Inne rozrywki w ramach premii do wspaniale wykonanego zadania? Jesteś zachłanny — zaśmiał się, zerkając w jego stronę z tym samym uśmiechem co wcześniej — obnażającym przydługie zębiska. — Ale niech będzie jak chcesz, dziś pójdę Ci na rękę — dodał, drapiąc się po policzku. Faktycznie, lepiej byłoby gdyby najpierw wtopili się w tłum i nie ryzykowali niepotrzebnie zwróceniem na siebie uwagi. W planach było grzeczne dokończenie trunków, by z pomocą tych kilku procentów (choć prawdopodobnie wcale ich nie potrzebowali) ruszyć na podbój lokalu i zdobyć to, co im się spodobało.
Myślę, że koleś trzymający dłoń w kieszeni zajmuje się czymś znacznie przyjemniejszym. Popatrz jak nią rytmicznie rusza — palnął nagle, wskazując podbródkiem na nieznajomego. — Powiedz mi, najdroższy, co ostatnio ciekawego działo się w Twoim życiu? Prócz Twojego dzisiejszego spotkania ze mną rzecz jasna.



TRZEBA BYĆ TWARDYM, ŻEBY ŻYĆ NA TYM ŚWIECIE; NIEWAŻNE CZY SZCZERZYSZ KŁY W UŚMIECHU,
PRAWDZIWYM GNIEWIE, CZY ZE STRACHU, MUSISZ BYĆ GOTOWY SPEŁNIĆ GROŹBĘ.
avatar
Neely

Opętany






GODNOŚĆ :
Yukimura Nobuyuki, choć znany jest również pod pseudonimem — Neely.

Liczba postów :
5404


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Gość on Czw Mar 01 2018, 18:05
    
Zabawne jak choroba potrafiła zmienić człowieka go. Już wieki nie był w organizacji, w której siedział ładne kilkaset lat. Dodatkowo miał wrażenie, że ostatnimi czasy bardziej skupiał się, co u aniołów niż u swoich. Ale co mu się dziwić? Wszyscy, do których żywił mniejszą lub większą wartość, już ich nie było. Coraz częściej odnosił wrażenie, że nie pasował już do Drug - on. Zbyt wiele tam się zmieniło i aż za bardzo nie miał tam z nikim nic wspólnego. Może psychicznie potrzebował tam jakiejś więzi, która pozwoli mu czuć, że dalej jest tam potrzebny.
W taki sposób wylądował w Edenie. I własnie tam spotkał kogoś, kogo kompletnie się nie spodziewał. Bawił go fakt, że Pies bardziej martwi się o niego niż Smok. Nie chciał z nią rozmawiać o tym wszystkim w tym świętym miejscu, dlatego zasugerował im stare miejsce, w którym zwykle się spotykali. Tym razem obiecał, że tam się pojawi. Ale i czy tym razem obietnicy zdoła dotrzymać? Nie wyglądał na takiego, który chciał to zrobić. Nove jedynie mogła liczyć na to, że i tym razem anioł przestanie zachowywać się jakby był obojętny na relację z nią. A przecież wcale nie był.
Dni mijały szybko, dlatego moment spotkania przyszedł nagle i gwałtownie. Tym razem chciał dotrzymać swojej obietnicy, dlatego ze wszystkich sił starał się, aby na czas dotrzeć na miejsce. Czas? Tak, własnie tak. Niestety nie wszystko poszło po jego cudownej myśli. Zbyt oczywistym było to, że i tym razem mógł się spóźnić. A nawet i nie przyjść. Godziny mijały, a gdy Pitbull mógł stracić wszelaką wiarę w to, że Raven zjawi się w umówionym przez niego miejscu, akurat do pomieszczenia wszedł wysokiej postury mężczyzna, który z twarzy wyglądał co najmniej jakby ktoś właśnie chciał go zabić. Rozejrzał się po pomieszczeniu, spokojnym krokiem przemierzając salę, aby znaleźć tą konkretną osobę. I znalazł. Tuż przy ścianie jak zwykle z boku. Tak, aby na wszelki wypadek nie oberwać, kiedy zacznie coś się dziać. Bez większej krępacji zaczął się do niej zbliżać, stając tuż obok niej i również pozwolił sobie na to, aby jego oczy powędrowały po tłumie zebranych tu osób.
Może na początek zechciałabyś się czegoś napić? — zasugerował, wiedząc, że zaraz usłyszy o wielu rzeczach, których na razie słyszeć nie chciał. Dawno się nie widzieli, więc nie było potrzeby złościć się na siebie. Przynajmniej na razie.

Osłabienie po chorobie: 2/2

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Alcide on Pią Mar 09 2018, 02:47
    
Otwieranie tego typu furtki tuż przed nosem Alcide Lockleara okazywało się w praktyce zgubną ofertą, z której po fakcie nie można się już wycofać, a Al nie zwykł przepuszczać takich okazji. Neely natomiast zręcznie podsuwał mu dodatkowy powód, by grać na nerwach biednemu liskowi, co zostało poniekąd uzewnętrznione w uniesionych wyżej kącikach, w których można, by dopatrzyć się złośliwej wręcz satysfakcji. Kto, by się spodziewał, że Kotek podchwyci taką przynętę i nie pozostanie mu dłużny. Niby aż tak nie powinno go to zaskoczyć, bowiem dwuznaczności stanowiły nieodłączną część ich znajomości. Nie znalazło to jednak dalszego odzwierciedlenia w innej części jego mimiki poza uśmiechem, a i to pewnie umknęłoby osobie niedoświadczonej w rozpoznawaniu właściwych reakcji wymordowanego.
Chodzący Foch spłonąłby pewnie z zazdrości, jeśli coś takiego wyszłoby na jaw — skomentował z rozbawieniem tak pewnie brzmiącą wypowiedź poświadczającą o kociej niezależności Neela. Alcide nie wyglądał jednak, aby się losem Shaya jakkolwiek przejął, wcale nie było mu go żal, życzył mu bowiem wszystkiego co najgorsze, choć jak na razie nie zalazł młodemu Locklearowi za skórę na tyle, by rzucał mu kłody pod nogi. — Lepiej, byś nie mówił tego zbyt głośno.
Chwalenie Alcide okazywało się jednoznaczne z dokarmianiem jego i tak wystarczająco wybujałego ego, a zdawał się tylko na to czekać ze strony swojego przyjaciela. Wbrew wszelkim pozorom i nabytej wyniosłości — łowca nagród zwracał z wyjątkową wręcz dokładnością uwagę na otoczenie, w którym się znajdował i to samo tyczyło się towarzystwa w jakim w danej chwili się obracał. Techniki mnemonistyczne, którymi posługiwał się z gracją łyżwiarza podtrzymywały wrażenie, że nic nie jest w stanie mu umknąć, okazywały się kluczowe dla dalszej analizy tuż po rozeznaniu. Na szczęście nauczono go, by słabości innych wykorzystywać w sposób bezwzględny na własną korzyść i nie wahać się, by to robić, niezależnie jak szkodliwe byłoby to dla drugiej strony. Nie dbał o to, a nawet więcej — na swój sposób cieszyła go krzywda innych. Alcide nie posiadał bowiem granic moralnych ani żadnych innych, które zaowocowałyby wyrzutami sumienia bądź współczuciem, jakby nie wykazywał zdolności, by takowe odczuwać.
Przekrzywił głowę, przyglądając mu się z niemałym zainteresowaniem, zapominając skutecznie o statystach w tle, o których niedawno wspominał. Nie podążył spojrzeniem w ich kierunku. Zdobycie sygnetu należało do pomniejszych wyzwań, ale nie mniej satysfakcjonujących, zakładając, że zakończy się pomyślnym łowem.
Dużo gadasz, a mało robisz, ale zaciekawiłeś mnie. Zastanawia mnie jak długo ściągałbyś moje spodnie... mają bardzo problematyczny suwak — Al był na swój sposób łakomy i wyczulony na tak dwuznaczne wyzwanie. Czyżby jego towarzysz faktycznie planował pozbyć się dolnej części ubrania w barze? Już teraz? Młody Locklear uśmiechnął się iście aluzyjnie, chwilę po tym jak przygryzł dolną wargę. Nie zdziwiło go jednak, że Neely podchwycił tę słowa, pchając je w niebezpiecznym kierunku, który na swój sposób skutecznie odwracał jego uwagę od początkowego celu ich spotkania.
Czyżby Chodzący Foch przez ten problematyczny suwak upewniał się, że będziesz grzecznym kotkiem? — mruknął ciszej, w jego głośnie zabrzmiała nuta kąśliwości, jakby nie należało tego wypowiadać głośno. Nie bez powodu zdecydował się na zwolnienie uścisku na górnej partii ubrania wymordowanego. Wierność była dla Alcide pojęciem obcym i niezrozumiałym. Nic dziwnego, skoro plasował się na miejscu poligamisty, który znajomości wymuszające na nim podporządkowanie się skończyłoby się pozbyciem się takowej kotwicy, by uniknąć utonięcia, które wiązałoby się z takowym ciągnięciem na samo dno. — Z chęcią sprawdzę, jak bardzo jest on problematyczny.
Z jego gardła wydobył się cichy, acz dźwięczny śmiech, gdy tylko dosłyszał tę jakże znaczącą aluzję, którą posiadacz szkarłatnych tęczówek właśnie mu podsunął. Mogło to zostać nieco zagłuszone przez harmider panujący we wnętrzu, lecz nie miało to większego znaczenia. W zielonych tęczówkach podkradzionych jego tatusiowi pojawił się błysk, lecz z trudem powstrzymywał się przed pójściem o krok dalej i tę zapowiedź zrealizować. Jeszcze nie w tej chwili, interesy czekają. Nie dostał jak na razie tego czego chciał i po co tu przyszedł. Neely prowokował go dość skutecznie właśnie przez to, że znał go za dobrze. Obydwaj popychali się w kierunku rozmywających się granic, których przekraczanie nie niosło za sobą konsekwencji, które mogłyby stanowić formę hamulca, co okazywało się poniekąd zabójcze.
W trakcie wykonywania zadania nie pozwalam sobie na pełną swobodę, ale może po jego realizacji uda ci się ją uzyskać Pod warunkiem, że nie dasz się upić, złotko. Alcide Locklear na pierwszym miejscu stawiał interesy, zabawę zaś pozostawiał na sam koniec, a jeśli jej częścią miał okazać się siedzący tuż obok przyjaciel, to stanowiłoby to nie tylko zwieńczenie ich łowów, ale coś na wzór wisienki na torcie. — Poza tym… dbam o to, byś nie wyszedł na ladacznicę, a gdybym chwycił za co innego, to niewątpliwie miałbyś problem z tym suwakiem, czyż nie? — odparł bez przekonania, przy pierwszej części, w drugiej zaś jego głos okazywał się dość wyzywający. Mówiąc to wpatrywał się w ślepia swojego towarzysza. Uśmiech posiadacza genów pandy czerwonej zrobił się dwuznaczny i o wiele bardziej wyraźny. Och, nie mógł sobie pozwolić, by urok kociaka zawrócił mu w głowie i odwrócił jego uwagę od właściwego celu, dlatego też wrócił na właściwe miejsce, wyznaczając im ledwie tymczasową granicę.
Zachłanny? — powtórzył za nim po chwili, jakby smakował to słowo, uprzednio upijając alkohol, by następnie na powrót wlepić zielone ślepia w swojego towarzysza. Kociak miał niezbitą rację. Al zaliczał się do osób, którym stale było za mało, niezależnie od osiąganego wyniku, wciąż chciał i oczekiwał więcej. Nie osiadał na laurach, towarzyszył mu stały niedosyt. A jeśli chodziło Neely'ego... druga okazja na premię pewnie się tak szybko nie nadarzy. — Lubię gdy wszystko idzie zgodnie z moim planem, a jeszcze bardziej, gdy dostaję z tego tytułu więcej nagród. Będziesz mógł się w tej sferze wykazać, nie spieprz tego. — dopowiedział, by nie pozostawić w tej materii żadnych wątpliwości. Jedną z tych nagród miał być jego towarzysz, a Locklear nie uwzględniał już innego rozwiązania. Nobuyuki sam był sobie tego losu winny.
Gdy na moment skupił się na spożywaniu alkoholu, wyjątkowo dobrej jakości, co wypadało podkreślać. Słowa przyjaciela przyciągnęły uwagę łowcy nagród, choć najpierw utkwił wzrok w jego ładnej buzi, nim przeniósł go na wspomnianego mężczyznę. Alcide roześmiał się krótko, a potem utkwił spojrzenie na powrót w Neelym. Jego mogli skreślić z listy osób, które mogły być w posiadaniu błyskotek.
Wspaniale bawi się wśród tłumu, lepiej mu idzie ta zabawa w większym gronie. Nie chciałbyś mu może potowarzyszyć? — podjął przypadkowy temat, odbijając piłeczkę, nie pozwalając mu tym samym umrzeć. Oj, humor dopisywał Alcide, ale mógł to być również pewien efekt dodatni związany z alkoholem. — Ostatnio los się do mnie nie uśmiechnął, słoneczko — zaczął wyraźnie nieukontentowany. Zrobił jednak pauzę, zapijając łykiem trunku własne rozczarowanie. — Chciałem dostać opalizujące, pawie pióra i mimo moich starań, nie udało się, bym je zdobył. Jak możesz się domyślić, jestem rozczarowany tym faktem, dlatego liczę, że tym razem obędzie się bez kłopotów. Lepiej ty uracz mnie jakąś interesującą opowieścią. — Przy ostatnim zdaniu uśmiechnął się do niego zachęcająco, dając Neely’emu tym samym do zrozumienia, że również jest zainteresowany co słychać u niego.


#918CCF | głos | theme

Spoiler:
avatar
Alcide

Opętany






GODNOŚĆ :
Alcide Locklear.

Liczba postów :
479


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Nove on Sob Mar 10 2018, 19:11
    
Z każdą minutą, jaką spędziła w barze, jakakolwiek nadzieja zaczynała ją opuszczać. Jasne, rozmawiali przez chwilę jakby gdyby nigdy nic zanim zdecydowali się, że spotkanie odbędzie się w innym miejscu, jednak ostatnio z aniołem było różnie. Na tyle, że nie mogła być pewna, czy naprawdę się dzisiaj pojawi. Zależało jej na tym chociażby dlatego, że jeżeli on nie da jej się wygadać, to pęknie z nadmiaru emocji, jaki się w niej czaił. Było tego stanowczo za dużo, a kiedy jej głowa była pełna, z trudem przychodziło jej ukrywanie swojej prawdziwej osoby za maskami. Ze stanowczej, wrednej i upartej psiny robiła się klucha nerwów, jakby ktoś ją odmłodził. Gdyby była zdeterminowana, to zgarnęłaby albo Rumcajsa, albo Raję pod pachę i wymyśliłaby coś błyskotliwego, aby zmalować to i owo, żeby zwyczajnie zapomnieć o problemach i iść dalej.
Problem w tym, że nie zdołała ich dorwać.
Chodzący wulkan numer dziewięć zdawał się być o krok od wybuchu, kiedy wzrok Włoszki wyłapał pewną osobę.
Jednak przyszedł, postaraj się nie rozryczeć na samym początku spotkania, Fede.
Włoszka westchnęła głęboko, obserwując ponuro, jak mężczyzna powoli się do niej zbliżał. Maska w miarę nieźle skrywała jej zmęczenie, a jedyne, czego brakowało na jej twarzy, to tego charakterystycznego uśmieszku, który zazwyczaj zdobił jej twarz. Evan mógł się domyślać, że nie była w humorze.
Na pytanie zareagowała tylko i wyłącznie uniesieniem butelki, jaką przyniosła ze sobą dosłownie chwilę temu. Jeszcze jej nawet na porządnie nie zaczęła pić, stąd nie potrzebowała już następnej kolejki, jako że chciała w miarę panować nad swoimi emocjami.
- Weź coś i dosiądź się do mnie. Chyba, że od razu chcesz zmieniać miejsce spotkania. - rzuciła, wskazując na miejsce naprzeciw siebie i czekając, co zrobi. Nie chciała od razu uciekać z baru, jako że na razie chociażby udawać, że jakoś się trzyma. No i może doszłoby do czegoś ciekawego na sali, tak na ożywienie.



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar
Nove

Bernardyn     Opętana






GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.

Liczba postów :
633


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Neely on Czw Mar 22 2018, 12:33
    
„Chodzący Foch spłonąłby pewnie z zazdrości, jeśli coś takiego wyszłoby na jaw.”
Alcide miał rację — najmniejszym wątpliwościom nie ulegało to, że gdyby potajemne (które do tej pory były tajemnicą jedynie dla Lisa) spotkania dwójki złodziejaszków wyszłyby na światło dzienne, to spotkałyby się z niemałym sprzeciwem ze strony Karasawy, który już niejednokrotnie udowodnił, że jest niesamowicie zaborczy wobec Neely'ego i najchętniej to trzymałby go pod kluczem lub miał stale na oku. To z kolei spotykało się z niezadowoleniem ze strony samego Kocura, który nie lubił być przez nikogo ograniczany, dlatego wciąż chodził własnymi ścieżkami, kręcąc się w swoich ulubionych miejscach i spędzając czas z towarzystwem, które zapewne Shay uznałby za nieodpowiednie. Dla białowłosego swoboda była jedną z ważniejszych wartości w życiu — zacząłby wariować, gdyby ktoś usilnie próbowałby mu ją odebrać. Chciał prowadzić swoje życie własnym torem, nie chciał być podatny na wpływy, chciał być w stu procentach wolny. Wszystkie ważne decyzje musiał podejmować sam i nikt nie powinien mu w tym przeszkadzać — nawet osoba, z którą łączyła go specyficzna, aczkolwiek bardzo silna więź.
Dlatego o niczym się nie dowie, prawda? — spytał, choć pytanie to brzmiało bardziej jak zdanie twierdzące, jakby Nobuyuki w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że może być inaczej niż mówi. Prawdą było, że lubił przebywać w towarzystwie Alcide, ale nie miał zamiaru z tego powodu kłócić się z zazdrosnym Shayem, dlatego uważał, że łowca nagród powinien zachować ich spotkania dla siebie, przynajmniej na jakiś czas, by nie doprowadzić do żadnych nieprzyjemności. Katastrofy można było odwlekać w czasie — bo niewątpliwie wkurwienie Lisa można by było porównać do katastrofy. — O siebie się nie martwię... Ale Ty również powinieneś trzymać język za zębami, jeśli nie chcesz specjalnie sprowadzić na mnie żadnych kłopotów — dodał, mrugając szkarłatnymi ślepiami. Yukimura wiedział, że po Alcide należy się spodziewać wszystkiego, dlatego położył nacisk na jedno z kluczowych słów.
Chodzący Foch...
Nawilżył usta językiem, na chwilę uciekając gdzieś wzrokiem, dość szybko jednak powrócił nim do swojego rozmówcy, w którego zaczął się wpatrywać z zainteresowaniem.
Skąd się wzięło jego przezwisko? Przez jakąś konkretną sytuację czy jego codzienny styl bycia? — zapytał, przyciągając do siebie kufel i upijając z niego łyk gorzkiego alkoholu. Sam nigdy nie doświadczył jakichkolwiek fochów ze strony Shaya na własnej skórze, więc trochę go zainteresowała geneza tej dźwięcznej ksywki. Liczył na jakąś emocjonującą opowieść pełną pościgów i wybuchów, dzięki której być może dowiedziałby się czegoś ciekawego o swoim kochanku, co sprytnie mógłby wykorzystać w przyszłości. Warto było mieć jakiegoś haka nawet na niego.
Czujne, szkarłatne ślepia znów rozglądały się po pomieszczeniu. Kolejny raz wpatrywały się w te same jednostki, które wkrótce miały stać się ofiarami podstępnych gierek dwójki złodziejaszków chwilowo zajętych uroczą pogawędką. Neely patrzył na nich z góry — jakby częściowo zaraził się od swojego przyjaciela tą chorą pewnością siebie. Przenikliwe spojrzenie utkwiło w właścicielce sygnetu — mogłoby się zdawać, że CATS rozbiera ją na czynniki proste, stara się wyłuskać każdy jej słaby punkt, by jak najsprawniej przeprowadzić kradzież. Niezauważalne ściągnięcie pierścienia z palca mogło wydawać się niemożliwe, ale nie należało zapominać, że rabusiów było dwóch i byli cholernie cwani. To całe cwaniactwo przez sekundę dało się zobaczył w błyszczących tęczówkach Kocura, który na sam widok sygnetu pobudzał się do działania.
„Czyżby Chodzący Foch przez ten problematyczny suwak upewniał się, że będziesz grzecznym kotkiem?”
Zaśmiał się szczere rozbawiony.
Nie, Aluś, nie. Przez ten problematyczny suwak ja sam upewniam się, że żadne obce, zboczone i spragnione bliskości łapska nie zabrnął w rejony, w które nigdy nie powinny zabrnąć. Nie jestem męską dziwką — odparł, prychnąwszy po chwili jakby nieco urażony. — Nie trzyma mnie na smyczy, to ja owinąłem go sobie wokół palca — dodał, pewny swoich słów. Jego oczyska zabłyszczały intensywnie, ich barwa wydawała się być jeszcze bardziej krwista niż wcześniej. Usta wciąż nawiedzał uśmiech, tym razem był bardziej cwany i pewniejszy.
„Z chęcią sprawdzę, jak bardzo jest on problematyczny.”
Tak też myślałem. Ta cała kradzież miała być rozgrzewką i przygotowaniem zręcznych dłoni do czegoś innego. Jesteś przebiegły — ciągnął gadkę dalej, zajmując swoje palce badaniem struktury kufla. Paznokciem zahaczył o krawędź naczynia, uderzając kilkukrotnie w szkło. Neely oczywiście celowo brnął dalej w tej wymianie zdań. Nie miał żadnych hamulców przed podejmowaniem takich tematów, trudno było go w ogóle czymkolwiek zawstydzić. No i nie bał się mówić tego, o czym myślał — z reguły był bardzo bezpośredni, a sprośne żarty lub nieoczekiwane zbliżenia były dla niego normą. Ktoś, kto chciał utrzymywać z nim jakikolwiek kontakt musiał się z tym liczyć, musiał zaakceptować jego frywolność.
Przecież interesy można połączyć z zabawą... — mruknął pod nosem, spoglądając na łowcę nagród. Przyglądał mu się uważnie, śledząc ruch jego ust.
„(...) gdybym chwycił za co innego, to niewątpliwie miałbyś problem z tym suwakiem, czyż nie?”
Zaśmiał się bezdźwięcznie, nakreślając palcem w powietrzu jakiś bliżej nieokreślony kształt.
Nie, to Ty byś miał problem, ja doskonale potrafię się z nim obchodzić. Poza tym to Tobie bardziej powinno zależeć na rozprawieniu się z nim, nie mi — Jego uśmiech znacznie się poszerzył, a usta zadrgały mu niby z podniecenia i narastającej satysfakcji, że odgryzł się swojemu przyjacielowi.
Jedno ze zwierzęcych uszu poruszyło mu się gwałtowniej, gdy gdzieś za nimi rozległ się dźwięk bitego szkła — ktoś najwidoczniej wspaniale się bawił. Yukimura nie zerknął za siebie, żeby sprawdzić co się stało — z automatu założył, że jakiś pijany klient baru wpadł na stół lub został zdzielony w łeb podczas jakiejś bójki. Takie rzeczy w Desperacji już dawno stały się normalnością.
Będę mógł się wykazać? Och, dziękuję za pozwolenie, ale i tak zrobię to, na co będę miał największą ochotę. Nawet wbrew Twojej woli — odparł szczerze, bo faktycznie miał zamiar działać tak jak powiedział. — Musisz uważać, bo może pewnego dnia damy sobie w pysk — dodał całkiem poważnie, mierząc go wzrokiem, zupełnie jakby go oceniał we własnej skali wartości. Dosłownie kilka sekund później zaśmiał się dość głośno — wtedy było wiadomo, że to wszystko co mówił było tylko żartem, który miał dodatkowo rozluźnić atmosferę. — Żal byłoby celować w buzię o tak urodziwych rysach — dodał w gwoli ścisłości, eksponując przy tym przydługie kły.
Widząc jak Alcide spija kolejny łyk trunku, postanowił, że pójdzie w jego ślady. Zgrabnym ruchem zahaczył palcem o ucho kufla i przysunął go bliżej siebie, by zaraz po tym unieść go i przytwierdzić na chwilę do jasnych ust. Zrobił kilka szybkich, łakomych łyków, napawając się chwilą, w której alkohol przelewał się przez jego gardło. Dokładnie skupił się na jego smaku — nie dostali najgorszych szczyn i całe szczęście.
Mhh, już mnie wyganiasz? — spytał markotnie, machnąwszy dłonią. — Może nie jestem losem, ale mam nadzieję, że doceniasz mój uśmiech — dodał sprawnie, tuż po jego kolejnych słowach. Wysłuchał jego krótkiej opowieści, kiwając przy tym głową.
Na pewno będzie lepiej, dziś nie działasz w pojedynkę — zachichotał, ale bardzo szybko uspokoił się, szukając w głowie historii, którą mógłby opowiedzieć swojemu zainteresowanemu rozmówcy. — Jakiś czas temu złapałem jakieś świństwo, chorobę, która wpływała na mój mózg. Inaczej postrzegałem przez nią krew, chciałem ją pić. Jakaś anielica znalazła mnie pogryzionego pod fontanną i mi pomogła. Powiedziała, że to psychoza krwiopaty. Od tamtej pory szukałem lekarstwa. Uciekałem przed Kundlami, potem wylądowałem w lesie. Zasłabłem, ale pomógł mi jakiś mężczyzna. Zaproponował mi, że zdobędzie składniki. Problem w tym, że nie wiedziałem z czego robi się ten lek, a on też nie. Poza tym musiałbym szukać kogoś, kto się na tym zna, a to kosztowałoby mnie dodatkowe dni. Mogłoby mi się pogorszyć. Finalnie znalazłem torbę medyczną w jednej z nor i była w niej butelka z lekiem. To się nazywa szczęście. No i złego diabli nie biorą, no nie? No, to takie przygody przeżywał Twój ulubiony kot. — Po swojej przemowie na nowo zamoczył usta w alkoholu, biorąc kolejny łyk, bo aż zaschło mu gardle od gadania.



TRZEBA BYĆ TWARDYM, ŻEBY ŻYĆ NA TYM ŚWIECIE; NIEWAŻNE CZY SZCZERZYSZ KŁY W UŚMIECHU,
PRAWDZIWYM GNIEWIE, CZY ZE STRACHU, MUSISZ BYĆ GOTOWY SPEŁNIĆ GROŹBĘ.
avatar
Neely

Opętany






GODNOŚĆ :
Yukimura Nobuyuki, choć znany jest również pod pseudonimem — Neely.

Liczba postów :
5404


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Gość on Nie Mar 25 2018, 11:33
    
Tym razem Raven postanowił nie wystawić dziewczyny, wiedząc, ile dla niej może znaczyć. Wyjątkowo brał to pod uwagę, głównie dlatego, że to była właśnie ona. Wiele ich łączyło, mieli wspólną przeszłość, której nie dało się zapomnieć na pstryknięcie palca. To powodowało, że mieli więź, która nie pozwalała na ignorancję. Swoją drogą, że Evan był jaki był i nie potrafił zmienić się pod pewnymi względami. Dobrze, że dziewczyna potrafiła to rozumieć, bo bez tego byłoby dość niesympatycznie.
Dlatego dnia dzisiejszego mogła liczyć na minimalne wsparcie Evana, nie chowając swojej prawdziwej natury pod maskami. Nie musiała wyręczać się kimś innym, aby poczuć się odrobinę lepiej. Był tu i stał własnie obok niej, dzięki czemu Nove mogła zamienić się we wspomnianą wcześniej kluskę i wyżalić się aniołowi, jak to bardzo źle w życiu miała. Wyrzucić wszelakie negatywne emocje, gdzie po tym wszystkim Evan pokrzepiająco pogładzi ją po głowie, bo tylko na tyle było go stać. W końcu też miał swoje problemy. Uznawał, że znacznie większe od innych. Co za paskudny narcyzm.
Szybko domyślił się, że kobieta nie była w zbyt dobrym humorze. Nie wiedział jednak, co było tym spowodowane. Podejrzewał, że życie dało jej solidnie w kość, dodatkowo on ostatnio nie popisał się swoją obecnością tutaj, ale co miał zrobić? Był chory i musiał z tym walczyć. Inne czynniki również sprawiły, że nie miał szczególnej ochoty na widzenie się z nią. Uważał, że był w tragicznym stanie, gdzie nie powinien się jej pokazywać. W końcu nie bez powodu tymczasowo opuścił Smoczą Górę. Na pewno nie dla własne fanaberii.
A masz jakieś lepsze? — spytał dość neutralnie jak na niego, ale zaraz podszedł do baru i zamówił swój lubiany trunek, najgorszej jakoś szkocką, bo oczywiście na inną liczyć nie mógł. Wrócił do dziewczyny, siadając naprzeciw niej i wypijając pierwszy łyk cierpkiego z delikatną nutą słodyczy alkoholu, spojrzał się na nią dość intensywnie — To od czego chcesz zacząć? — zagaił, chcąc dać kobiecie dość otwarty wybór tematów jak na początek. Sam na aktualny moment nie wiedział, od czego zacząć. Od luźnej rozmowy, pytaniem "co u Ciebie?" Przecież widział, że było z nią źle. Dlatego teraz czekał, ciągle spoglądając na jej twarz, a w dłoni trzymał szklankę, w której znajdował się alkohol.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Nove on Sob Mar 31 2018, 13:50
    
Prędzej czy później zdołałaby dorwać kogoś, kto musiałby wytrzymać jej wybuch, czy to słuchając jej włoskiego monologu, czy nawet dostając w twarz pięścią za samą obecność - ale czasem lepiej było, jak słyszał to ktoś, kto w miarę ogarniał co, jak i dlaczego. Evan ogarniał, cóż... O wiele więcej niż typowy zjadacz syfu. Problem z dorwaniem tego cholernego pierzaka to był zupełnie inny temat, o którym Włoszka za cholerę nie chciała myśleć. Dzisiaj się udało jakimś cudem, trzeba było to wykorzystać.
- Non - wzruszyła ramionami - Przynajmniej jakiekolwiek rozmowy szybko giną w tym tłumie rozwrzeszczanych panienek. I mają lepsze zmartwienia od słuchania, co się dzieje w życiu innych, cokolwiek.
Wizja, w której niepożądani Desperaci słyszeliby o jej wspaniałych życiowych przygodach, wkurzała ją na tyle, że od razu musiała to zapić. Palce wymordowanej zacisnęły się mocniej na butelce, a następnie szybkim ruchem ręki zbliżyła ją do ust i upiła dwa zdrowe łyki, mając całkowicie w nosie jakiekolwiek zasady dobrego wychowania. Ktokolwiek o nich jeszcze myślał na tych terenach miał nierówno pod sufitem... Lub był aniołem, który jeszcze chciał grać fajnego. W tym piekle nawet pierzakom odbijało na całego.
- Lepsze pytanie - od czego miałabym nie zaczynać? - rzuciła niezadowolona, kładąc butelkę na stole i opierając głowę na dłoni - Ostatnio jedyne, co się dzieje, to jebany cyrk losowości. - pochyliła się w stronę Evana i zaczęła mówić nieco ciszej, aby ograniczyć innych słuchaczy - To, co odjebali w Edenie swego czasu to cyrk. Wojenki gangów to kolejny cyrk. Masz cholernego farta, że jeszcze żyjesz i jakoś się trzymasz, Evan... U nas ostatnio wiele osób nie miało tego szczęścia.
Od razu przypomniała jej się ta nieszczęsna rozmowa z innymi członkami gangu, kiedy tylko wróciła do kryjówki. Hemofilię zostawili gdzieś na terenach Cats, Gavran umierał na jej oczach, swego czasu nawet sam Łajza wyglądał na ledwo żywego, wspominając o innych zdechłych kundlach... Po czym sam zniknął bez śladu.
Ostatnio gdzie nie idziesz, tam pojawia się widmo śmierci. Kiedy Twoja kolej?
Czuła się tak, jakby ślad śmierci znowu krążył blisko jej, przypominając o swoim istnieniu. Włoszka oddaliła się po chwili i ponownie złapała za butelkę, upijając kolejny łyk.

//Wyjeżdżam czołgiem będąc cool Dziewiątką, bo Raven umarł pijąc piwo, pozdrawiam.
z/t


Ostatnio zmieniony przez Nove dnia Pon Kwi 30 2018, 22:30, w całości zmieniany 1 raz



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar
Nove

Bernardyn     Opętana






GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.

Liczba postów :
633


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Alcide on Nie Kwi 08 2018, 23:30
    
Młody Locklear nie mógł się w tym względzie pomylić. Shay nie stanowił dla niego zbyt wielkiego wyzwania — zarówno w kwestii rozgryzania jego słabych punktów (czego Neely był znaczącym dowodem), gdyż wystarczyło taki leciutko docisnąć, by uzyskać pożądaną reakcję, jak i wynajdowania coraz to nowszych, przebieglejszych sposobów na to, by wygrywać co rusz to bardziej drażniącą melodię na jego nerwach ku swemu zadowoleniu. Nic więc dziwnego, że przechylił głowę w bok, przybierając na moment taką minę, jakby się nad pytaniem Neela głęboko zastanawiał. Chochli, zdradliwy błysk zaczaił się w jasnozielonych tęczówkach Ala.
Kotku, ty nawet bez mojej specjalnej pomocy już masz kłopoty — skwitował na tyle głośno, by tylko jego rozmówca mógł to usłyszeć, z przebijającą się nutą wyższości w głosie, co zostało dodatkowo okraszone cwaniackim uśmieszkiem. Ładnym mimo wszystko. Spokój ducha Neela, czy wykrzywiona grymasem złości i zazdrości twarz Lisa? Doprawdy trudny wybór, za którym przemówi tak naprawdę rozwój sytuacji i fakt, która z tych opcji wyda się jasnowłosemu atrakcyjniejsza. Całe szczęście, że posiadacz tak uroczej buzi brał pod uwagę, że po łowcy nagród należało spodziewać się wszystkiego, ponieważ obietnic czy jakichkolwiek zapewnień nie powinien od Alka oczekiwać, nie byłyby w żadnym wypadku szczere. Zmarszczył nos w akcie skromnego niezadowolenia, jakby wywęszył w pytaniu o Lisa nadmierną, choć zbędną ciekawość, a skierowany temat w tym stronę trzeciej kategorii nie pociągał go dostatecznie. Machnął w we wstępnej fazie odpowiedzi ręką, jakby odganiał natrętną muchę, przez co siniak na przegubie mógł zwrócić większą uwagę niż dotychczas. — Wystarcza już ta jego paskudna, wykrzywiona przez ból egzystencjalny twarz, czasem i zazdrości — odparł, jak gdyby nigdy nic chwilę później, wzruszając ramionami z iście subtelnym uśmieszkiem, przesiąkniętym fałszem na wskroś. Nie spotkał się z Kociakiem, by rozmawiać o Chodzącym Fochu, mimo że zdawał sobie sprawę aż nader dobrze, że wspomnieniem o nim otworzył drzwi na niewłaściwy kierunek rozmowie. Alcide nie zamierzał go podjąć z przyczyn czysto egoistycznych poniekąd i obawie o stratę czasu, który poświęcał swojemu przyjacielowi.
Aluś słysząc to urocze zdrobnienie, uśmiechnął się szerzej, jakby jego ego zostało przy okazji delikatnie muśnięte. Pokiwał głową przyswajając te nowe, acz przydatne informacje. Nie umknęło mu prychnięcie przez co obdarzył Kociaka dłuższym i uważniejszym spojrzeniem, jakby czając się na każdą kolejną emocję zdradzoną, choćby przez najmniejszy gest. Nie trzyma mnie na smyczy, to ja owinąłem go sobie wokół palca, mądra decyzja, złotko. Alcide niemal zakręciła się łza w oku, o ile zdolny byłby do wykazywania się takimi odruchami. Chwilę potem roześmiał się głośno, perliście.
A co jeśli te wszystkie dotychczasowe kradzieże z udziałem twoich zdolnych łapek były stałą rozgrzewką, tylko wcześniej nie wyłapałeś tkwiącej w tym aluzji? Może zawsze chodziło mi o jedno, tylko nigdy nie odczytałeś właściwie moich intencji — rzucił niby całkiem na poważnie, a w jego głosie dało się wyłapać jeszcze szczątkowe rozbawienie. Neely niewątpliwe trafił na odpowiedniego rozmówcę, jeśli mowa o płynnym pokonywaniu tematów, które z reguły mogłyby podchodzić pod granice tabu bądź coś o czym nie wypadało mówić głośno lub otwarcie. Alcide Locklear nie posiadał nie tylko zbędnych ograniczników moralnych, ale i każdych innych, dlatego też większość zachowań osób mieszczących się w przedziale pierwszym i drugim jego sposobu segregacji jednostek spotykała się z nadzwyczajną tolerancją mężczyzny. Przy pozostałych nie czuł się nawet zobowiązany do tego, by udawać, że było inaczej.
Uniósł w nieco wyniosły sposób podbródek ku górze. Przecież interesy można połączyć z zabawą..., owszem, lecz tylko pod warunkiem, że taką zmianę priorytetów się na posiadaczu pandy czerwonej wymusi, a do tej sztuki nie każdy był zdolny. Alcide nie uwzględniał odbiegania od planu, który założył. Przynajmniej nie w tym przypadku. Zdobycie błyskotek, które nacieszą oczy i staną się łupem, serwując im tym samym poczucie dominacji i bezkarności, mogłyby stanowić nową formę upijania.
Och, tego właśnie oczekiwał. Nobuyuki nie mógłby pozostać mu dłuższym na tamtą uwagę, przez co na twarzy Alcide wymalował się na wpół ironiczny i na wpół zadowolony uśmiech. Został on jednak zburzony przez przygryzienie dolnej wargi, jakby nie miał zostać w porę odczytany; zdradzał za wiele. Prowadzenie z tym Kociakiem gierek słownych okazywało się na dłuższą metę przyjemnością samą w sobie.
Mam rozumieć, że miałeś dostatecznie długi czas na to, by zdobyć własnoręczną praktykę? — posłał w jego kierunku nie tylko pytanie, ale zatrzymał na nim zmrużone ślepia, w których tkwiło wyzwanie, wtórując stłumionym dźwiękom bitego szkła gdzieś w oddali. Nadchodzące zamieszanie wisiało w powietrzu. Poza tym to Tobie bardziej powinno zależeć na rozprawieniu się z nim, nie mi, młody Locklear nie przesłyszał się, że też miał czelność, skierować takie słowa w jego stronę. Chyba pozwolił mu na zbyt wielką swobodę i pewność siebie, popracuje się nad tym. W prawdzie celowo nie uraczył Neely’ego satysfakcjonującą odpowiedzią, pozostawiając mu poniekąd pole do domysłu. Musisz uważać, bo może pewnego dnia damy sobie w pysk, Al już niczego nie wykluczał. Wszystko było możliwe, zwłaszcza na Desperacji, widział wiele cudacznych rzeczy i powykręcanych osobników. Akty agresji czy dawanie sobie po ryjach, jakby w ramach rozluźnienia nie były niczym nowym. Niczym co mogło go zaskoczyć. Nuda. — Gdybym musiał, słonko, ominąłbym twarz… — odpowiedział spokojnie iście z miną pokerzysty, przy ledwie uniesionych kącikach ust. Nie dodał nic więcej, nie zamierzając się dzielić dalszą częścią ze swoim rozmówcą, zamiast tego zajął się trunkiem, zwilżając tym samym gardło.
Powątpiewam, że tak łatwo dałbyś się wygonić, nawet gdybym się bardziej przyłożył — mruknął, puszczając mu perskie oczko. Miał w końcu do czynienia z kotem, Al nie oczekiwał żadnego posłuszeństwa, te stworzenia nie dość, że zawsze spadały na cztery łapy, to same wybierały sobie ścieżkę, wbrew czyimś oczekiwaniom i woli. — Twojego uśmiechu nie da się nie doceniać, złotko — dodał chwilę później. Neel zawsze poprawiał mu humor, który w tym przypadku wzmacniany był dodatkowo przez działanie trunku. Fuknął niczym zwierzę, gdy jego towarzysz podkreślił wagę swojej obecności, jakby gwarantując w ten sposób niewątpliwe powodzenie. — Całe szczęście, że ta historia ma swój szczęśliwy koniec. Mogłoby mi być odrobinę szkoda, gdyby mój ulubiony kot postradał zmysły lub umarł. To byłoby przykre. Tak śliczne buzie nie spotyka się tak często. — Obydwaj mieli swoistego pecha – Al, któremu zdobycie opalizujących piór umknęło tuż sprzed nosa, a Neel poprzez zachorowanie na jakieś dziadostwo. Czas najwyraźniej odwrócić karty w ich stronę, nie oczekując na łaskawość losu.
Pij do dna, kotku. Tobie rzadko smakuje alkohol, a zabawa się rozkręca, żal z tego nie skorzystać — rzucił władczo, dając przykład Neely’emu przez pociągnięcie trunku duszkiem, nie do dna, ale jednak, tuż po tym jak rzucił okiem na awanturę, która nabierała rozpędu. Tłuczone szkło to jedno, salwa wyzwisk to drugie, ale szarpanina była najskuteczniejszym sposobem na odwrócenie uwagi. Tam gdzie patrzą gapie, da odpowiednią sposobność sprytnym złodziejaszkom na udane łupy.


✗____zt x2


#918CCF | głos | theme

Spoiler:
avatar
Alcide

Opętany






GODNOŚĆ :
Alcide Locklear.

Liczba postów :
479


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Ezra on Pon Cze 18 2018, 20:24
    
Był tutaj po raz pierwszy, ale chyba miał szczęście, gdyż tabliczka szybko nakierowała go, w którą stronę powinien się udać. Był zmęczony, głodny, a ponadto wściekły, chociaż stężenie złości nieco zmalało przez ostatnią godzinę.
- Cholerne kocisko - zaklął w myślach, decydując się zapomnieć na chwilę, że sam jest przedstawicielem kotowatych.
Stęknął. Zresztą to wszystko nie miało przecież znaczenia. Poczuł ból pod lewym żebrem. Wiedział, że gdy podniesie koszulę znajdzie tam świeżą, szkarłatną ranę - choć miał nadzieję, że nie przerażała swą głębokością - mimo że nie miał jeszcze okazji, by ją obejrzeć. Nie tylko to rozcięcie dawało mu się we znaki. Jego kolana promieniowały bólem, gdy poruszał się w stronę barowego stołka, a twarz zdradzała, że nie przychodzi po fantastycznie zakończonym dniu. Notabene całe jego ciało przeszywał ból przy bardziej gwałtownych ruchach, co było nieznośną pozostałością po niedawnej metamorfozie.
Westchnął z ulgą, gdy wreszcie dowlekł się do celu, a następnie wręcz rzucił rękami o blat.
Sam nie wiedział po co przylazł właśnie tutaj, zamiast regenerować się w spokoju w swojej norze. Chociaż może i miał pojęcie dlaczego. Pojęcie to stało i błyszczało na półce, dostojnie prezentując się w wąskim strumyku żółtego światła, którego zresztą niewiele było w tym miejscu. Dawno nie widział takiej eleganckiej butelki - biło od niej bogactwo, co zupełnie nie pasowało do miejsca tego typu.
- To whiskey - powiedział do barmana, gdy ten w końcu się pojawił, pokazując na wyróżniający się wśród typowych trunków alkohol.
- Palić można, nie? - zapytał go jeszcze tylko i nie czekając zbytnio na odpowiedź, która zresztą i tak była twierdząca, wyjął paczkę papierosów. Wsunął jednego między usta i chwycił jakąś bezimienną zapalniczkę, która leżała porzucona na blacie. Odprężył się i teraz dopiero przyjrzał się wnętrzu, do którego wlazł. Słyszał o nim wiele pogłosek. Między innymi taką, że niemal zawsze miejsce to było przepełnione do tego stopnia, że niekiedy ciężko znaleźć dla siebie miejsce. Tym razem jednak w barze znajdowało się niewiele osób lub też zaskakująco skutecznie kryli się po kątach, które ułatwiały im to swą ciemnością. Jednak tam gdzie docierało światło, podniszczone krzesła były podejrzanie puste, podobnie zresztą jak stołki przy barze, nie licząc jednego, który przed chwilą on bezmyślnie zajął. Teraz sobie trochę wyrzucał, był bowiem mocno na widoku, pozbawiając się w jakiś dziwny sposób anonimowości.
Strzepnął papierosa. Światło migotało coraz nieznośniej, sprawiając, że nawet oczy (chyba jedyna część organizmu, w której nie odczuwał bólu) zaczęły go szczypać. Zresztą dym, który unosił się w powietrzu w nadmiernych ilościach wcale tej kwestii nie ułatwiał. Słyszał przyćmione, jakby dochodzące z oddali chichoty, które dobiegały gdzieś z mroku. Chyba nawet słyszał jakąś melodię, której dźwięki cichutko wisiały w powietrzu. Ale może mu się tylko wydawało, już sam nie był pewien.
Barman z głośnym stukotem postawił przed nim niezbyt czystą szklankę.
- Wreszcie - powiedział i uśmiechnął się półgębkiem, pokazując, że nie szuka kłopotów i tylko żartuje. Wziął głośny łyk, a smak alkoholu mocno go rozczarował. Spojrzał na barmana podejrzliwie. Może tylko butelka była droga i elegancka, a wnętrze zostało napełnione trunkiem tak samo tanim jak wszystkie inne na zakurzonym kredensie.
Wzruszył ramionami. Wypije i tak.
To wszystko i tak przecież nie ma znaczenia.
avatar
Ezra

Kundel       Zarażony






GODNOŚĆ :
Ezrah Fujii

Liczba postów :
13


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Marcelina on Wto Cze 19 2018, 09:10
    
Kolejne warstwy kurzu opadały w ślimaczym tempie na blaty, zmieniając stopniowo ich ciemną, hebanową barwę na matowe odcienie gorzkiej szarości. Powietrze w tym miejscu było równie ciężkie, co panująca w nim atmosfera, o co wspaniale zadbało stonowane oświetlenie przypominające ciasne i opuszczone groty korytarzy desperackich jaskiń. Jaskiń tylko z pozoru zapomnianych. Tak, jak to miejsce.
Drzwi otwarły się cicho, co w tym barze okazało się powiewem nowości. Stare, acz cholernie grube drzwi o ciężkiej konstrukcji nie otworzyły się z rozmachem i nie trzasnęły z wściekłością, tylko skrzypnęły cicho, zamykając się subtelnie niczym trzepot motylich skrzydeł. Nikt nie usłyszał krzyków, bruzd rzucanych we wszystkie strony świata, nikt nie chwytał najbliższych krzeseł i nie przewracał stołów. Zabrakło głuchych odgłosów zbijanego szkła, jednak nie zabrakło jednego - zapachu strachu.
Ten dzień zapowiadał się cudownie - choć słowo to budzi mieszane uczucia, gdy akompaniuje się je z członkiem desperacja. Podobno w tym miejscu nie może być pięknie, wspaniale, zachwycająco. Musi być smutno, brzydko i brudnie. Każdy, kto powie inaczej, jest tylko zwykłym szaleńcem bądź... artystą. Choć według wielu to tylko synonimy, z tą różnicą, że trubadurzy, malarze bądź inni twórcy miewali z tego zyski. Czasami.
Niska, raczej wątła postać kulała. Szła spokojnie, cicho stawiając ciężkie i niezgrabne kroki, wlokąc się spokojnie, jakby świat wokół był bezpieczną ostoją. Jej mięśnie były rozluźnione, a zmysły uśpione, tak, jakby ciemność była jej sojusznikiem, a nie wrogiem obejmującym w swych bezpiecznych skrzydłach przyczajonego drapieżnika. Tylko te głębokie, cyjanowe oczy lśniły w ciemnym płaszczu gęstego, kochającego tą norę mroku. To ona była drapieżnikiem. Przeszywający chłód nagle dotknął kilku siedzących bliżej dziwnej nieznajomej sylwetki gości, który szybko jednak ustąpił przyjemnemu, dotąd panującemu tu ciepłu. Dym papierosowy unosił się lekko, nadając Czarnej Melancholii nieudawanego klimatu. Muzyczka w tle hipnotyzowała, a zapach słabego alkoholu drażnił nozdrza każdego posiadacza węchu lepszego od ludzkiego. Choć nos tych istot był w stanie chlubnie zapamiętać aż piećdziesiąt tysięcy zapachów, to i tak należał do jednych z najmniej wydajnych w desperackim ekosystemie - podobnie, jak i inne, ludzkie zmysły. Oni są po prostu słabi.
Postać nie spieszyła się. Spokojnym krokiem dotarła do lady, kładąc otwarte dłonie na wyczyszczoną, drewnianą powierzchnię, próbując złapać kontakt wzrokowy z barmanem. Gdy ten w końcu uniósł znudzone spojrzenie i spotkał się nim z oczami nowoprzybyłej, na krótką chwilę uniósł brwi, zmarszczył ich okolice i w końcu uciekł instynktownie wzrokiem, czując, jak po całym ciele przebiegają dreszcze. Postać siedząca w cieniu miała jeszcze lekko wilgotne ubranie, mimo, że burza ustała już godzinę temu. - Whiskey.
Ten dzień był doskonały na polowanie. Kto by pomyślał, że wymordowana spotka kogoś o podobnych rozmiarach i... zamiarach.
Syknęła cicho, spoglądając na zraniony nadgarstek. Szaleńczą walkę dwóch bestii skończyła równie szaleńcza burza. Głębokie błękity ślepi obydwu bestii na chwilę spotkały się w zażartej walce podsycanej słodką adrenaliną . Zacisnęła zęby, czekając, aż barman naleje lekko trzęsącymi się rękami trunek.
Ten cholerny tygrys pachnął psami.
Ona pachniała chłodem. Zimna aura, którą roztaczała wokół siebie dotknęła już najbliżej siedzące osoby. Była jak macki, które lepią się nieprzyjemnie do skóry i powoli zaciskają się coraz bardziej. Chwyciła ulubione, chude papierosy smakowe i odpaliła je swoją własną, prywatną zapalniczką. Wzrokiem przebiegała nieskrępowanie po pomieszczeniu, przypominające jej mroczny teatr, w którym właśnie zakończył się występ, ludzie przestali klaskać a ogromna, ciężka zasłona opadła na brudną podłogę. Choć z początku wyglądała na rozluźnioną, po dokładnych oględzinach jej ruchów można było dostrzec jeden, mały szczegół.
Jej prawa noga niespokojnie podrygiwała.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x x x
avatar
Marcelina

Właścicielka Kasyna     Poziom E






Liczba postów :
2133


Powrót do góry Go down





Re: Hotelowy bar. Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach