Strona 9 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11  Next

Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Skoczek on 1/12/2016, 22:44
......Christopher miał dzisiaj nieciekawy dzień. Po dostarczeniu paczki do Wilczura, a także pokątnym upewnieniu się, że faktycznie ktoś ma się nim zająć, postanowił zająć się czymś pożytecznym. Niepokoił go ostatnio stan niektórych podpór, które przyjmowały część ciężaru góry (tudzież ziemi w niektórych poziomach) i utrudniały zawalenie się tuneli. Dodatkowo wyglądało, jakby skomplikowany system wentylacji zaczynał kuleć, przez co zapalenie jakiejkolwiek pochodni było bardziej uciążliwe niźli z reguły. Wbrew wszystkiemu było to dość istotne; powietrze w kryjówce musiało umożliwiać oddychanie, a duszenie się negatywnie wpływało na nastrój psychiczny. A złe Psy to... no cóż, niebezpieczne stworzenia.
Ostatecznie zamiast we własnych pokoju rozsiadł się w małym salonie. Ołówek, który najlepsze lata miał dawno za sobą tkwił między jego zębami, gdy Christopher w pamięci próbował dokonać pewnych obliczeń. Rysunek wykonany na starej kartce (notabene, ten towar robił się deficytowy, co zaczynało go martwić... jakoś nie uśmiechało mu się rzeźbienie słów raportu w drewnianych tabliczkach) był zapewne niezrozumiały dla większości Kundli. Cholera, nawet Pudel powoli przestawał rozumieć, co dokładnie chciał zrobić. Z tak bardzo ograniczonymi środkami nie mógł pozwolić sobie na miliardy układów, musiał zadowolić się najprostszymi. Odstawił na bok marzenia o złożonych podporach i belkach, a skupił na stropnicach i stojakach, stosowanych kiedyś w kopalniach. Niezbyt mu się uśmiechało podejmowanie decyzji odnośnie rodzaju obudowy, najpewniej stanie na krzyżach, chociaż złożona byłaby o wiele bardziej pewna... ale wymaga wiązania. A wiązanie pracy, chociaż na upartego do "polskiego" wystarczy siekiera i wprawa. Pominąwszy rzecz jasna cały fakt, że trzeba by zebrać drewno, odpowiednio je przygotować, zrobić obudowę tymczasową, zabrać się za wiązania, zagonić część osób do pracy... hmh, zaczynało to brzmieć co najmniej skomplikowanie. Na tyle, że Christopher z wrażenia właśnie złamał ołówek i zakleszczył sobie na moment szczękę.
Przez chwilę po prostu patrzył się ponuro w rysunek, po czym wypluł kawałki drewna, zaraz sprawdzając, czy rysik nadaje się jeszcze do czegokolwiek. Właśnie chyba zniszczył swój przedostatni egzemplarz, potem będzie musiał liczyć na długopis, którego wkład powoli dogorywał. No cóż, nikt nie powiedział, że życie na Desperacji będzie proste, niemniej Christophera niemalże przeżył załamanie nerwowe, gdy patrzył na żałosne resztki ołówka, który stanowił odzwierciedlenie jego założeń. Cóż, szansa na to, że uda mu się w ciągu pięciu lat odnowić konstrukcję podtrzymującą tunele i tak była bardzo optymistyczna, a powinien zacząć od bardziej zapuszczonych miejsc, gdzie, według obliczeń, zawał nie spowoduje reakcji łańcuchowej.
Problem pierwszy; materiały. Na tym chyba właśnie skończyła się praca, niemniej przy odrobinie szczęścia część belek w kryjówce powinna być jeszcze odpowiednia. Gdyby wesprzeć po prostu spróchniałe belki, to a nuż widelec utrzymają się dłużej, a on zyska na czasie, by zagonić kogoś do wycinania drzew. Notabene, najlepiej z Edenu, ewentualnie te, które wyhodowały anioły. Sorry, Winnetou, desperackie "roślinki" nie wykazywały chęci do współpracy. Nieważne. Póki co inspekcja belek.
Cholera, jeśli jesteśmy przy inspekcji, to chyba ktoś go ostatnio prosił o sprawdzenie łóżka polowego. Do tego wentylacja. Szlag by trafił, może by tak wszystko po kolei. Najpierw... najpierw należy się podnieść, bo standardowo zaliczyło się glebę na płaskiej powierzchni.
W sumie, Christopher od dawna nie potknął się o swoje kończyny, więc logicznym było, że w końcu musi nadejść ten moment. Choć tak właściwie ten jeden raz potknął się o czyjeś, bo oczywiście nie patrzył się przed siebie, tylko w podłogę. A myślami był hen daleko. Właściwie całym duchem znajdował się już trzy pomieszczenia dalej, podczas gdy tutaj zatrzymał się na drzwiach - a konkretniej w przejściu - jeszcze dokładniej, na pewnej wysokiej sylwetce. A już nawet nie na niej, a na podłodze, bo oczywiście jego równowaga nie wytrzymała tego starcia i znowu zębami szorował skalną powierzchnię. Nawet krótkiego lotu nie pamiętał, bo z zamyślenie wyrwało go dopiero uderzenie czołem o coś znacznie twardszego niż czyjaś klatka piersiowa.
Pudel westchnął, po czym obejrzał się przez ramię, by przyjrzeć się znajomej osobie. Jakoś nie spieszyło mu się do podnoszenia swoich czterech liter z ziemi.
- Jekyll - no shit, Sherlock, plus dziesięć za spostrzegawczość, jak tak dalej pójdzie, to może w końcu wyjdziesz na zero. - Mea culpa, przez ten wzrost pomyliłem ciebie ze drzwiami. Chociaż one z reguły wykazują się większą dobrodusznością i cierpi tylko moja głowa, a nie wszystkie części ciała.
Poprawił krótkim gestem przydługie kosmyki i z (para)gracją podniósł się z ziemi. Skrzywił się mimowolnie, dopiero teraz odczuwając minusy tak bliskiego kontaktu z podłożem, ale już po chwili skoncentrował się na przypadkowym towarzyszu.
- A tak ogółem, to dzień dobry, bernardynie - przecież kultura musi być.
avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Jekyll on 2/12/2016, 23:12
Odprowadził chorą kobietą do jej kwatery, ostrzegając ją po raz kolejny przed konsekwencjami zlekceważenia swojego stanu zdrowia, choć sama w sobie wyglądała bynajmniej na osobę przejętą, która nie miała zamiaru go lekceważyć i podważać jego kompetencji z zakresu medycyny. Posłusznie padła na łóżko, wykonując jego lekarskie zlecenie. Odetchnął więc z ulgą. Przypomniał jej, że odwiedzi ją wieczorem, by sprawdzić, że gorączka jej odpuściła i ruszył tylko w sobie znanym kierunku. Żyłka na jego skroni zapulsowała złowieszczo, kiedy przypomniał sobie o swoim głównym problemie, a był nim niewątpliwie jego nieokrzesany i nieformalny podpieczny, który po raz kolejny wykazał się nieposłuszeństwem i samowolką. Wpakował dłonie do kieszeni, idąc wzdłuż długiego korytarza, w którym mieściły się pokoje poszczególnych członków grupy. Ze udawanym spokojem przeczesywał siedzibę gangu w poszukiwaniu Hyde'a, który musiał się gdzieś zaszyć. Ta czynności nie należało jednak do zadań łatwych - pod postacią gada mógł być dosłownie w każdej, najmniejszej i najciemniejszej szczelnie. Lekarz miał nadzieje, że nie opuścił bazy, wtedy naprawdę urzeczywistni swoje groźby.
Z ust Jekylla jak na zawołanie popłynął arsenał soczystych przekleństwo w dokładnie trzech różnych językach świata. Poczuł jak coś małego, ale wystarczająco ciężkiego wpada na niego, próbując zwalić go dosłownie z nóg. Był bliski osiągnięcia swojego celu, bowiem doktor na ułamek sekundy stracił cały oparcie w grawitacji i podparł się framugą drzwi, by nie podzielić losu nieszczęśnika, który rozciągnął się przed nim jak długi. Co prawda Bernard miał przelotną możliwość złapania go w porę za ramię, ale nie zrobił tego. W nagrodę za próbę za żałosną próbę zwrócenia na niego uwagi. Spiorunował Skoczka surowym spojrzeniem - dominowała w nim w głównej mierze pogarda. Ta ofiara losu była mu szerzej znana jako chłopiec na posyłki, choć Dr miał świadomość, że piastowała o wiele wyższe stanowisko w hierarchii DOGSów niż komukolwiek mogło się wydawać. [i]Twoja[i], przytaknął, acz dla świętego spokoju przemilczał ten fakt.
Witam— przywitał się chłodno, ale nie miał zamiaru się rozwodzić na temat upadku Blacka, który notabene słynął z braku koordynacji ruchowej. Ciamajda z niego była jakich mało. Czasem stawał się obiektem żartów, samego Halliwella ten stan rzeczy jednak nie ruszał. Nie wszyscy musieli posiadać gracje baletnicy, a Christopher był na swój sposób przydatny i posiadał rzadką umiejętność – zawsze nawijał się lekarzowi pod rękę, kiedy akurat był Bernardynowi potrzeby. Poza tym miał angielsko brzmiącą godność i samym tym zagarnął sobie nutę sympatii Anglika.
Patrzył na niego z góry, dopóki Skoczek nie podniósł się niezgrabnie z podłogi. Nadal był niższy, ale różnica nie była w tej materii aż tak wyczuwalna. Jekyll więc przeszedł z zwykłych uprzejmości od razu do sedna, operując stanowczym tonem, w którym błąkał się angielski akcent:
W zasadzie dobrze się stało, że na mnie wpadałeś. Ten krzykliwy anioł, które stróżuje dobermanowi z genami żyrafy — spróbował sobie przypomnieć ich imiona, ale bez skutecznie — przyniósł do kryjówki cholerstwo w postaci grypy, więc możliwie, że tam na górze — tu miał rzecz jasna na myśli samą Matkę Desperacje — panuje epidemia — powiadomił go oficjalnym tonem, zgadując, że Pudel będzie zainteresowany tym tematem. — Ostrzegłem ją, aby siedziała na dupie w swojej kwaterze, zanim gorączka nie spadnie i nie poczuje się lepiej, ale to tylko jeden ze środków zaradczych. W miarę możliwości, dobrze byłoby gdyby ktoś przyniósł jej pitną wodę, bo w innym wypadku może się odwodnić. W stanie podgorączkowym ciało produkuje więcej potu niż w warunkach normatywnych, czego pewnie sam jesteś w pełni świadom. — Dr wolał uniknąć kwarantanny, czy nawet stanu wyjątkowo, który mógł być siłą rzeczy konsekwencją przenoszenia drogą kropelkową wirusa grypy, gdyby ten rozniósł się po siedzibie gangu. Z doświadczenia wiedział, że wirus sam w sobie rozmnażał się tempie gryzoni. Był w końcu czynnikiem, który zmniejszył drastycznie populacje w jednej z wiosek na Wsypach Brytyjskich, w której skądinąd przebywał na krótko parę lat po uderzeniu apokalipsy. Był właściwie jednym z niewielu ocalałych.
Przejechał długim palcami po niesfornych kosmykach, które opadały mu do oczu, w ramach zaczesania ich do tyłu.
Z mniej przyjemnych spraw - wiedziałeś gdzieś Hyde' a? — To było pytanie-klucz. Doberman nie był zbyt stabilny w momencie opuszczaniu pokoju 139, a co za tym szło - ze swoim śmiercionośnym jadem mógł stać się zagrożeniem na większą skalę niż sama grypa. Jego kondycja fizyczną też dawała wiele do życzenia. Szwy mogły puścić w każdej chwili pod natłokiem zbyt intensywnego ruchu i nawet jego umiejętności szybkiej regeneracji mogą sobie nie dać rady z produkcją łusek. W najlepszym wypadku mógł stracić przytomność na skutek zbyt wielkiego ubytku krwinek czerwonych, w najmniej przyjemnym wykrwawić się na śmierć.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Skoczek on 4/12/2016, 00:07
......Christopher był przyzwyczajony do tego, że czasem traktowano go z pewnym lekceważeniem i nie zwracał na to większej uwagi. Sam doskonale wiedział, skąd bierze się taki, a nie inny wizerunek jego osoby i godził się z tym bez większego problemu, nie widząc na razie potrzeby zmieniania tego. Jednak spojrzenie Jekylla zawsze napawało go swego rodzaju niepewnością, a przynajmniej przez pierwsze trzy sekundy. Później wymordowany uruchamiał swoje standardowe podejście "trudno, zdarza się i tak". Poza tym z tego co zdążył zaobserwować, na niewielką ilość osób Bernardyn patrzył się bez tej głębokiej pogardy czającej się w oku.
Pan i Władca Wszechświata, co?
No cóż, jeśli brać pod uwagę, że zajmuje się zszywaniem rannych, to na upartego można i tak to określić. Tak czy owak Pudel jak zawsze wstrzymywał się od oceny czyjegoś charakteru; to nie było jego zadaniem, poza tym jakoś nie wyobrażał sobie, że miałby siedzieć razem z Jekyllem przy angielskiej herbatce i rozmawiać na temat czynników, które mogły kiedyś na niego wpłynąć, poznać powody, dla których jest taki, a nie inny (zresztą, niektórzy byli jacy byli i nic więcej się za tym nie kryło). Nie cierpiał na brak wyobraźni, ale z jakiegoś powodu miał wrażenie, że już prędzej taka rozmowa mogłaby zajść na stole operacyjnym. A wtedy Pudel musiałby się raczej martwić, dlaczego to na niego spadła wątpliwa łaska bycia eksperymentem.
Nieważne. Skoczek akceptował aktualny stan rzeczy i nie zamierzał wpychać nosa tam, gdzie nie trzeba (co za życiowy postęp, z reguły to wychodziło mu najlepiej). Nie było mu to do szczęścia potrzebne, poza tym Bernardyn zachowywał się  cywilizowanie... a przynajmniej na tle co niektórych wymordowanych.
Ten krzykliwy anioł, które stróżuje dobermanowi z genami żyrafy...
- Rebekah i Kirin - mruknął cicho Pudel, bo tego rodzaju opis był dla niego dostatecznie konkretny.
Grypa? Cudownie, ponieważ gang ma za mało problemów na głowie. Nie dość, że na Desperacji ponownie pojawił się czynnik mogący negatywnie wpłynąć na liczebność Psów, to jeszcze dodatkowo w kryjówce pojawiła się osoba z grypą. W razie, gdyby zostało to uznane za drobnostkę, to jeszcze anielica podpadła Rottwailerowi, co dodatkowo komplikowało całą tą sytuację. A czarnowłosy wątpił, by ta sprawa została w pełni rozwiązana w najbliższym czasie, tym bardziej, że stan Wilczura pozostawiał jeszcze wiele do życzenia.
Zmiana priorytetów, Christopher.
- Dzięki, że mi o tym wspomniałeś, Jekyll. A do anielicy sam zajdę - rzucił, odgarniając nerwowym gestem grzywkę z oka, bo nie uśmiechało mu się prowadzenie mało przyjemnego dialogu z chorą, ale na razie nie miał większego wyboru.
Co prawda, złożył już raport Wilczurowi, ale ten konflikt najwyraźniej mógł być nieco bardziej skomplikowany i długotrwały, a konsekwencje pewnie będą nieprzyjemne. Jednak Skoczek wolał już teraz poznać pewne fakty, niż później radzić sobie z jakąś przypadkową plotką w organizacji (ich i tak już było pełno).
...wiedziałeś gdzieś Hyde' a?
Pudel uniósł lekko lewą brew do góry. Wykazywał się pewną resztką instynktu samozachowawczego i w pobliżu tego konkretnego Dobermana ostrożniej ważył słowa, niż czynił to z reguły. Nie unikał go jednak, jak to mieli niektórzy w zwyczaju - zresztą jego robota nie pozwalała mu na ignorowanie kogokolwiek z DOGS.
- Byłem przed chwilą w strefie mieszkalnej i nie rzucił mi się w oczy. Może jednak zawędrował do mniej uczęszczanych miejsc w kryjówce, chociaż równie dobrze mógł wyjść na Desperację. Jeśli tak, to czujka odpowiedzialna za obserwowanie wejścia powinna o tym wiedzieć - przekrzywił głowę, wpatrując się uważnie w bernardyna.
Potarł odruchowo nie do końca zagojony policzek, jeszcze nieświadomy, że zaczął wykształcać kolejny tik nerwowy. No cóż, nie wszystkim jest przeznaczone wygrywanie w pokera.
avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Jekyll on 5/12/2016, 00:48
Dr ze swoim aroganckim podejściem do życia, niemal każdego obdarowywał tym samym pogardliwym spojrzeniem. Było to przede wszystkim ugruntowane jego ego, który dla wielu było podobnej wielkości, co sama wieża Babel. Znał swoje poparte latami praktyki umiejętności, które lubił demonstrować, akcentując tym samym, że faktycznie je posiada. Nie wahał się też z nich korzystać, czy nawet wystawiać swoich pacjentów na ryzyko. Medycyna była eksperymentalną dziedziną nauki, więc siłą rzeczy w jej przypadku do wszystkiego można było dojść korzystając tylko i wyłącznie z znanej niewątpliwie dla wszystkich metody prób i błędów. Ofiary były w tej materii koniecznie do przekroczenia pułapu i osiągnięcia sukcesu. Halliwell złożył ich już wiele w swojej karierze lekarza. Najprawdopodobniej zabrakłoby mu wszystkich dwudziestu placów u rąk i nóg, by je zliczyć. Skoczek nie był brany pod uwagę jako królik doświadczalny w ogóle. Mógł spać spokojnie.
Tak, oni — przytaknął. Jekyll nie miał pamięci do pseudonimów, toteż łatwiej zapamiętywał cechy charakterystyczne dla poszczególnych osób. Bądź co bądź cechy żyrafy były nie do przeoczenia. Rzadko ktokolwiek mógł pochwalić się w swoim genotypie ich obecnością. Dla lekarza pokroju Halliwella, Kirin więc nadawał się idealnie na potencjalny obiekt eksperymentów. Tylko potencjalny, bo w obecnych warunkach i okolicznościach nie mógł go wykorzystać w ten sposób. Może kiedyś, w odległym czasie i przestrzeni, a może nawet innym życiu... Na pewno nie przepuści takowej okazji, jeśli zaistnieje.
Uśmiechnął się do Skoczka pobłażliwie. Christophera mógł porównać do książki z obrazkami - były czytelny nawet dla analfabety. On również. Nawet dla kogoś pokroju lekarza – upośledzonego w kwestii okazywania otwarcie uczuć. W jego ekspresji twarzy czy nawet samym modelu zachowania uwidoczniały się wszystkie targające nim emocje. To logiczne więc, że lekarz odczytał wszystko z jego postawy. W tym rozrachunku nie trudno było zauważyć, że barki Skoczka uginały się najprawdopodobniej pod ciężarem uzbieranych na przestrzeni miesięcy kłopotów, których rozwiązanie, przez wiadomą niedyspozycje Wilczura, przeciągnął się w czasie. W końcu to on podejmował ostateczne decyzje, a skoro wrócił do siedziby, trudno będzie tę zasadę przeoczyć.
Doskonale. Powierzam ją w takim razie w twoje ręce. Gdyby w jej stanie zdrowia zaszły jakieś niepokojące zmiany, daj mi znać — skwitował. Ton głosu nadal miał taki sam - bezbarwny, jakby był co najwyżej replikantem dawnego siebie. Poniekąd tak było. Metaforycznie, ale jednak. Nie miał zamiaru tego zmieniać - świadomość tego, że nikt w gangu nie znał faktów z jego życia, przed wstąpieniem do DOGS, była dla niego iście optymistycznym akcentem.
Podejrzewał, że Skoczek weźmie to na siebie. Sekretarz pewnie czuł się w obowiązku do przeprowadzania wywiadu środowiskowego z chorą. Sam Jekyll natomiast nie wiedział, że anielica zalazła za skórę Rottweilerowi. Ta informacja do niego nie dotarła, a on nie był żądny plotek, które bezpośrednio nie dotyczyły jego profesji.
Mógłbyś ją sprawdzić? — zapytał wprost. Obsługiwanie technologii, które nie miały nic wspólnego z pojęciem medycyny, nie leżało w kompetencjach lekarza, choć siłą rzeczy z nowym sprzętem medycznym tak czy siak był na bakier. Takowy widział ostatni raz na oczy w Chinach, a od tego czasu minęło sto lat z kawałkiem, więc pewnie w tej chwili nie miał nawet fundamentalnego pojęcia o nowoczesnym sprzęcie. — Przez splot pewnych wydarzeń niefortunnie utracił nad sobą kontrolę. W swoim obecnym stanie jest zagrożeniem dla innych, ale przede wszystkim dla samego siebie — przedstawił Skoczkowi sytuacje na skróty i oschle, jakby ona sama w sobie nie dotyczyła postaci Jekylla, a jego rola w tym wypadku ograniczała się do bycia postronnym obserwatorem.
Zauważając zadrapania na policzku Pudla, złapał w palce jego podbródek. Skierował go do światła, by się mu lepiej przyjrzeć i ocenić swoim fachowym okiem ten mały defekt.
Pocieranie rany nie sprawi, że się szybciej zagoi. Nieświadomie ścierasz naskórek. Jeśli swędzi, to oznacza, że trwa proces gojenia — pouczył, dostrzegając rzecz jasna tik nerwowy mężczyzny. Puścił jego podbródek. — Słyszałem, że Wilczur wrócił do siedziby z rozległymi ranami — wtrącił między wierszami, chcąc dowiedzieć się coś na temat jego dolegliwości od pierwszej ręki. Jak niemiał, Black zdążył mu w tym krótkim czasie złożyć wizytę. — W skali od jeden do dziesięciu, jak bardzo rozległe są jego obrażenia? — zainteresował się.
Oczywiście można było doszukać się drugiego dna w jego pytaniu. Jekyll lubił beznadziejne przypadki. Wiedział też, że Growlithe sam w sobie był wabikiem na kłopoty, czego ciągnąca się przed sześć miesięcy nieobecność była tego najlepszym potwierdzeniem.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Skoczek on 7/12/2016, 21:02
......Cóż, eksperymenty były dla medycyny czymś naturalnym, problemem była jedynie moralność ludzka. Wystarczy wziąć chociażby pod lupę Edwarda Jennera, który wpierw dokonał zaszczepienia materiałem zakaźnym ospy krowianki ośmioletniego chłopca. Gdy ten już przechorował krowiankę, naukowiec zaszczepił go ponownie, jednak już materiałem zakaźnym ospy prawdziwej. Chłopiec nie zachorował, ponieważ uzyskał odporność, więc hurrra, cieszmy się. Mało kto przejmował się tym, jak niebezpieczne mogło to być i czy sam badany wyraził na to zgodę. Jenner dalej cieszył się uznaniem, ponieważ jego metody pomogły w ocaleniu wielu ludzi. Gdyby z kolei przyjrzeć się doktorowi Mengele, to jego działalność została już uznana za zbrodnię. Pojęcie moralności zawsze było elastyczne w zależności od epoki i końcowych efektów.
Christopher jednak niekoniecznie zwracał uwagę na zainteresowania Jekylla, chociaż wbrew pozorom niewiele mu uciekało, jeśli w grę wchodziły działania Bernardyna. Mimo wszystko pozostawał raczej biernym obserwatorem. Zresztą rzadko kiedy wtrącał się w czyjekolwiek działania, dzięki czemu większość osób ignorowała jego nagłą obecność w pomieszczeniu i słowotok. To pozwalało mu się lepiej orientować w aktualnych nastrojach Psów oraz wyłapywać ewentualne nieprawidłowości w relacjach. Reszta to tylko ewentualny raport, jeśli coś zaczynało go martwić albo subtelne rozwiązanie problemu. No dobra, wyrżnięcie głową o wąskie przejście i odruchowe powiedzenie "przepraszam", nie jest delikatnym działaniem, ale również niecelowym. Za to jak cholernie skutecznym, od razu rozbawia towarzystwo, niezależnie od częstotliwości powtórzeń. A plotka w stylu "słyszałem, że X podpadł Y, bo powiedział coś Z", zmienia się w "zakład, że potknie się o buty zostawione w korytarzu?".
... nie każdy może być primabaleriną, czyż nie?
Szeroka gama gestykulacji, ekspresyjna twarz, prędkość wypowiadanych słów godna szybkości pocisków wystrzeliwanych przez karabin maszynowy - tak, faktycznie był czytelny nawet dla alfabety. Nie uważał tego za wadę, choć tych czasach szczerość była nieznanym towarem. Jeśli zaś o szczerości mowa;
- Mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby, ale w razie problemów na pewno ciebie znajdę - albo wyślę ekipę poszukiwawczą. - Przy odrobinie szczęścia to tylko pojedynczy przypadek.
Odrobinie. Przy kolejnej dawce może rozwiążą się inne problemy panujące na Desperacji.
Zaraz po kolejnej wypowiedzi Chris spojrzał się na Bernardyna i odchrząknął cicho z pewnym zakłopotaniem.
- Czujka jest osobą, a przynajmniej na razie. Ostatni działający prototyp, który miał przechodzić w finalną fazę został zeżarty przez wymordowanego - Pudel skrzywił się, jakby samo wspomnienie było dla niego bolesne. - Więc chwilowo mówimy tu o oddychającej istocie, o ile Hyde nie postanowił zmienić tego faktu. Niemniej o tym raczej zdążylibyśmy o tym usłyszeć, o tej porze w DOGS kręci się sporo osób. Tym bardziej biorąc pod uwagę ostatnie wieści.
Skoczek wbił spojrzenie niebieskich ślepi w twarz doktora, zupełnie jakby ten potrafił przewidywać ruchy swojego... podopiecznego? Chociaż równie dobrze można było tutaj użyć innej nazwy.
- Jeżeli wyszedł, mogę poprosić kogoś z latających, by zobaczył, czy nie narobił sobie, bądź też komuś innemu kłopotów, z nieba lepiej widać - w ostateczności Pudel sam już od dawna nie zmieniał formy, przez co powoli zaczynała go swędzieć skóra, co nie było najprzyjemniejszym uczuciem.
Z drugiej strony, teoretycznie Doberman sam potrafił o siebie zadbać, chociaż utrata kontroli z reguły była czynnikiem, który wywoływał alarm w organizacji. Zabijanie takich osób mijało się z celem, bo w końcu prędzej czy później ich wściekłość malała, ale z drugiej strony wszystko zależało od powagi sytuacji. Darmowa rzeź była ostatnim, czego im potrzebowało. Chociaż gdyby Hyde naprawdę miał zamiar roznieść wszystko na strzępy, raczej już byłoby to w pewnym stopniu widoczne. Poza tym...
"W swoim obecnym stanie jest zagrożeniem dla innych, ale przede wszystkim dla samego siebie".
Dostatecznie konkretnie, jak dla Skoczka.
Podsumowując, dzisiejszy dzień nieco go przygniótł do ziemi, chociaż przynajmniej ma czym zapracować na swoje "utrzymanie". Powstrzymał więc cisnące się na usta westchnienie, ale tiku nerwowego już nie.
- Aye, aye, kapitanie. Już to słyszałem, a nawet dostałem propozycję związania mnie, bym przestał to robić - wzruszył krótko ramionami. - Postaram się do tego dostosować, w końcu nie mam zamiaru załatwić sobie infekcji.  
Jeszcze, o zgrozo, musiałby ograniczyć mówienie. To dopiero byłby dla niego prawdziwy koszmar. Równie duży, jak fakt, że Jekyll spytał o Wilczura. Wzrok Christophera zupełnie nagle zbystrzał, jednak on sam uśmiechnął się niemrawo. To nie tak, że stan Growlithe'a stanowił jakąś olbrzymią tajemnicę. Bardziej chodziło o to, jakie informacje rozchodzą się w gangu i jak wpływają na wizerunek przywódcy. Co prawda wątpliwym było, by ktokolwiek chciał się połasić o stołek, ale problemem było to, co wydostanie się poza organizację.
- Powiedziałbym, że są poza skalą - tym razem nie zdołał już powstrzymać ciężkiego westchnienia. - Podejrzewam, że pobił swoje własne, prywatne rekordy. Osobiście wpiszę go do księgi Guinnessa, jak tylko ponownie zacznie kontaktować ze światem.
Odgarnął grzywkę z czoła, zaraz później przeczesując palcami resztę długich kosmyków.
- Skoro już jesteśmy przy tym temacie, ilu rzeczy ci brakuje w asortymencie? - jak na standardy Desperacji.
avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 7/12/2016, 23:09
Im mniej kroków dzieliło go od siedziby, tym bardziej czuł się odrealniony.
Kiedy ponownie pogrążyli się w całkowitej ciszy, Chartem zaczęły targać różne emocje, choć nie silił się na okazywanie ich w znaczący sposób, najpewniej przenosząc całą energię na możność chodzenia. Warto wspomnieć, że przebieżka po Desperacji wychodziła mu równie dobrze, co Wilczurowi stronienie od potyczek, więc nie dziwota, że skupiał swoje myśli na Nie upadaj. Trzymaj się w pionie. niż na Zrób smutną minę, bo się psiamać stęskniłeś.
Było ciężko.
Budzący litość kilometr wystarczył, żeby zalać potem żałosną imitację ubrania, którą miał na grzbiecie. Mięśnie znowu go rozbolały, nie mówiąc już o całkiem bogatym wachlarzu obrażeń, który zwieńczała niemal w połowie zażegnana lewa ręka, teraz wstępnie opatrzona przez drugiego zwiadowcę. Dawno przesiąknięty posoką skrawek odzienia nie dawał mu większych nadziei, więc pomimo swojej mantry Nie upadaj. Trzymaj się w pionie. zdarzało mu się na moment dokuczliwszego bólu pomyśleć Cholera… przecież jestem mańkutem. Nagle robił się bledszy, nagle ściskał mocniej trzymaną w palcach drugiej dłoni chustę i nagle o mało co się nie przewracał, w efekcie znowu skupiając się wyłącznie na marszu…
... dopóki nie utracił części trzeźwości, kiedy w końcu zobaczył ten upragniony właz do siedziby. Nie zemdlał jak księżniczka, tocząc się w dół drabiny w iście nie-królewskim stylu. Co prawda mroczki przysłaniały mu widok, a w uszach brzęczało mu niby stado much, ale był prawie pewien, że nie upadł, gdy w końcu jego płuca dopuściły do siebie ten znajomy, zatęchły zapach kryjówki. Od tej chwili najwyraźniej jego ciało uznało, że skoro Kurt osiągnął już zamierzony cel, może przestać używać rezerwy i w końcu dać wyraz temu, jak bardzo był wycieńczony.
Ten stan przypominał mu chwile spędzone w klatce, gdzie został wciśnięty, by wykrwawić się na śmierć. Leżał wówczas na wznak i pozwalał robić ze sobą cokolwiek, a myśli płynęły mu jakoś niezobowiązująco w każdą możliwą stronę, zapominając na jakich fundamentach musiały się w danej sytuacji opierać.
Nie potrafił skojarzyć, w którym momencie pożegnał się ze swoim wybawicielem, ale zajęło mu dobrą minutę, żeby zrozumieć, że nie porusza nogami, ba, sunie nimi bezwładnie po podłodze z głową zwieszoną ku dołowi. Dość dziwne uczucie, orientować się o takim stanie własnego ciała, a jeszcze dziwniej zdać sobie sprawę, że ktoś w tym samym momencie wrzeszczy ci nad uchem. Ha, nawet kojarzył ten głos, choć wstyd się przyznać, że nie potrafił przypomnieć sobie imienia tego Psa.
- Lekarza! Czy jest tu gdzieś Bernardyn?! – wrzeszczał jakiś barczysty mężczyzna, któremu Hitoshi przekazał Ailena jak pałeczkę podczas biegu. Porównując rozmiary tego Kundla do zmizerniałej sylwetki Sullivana, rzeczywiście wyglądał przy nim jak pałeczka.
- Ciszej, na miłość boską… - wycharczał obrzydliwie zachrypniętym, zdartym i pulsującym od bólu gardłem, choć zważywszy na półtrzeźwy stan, jego chwilowy środek lokomocji najwyraźniej tego nie dosłyszał.
- Jekyll! Całe szczęście… - westchnął, w pierwszym odruchu skupiając się wyłącznie na szukanej osobie. – Został przyprowadzony jakieś piętnaście minut temu, a ja szukam cię jak skończony debil po całej siedzibie. piętnaście…? No to chyba nie łapie oczywistości w zaledwie minutę, jak mu się wcześniej wydawało… - Nie jestem pewny, ale to chyba ten konusowaty Chart, prawda? Nie jest z nim dobrze. - powlókł się do środka, by zrzucić poturbowanego bruneta na wysłużoną kanapę. Przecisnął się przez wejście i skinął łbem do Skoczka, dając mu do zrozumienia spojrzeniem, że ta kwestia może dotyczyć również jego. – Nie wiem co się dokładnie stało, a młody zemdlał tuż przy samym wejściu. Byłby spadł w dół, gdybym akurat w porę nie wyciągnął ręki, niech skonam…
Okay, no to jednak ma zadatki na księżniczkę, skoro tak ochoczo mdleje wprost w ręce rycerzy.
Zabawne, że dopiero ta upokarzająca myśl pozwoliła mu otworzyć oczy i przyjrzeć się sytuacji spod brudnej, zdecydowanie za długiej jak na niego grzywki.
Zobaczył ich. Zobaczył Psy.
Po około dwuletnim powtarzaniu sobie w duchu, jak bardzo pragnął wrócić w to miejsce i spotkać kogokolwiek, kto podobnie jak on nosił przy sobie żółte barwy, nieco inaczej wyobrażał sobie co będzie w danej chwili czuł. Istotnie, w pierwszym odruchu chciał się nawet uśmiechnąć, jednak usta zastygły mu w nienaturalnym, sztywnym grymasie, z oczami tępo wlepionymi w trzy sylwetki tuż przed nim.
Co, jeśli faktycznie mieli go w dupie przez te całe dwa lata, tak, jak powiedział mu Hitoshi?
Otworzył usta, ale natychmiast je zamknął, czując, jak nie żal podchodzi mu do gardła, a skonsumowane wcześniej jedzenie, które nieprzyjemnie zmieszało się z zalegającą w żołądku krwią. Z pewnością zasugerował to wyrazem twarzy.






Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Jekyll on 8/12/2016, 00:04
/Aliena obowiązuje tylko tekst po enetrze. Skoczka niestety całość.

Przybywanie w towarzystwie Blacka to w zasadzie miła odmiana. Rzadko miał do czynienia z taką szczerą osobą, która nie ukrywała swoich emocji, a tylko je eksponowała swoją żywą gestykulacją. Machał rękoma tak energicznie, że lekarz był pod wrażeniem, że Pudel nie unosi się parę cm nad sufitem.
Miała znacząco podwyższoną temperaturę ciała. Jeśli nie spadnie, może dojść do powikłań. Układ immunologiczny w wielu przypadkach jest delikatny jak niemowlę — powiedział krótko, jednakowoż miał nadzieje, że interwencja jego domowych produktów w tej materii wystarczy i w linii prostej ówże lekarstwa spełnią perfekcyjnie powierzoną im rolę, nie wystawiając jego „dobrego imienia” na próbę. Nie mógł sobie pozwolić na taką sromotę w obliczu pospolitej grypy. Wszystko było też zależne od samego układu odpornościowego anielicy. Jeśli nie należała do jednostek nadmiernie chorowitych, powinna stanąć na nogi po trzech dniach regularnego zażywania oddanych jej do użytku substancji. Pod warunkiem, że nie zignoruje jego poleceń i będzie je sumiennie wykonywać.
Zapędził się. Zapomniał, że żywotność siedziby opierała się na pracy kilkunastu rąk, a nie maszyn. Z drugiej zaś strony nie był zainteresowany jej mechanizmem. Skupił się na swojej roli – interwencjach medycznych. To one w mniejszym i większym stopniu go interesowały. Jak na lekarza z powołania przystało.
Westchnął ciężko na sugestię, że Hyde mógł zabić czujkę. Co prawda doberman otrzymał od Jekylla wyraźny zakaz krzywdzenia członków gangu, jednakże nie można było wykluczyć takie ewentualności. Były pianista stał się na przestrzeni lat istotą nieobliczalną.
Hyde jest wadliwym eksperymentem — przyznał z ciężkim sercem, karcąc w akcie dezaprobaty głową, mimo iż jego ton wcale nie wskazywał na skruchę. Był taki jak zawsze – połowicznie chłodny, bezemocjonalny, jakby Dr nie mówił o swojej obsesji, a całkowicie obcej mu jednostce, która powstała w wyniku nieprzewidzianego błędu. Nie mógł ręczyć za swojego „podopiecznego” ani ręką, ani nogą. Kwestia zaufania w tym układzie była zubożała. Halliwell nie wierzył mu w żadnym aspekcie. Nie miał też ku temu żadnych podstaw. Hyde to niestabilnie emocjonalne monstrum. Mimo iż odzyskiwał jakąś część opanowania w towarzystwie Bernardyna i Wilczura, to nadal był niebezpieczny. To tylko kwestia czasu, kiedy instynkt zwycięży i weźmie górę nad pozostałościami po zdrowym rozsądku, w efekcie zaczynie zachowywać się jak zwierzę w pełni tego słowa znaczeniu. — Nie ukrywam, że jest rudymentarnym elementem moich badań, więc będę wdzięczny takiemu rozwiązaniu. — Propozycją Skoczka były jedynym słusznym wejściem z sytuacji. Szukanie dobermana na Desperacji, to jak szukanie igły w stogu siana. W tej materii wymordowani z ptasimi właściwościami mieli większe szanse na znalezienie go. Wyciągnął z kieszeni dwie ampułki surowicy. — Na wypadek, gdyby zaczął szaleć. — Wcisnął je do ręki swojego rozmówcy. Jad w kanalikach jadowych Hyde był niebezpieczny, to nie ulegało żadnym wątpliwościom. W końcu powstał w wyniku połączenia dwóch najbardziej niebezpiecznych węży jakie w dwudziestym wieku pełzały po padole.
Dr przyłożył dłoń do czoła. Jak można było się domyśleć, samo "postaram się" nie zabrzmiało przekonujące, mimo iż Pudel z natury nie był personą kłamliwą, a raczej wyjątkowo szczerą jak na realia Desperacji. Może właśnie dlatego Jekyll dla własnego spokoju nie skomentował jego słów, obdarzając go jedynie surowym spojrzeniem w ramach odpowiedniej motywacji.
Wytrzymałość Wilczura jest zadziwiająca — stwierdził w końcu, wnioskując to po reakcji Christophera. Bądź co bądź był osobą, która widziała ich przywódcę w różnych wariantach i mógł określić kiedy ten – kolokwialnie – przegiął pałę. Paru miesięczna nieobecność służyła temu bezwątpienia. — Aż człowiek ma ochotę pobrać próbki i je zbadać — dodał trochę konspiracyjnym, trochę rozmarzonym szeptem, unosząc kącik ust delikatnie ku górze.
Słyszał bowiem pogłoski, że Growtlihe posiadał ciekawą umiejętność regeneracji. Ta wiedza jednak w żaden sposób nie zaspokoiła ciekawości Bernardyna. Przyczyna tej osobliwiej umiejętności musiała leżeć gdzieś w jego organizmie. W końcu nie na co dzień spotyka się kogoś, kto przejawia objawy wampiryzmu. Czyżby skrzyżował się z nietoperzem? A może te stwory rodem z horrorów istniały? Niezwykle ciekawy przypadek...
Trybiki w jego głowie zostały sprowadzone na ziemie przez kolejne słowa Pudla. Zerknął na niego ukradkiem. Pytanie go o takie rzeczy było przejawem głupoty. Jekyll był zachłanny w kwestii medycznego sprzętu. Niech będzie. Postara się podjeść do sprawy obiektywnie. Druga taka szansa może się nie powtórzyć…
Priorytetem są bandaże, plastry, strzykawki, leki przeciwbólowe, igły, nici. Nie pogardziłbym też rękawiczkami, wodą utlenioną, gazikami, gipsem i maseczkami — wymienił, zaczynając swój koncert życzeń od zbędnego minimum. Asortyment miał sporo braków, głównie w kwestii łatania ran większego kalibru, a na przestrzeni kilku miesięcy uwidaczniał się elementarny deficyt najbardziej potrzebnych i podręcznych rzeczy, które w znaczącym stopniu ułatwiały życie i wspomagały leczenie. — Co prawda alkohol sam w sobie spisuje się doskonale jako środek odkażający i przeciwbólowy — w głosie Jekylla pojawił się ledwo wyczuwalny żal tym marnotrawstwem pełnowartościowego trunku zwierającego procenty — lecz na dłuższą metę aplikowanie go pacjentom może wywołać poważne szkody w ich ukrwieniu i samym układzie pokarmowym. — Czekał aż ten dzień nastąpi. — Mówiąc szczerze, wiele jednostek w gangu nie jest wystarczająco zmotywowana, by słuchać zaleceń lekarski. — Spojrzał wymownie na Skoczka, jakoby Pudel nie dość, że był tego wręcz doskonałym przykładem, to jeszcze ponosił za to w jakimś stopniu odpowiedzialność. Dawał zły przykład… — Z reguły lewatywy powinny załatwić sprawę nieposłuszeństwa, ale stety czy niestety nie mamy ku temu dobrych warunków, ani środków — dodał pod nosem, bardziej do siebie, niż mężczyzny. — Z rzeczy bardziej zaawansowanych – żaden z Bernardynów nie pogardziłby termometrem i stetoskopem. Na przestrzeni kolejny lat przydałoby się pomyśleć o wyposażeniu siedziby w bardziej specjalistyczny sprzęt typu kroplówki — podsumował swój wywód. Oczywiście nie miał tu na myśli zaawansowanej technologii na skalę specjalistycznego szpitala M-3. Jekyll wbrew pozorom był realistą i trudno było w tym wypadku przegapić istotny fakt – nie mieli dostępu do prądu, więc siłą rzeczy nie mieli predyspozycji, by podłączyć zasilanie. Jednak wygospodarowanie kilku wolnych kwater (których notabene było nadal sporo) w chociażby łóżka polowe, lepsze oświetlenie i podstawowe środki czystości, gwarantujące nieco więcej sterylności i podwyższenie standardów do minimum, znacząco usprawniłby prace lekarzom na stopie wykonywania swojej profesji. Poprawiłoby to zdecydowanie nie tylko samą efektywność, ale też zminimalizowałoby problem z czasem wręcz nieuniknionymi zakażeniami i powikłaniami. Wiedział, że zdobycie tego wszystkie nie należało do rzeczy prostych, lecz przy odrobinie chęci i samozaparcia, dałoby się to zrealizować. Nie wspominając już o sojuszu z Łowcami, którzy mieli pełną dostępność do dobrobytu miasta, więc w opinii Jekylla nic nie stało na przeszkodzie, by wykorzystać ich znajomości w tym kierunku.

Niemal histeryczny krzyk przeciął powietrze. Jekyll zerknął przez ramię w tamtym kierunku. Jego czas reakcji był jednak opóźniony, bo już po chwili jakiś mężczyzna wyminął ich i wpadł jak burza do pomieszczenia, dźwigając w ramionach zakrwawioną sylwetkę, która wymagała medycznej interwencji.
Mów o pół tonu ciszej.— Bernardyn nie miał żadnych wątpliwości, że przy użyciu tylu decybeli zaraz zlecą się tu postronni obserwatorzy. On nie był magikiem. Był lekarzem, do cholery, i potrzebował ciszy i spokoju, by wykonywać powierzoną mu rolę. Skądinąd nienawidził też jak ktoś patrzył mu na ręce.
Zerknął na przyniesione truchło w charakterze dzieciaka, którego kojarzył z wyglądu. Parę razy wylądował na jego przewrotnie niewygodnej kozetce z drobniejszymi problemami zdrowotnymi, które nie mogły się równać z tym obecnymi. Dr nie mógł przypomnieć sobie jego imienia – nie prowadził kartoteki, acz sam fakt, że tejże pies zaginął dwa lata temu nie umknął jego uwadze.
Wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
Chciałeś wyzwania, to właśnie ci je dostarczono…
Prychnął.
Nie jest z nim dobrze? Serio?
Jekyll zmarszczył nos, kiedy omiótł spojrzeniem na pół przytomną sylwetkę charta. Był jedną nogą w grobie, więc słowa mężczyzny w tej materii były wielkim niedopowiedzeniem.
Podszedł do nowego pacjenta na odległość paru centymetrów, co zaprocentowało tym, że zachwiał się, kiedy buchnął w niego odór rozkładu, krwi i potu. Dłuższe spojrzenie zahaczył o jego niedbale opatrzone ramię. Poły szmat przesiąkły krwią. Chart miał więcej szczęście niż rozumu. Kolejny urodzony pod szczęśliwą gwiazdą…
On się wykrwawia, matole, więc nic dziwnego, że zemdlał — oświadczył. Chłód wyparował. Zawładnęła w nim trudna do opisania ekscytacja. Wreszcie pojawiło się wyzwanie, któremu miał zamiar sprostać z pozytywnym wynikiem…
Podwinął rękawy kurtki i odczepił chustę DOGS od szlufki paska. Zawiązał ją na linii nosa, coby uchronić przynajmniej w minimalnym stopniu ten wrażliwy zmysł od nieprzyjemnych zapachów. Zerknął stanowczo na Skoczka.
Potrzebuję wody. Dużo wody. I szmat. Dużo czystych szmat. Na już. A ty — obdarzył barczystego typa krającym spojrzeniem— musisz mi go pomóc przenieść w bardziej dyskretne miejsce. Najlepiej do mojego gabinetu — oświadczył nieznoszącym sprzeciwu tonem. Salon był skupiskiem bakterii. Jekyll nie mógł pracować w takich warunkach. Nie miał też potrzebnych narzędzi. — Zorganizuj coś twardego i płaskiego, co może posłużyć za prowizoryczne nosze — dodał. Jakiekolwiek przenoszenie go bez minimalnego zabezpieczenia było przejawem skrajnego debilizmu. Mógł mieć w końcu połamane kości. Jekyll nie chciał ryzykować ich przemieszczeniem, które pewnie i tak nastąpiło, gdy ten beztroski kretyn przez piętnaście minut niósł go jak szmacianką lalkę.
Zbliżył się znacząco do charta, pochylając się nad jego skonaną twarzą. Zauważył, że jego mimika zmieniła się co najmniej dwa razy, odkąd znalazł się w pomieszczeniu, ale nie zareagował na to w żaden sposób. Mógł być to efekt mechanizmu obronnego przed bólem, niż chęć przekazania jakiekolwiek wiadomości. Skupiając się całkowicie na jego stanie zdrowia, przysiadł tuż obok niego.
Słyszysz mnie? — zapytał, chcąc sprawdzić jego reaktywność. Rzecz jasna nie spodziewał się w tym momencie barwnych opowieści, a jedynie lekkiego przytaknięcia, że pacjent posiadał minimalny kontakt z rzeczywistością.
Naciągnął jedną z jego opadłych powiek, by przyjrzeć się źrenicy, choć już teraz mógł stwierdzić, że miał do czynienia ze skrajnym wyczerpaniem organizmu i z licznymi obrażeniami ciała. Jednak przez warstwę brudu nie mógł się im przyjrzeć. Nie miał też z czego zrobić opaski uciskowej, toteż okropnie wykonany opatrunek musiał chwilowo zostać na swoim miejscu. Wszystko zależało w tym momencie od organizacji…


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Skoczek on 8/12/2016, 20:10
Christopher potrząsnął głową, nie chcąc wybiegać myślami aż tak bardzo do przodu. Poza tym według Pudla Rebekah była wystarczająco wytrzymała, by poradzić sobie z grypą, która próbowała rozpanoszyć się po jej organizmie, ale jak wiadomo - życie pisze różne scenariusze. Tak naprawdę prawdziwe kłopoty były dopiero przed nią, bo Growlithe raczej nie podaruje jej łatwo niesubordynacji. Dlatego Skoczek wolał pierwszy z nią porozmawiać; przy odrobinie szczęścia może zdoła znaleźć w miarę dobre wyjście z tej sytuacji. W zależności od tego, co można interpretować jako "dobre".
Chwilowo i tak priorytetem było niedopuszczenie do rozwoju grypy (no dobra, to był jeden z priorytetów, które ciągle mnożyły się Chrisowi w głowie) w siedzibie. Jednak w razie czego podejrzewał, że Jekyll sam zwróci uwagę na ewentualne objawy jej rozprzestrzeniania, chociażby z powodu dumy zawodowej. Jakby nie było, też miał swoją ambicję, z tego co zdążył zauważyć Pudel.
Hyde jest wadliwym eksperymentem.
Co nie oznaczało, że zawsze wszystko szło po jego myśli. W reakcji na te słowa brew Skoczka odruchowo podniosła się do góry, a on sam wbił spojrzenie w twarz Bernardyna. Wolał nie wnikać w szczegóły relacji między tą dwójką, jak na razie miał dostatecznie wiele problemów. Co nie zmieniało faktu, że Hyde powinien zostać odnaleziony. Co prawda jako Doberman powinien poradzić sobie na Desperacji, ale z drugiej strony, jeśli był w złym stanie... cóż, większość pewnie wzruszyłaby ramionami i powiedziała "jak jest kretynem, to niech sobie teraz radzi, darwinizm ma swoje plusy", ale Chris wolał uniknąć strat. Poza tym dalej istniało ryzyko, że Poziom E spróbuje załatwić kogoś ze swoich, co z kolei mogłoby doprowadzić do burdy w gangu.
- Twój rudymentarny element badań najwyraźniej nie zawsze jest zadowolony ze swojej roli - mruknął zgryźliwie Chris, po czym machnął ręką, nie chcąc przypadkiem wywołać jakieś szerszej dyskusji z Bernardynem na ten temat,a przynajmniej nie dzisiaj.
Chwycił ampułki, od razu oglądając je uważnie. Oderwał jeden z bardziej rozprutych kawałków rękawa, by zabezpieczyć je przez ewentualnymi stłuczeniami i schował ostrożnie do kieszeni, notując w myślach, że tą sprawą również trzeba się w miarę możliwości jak najszybciej zająć.
- Miejmy nadzieję, że do tego nie doszło - rzucił krótko, po czym podążył wzrokiem w stronę drzwi. - Postaram się jak najszybciej załatwić kogoś do poszukiwania Hyde'a.
Było parę osób, które prawdopodobnie mogły się tym zająć, a przynajmniej tak wydawało się Pudlowi. W ostateczności sam ruszy na poszukiwania, jak tylko załatwi najważniejsze sprawy związane z gangiem. Skoro nikt jeszcze nie krzyczał odnośnie trupa przy wejściu - Doberman musiał kontrolować się na tyle, by jak na razie zostawiać w spokoju swoich. To już było pewną pozytywną wiadomością.
Surowe spojrzenie Jekylla sprawiło, że Pudel westchnął cicho i podniósł ręce do góry na znak poddania. Naprawdę chciał się pozbyć tego nerwowego tiku, wystarczyło mu to, że tak czy owak zostanie mu na pamiątkę niewielka blizna. Tak to jest, jak się wpakuje swoją czuprynę nie tam, gdzie trzeba - chociaż przynajmniej raport z akcji mógł zdać w miarę porządny.
- Myślę, że wiele tutaj robi jego wewnętrzny upór i zaciekłość - powiedział, wsadzając kciuki za szlufki spodni. - To nie jest typ, który łatwo odpuszcza. Tym bardziej, jeśli chodzi o przetrwanie.
Kolejnych słów Bernardyna nie skomentował, głównie dlatego, że na usta cisnęła mu się kwestia typu "chętnie go dla ciebie potrzymam". Wolał jednak fakt wewnętrznej niechęci do Wilczura delikatnie maskować, bo jednak pozostały mu resztki instynktu samozachowawczego. Doskonale wiedział, że Grow zdaje sobie sprawę z jego antypatii, ale tak długo, jak szczekał tylko podczas prywatnych rozmów, a nie przy innych Psach - zdawał się to częściowo ignorować. Tym bardziej, że Christopher i tak pozostawał w pełni oddanej swojej pracy i gangowi, a jego lojalność była nie do podważenia. Z racjonalnych powodów, a nie czegokolwiek innego. Niemniej,  po prostu w obecności Wilczura przestawiała mu się zapadka odpowiedzialna za gryzienie się w język. Bywa i tak.
Zresztą, najwyraźniej tej umiejętności zawsze mu brakowało, ponieważ pytanie się lekarzy o spis potrzebnych rzeczy... z drugiej strony, Jekyll przynajmniej był w miarę konkretny. Chris nie musiał zapisywać sobie tego, co mówił mężczyzna - miał w końcu dostatecznie dobrą pamięć. Od czegoś w siedzibie był, a skoro nie od mordowania i akrobacji, to przynajmniej robił użytek z własnych zdolności i cech.
- Zobaczę, co da się z tym zrobić - rzucił Christopher, w zamyśleniu patrząc się w jakiś punkt na ścianie; najwyraźniej już wpadło mu coś do głowy.
Lista chociaż była racjonalna, to jednak długa. Poza tym Pudel zaczął myśleć, czy nie zorganizować jakoś spotkania z Marcusem. Chciał zobaczyć, jak nieobecność Wilczura wpłynęła na sojusz oraz, jakie plany mają teraz Łowcy. Prośba o dostarczenie sprzętu to kolejna kwestia, jednak nie mógł oczekiwać wszystkiego za darmo, dlatego musiał dobrze przemyśleć ten problem.


Rozmyślania Pudla przerwał krzyk. Mimowolnie drgnął i obrócił głowę w stronę drzwi, wyraźnie się napinając. Zamrugał, odruchowo próbując wypatrzyć coś w tunelach, szykując się na wyjątkowo niemiłą niespodziankę. Cofnął się dwa kroki, by zrobić więcej miejsca wpadającemu do środka Psu, nie chcąc przypadkiem podstawić mu nogi (a znając szczęście, na ziemi i tak znalazłby się on).
Niebieskie ślepia Skoczka skupiły się na nowo-przybyłej dwójce, chcąc w końcu zrozumieć przyczynę tego całego zamieszania. Ułamek sekundy później źrenice Chrisa rozszerzyły się gwałtownie, a serce parę razy nieregularnie załomotało, reagując w ten sposób na nagły skok adrenaliny w ciele właściciela. Co prawda w pierwszym momencie mózg odruchowo odrzucił podsuwany przez oczy obraz, nie chcąc skojarzyć rannego z tak dobrze sobie znaną osobą.
Ailen.
Ludzie się zmieniają, wymordowani zresztą też, ale nie w ten sposób. Smętna kartka z wizerunkiem Kurta i opisanymi informacjami na jego temat, mająca ułatwić znalezienie go, dalej wisiała koło listów gończych. Teraz jednak rozpoznanie tej samej osoby byłoby praktycznie niemożliwe na podstawie samego rysunku. Faktycznie, Chart nie był jedynym Psem, który zaginął. Christopher, często uaktualniając spisy, zauważał braki w osobach, co od razu meldował Wilczurowi. Czasem przejmował się, a czasem jedynie zaciskał wargi i brał się dalej do roboty.
Tego cholernego knypka nigdy nie zapomniał.
Zresztą, jak mógłby by, biorąc pod uwagę fakt, że to Ailen'a zobaczył jako pierwszego po odzyskaniu pamięci. Miał w sumie odrobinę szczęścia; kto inny pewnie próbowałby go zeżreć na przystawkę, ale Chart najwyraźniej uznał go wtedy za niestrawnego. A parę lat później wprowadził do gangu DOGS. Ilość razy, w których Pudel włamywał się do pokoju poziomu E pewnie przerastała wszelkie oczekiwania, ale była to jedna z niewielu osób, które Chris faktycznie uważał za przyjaciół.
A potem zniknął. Buch i nie ma, dziękujemy za uwagę.
Zero śladów, zero tropów. Z powietrza, z ziemi, z wykorzystaniem Psów, które naprawdę dobrze radziły sobie z beznadziejnymi przypadkami. Nic. Jedno wielkie nic. Zeżarli go? Wzięli na eksperymenty? Bóg go, cholera, wezwał? Z pewnymi faktami trzeba się pogodzić, ale nie ulegało wątpliwości, że Christopher ciągle się tym zadręczał. Po pewnym czasie o poszukiwaniach nikt już nie mówił, a ewentualne plotki o zmianie stron Pudel sam uciszał. Nie pochował jeszcze przyjaciela, chociaż mentalnie zaczynał się do tego szykować.
Życie pisze różne scenariusze, czyż nie?
Najwyraźniej. Chris ocknął się dopiero w momencie, gdy usłyszał głos Jekylla. Zamrugał, po czym zerknął na Bernardyna z niejakim szokiem, ale w pełni łapał to, co się do niego mówiło. Nerwowo zacisnął jedną dłoń w pięść i uruchomił część osobowości odpowiedzialną za myślenie. Woda - kuchnia, szmaty, czyste ubrania - magazyn albo jego okolice.
- To... Ailen - zdołał jedynie powiedzieć, po czym potrząsnął gwałtownie głową i zerknął na drugiego Psa. - W moim pokoju leży łóżko polowe. Było przeznaczone do naprawy, ponieważ nie ma "nóg". zostały przypadkiem oderwane. Wzmocniłem już jednak podstawę, więc się nie rozsypie, jak je weźmiesz. Powinno nadawać się na nosze, jeśli będzie inaczej, zajrzyj do magazynu.
Sam Pudel ostatni raz zerknął na Charta, po czym wybiegł z małego salonu, od razu kierując się w stronę kuchni. W normalnych okolicznościach starałby się po prostu szybko iść, by nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania, ale jako że przypadek wymagał natychmiastowej interwencji - sam siebie poganiał. Zadziwiająco gładko jak na siebie lawirował między Psami, w końcu dopadając do kuchni, chociaż mało co nie zaliczył kolejnej gleby, po raz pierwszy w życiu reagując na to wiązanką mało przyjemnych przekleństw. Pewnie lekko wystraszył Matyldę, ale po szybkim wytłumaczeniu jej sytuacji od razu uzyskał pomoc. Podczas gdy kucharka organizowała czystą wodę, sam udał się po jakieś czyste szmaty, które od biedy będzie można użyć jako bandaży. Przetrząsnął większość magazynów, nabazgrolił coś na liście zgarniętych rzeczy i wrócił do kuchni. Zdawał się być teraz zadziwiająco odseparowany od całej sytuacji, jakby śpieszył się i sam nie był do końca pewny dlaczego. Co jakiś czas przegryzał język w kolejnym tiku nerwowym, jednak w gruncie rzeczy już po chwili targał wiadro wypełnione w pewnej części czystą wodą. Miał o tyle szczęścia, że niedawno było wyparzane przez Matyldę, która dbała, by w pewnych miejscach nie rozwinęło się więcej zarazków niż powinno.
Grunt, że wrócił w końcu z powrotem do małego salonu. Nieprzyjemny zapach drażnił nozdrza, ale Pudel zdawał się nie przejmować tym faktem w większym stopniu.

|| Uh, uh. Trochę marnie, ale w tygodniu ciężko mi się skupić na odpisie ~
avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 8/12/2016, 23:37
Barczysty Kundel wzdrygnął się na słowa Bernardyna, chowając głowę w ramionach. W kwestii zachowania wydawał się być kompletnym przeciwieństwem stoickiego spokoju medyka, najwyraźniej samemu nie do końca zdając sobie sprawę co uczynić i jak się zachować. Choć wyglądał na zbitego psa, nie było wątpliwości, że otrzymanie jakichkolwiek instrukcji – nieważne w jak chłodnym tonie - w ogóle ruszyło go do działania. Nie ubliżając nikomu, wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie wyłącznie stać i tępo wpatrywać się w przebieg sytuacji, jak nie w pustą przestrzeń.
- J-Jasne! Tak.. tak… – zgodził się z kąśliwymi uwagami lekarza, widocznie w ogóle nie spodziewając się, że jakiekolwiek może od niego otrzymać; najwyraźniej na chwilę zapomniał do kogo się zwracał. Grunt, że przestał wszystkich irytować alarmującym tonem i ściszył się przynajmniej o dwa tony.
Czując, że za chwilę otrzyma zadanie, wyprostował się, jakby stanął na baczność. Jego mina jasno wyrażała, że nie do końca wiedział skąd miałby wytrzasnąć choćby najbardziej prymitywną parodię noszy, dlatego z wyraźną wdzięcznością spojrzał na Skoczka, który od razu pomógł mu w tym problemie. Natychmiast skinął głową do obu mężczyzn i przesuwając jeszcze jednym ciągliwym spojrzeniem po poturbowanym zwiadowcy, wybiegł z pomieszczenia, szybko znikając w ciemności korytarza.
Tymczasem procesy myślowe Sullivan’a przebiegały w żółwim tempie, nie dając chłopakowi szans na szybkie połapanie się w sytuacji. Zdążył skojarzyć, że stoi przed nim jeden z Bernardynów, jednak był w trakcie konsumowania literka po literce potoku słów wypowiedzianych wcześniej przez barczystego Kundla. Z tego powodu nieprzytomne spojrzenie wróciło do twarzy medyka z wyraźnym opóźnieniem.
Mrugnął raz.
Mrugnął drugi raz.
Skrzywił się.
Mrugnął po raz trzeci.
- Ta. Niedobrze mi. – rozdarł pomieszczenie boleśnie zachrypniętą odpowiedzią, która byłaby zanikła w biegu dziejących się w tle wydarzeń, gdyby jego słowa akurat nie wbiły się w zalęgłą w pokoju ciszę. Zdecydowanie inaczej wyobrażał sobie wypowiedzenie pierwszych słów do swoich kamratów z bandy, ale odkąd tylko zobaczył ten przeklęty właz, ogarnęła go przemożna chęć spoczynku. Pal licho, że niemal każdy mięsień drżał mu z wysiłku lub przemarznięcia; jesienna pogoda nie jest łaskawa dla obdartusów, biegających boso po Desperacji, jak jakieś cholerne rusałki. Ten przymusowy tryb półprzytomności najpewniej wynikał z braku snu, którym nie mógł uraczyć się ani podczas wędrówki do siedziby, ani tym bardziej podczas swojej odsiadki w ośrodku. Zresztą, ten kto choć trochę kojarzył Charta, wiedział, że zawsze był raczej konkretny, ba, w końcu zdawał te swoje raporty podczas zebrań, a nigdy nie kusił się o niepotrzebne ubarwianie swoich opowieści malowniczymi opisami przyrody czy własnych przemyśleń. Myślał zdecydowanie wolniej i trudno było mu się skupić na jednym konkretnym odczuciu, gdy paliła go po kolei każda część ciała. Niemniej uznał poinformowanie Bernardyna o ewentualnym pawiu za konieczność, licząc na to, że nie uzna tego jako skarżenie się na całokształt.
Siedział grzecznie i pozwalał ze sobą robić cokolwiek, co było przyjemną odmianą, zważywszy na standardowe, szczeniackie zachowanie. Co prawda tak wnikliwe przyglądanie się jego oczom wyraźnie nie budziło w nim zachwytu, bo choć niczego innego nie pragnął jak sklejenia do kupy, paradoksalnie miał dość kontaktów fizycznych z kimkolwiek lub czymkolwiek, co posiadało przynajmniej jako tako kończyny…
Po stosownym upływie czasu wrócił Kundel, niezgrabnie wnosząc podstawę pryczy do pomieszczenia i układając ją w niewielkiej odległości od pacjenta, o ile miałby taką możliwość. Zbiegiem przypadku jego powrót niemal idealnie zsynchronizował się z wejściem Skoczka, na którego natychmiast spadło spojrzenie Sullivana.
Bardziej zaskoczone, niż ustęsknione, jakby przez chwilę zapomniał, że wraz z powrotem do siedziby dostał w pakiecie możliwość ponownego ujrzenia twarzy osób, które były dla niego ważne. W gruncie rzeczy wyglądał na kogoś, kto – pomijając, że nie do końca rozumiał, co się dokładnie wokół niego działo – czuł się rozdarty. Co w ogóle czuć? Wciąż bolała go uwaga Hitoshiego, w którą uwierzył niemal z miejsca.
Grzywka zatoczyła mu się na oczy, więc wyjątkowo powolnym i niezgrabnym ruchem spróbował odtrącić ją z czoła drugą ręką, zachowaną w lepszym stanie. Minę w dalszym ciągu miał nietęgą, jednak poczuł swego rodzaju zawzięcie, gdy śmignął mu przed oczami żółty kolor, wciąż zakleszczonej w dłoni chusty. Nie mogąc wysilić się na żadne słowa (emocje emocjami, ale kultura wymagała nie rzygać na kanapę w akcie powitania), skierował chustę w stronę Skoczka, patrząc na niego znacząco. Cierpiał z powodu ugrzęźniętych słów, bo o ile trudno było mu się po ludzku przywitać, tak aż palił się, żeby zdać raport.
Chusta na pierwszy rzut oka wydawała się być jego – pasowała idealnie, sądząc po stopniu podarcia, zakrwawienia oraz innego upiększenia czasem i warunkami. Odróżniał ją jednak skrawek ciała wyszytego czarną nicią psa, który bez wątpienia nie był chartem, a kundlem.
Tymczasem Pies, który przed momentem wparował do pokoju z noszami, wyraźnie nie wiedział za co ewentualnie miałby Sullivan’a złapać, żeby go bardziej nie uszkodzić.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Jekyll on 9/12/2016, 00:56
Mimo iż ekscytacja wręcz w nim płonęła, wyposażył się w ostatnie pokłady cierpliwości. Czekał, aż chłopak zweryfikuje swoje położenie i udzieli mu odpowiedzi, sam badając wzrokiem każdy skrawek jego odsłoniętej skóry, aby chociaż połowicznie oszacować rozsiane na całej rozciągłości ciała obrażenia. W zielone ślepie doktora rzuciły się przede wszystkim poranione stopy, które świadczyły o tym, że delikwent przemierzył spory kawałek drogi na bosaka. Trudno było więc ustalić, które zadrapania były dziełem napastników, a które nabyte podczas desperackiej ucieczki. Posiadał liczne siniaki i zadrapania - płytsze i głębsze. Z niektórych nadal sączyła się leniwie krew. Nie mógł jednak oszacować ich faktycznego stanu i czy w ich przypadku konsultacja z igłą będzie konieczna. W paru na pewno. Zadrapania były brudne, oblepione piaskiem i potem. Chart, gdziekolwiek był, nieźle oberwał. W tej materii mógł więc z Wilczurem przybić sobie piątkę. Zapowiadała się ciężka przeprawa.
W pewnym momencie Jekyll przyłożył dłoń do jego czoła.
Cholera, ma gorączkę. Niby to nic nadzwyczajnego przy takim nadwyrężeniu organizmu, ale…
Złapał w zęby dolną wargę. Jeśli jego obawy się potwierdzą i na łonie Desperacji faktycznie grasował wirus grypy, osłabiony układ odpornościowy Aliena siłą rzeczy był dla niego łatwym celem.
Wymiotuj — zachęcił go. Jako lekarz z wieloletnim doświadczeniem nie brzydził się treści żołądkowych, wolał jednak upewnić się, że chłopak przy okazji zwracania jej, nie zakrztusi się swoim ostatnim posiłkiem w formie wymiocin. Miał ku temu niepowtarzalną okazję, ale pewnie nie posiadał ukrytych aspiracji, by zdechnąć w kałuży własnych wydzielin. Istniało też spore prawdopodobieństwo, że podczas „transportu”, Alien po prostu spadnie im z noszy. Notabene przedmiot ten nie będzie wyprofilowany, co zwiększało ryzyku, wolał więc uniknąć takiej możliwości.
Manifestując ulgę, wpuścił powietrze z ust, gdy dwaj mężczyźnie wrócili po pięciu minutach nieobecności.
Zrób prowizoryczny kompres — zwrócił się do Christophera. Halliwell skądinąd wymagał od niego trochę więcej sprytu intelektualnego niż od reszty członków gangu, lecz ku swojemu rozczarowaniu przy tej okazji się go nie doczekał. Pudel powinien wiadro i szmaty od razu zanieść do jego gabinetu i tam je zostawić. Rozkojarzenie Skoczka jednak mogło wyniknąć stricte z powrotu Charta, więc powstrzymał się do kąśliwej uwagi. Poniekąd nie było czasu na tego typu dyskusje. Musieli działać szybko, nim Alien utrzymywał jako taki kontakt z rzeczywistością i przede wszystkim oddychał samodzielnie.
Musisz ograniczyć swoje ruchy do zbędnego minimum - to zalecenie lekarskie. Pierwsze z wielu dzisiejszego dnia — zastrzegł, patrząc jak Pies prostuje dłoń, by przekazać coś sekretarzowi. Bernardyn bez zawahania pochwycił od Charta skrawek materiału, podając go tym samym Skoczkowi. Sam nie wykazał żadnego zainteresowania tym przedmiotem, to w końcu nie leżało w zakresie jego obecnych obowiązków. Nie mógł jednak wykluczyć ewentualności, że wraz z Alienem zniknął inny Pies i zwiadowca przyniósł w zestawie ze swoimi zwłokami ważną dla śledztwa poszlakę.
Połóż je na podłodze, o tak — zalecił barczystemu Kundlowi, a gdy ten wykonał posłusznie jego polecenie zgodnie z łopatologicznymi wytycznymi z ust Jekylla padło kolejne. — Musimy go przenieść. Byle delikatnie. — Podłożył więc jedną z rąk pod kark Charta, a drugą pod głowę, coby upewnić się, że nie uszkodzi mu przy okazji tej czynności kręgosłupa. Dzięki krótkim, acz treściwym instrukcjom po upływie minuty, pacjent leżał na wznak na pozostałości po łóżku polowym. Jekyll zdjął kurtę i okrył nią drżące ciało Aliena, dbając również o to, by lewa ręka była ułożona swobodnie wzdłuż zmizerniałego ciała. Bądź co bądź w kryjówce było stosunkowo chłodno, a czekała ich podróż na wyższy poziom. Wolał uniknąć sytuacji, w której ciało Psa całkowicie się wyziębi. W jego obecnej kondycji fizycznej nawet najmniejszy przewiew może okazać się tragiczny w skutkach. Siłą rzeczy i tak jego organizm będzie musiał się zmierzyć przynajmniej z jednym dość silnym w działaniu antybiotykiem. — Na trzy. — Zerknął na barczystego Kundla znacząco, by się upewnić, że go usłyszał. — Raz, dwa, trzy. — Dźwignęli prawie równocześnie parodię noszy, toteż poszkodowany tylko w minimalnym stopniu odczuł dyskomfort. — Do mojego gabinetu — rozporządził.
Chart, według założeń Bernardyna, stracił na wadze – i przez utratę płynów (w tym krwi), i przez wygłodzenie, toteż ciężar ciała był ledwo wyczuwalny. Przetransportowanie go do części mieszkalnej nie powinno w tej materii stanowić zatem dla nich żadnego wyzwania. Musieli się jednak śpieszyć. Czas nie był ich sprzymierzeńcem, a pierwsza doba dla samego zwiadowcy była najważniejsza. Jekyll musiał jak najszybciej zajął się krwawiącą ręką, która wydzielała nieprzyjemny zapach rozkładu. Wymagała konsultacji na cito.


ztx3
// Jeśli macie coś do dodania, zedytuję.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Skoczek on 28/3/2017, 22:31
.......Wypuścił z sykiem powietrze z płuc, zaciskając prawą dłoń w pięść i uderzając ją lekko, za to parokrotnie o ścianę. Po spotkaniu z Ailenem chciał w końcu załatwić jakże istotną sprawę, którą było porozmawianie z Rebekah na temat sytuacji w Edenie. Niestety nie został jej w pokoju 533. Podejrzewał, że jeszcze jest chora, dlatego jego niezadowolenie wzrosło, z drugiej strony, pewnie poszła po jakieś dodatkowe ciuchy albo upomnieć się o wodę, tudzież coś w tym stylu. Nie zmieniało to jednak faktu, że Pudel był rozdrażniony. Nie z racji tego, że musiał szukać dziewczyny. Po prostu był zły, że cała ta sytuacja trwała w zawieszeniu, zamiast zostać rozwiązaną dawno temu. Średnio wątpił w to, że cała ta buntownicza postawa anielicy tak po prostu pójdzie w zapomnienie, a z drugiej strony nie chciał żadnego większego rozlewu krwi, czy też długotrwałych kłótni z przywódcą gangu. Konsekwencje konsekwencjami, ale ostatnie, czego pragnął Chris, to oglądanie publicznej egzekucji (wątpił, by aż tak daleko to zaszło), czy też wystąpienia odnośnie powinności, które pewnie zakończone byłoby jakąś cielesną karą. Pewne rzeczy lepiej było załagodzić, w głębi duszy Pudel miał nadzieję, że całość skończy się w miarę dobrze. Z drugiej strony rozkaz Fuckera był dość konkretny, choć najwyraźniej nie do końca respektowany, być może dla tego, że jakoś nie przeszedł szerszym echem po DOGS.
Wracając jednak do meritum, blondyn dojrzał w końcu znajomą sylwetkę i odetchnął cicho z ulgą. Znalazł ją. To już połowa sukcesu, teraz tylko przeprowadzić w miarę sensowną rozmowę oraz wymyślić jakieś sensowne rozwiązanie tego problemu.
- Rebekah! - tak, widzę cię. - Muszę z tobą pilnie porozmawiać. Najpierw jednak powiedz, jak się czujesz? Jekyll wspominał coś o grypie.
Możliwe, że odrobinę martwił się o ewentualną epidemię, chociaż jak na razie nic nie zapowiadało tego rodzaju katastrofy. Cóż, chociaż jedna dobra wiadomość na paręnaście złych.
- Podejrzewam, że wiesz, jaką sprawę chcę z tobą poruszyć - miał trochę zakłopotany wyraz twarzy, zupełnie jakby nie chciał zabierać się za tą konwersację, ale z drugiej strony był zdeterminowany, by w końcu usłyszeć wszystko z pierwszej ręki.
Cała ta akcja ratunkowa wyszła inaczej, niż pierwotnie zakładali, ale przynajmniej wyszła. No. Powiedzmy, że wyszła. Tak to można ująć. Na upartego. Nieważne, że ostatecznie Wilczur wrócił zacznie później, niż powinien. Kto tam by zauważył, że nie było go w sumie ponad osiem miesięcy. Oprócz trzech czwartych Desperacji.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka



Stadami ruszamy, kruszymy mur
Dzielimy chleb, dzielimy BÓL
Słabi silni siłą silniejszych
Każdy jest WAŻNY, nikt nie jest pierwszy



avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11  Next

Powrót do góry