Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5   

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Raven on Czw Mar 30, 2017 11:34 pm
Ten jeden raz daruje mu ten popełniony błąd. Rozumiał, że był zmęczony, niemniej Evan z łatwością mógł się do niego zakraść i zrobić jakąś krzywdę. Chociażby w ramach nauczki. Jednak wiedział, że jeśli chłopak był rzeczywiście czujny, to mogło skończyć się to kolejną raną, a z ranami teraz nie chciał mieć nic wspólnego. Wystarczy, że to niewielkie zadrapanie robiło mu zbyt duże kłopoty, a co dopiero świeży nabytek. Teraz mogło być już tylko gorzej.
No cóż. Nawet jeśli tego nie chce, nie za każdym razem będzie prosił, a raczej nakazywał mu wykonania jakieś misji. Czasem będzie potrzebował tej minimalnej pomocy jak na przykład w tym przypadku. I choć o pomoc prosić nie lubił, to wiedział, że jeśli o nią nie poprosi, za parę tygodni może wąchać kwiatki od spodu. Wtedy już na pewno nie pójdą na wspólną misję. I choć Evan średnio przepada za chodzeniem w duo, to tak z Bastem mógł zgodzić się pójść na misję we dwóch. W końcu każdy ma osobę, którą w jakiś sposób traktuje wyjątkowo. Sam anioł uważał, że Bast jest dla nim kimś więcej niż tylko zwykłym znajomym. Nie znał się na relacjach międzyludzkich, ale skoro mu potrafił zaufać, a potrafił, to wiedział, że to nie jest jakaś byle jaka relacja. W końcu go wychował. Evan ojcem... Nope.
W zasadzie był ciekaw jak zareaguje Bloom. Nigdy dotąd anioł nie prosił go bezpośrednio o pomoc, co najwyżej dawał lekkie aluzje, aby wyszedł z ową inicjatywą. Tym razem to było coś innego - pokazać siebie od tej nieco słabszej strony. Tak przynajmniej interpretował to Evan. W końcu zawsze na zawsze sam starał rozwiązywać powstały problem. Uważnie obserwował chłopaka, czasem przyglądając się swojej ranie. Brudny bandaż, który był w bardzo mało profesjonalny sposób zawiązany nijak pomagał mu w obecnym stanie.
- Wiem, Bast - potaknął dość pokornie na jego słowa, zaraz za chwilę znowu potakując na kolejne. Domyślał się, ale domysły niewiele mu pomogą. Musiał zacząć interweniować, a skoro ma tą chorobę, musi natychmiast ją leczyć. I tak stracił parę dni na obserwację tej głupiej rany. Mimo to nie czuł się w żaden sposób zaskoczony, ani zmartwiony. Po prostu. Miał chorobę, którą musiał wyleczyć, a jeśli tego nie zrobi, skutki będą opłakane. Pozwolił sobie zawiązać bandaż, a uważne i pełne spokoju spojrzenie zatrzymało się na twarzy Blooma.
- Nieważne czy powinienem, czy też nie. Lepiej powiedz mi jak mam to leczyć - rzucił stanowczo, ignorując jego dalsze słowa. Nie powie przecież, że nie ma zaufania do tamtych osób. Brak zaufania do członków swoich organizacji. A może po prostu nie chciał, aby jego choroba rozeszła się po całej organizacji? Jeden pies. Skoro to miał, nie prędko wróci do Smoczej Góry. Raczej skupi się na leczeniu ów choroby - Mam nadzieję, że mogę liczyć na Twoja pomoc, Bast - bo w innym wypadku nie będę wiedział, czy mogę ci ufać w 100%.

_________________
Mowa Evana #660000



Raven
-----------
Żmij     Anioł

avatar

Liczba postów : 1233
GODNOŚĆ : Znany jest jako Evan Rush.

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Bast on Pon Kwi 03, 2017 6:09 pm
Zastanowił się. W swoim życiu widział tylko jeden przypadek zarażenia Ater Sanguis i dodatkowo to nie on go leczył. Oczywiście wiedział, jak pozbyć się tego dziadostwa. Niestety nie miał wszystkich składników. Spojrzał na Evana, uśmiechając się lekko, tak jakby chciał dodać mu nieco otuchy, ale szybko się opamiętał, bo wiedział, że mężczyzna tego nie potrzebował.
Oczywiście że możesz, zawsze – odpowiedział. Nie chciał się rozckliwiać, ale Evan był dla niego kimś bliskim, kimś na kim mu naprawdę zależało i nie chciał go stracić, chociaż wcale nie dawał tego po sobie poznać. Owszem łączyła ich specyficzna więź, często sobie dogryzali i traktowali się różnie, ale dla Blooma byli rodziną. Nie mógłby odwrócić się i zdradzić kogoś, kto go przygarną, wychował i nauczył wszystkiego, co umiał. Dzięki temu przeżył na Desperacji i dzielnie sobie radził w dalszym życiu, gdy już nieco się usamodzielnił.
W domu mam kilka składników, ale będzie problem z jednym konkretnym i bardzo ważnym – zawahał się, starając znaleźć inne rozwiązanie, ale nie chciał tracić czasu na szukanie właściwego źródła. – Będzie mi potrzebna twoja pomoc, by zdobyć ten składnik. Umiesz może pobierać szpik kostny? – zapytał, zdając sobie sprawę, że Rush może nie mieć o tym zielonego pojęcia, bo w końcu nikt od niego tego nie wymagał. Niemniej jednak szpik kostny pochodzący od wymordowanego był podstawą lekarstwa. Bez tego mogli pomarzyć o leku i wyleczeniu choroby. Nie wiedział też od kogo mogliby pobrać ten szpik. Był tylko on sam.
Musimy iść do mnie. Tam oczyścimy ranę i przygotujemy lek. Powinno ci to szybko pomóc – powiedział, wstając z kanapy. Miał nadzieję, że dał jasny sygnał iż nie ma czasu do stracenia i im szybciej się zbiorą tym większe szanse na wyleczenie ma anioł. Bast nie miał zamiaru czekać dłużej. Każda chwila sprawiała, że rana jątrzyła się bardziej i należało zmienić bandaż. Nie chcieli ryzykować zakażenia, a powoli się na to zbierało. Kumulacja różnych paskudztw nie byłaby dobra. Założył plecak na plecy i powoli ruszył w kierunku drzwi wyjściowych, pozwalając Evanowi się zebrać. Po tym zniknął na korytarzu.

[Z/T]

_________________



mowa: #990033 || myśli: #D798BD



Bast
-----------
Opętany

avatar

Liczba postów : 69
GODNOŚĆ : Mercy Bloom aka. BAST.

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Raven on Wto Kwi 04, 2017 4:01 pm
On natomiast tyle lat żył, a nie miał okazji widzieć żadnego. Z aniołami miał dość małą styczność, szczególnie z tymi z Edenu. Kogoś na Desperacji również nie jest tak łatwo spotkać - nawet jeśli na dzień dzisiejszy skrzydlatych jest dużo więcej tutaj, niżeli w ich należytym miejscu. Widział różne wyniszczające organizm choroby, ale pierwszy raz w życiu miał styczność z tą, którą akurat posiadał. Czyżby to miała być jego pokuta?
- Mam taką nadzieję. Liczę na to, że to pozostanie między nami. Nie chcą, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, że byłem lub jestem chory. Jasne? - rzucił, unosząc w tym samym geście brwi do góry. Chciał mieć pewność, że chłopak skorzysta z tajemnicy lekarskiej i nawet jeśli będzie chciał o tym komuś powiedzieć, to język będzie trzymał za zębami. Wolał obejść się z plotkami na jego temat, że niejaki Raven, jeden z niewielu postrachów Desperacji właśnie jest chory. Rozumiał również, że dla niego. dla Basta może to być pewien szok. Evan również trochę się martwił swoim stanem zdrowia, niemniej starał się zachować przy tym zimną krew. Nie raz, nie dwa był w tak krytycznej sytuacji, a mimo to zawsze wychodził z tego zwycięsko.
Potaknął głową w geście zrozumienia, jednak zaraz pokręcił głową, słysząc o pobieraniu szpiku kostnego. Medycyna była dla niego czarną magią. Umiał wiele rzeczy, ale tego nigdy umieć nie będzie. Również mężczyzny nie powinna szokować jego odpowiedź, gdyż powinien zdawać sobie sprawę, że Evan i medycyna to dwie sprzeczności.
- Wiesz, że nie. Ale zawsze mogę się tego jakoś nauczyć, choć nie wiem, czy zostało nam tyle czasu, abym przyswajał podobną wiedzę - odparł, wstając z kanapy, kiedy chłopak zaczął się zbierać. Cieszyło go to, że tak szybko postanowił z tym działać i co lepsze - Evan był przy tym w jakimś stopniu potrzebny. W końcu nie chciał wyjść na kogoś bezużytecznego, nawet w tej kwestii. Nic dziwnego, że jawił jawną chęć do tego, aby pomóc mu w czymś, czego nawet nie potrafi zrobić. Czas ich trochę gonił, dlatego bez większego marudzenia czy sprzeciwów, udał się za Bastem, dyskutując z nim po drodze w sprawie pomocy i do czego może być potrzebny.

z/t

_________________
Mowa Evana #660000



Raven
-----------
Żmij     Anioł

avatar

Liczba postów : 1233
GODNOŚĆ : Znany jest jako Evan Rush.

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Gość on Czw Sie 17, 2017 4:23 pm
Smocza kryjówka wydawała się być całkowicie pusta — większość członków organizacji realizowało jakieś zlecenia w terenie. Najemnicy zawsze mieli coś do roboty, nietrudno było znaleźć sobie jakieś zajęcie, by dodatkowo odnieść chociażby drobne korzyści materialne. Dudley doskonale wiedział, że większość zadań, które zlecane były Smokom dotyczyły rzeczy, których jako anioł nie mógł zrobić. Może i Desperacja zmieniała go na gorsze (bo przebywanie wśród szubrawców i zabójców zmieniłoby każdego), ale szarowłosy nie miał zamiaru porzucać swojej anielskiej natury. Dlatego też chwytał się głównie tych niechcianych i niechętnie wykonywanych prac — chodził na wysypisko pozbierać trochę złomu, gdy Smolista go potrzebowała, spotykał się z mniej groźnymi istotami albo przeczesywał jakiś teren jeśli była taka potrzeba. Ale wkrótce musiał nastać chociaż jeden dzień spokoju, wolnego od najemniczych spraw. To był właśni ten dzień.
Dość szybko okazało się, że skrzydlaty nie miał czego szukać w Smoczej Górze — chwilę pałętał się po ciemnych korytarzach, napotykając kilka nieznajomych twarzy, potem próbował sobie jeszcze na siłę znaleźć coś, czym mógłby się zająć, a co jednocześnie byłoby pożyteczne, ale nie udało mu się. Zamyślił się na kilka minut i wydumał, że może jednak warto byłoby wyjść do ludzi. Zabrał z pokoju trochę drobnych (w razie gdyby jednak okazało się, że trafi do jakiegoś baru, bo z początku nawet nie myślał o tym, że wyląduje w pijackim gronie), broń, ubrał się nieco cieplej i po prostu ruszył w stronę Apogeum.
Po drodze dużo myślał, choć ostatecznie nie wymyślił dokąd zmierza. Szedł po prostu przed siebie. Pogoda co prawda nie była najlepsza, ale i tak wolał się przejść niż bez sensu siedzieć w pokoju bez okien w kryjówce najemników. Niebo było szare, ale raczej nic nie wskazywało na jakiekolwiek opady. Wiał silny wiatr, który niejednokrotnie uderzał w anioła z taką siłą, że ten zwyczajnie miał problemy z utrzymaniem równowagi, ale nie przeszkadzało mu to w dalszej wędrówce. Robił sobie krótkie postoje, a potem szedł dalej. W końcu przed jego oczyma stanął budynek, który bardzo dobrze znał. Nawet nie wiedział kiedy udało mu się do niego dotrzeć, musiał być zbyt zajęty rozmyślaniem, a nogi same poniosły go w stronę Czarnej Melancholii. Z początku wahał się czy w ogóle powinien wchodzić do środka, ale do jego głowy dość szybko napłynęły wspomnienia — to właśnie w tym hotelu poznał Shane'a, który zwerbował go w smocze szeregi. Miał do tego miejsca jakiś dziwny sentyment i ostatecznie uznał, że zajrzy do środka właśnie dlatego, że dość dobrze wspomina tamtą pogawędkę.
Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wejścia, jednocześnie poprawiając poluzowaną bluzę, by nieco lepiej się prezentowała. Kieł przymocowany do rzemyka na nadgarstku zadzwonił wesoło, gdy skrzydlaty ułożył dłoń na metalowej klamce. Odetchnął głębiej, naciskając ją mocno i popchnął ciężkie, drewniane drzwi. W jego nozdrza od razu uderzyła mieszanka różnorakich zapachów — wyczuł pot, tani alkohol i dym papierosowy. Było na tyle głośno, że nikt nie zauważył tego, że wszedł do środka — i dobrze, nie szukał kłopotów, a w takim miejscu można było je znaleźć bardzo łatwo.
Badawczo omiótł lokal wzrokiem, szukając wolnego miejsca. Z jednej strony sali siedziała banda zapijaczonych oprychów, z którymi nie chciał mieć styczności, a już na pewno nie miał ochoty przedzierać się przez nich by dojść do wolnego stołu, który stał za nimi. Zmrużył fioletowe ślepia, dość szybko dostrzegając kolejny wolny stolik. Bez jakiegokolwiek namysłu ruszył w jego stronę, bo przynajmniej drogi do niego nie torował żaden grubas. Wystarczyło jedynie zręcznie obejść towarzystwo zebrane przy jednym z drewnianych filarów, utrzymujących budynek. Niecałą minutę zajęło mu dojście do stolika, od którego niedaleko było do baru, przy którym o dziwo nie było tak wielu osób. Z pewnością znalazł się jakiś brodacz, który świńskimi tekstami podrywał barmankę, ale poza tym było spokojnie. Na razie, bo przecież wiadomo, że czasami wystarczyła jedynie drobna iskra by wzniecić pożar.
Dudley naturalnie zajął sobie miejsce na krześle, wygodnie lądując plecami na oparciu. Spojrzał w stronę stolika, przy którym poznał Shane'a, by po kilku sekundach z powrotem powrócić do wpatrywania się w drewniany blat, na którym bezwładnie spoczywały jego dłonie.
Miał ochotę się napić, najlepiej w jakimś wybornym towarzystwie. Kupno piwa, nie byłoby problemem, gorzej ze znalezieniem kompana, który nie okazałby się jakimś popieprzonym fajfusem.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Catrick on Nie Sie 20, 2017 10:20 pm
Ile to już dni minęło od ostatniej wizyty Kota w Smoczej Kryjówce – tego nie wie nikt. Nawet sam zainteresowany. Mówi się, że szczęśliwi czasu nie liczą, a temu zdecydowanie lepiej było w samotności. Gdy nikt nie patrzył mu na ręce, nie patrzył na niego, nie interesował się. Takie typki zawsze chodziły swoimi ścieżkami. Do bólu samotni, a ból gra w tym główną rolę, bo tak łatwiej w pysk dostać. Chamsko samodzielni, odrzucając pomoc i chowając urażoną dumę do kieszeni. Skupiony na własnym żołądku. Cat nie musiał myśleć nad dzieleniem się, liczyć zresztą też nie umiał. Nikt mu nie mówił, że za dużo śpi. Mógł spać do woli we własnym płytkim trybie – jeszcze komuś by zaufał, zbyt się odprężył i rozleniwiłby czujny instynkt!
Prowadził życie Włóczykija, który potrzebuje mieć powód, by wrócić do Doliny Muminków wraz z końcem zimy. Zwykle do powrotów zobowiązywała go pełniona funkcja kontraktora, nie miał zwyczaju zwlekać ze zleceniami i przekazami. Niesie smoczą nowinę po krańce Desperacji, więc nie mają co narzekać na koczowniczy tryb życia Kota i te pełne alienacji chwile. Ten śmieć zawsze wie kiedy jest potrzebny – szósty zmysł, ot co! Ile już razy śmierć niemal pociągnęła go za ogon w piekielne otchłanie? Tliła się w nim wola życia jaka pozwoliłaby mu momentalnie odrzucić go jak jaszczurka, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
Tamtego dnia zbierał się do powrotu. Bardzo powoli i ślamazarnie, bo powodów konkretnych ku temu nie miał. Przeczuwał jednak, że zbyt długa absencja mogłaby spotkać się z przeświadczeniem o śmierci kontraktora. Cat nie umiał jednoznacznie stwierdzić, czy ktokolwiek rzeczywiście przejąłby się potwierdzeniem  pogłosek tego typu. Był rozpoznawalny, ale nie popularny, co robiło sporą różnicę. Im lepiej się nad tym zastanowić, właściwie nie kojarzył osób, którym rzeczywiście mogłoby się zrobić smutno na wieść o tym, że ten zmutowany koci pysk nie węszy już cwanie po tym świecie.
Drzemał godzinę lub dwie na hotelowym stryszku, niekoniecznie legalnie i zgodnie z hotelowym regulaminem. Niewiele kosztowało go zmienić się w kota i wcisnąć przez luźniejsze deski, które dla normalnego człowieka byłyby nie do przejścia. Taka zaleta gumowych kości, cóż. Niecnie schował się wśród beczek, znalazł jakąś rozpadającą się w rękach zasłonę, którą mógł zasłonić się przed światem. Choćby ktoś go znalazł, najprawdopodobniej pomyliłby go z dziurą w deskach. Kruczoczarne, kocie futro momentami działo jak idealny kamuflaż, a Cat często korzystał z jego możliwości.
Szczęściem, nikt nie próbował zakłócić spokoju futrzaka. Wypoczął wystarczająco i porządnie zagrzał, chłodny wiatr wcześniej dał jego wędrówce w kość. Opuścił teren stryszku, bez problemu znalazł starannie pochowane ubrania i ekwipunek. Miał swoje sposoby, może niejednokrotnie już stracił swój dobytek, ale wciąż chętnie udoskonalał związaną z tym metodykę. Opatulił się porządnie swoim zszarganym płaszczem, poprawiając chybotliwy rondel kapelusza, spod którego smętnie zwisały czarne kosmyki przydługawych włosów. Cóż, to nie był koniec jego wizyty w Czarnej Melancholii, co to to nie! Może brakowało mu jednej skarpetki, buty związał jakimiś jutowymi sznurkami, ale czego miał się wstydzić? Tutaj wszyscy wyglądali, jakby dopiero wrócili z piekła. Cat szczególnie. Jego koci pysk miejscami umorusany był kurzem, który przypominał odrobinę konturowanie niewprawnej nastolatki.
Wsunął się do baru, rozglądając się na boki podejrzliwie. Zauważył kilku śliskich gości, rzucając w ich stronę nieostrożne spojrzenie, chcąc zignorować ich obecność. Lepiej nie patrzyć w ich stronę, bo tacy tylko szukają lontu do zapalenia, ale... zacisnął mocno usta, czując wbijające się w dolną wargę kły. Miał dziwne wrażenie, że nie zareagował wystarczająco szybko. Teraz był idealnym łupem. Strzepnął nerwowo ogonem schowanym pod płaszczem. Zawiesił wzrok na kilku innych twarzach, by nagle wyłapać tę jedną jedyną bardziej znajomą.
D-daniel! Jak miło cię widzieć! – zakrzyknął wesoło, machając lekko w stronę Smoka i zbliżając się do niego. Nie za bardzo kojarzył jego imię, ale był stuprocentowo przekonany, że ten tutaj jest jego sojusznikiem. Chociaż odrobinę, chociaż trochę… Był aniołem, prawda? Cat był przekonany, że tak było. Szkoda, że zapomniał jak ten miał na imię. Miał jednak nadzieję, że Dude nie zrobi go w maliny, widząc krwiożercze spojrzenia tamtych typków w kącie. Nawet barmanka poszła umyć ręce! Niby chciał rozpiąć guzik płaszcza, a kciukiem wysunął kieł zawieszony na szyi, mrugając jednym okiem. Wystarczy, że się do niego przyzna i będzie po sprawie. Stracą zainteresowanie, Cat przeżyje, same plusy.

_________________


{motyw} {głos} {#b3a280}




Catrick
-----------
Bazyliszek    Oswojony

avatar

Liczba postów : 114
GODNOŚĆ : Hide Trick Kojima

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Gość on Sob Sie 26, 2017 10:51 pm
Siedział niemalże w bezruchu, wpatrując się w jedną z drewnianych kolumn — zdawałoby się, że zmienił się w kamienny posąg, który nie był zdolny do wykrzesania z siebie jakichkolwiek żywych, ludzkich odruchów. W rzeczywistości jednak nie otoczyła go żadna skalna powłoka, a skrzydlaty zwyczajnie zamyślił się, a wpatrywanie się w jeden, kompletnie nic nieznaczący punkt jakoś pomagało mu uporządkować myśli, które biegały mu po głowie. Co jakiś czas mrugał fioletowymi, podkrążonymi ślepiami, a jego klatka piersiowa delikatnie unosiła się i opadała podczas ledwo widocznej wymiany tlenu.
Zastój minął dopiero po kilku minutach, po nich Dudley jakby powrócił do życia — dźwięki kufli sunących po blatach, charakterystyczne brzdękanie naczyń i zawzięte dyskusje podpitych (lub już kompletnie pijanych) desperatów stały się dla niego żywsze, jakby właśnie obudził się z jakiegoś transu, a jego uśpiona czujność znowu powracała do łask. Szare, z brudnawymi końcówkami włosy były tak mocno rozczochrane, że określenie ich mianem artystycznego nieładu byłoby zupełnie nietrafne — wyglądały raczej jak poniszczona mopa do podłóg albo jak jakaś zdewastowana szczotka. Grzywka irytująco opadła mu na twarz, zasłaniając zmęczone oczy. Mimowolnie uniósł dłoń, by jednym, dość nieroztropnym ruchem ogarnąć irytujące włosie. Druga ręka zaczęła wybijać nieco przydługimi i brudnawymi paznokciami bliżej nieokreślony rytm o blat stołu, przy którym siedział skrzydlaty. Jego blade usta utworzyły zgrabną, poziomą kreskę, co optycznie jeszcze bardziej pomniejszyło wargi, które nawet naturalnie nie były zbyt duże.
Gdzieś za nim głosy stały się głośniejsze, nieco bardziej nieznośne — tak, nawet w takim hałasie dało się wychwycić zmanierowane rzępolenie typa, który już dawno przesadził z alkoholem. Specyficzna barwa głosu mężczyzny drażniła słuch fioletowookiego, choć ten nie miał zamiaru ruszać się z miejsca, bo był niemalże pewny, że chcąc nie chcąc wpadłby prosto w owłosione łapska któregoś z tych paskudnych desperatów, z którymi nie chciał mieć do czynienia. Może sam nie wyglądał jak model na wybiegu, bo czasy były ciężkie i parszywe, ale przynajmniej starał się utrzymywać jakiś poziom, a tamtym daleko było do poziomu wybrakowanej cegłówki. No i nie chciał na siłę szukać kłopotów, to zwykle kłopoty znajdowały jego, więc celowe utrudnianie sobie życia nie leżało w jego interesie.
Obejrzał się za siebie, ukradkiem zerkając na większe zbiorowisko ludzi i nieludzi. Większa część śmietanki towarzyskiej swoje świecące oczy skierowała w stronę wejścia do lokalu — zapewne pojawił się ktoś, kto przykuł ich wzrok albo zwyczajnie im się nie spodobał. Druga opcja może była nieco brutalna, ale jak najbardziej prawdopodobna — dlatego też Dude zwyczajnie nie przejął się tym, że w barze pojawił się ktoś nowy. Dla niego to było całkiem normalne — jedni wchodzili, inni wychodzili. Poza tym wolał się nie mieszać w nieswoje sprawy, wolał uniknąć sierpowego przypadkowo skierowanego w jego anielską twarz, masochistą przecież nie był. Chyba.
Powrócił wzrokiem do swojego stolika, uznając, że zwyczajnie nie warto zaprzątać sobie głowę jakimś niekoniecznie chcianym tu, w Melancholii wymordowanym (czy kim tam był ten nowo przybyły). Dłoń Dudleya płasko opadła na blat stołu, czemu towarzyszył charakterystyczny plask. Wolną ręką poprawił pazury przytwierdzone do paska spodni, bo te zaczęły go uwierać, gdy tylko obrócił się wcześniej do tyłu. Za pewne na nowo wgapiłby się w jakiś punkt wystroju wnętrza knajpy, gdyby nie to, że dosłyszał jakiś głos, który wyraźnie był skierowany w jego kierunku.
„D-daniel! Jak miło cię widzieć!”
Dopiero po chwili dostrzegł machającego Catricka. Jego kocia twarz była na tyle rozpoznawalna, że Dude nie miał nawet najmniejszego problemu by w wymordowanym rozpoznać przyjaznego członka smoczej organizacji. Na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech — zapewne z dwóch powodów. Pierwszym oczywiście było to, że Kot tak uroczo przekręcił imię skrzydlatego, machając przy tym dyskretnie; drugim najprawdopodobniej było to, że w końcu w lokalu pojawił się ktoś kogo szarowłosy znał, kto mógł się okazać idealnym kompanem do wypicia jakiegoś mocniejszego trunku. Dudley nie znał kotowatego za bardzo — nic dziwnego, w końcu wciąż był świeżakiem w najemniczej organizacji. Okazja, by kogoś lepiej poznać nadarzyła się sama, tak nagle — nie mógł z niej nie skorzystać.
Jestem Dudley — powiedział spokojnie, żeby naprostować błąd oswojonego. W jego głosie nie dało się wyczuć nawet odrobiny złości, bo doskonale wiedział jak jest. Miał mało charakterystyczny ryj, większość wołała na niego Dude, więc nie każdemu udawało się od razu go zapamiętać, a zwłaszcza jego imię. — Siadaj, napijemy się czegoś — zagaił, machnąwszy przy tym ręką w zapraszającym geście. Brzmiał trochę jak starszy kolega, namawiający młodszego do czegoś złego, choć zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy. Właściwie to nie miał pewności który z nich jest starszy, nie znał wieku wymordowanego, w ogóle nie znał go zbyt dobrze...
Podrapał się po policzku, zahaczając palcem o brodę.
Trick? — powiedział, chcąc skupić na sobie jego uwagę. — Opowiedz mi coś o sobie, nie znam zbyt dobrze innych Smoków. — Było to raczej zdanie twierdzące, a nie pytanie. Chciał go po prostu poznać, wypadałoby wiedzieć co niego o członkach organizacji, do której się należało od jakiegoś już czasu, prawda? Nie wiadomo kiedy ich drogi się złączą i będą musieli razem współpracować przy jakimś zlecaniu czy zadaniu. A lepiej było znać swojego sprzymierzeńca, zdecydowanie.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Alcide on Pon Lis 27, 2017 12:44 am
Zanim dwójka członków gangu CATS znalazła się w hotelowym barze, a ich oczom ukazała się drewniana, nadgryziona przez czas (lub głodnego wymordowanego, za czym optowałby sam Alcide), tabliczka informacyjna — głośne rozmowy i pijackie śmiechy wskazały im właściwy kierunek. Rozjaśnione przez desperackie słońce niemal do bieli włosy opętanego, w mgnieniu oka przybrały kolor dojrzałej pszenicy, którymi pokryte były dawno temu, w zamierzchłej, zapomnianej już erze, żyzne pola. Heterochromia, jak i naturalne kolory tęczówek, zostały zastąpione przy skromnej pomocy artefaktu, tak jak miało to miejsce każdego dnia, może z paroma rzadkimi wyjątkami od reguły, przybierając mieszaninę barwy zielonej z delikatnymi szarymi podtonami oczu jego tatusia. Alcide szedł przodem, przyjmując poniekąd zabawną rolę przewodnika ich wycieczki. Nie mógł sobie podarować zerkania co jakiś czas przez ramię, aby popatrzeć na kocie ruchy swojego zgrabnego towarzysza, które każdorazowo przyciągały jego uwagę i ciesząc oko wrażliwe na tak smaczne detale. Kąciki ust wymordowanego uniosły się w pozornie nieznacznym uśmieszku. Ubrany był w białą koszulę zapiętą pod długą szyję, która scaliła się z delikatnie zauważalnymi szarawymi tonami, i ciemne, podniszczone i poprzecierane gdzieniegdzie spodnie, w których to kieszeniach umieścił nonszalancko ręce, a na przegubach wprawny obserwator dostrzec mógł ciemne sińce (skóra wymordowanego okazywała się niespotykanie wrażliwa i łasa na tego typu prezenty), a gdyby całości nie dopełniał zadbany, jak na desperackie standardy — ma się rozumieć, granatowy płaszcz, można, by uznać, że dopasował się poniekąd do nazwy tego miejsca.
W środku baru ukazało im się mnóstwo desperackim, zapijaczonych mieszkańców liczących na namiastkę luksusu w tej zabitej dechami dziurze. Na ten widok uśmiech Alcide od razu zrobił się szerszy, nabierając bardziej wyniosłego wyrazu. Ta ludzka naiwność była miodem na jego skute lodem serce. Jako, że przyjął na siebie rolę przewodzącego ich wycieczce, poprowadził i siebie i Neely’ego w stronę baru, który wyjątkowo o tej porze cieszył się zmniejszonym zainteresowaniem, co wynikało niewątpliwie z dwóch cieciów warczących na siebie jak rasowe psy na końcu sali, niwelując dźwięk skrzypiących pod nimi desek. Awansowali przez to na atrakcję lokalu, zbierając całą uwagę, co stanowiło dodatkowy atut względem planowanych tu łowów. Alcide przebiegł bystrym spojrzeniem po twarzach klientów, ich ubiorze, jakby w poszukiwaniu przyszłej ofiary, choć ostatecznie znalazł się tam, gdzie prowadziły go jego własne nogi — przy barze i nie zboczył z obranego kursu.
Rozgość się, słoneczko, i posadź swoje zgrabne cztery litery — zwrócił się do Neely’ego serdecznym tonem Alcide, obdarzając go krótkim, zalotnym spojrzeniem. Niedługo potem sam zajął jedno z trzech miejsc przy barze, opierając rękę na jego blacie. Liczył na owocne łowy, które zadowolą jego oczy w zbliżonym stopniu, co śliczna buzia jego towarzysza. Och, nie mógł się napatrzyć na ten urokliwy okaz. — Daj nam tę namiastkę luksusu, po którą przychodzą ci wszyscy żebracy — tym razem słowa wypowiedziane przez wymordowanego skierowane były do mężczyzny za barem. Al czuł się od nich lepszy, o tysiąckroć. Musieli bowiem odgrywać rolę poczciwych klientów, spragnionych alkoholowych wrażeń, marzących o luksusie pożartym przez apokalipsę w ledwie paru kęsach, wtopić się w tło i… oszukać wszystkich. Na moment wzrok Alcide utkwiony został w alkoholu wyłożonym przed nimi przez barmana, a w jego głowie zamigotał inny plan, dodatkowa, ale jak słodka możliwość, która pozwoliłaby mu zagarnąć dla siebie wszystko, dosłownie. A to sprawiło, że odczuł zbliżone rozemocjonowanie niczym hazardzista stawiający wszystko na jednej szali, gotowy na wszystko albo nic.

_________________
{ #9087b3 | głos | theme song | poszukiwani }



Alcide
-----------
Opętany

avatar

Liczba postów : 92
GODNOŚĆ : Alcide Locklear.

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Neely on Wto Gru 05, 2017 10:50 pm
Zdawałoby się, że całą drogę do Melancholii pokonali w milczeniu — nie potrzebowali żadnych słów, by się porozumieć, jakby od dawna byli najlepszymi przyjaciółmi, którzy komunikowali się poprzez spojrzenia i ledwo zauważalne gesty, w których inni prawdopodobnie nie dostrzegliby nic specjalnego. Neely'ego i Alcide'a łączyła niebanalna relacja, która nawiązała się między nimi naprawdę szybko — w moment znaleźli wspólny język, a zwykła znajomość przerodziła się w coś, czemu najbliżej było do nieco dziwnej i niecodziennej przyjaźni. Raczej oboje chętnie spędzali czas w swoim towarzystwie, zapewne nieraz wspólnie załatwiali też jakieś sprawy dla kociej organizacji, ale tym razem postawili na odpoczynek i trochę rozrywki, o którą w hotelowym barze nie było trudno. W miejscach, w których wiecznie siedziała banda zapijaczonych osiłków zawsze coś się działo — raz talerze i kufle rozbijały się o ściany lokalu, przyozdabiając go swoimi ostrymi odłamkami, innym razem wszczynano jakieś bezsensowne bójki, a do latającej zastawy dołączały drewniane krzesła. Ale czego można było się spodziewać po towarzystwie, w którego żyłach płynęło więcej alkoholu niż krwi? Tylko imbecylowatych zagrywek i nieudolnych prób pokazania kto jest górą. Żałośni troglodyci.
W pijacki bełkot mogli się wsłuchiwać już podczas stawiania kolejnych kroków w stronę rysującego się przed nimi budynku. Yukimura posłusznie dreptał za swoim dobrym znajomym, wpatrując się w jego mieniące się w świetle słonecznym włosy. Każdorazowo, gdy tylko ich spojrzenia napotykały się, obdarowywał go subtelnymi uśmiechami i drobnymi gestami, które Locklear tak sobie cenił. Czasami czuł, że przy nim może być sobą bardziej, niż przy kimkolwiek innym, zupełnie jakby miał pełną wolność i swobodę w swoich działaniach, a przecież na tym zależało mu najbardziej.
Po wejściu do Melancholii wyczulony węch Neely'ego zapewne skonfrontował się z mieszanką zapachów, która niemalże przyprawiła go zawroty głowy — swąd taniego alkoholu, drażniący odór fajek z dolnej półki i nieprzyjemny smród spoconych cielsk były mieszanką prawie toksyczną. Zdecydowanie powinien spodziewać się takiego przywitania, ale nie zdawał sobie sprawy, że tym razem skumulowane zapaszki uderzą w niego z taką siłą. Momentami zapominał, że jest świeżo po wyleczonej chorobie, która niedelikatnie potraktowała jego organizm z buta — jego organizm wciąż był osłabiony. Spotkanie z łowcą nagród traktował jako odpoczynek, ucieczkę od zamętu, który ostatnimi czasy go otaczał. W jego towarzystwie udawało mu się zapomnieć o tych cięższych chwilach. Głowa raczej koncentrowała się na obmyśleniu planu działania, bo przecież będąc w hotelu nie mogli zaprzepaścić szansy pozyskania jakichś świecących fantów, które z wielką przyjemnością podwędziliby jakimś niczego nieświadomym desperatom.
Nawet nie zwrócił uwagi na mężczyzn siedzących na końcu sali, którzy ewidentnie mieli się ku sobie. Trzymał się blisko Alcide'a, by przypadkiem nie stać się częścią jakiegoś otwartego konfliktu. Na chwilę obecną wolał unikać większych kłopotów, bo nieidealny stan z pewnością utrudniłby mu ucieczkę, w razie gdyby coś poszło nie tak, jakby to sobie zaplanował. Pospiesznie przedostał się między jakimiś stołami i krzesłami, by ostatecznie dostać się do baru, gdzie oczywiście pierwszy dotarł Locklear. Neely pojawił się przy nim kilkanaście sekund później.
Moje zgrabne cztery litery aprobują ten pomysł — mruknął, zerkając w stronę swojego kompana szkarłatnymi ślepiami, które zdawały się lekko połyskiwać w mizernym świetle, rzucanym przez kilka małych żarówek wiszących nad barem. Kocur oczywiście bez większego problemu wdrapał się na stołek, rozsiadł się na nim wygodnie (a raczej najwygodniej jak potrafił), tym samym pozwalając odpocząć zmęczonym łydkom. Jedną z dłoni położył na drewnianym blacie, przesuwając po twardej strukturze przydługimi paznokciami. Już miał spojrzeć na Alcide'a pytająco, gdy ten wypowiedział kolejne zdanie, które dobitnie zasugerowało barmanowi, że ten powinien czynić swoją powinność. Kąciki ust Nobuyukiego same powędrowały ku górze. — Tylko nie żadne szczyny, bo ich nawet nie tknę — dodał z uśmiechem na twarzy. Mężczyzna za barem fuknął coś niewyraźnie, pokręcił się chwilę po swoim stanowisku pracy, a później dwa kufle zostały przysunięte pod ich nosy. Neely przyjrzał się badawczo barwie trunku, dłonią przysunął kubek bliżej, a nawet nachylił się, by móc zapoznać się z zapachem alkoholu, który o dziwo nie odrzucił go w pierwszym kontakcie, bo większość browarów przekreślał na starcie i zwykle tylko udawał, że pije, stwarzał pozory, wtapiał się w tłum (choć z tymi jasnymi, gęstymi kudłami było trudno).
Rozglądaj się ładnie i powiedz mi co spodobało Ci się tym razem. Łupami dzielimy się jak zwykle. Ja mogę zabawiać i rozpraszać, Ty korzystasz ze swoich niewątpliwie zręcznych dłoni i zgarniasz fanty. Mówię Ci, razem moglibyśmy zawojować świat — prawie wyszeptał do jego ucha, bo podczas wypowiadania tych słów przechylił się w jego stronę, puszczając na chwilę kufel, który wcześniej trzymał za wyszczerbione ucho. Zaraz po tym wrócił do swojej wcześniejszej pozycji i pierwszy raz skosztował zaserwowanego mu trunku. Zrobił ostrożny łyk, jakby spodziewał się najgorszego, ale miło się zaskoczył. Alkohol okazał się być znośny, a przełknięcie go nie było problematyczne. Oblizał usta i westchnął cicho. — Nie piję zbyt wiele, ale spodziewałem się czegoś znacznie chujowszego — tym razem nie silił się na szept, jakby jego opinię miał też usłyszeć barman.

_________________


KOCUR NAJPIERW PRÓBUJE CIĄGNĄĆ SMYCZ, ŻEBY ZA WSZELKĄ CENĘ
WYRWAĆ SIĘ NA WOLNOŚĆ, A POTEM SPOKOJNIE KŁADZIE SIĘ NA ZIEMI.



Neely
-----------
Członek CATS  Opętany

avatar

Liczba postów : 3933
GODNOŚĆ : Yukimura Nobuyuki, choć znany jest również pod pseudonimem — Neely.

Powrót do góry Go down

Re: Hotelowy bar.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics