Strona 2 z 11 Previous  1, 2, 3, ... 9, 10, 11  Next

Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 24/2/2015, 01:35
Niemal natychmiast skierował spojrzenie ku dołowi, gdy wyczuł, jak coś delikatnie otarło się o jego nogę. Bez większej rewelacji uchwycił wzrokiem rozpływającą się w powietrzu czarną masę, do której mimo wszystko zdążył się już przyzwyczaić. Nie lubił jej. Doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości swojego pana, wiele razy na własnej skórze doświadczając pokazu specyficznych umiejętności, w tym także tej mrocznej mocy, z którą przed paroma sekundami miał bezpośrednią styczność. Na własne oczy widział, jak ludzie tracą życie za sprawą cieni, które przy użyciu woli szarookiego, nie były wyłącznie rozciągającymi się po ziemi czy ścianie czarnymi plamami, a materialną, śmiertelną bronią. Doskonale pamiętał jak brakowało mu tchu, gdy oplotły go czarne ramiona, tłumiąc jego szarpaninę i wierzganie nogami. Wiedział, jak wiele razy potknął się o wystający element cienia, gdy jego właściciel stwierdził, że trzeba pokazać niesfornemu słudze, iż jego miejsce było tylko i wyłącznie na parterze. Takich sytuacji było mnóstwo, jednak mimo szeregu nieprzyjemnych wspomnień, Ailen był w stanie wykrzesać z siebie coś na wzór podziwu. Ryan był silny, a jeśli tylko chciał – cholernie niebezpieczny. Jednak ten subtelny gest nie był w stanie zniechęcić sługi do podejścia bliżej. O ile miewał momenty, w których sam przed sobą musiał przyznać, że szarooki wzbudzał w nim lęk, tak gdy w tamtej chwili stał przed Ryanem z książką w ręce, nie czuł żadnego strachu przed jego siłą. Miał ku temu kilka powodów, jednak wyjaśnił to sobie w szczególności tym najbardziej oczywistym; nie dał Grimshaw’owi wystarczających powodów do kary. Znał skurwysyna osiemnaście lat, a nawet znacznie dłużej. Był w stanie zauważyć, że szarooki nigdy nie porywał się na nielogiczne posunięcia.
Nachalne podsuwanie książki pod nos opłaciło się.
Tylko chwila.
Jedno mrugnięcie.
Kilkaset wspomnieć zaczynało przybierać na barwie, stając się dla ich nosiciela coraz bardziej zrozumiałe. Wyraźne zarysowane urywki z jego poprzedniego życia, które za sprawą jednego, pamiętnego dnia zostało mu brutalnie odebrane przez los. Zielone tło. Murawa? Na pierwszym planie wysoki, wysportowany mężczyzna, Wilde, obok niego prezenter stacji telewizyjnej, który dzierżąc zawzięcie mikrofon w ręce, zadawał piłkarzowi pytania, przed kolejnym wstąpieniem na boisko. Nie pamiętał przebiegu dialogu, jednak był niemal stuprocentowo pewny, że jego idol posiadał inne umiejętności, niż tylko tężyznę fizyczną i niezwykły talent do gry. Trzymał w ręce owoc jego drugoplanowej pracy?
Nawet nie odczuł, że wstrzymał oddech. W przeciwieństwie do Ryana, on miał gdzieś uczucia malujące się na twarzy jego rozmówcy i tym razem nie z powodu ich absolutnego braku. Nie potrafił oderwać cielęcego spojrzenia od podniszczonej okładki książki, w pewnym momencie tak mocno zaciskając na niej palce, że aż opuszki zaczęły odznaczać się białawym kolorem.
Łatwo porównać go do otwartej księgi.
O ile na początku rozmowy jego entuzjazm był widoczny wyłącznie w roziskrzonym spojrzeniu, tak teraz z każdym kolejnym słowem starszego wymordowanego, twarz Ailena zdobił coraz to wyraźniejszy uśmiech, tym razem niezawdzięczający swojego istnienia ostrym jak brzytwa pazurom wroga. Kurt zdecydowanie za rzadko się uśmiechał… o ile z łatwością przychodziło mu mówienie o swoich uczuciach i myślach, tak czasami ciężko było mu przenieść swoje uczucia na mimikę. Gdy mówił komuś, że go nienawidzi, nie czuł potrzeby by marszczyć brwi, wydymać usta i wskazywać palcem na delikwenta w potępiającym geście.To samo tyczyło się innych aspektów.
Ale nie dzisiaj.
- Wow! – wyrzucił na wydechu i parsknął śmiechem pod nosem, z niedowierzaniem przyglądając się przetartej okładce. Podsunął ją sobie bliżej. – Pierwszy? – zapytał dla upewnienia, choć jego przejawy entuzjazmu nie wymagały od Ryana udzielenia odpowiedzi. Nareszcie jego zachowanie odpowiadało dziecięcemu, ledwie nastoletniemu wyglądowi. – Wilde wydał ją, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Nigdy nie miałem w rękach tego tomu. – usiadł tuż obok Ryana, podwijając jedną nogę ku górze, by prawy but mógł spocząć na kanapie. Błoto pobrudziło przetarty, zniszczony materiał, acz najprawdopodobniej i tak nikt nie zwróci na to większej uwagi. Mimo wszystko wszędzie był tu syf.
W końcu jednak oderwał oczarowany wzrok od książki i spojrzał na siedzącego obok szarookiego.
Uśmiech niemal od razu stracił na sile.
Widok kamiennej twarzy Rottweilera przypomniał Kurtowi o tym, że istnieje jeszcze coś, co normalni ludzie nazywają rzeczywistością. Nie bez powodu dodają jej też przymiotnik „szara”. Szybko uznał swój przejaw radości za słabość i czym prędzej sztucznie się go wyzbył, przywracając swojemu obliczu pozorny spokój… choć iskry w jego oczach płonęły dalej. Otworzył książkę na losowej stronie i przejechał po niej przelotnie spojrzeniem.
- To nie figurka, której jedynym celem jest stanie na półce, a książka. Takie rzeczy zazwyczaj opłaca się brać w ciemno, bo zawsze niosą ze sobą treść. Jakąkolwiek. Zawsze ktoś będzie ją chciał. – odparł, momentalnie przekierowując na Ryana to samo zawzięte, pewne spojrzenie. – Rozdział. – przysunął się nieco bliżej, acz uważając, by pod żadnym pozorem nie dotknąć właściciela. – Albo chociaż jedna strona.
Niemo wypowiedziane „proszę” w błysku czekoladowego ślepia.
Czy było to aż tak wielkie zaskoczenie, że to problemów ciąg dalszy?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 26/2/2015, 10:57
„Wow!”
Jak bardzo opętany mógł w tej chwili upodobnić się do ściany?
„Pierwszy?”
Z tego, co wiedział, to nie on tu miał problemy z czytaniem. Nie powtórzył się.
„(...) kiedy byłem jeszcze dzieckiem.”
Czyli nie tak dawno temu...
Dla niego nadal nim był. Nie chodziło tu o różnicę wieku, ale mimo tego, że Kurt przeżył o wiele więcej niż jego przeciętny, wizualny rówieśnik, w tym momencie kotowaty zdawał się zatrzymać na tamtym etapie swojego życia. Srebrnooki powinien wykrzesać wobec niego więcej empatii, ale nie był to towar, który dało się wygrzebać z kieszeni na zawołanie. Szkoda, co?
Widzę, że dość długo zajęło ci dojście do tego. ― Tym razem musiał otwarcie zaznaczyć, że nie widział jeszcze chłopaka w styczności z lekturami. ― Ale nadal podtrzymuję. Jeżeli nie jesteś w stanie jej przeczytać, to wciąż rupieć i zbiór liter, które układają się w słowa, a ty nie potrafisz ich wypowiedzieć ani zrozumieć ― mruknął tonem, którym przedstawia się najprostsze fakty. Nawet ten suchy ton mógł okazać się niszczeniem czysto dziecięcych marzeń, ale z jakiegoś powodu ostry szpikulec irytacji wbijał się Grimshawowi czaszkę, a on za wszelką cenę starał się powstrzymywać mięśnie twarzy przed ujawnieniem czarnowłosemu, jak bardzo drażniło go to dźganie. Chociaż i w tej sytuacji mógł pomóc swojemu podwładnemu, nie uśmiechał mu się ten pomysł. Być może dlatego, że jakkolwiek by na to nie spojrzał, nie potrafił dostrzec w tym żadnego celu.
„Rozdział.”
To on tu wydawał rozkazy.
Uniósłszy brew, przyjrzał się Kurtowi z pobłażliwym błyskiem w oczach. Powinien najpierw przedstawić ciemnowłosemu korzyści z wyświadczenia mu przysługi. Może doszliby do kompromisu w tej sprawie, a Jay nie trwałby w przeświadczeniu o nadchodzącej wielkimi krokami stracie czasu. Wciąż wyrażał znikome zainteresowanie książką, choć zdawało się, że była ona kluczem do jego świętej oazy spokoju. W zamian za to starał się doszukiwać dziur w zachowaniu młodszego wymordowanego, mimo że w samym sposobie jego patrzenia nie było niczego nowego. Przeanalizował dokładnie jego drobne potknięcie, by w chwili błagalnego błysku w ciemnych oczach zniszczyć wszystko, co Sullivan starał się zbudować w ciągu tych kilku sekund oczekiwania na odpowiedź. Odległość, którą młodzieniec najwyraźniej uznał za stosowną, została rozdarta w tak prosty sposób, w jaki drze się stary materiał. Jak zwykle bez najdrobniejszego przebłysku skrępowania przysunął się bliżej i zanim brunet zdążył zareagować, przewiesił jedno ramię przez jeden z wątłych barków, a na drugim oparł podbródek, chłodnym oddechem częściowo zakłócając skupienie. Wilgotne kosmyki otarły się o szyję i policzek Charta, a szatyn jak gdyby nigdy nic, wyciągnął rękę w stronę lektury i przesunął palcem po brzegu okładki.
Zrobimy po mojemu ― zaznaczył, zaczepiając palce o koszulkę levelu E, jakby nadal nie dotarło do niego, że zauważył tę nędzną próbę utrzymania dystansu. „Daj spokój. Nie tak blisko już byliśmy” – zdawał się podpowiadać jakiś niesłyszalny uszami szept. Ten szept narodził się w głowie.
Przewracane kartki zaszeleściły, gdy szarooki powrócił do początku książki. Przesunął spojrzeniem po stronie, na której znajdowało się zdjęcie autora poprzedzające jego opis. Stuknął palcem o wybraną stronę, choć zdążył już odczuć, że kocur nie potrzebował specjalnej zachęty, by skupić swoją uwagę na swojej zdobyczy.
Krótki opis twojego idola ― ostatnie słowo wypowiedział ze słyszalną dezaprobatą. W jego przypadku postawa kogoś bez autorytetów najpewniej nikogo nie dziwiła. ― Russel Wilde... ― zaczął takim tonem, jakby faktycznie przymierzał się do przeczytania dziecku bajki na dobranoc. Dokładnie w tej samej chwili przylgnął do oparcia, pociągając za sobą trzymanego w pewnym uścisku chłopaka. Jego przedstawienie szybko dobiegło końca, bo wyczytywane informacje o tym, że wspomniany wcześniej piłkarz był kapitanem drużyny takiej i owakiej, że wygrał mistrzostwa w 2864 roku, że był znany głównie w M1 i M2, a także inne fakty z jego kariery na murawie, nie doczekały się już zachęcającej do wysłuchiwania intonacji. Jak twierdził Rottweiler – wypowiadał te słowa w sposób, w jaki na to zasługiwały. Nie było tu miejsca na budowanie napięcia, nagłe zwroty akcji, a samej książki zapewne nikt do końca nie przeczytał. Egzemplarze bogate w ilustracje i zdjęcia, cieszyły się głównie oglądalnością.
Poczuł niemałą ulgę, gdy wreszcie mógł oderwać wzrok od nudnego tekstu.
Hm? ― wyrwało mu się, jakby chciał się upewnić, czy jego słudze już wystarczy. Spojrzał na niego z ukosa, ale natychmiast okazało się, że nie zamierzał czekać na odpowiedź: ― Pewnie czas zrobić to, co powiedział kiedyś jakiś mądry człowiek... Fuck it. Przetłumaczyć? ― odparł kąśliwie, zabierając rękę z jego barku i odsuwając głowę. Z tej perspektywy znów mógł spojrzeć na niego z góry. ― Jedna strona za nami. Skąd to zainteresowanie? Nie podoba mi się ten beznadziejnie dziecięcy wyraz na twojej twarzy. Kto by pomyślał, że prawie poczułem się... źle.
Jak zwykle bezpośredni. Całe szczęście, że wypowiedziane przez niego „prawie” naprawdę robiło wielką różnicę.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 2/3/2015, 23:49
Zabawne, że tak niewiele wystarczyło, by wymazać z jego oka błysk tej dziecięcej ekscytacji, gdy dotarły do niego wszystkie fakty niesione za sprawą tytułu podniszczonej czasem – i bez wątpienia marnymi warunkami przechowywania - książki. Szarooki miał w sobie tą niezwykłą moc, która zawsze potrafiła sprowadzić Kurta na ziemię. Nieważne czy krótkim słowem, spojrzeniem czy wyraźnym czynem, udawało mu się przekonać kotowatego, że jego wszelkie wyobrażenia są błędne bądź bezwartościowe. Ta sytuacja nie była od tego żadnym odstępstwem.
Mimo to całe zajście skwitował teatralnym przewróceniem ślepi.
Czy Ryan nie rozumiał, że na świecie istniało coś takiego jak wartość sentymentalna? Zapewne zdawał sobie z tego sprawę, acz prezentował swoją postawą osobę, która nie przechowywała w swojej posiadłości żadnych przedmiotów posiadających głębsze znaczenie, aniżeli to oczywiste, do którego ów rzecz została stworzona. Ta zniszczona książka nie została mu podarowana przez żadną bliską osobę (w gruncie rzeczy moment jej zdobycia nie był wyjątkowo spektakularny dla samego Kota). Jej historia przeplotła się z losami Ailena przed kilkoma godzinami, więc faktycznie mało przygód zdążył przeżyć ze swoim nowych skarbem. Jednakże dla Charta na dłuższą metę nie było ważne czy poradzi sobie w przyszłości z jej odczytaniem. Nie myślał o tym, że jej treść może być już dawno wymazana i kompletnie nieodczytywalna. W tej chwili wartość zachowanej w osobliwym stanie lektury wyznaczał fakt, że dzięki niej Kurt przypomniał sobie pasje, które dawno zaległy kurzem przez wszechobecne trudy Desperacji, jego codziennego życia. Książka stała się cenniejsza tylko dlatego, że Ailen wiedział, że jest ona o czymś, co było dla niego w przeszłości ważne, a zostało mu odebrane… skoro na nowo trzymał w rękach dowód swoich ówczesnych pasji, po co miałby go teraz wyrzucać?
Jednakże spełnienia prośby się nie spodziewał.
Jego spojrzenie nie raz i nie dwa urzekało rozmówcę bezczelną, szczeniacką pewnością siebie, która wręcz w królewskim tonie nakazywałaby wykonanie rzuconego jak z bicza polecenia. Już, teraz, natychmiast. Jednak mimo braku cierpliwości, pewien cichy głos, zwany racjonalnym myśleniem, podpowiadał mu, że męczy się i „prosi” na próżno. Wiedział, że nie było w obowiązkach Ryana, aby go zabawiać. Ani znosić jego obecności.
Spiął się nieznacznie, natychmiast delikatnie kierując głowę na bok, by choć po części uchwycić wzrokiem twarz szarookiego, która nagle znalazła się niebezpiecznie blisko niego. Pytające spojrzenie zgasiło wszelkie słowa z zapytaniem odnośnie takiego gestu. Czuł niewygodę. Trzymanie się w bezpiecznej odległości od Ryana nie było podyktowane jego osobistą niechęcią, a raczej formą unormalnienia relacji, które były pomiędzy nimi. Kurt nie do końca był w stanie zrozumieć zasady, na których szatyn tak go pociągał, dlatego potrzebował czasami chwil, w których wszystko toczyłoby się dawnym torem.
Dupek pokrzyżował mu plany.
- Twoje „po mojemu” wydaje się niepotrzebne. – odparł ze spokojem, odwracając łeb w stronę książki. Uniósł nieznacznie ramiona, przymierzając się do nagłego odsunięcia. … to pieprzone zawahanie. Dlaczego ktoś tak odpychający, musi go do siebie tak przyciągać? Samym durnym zapachem. Słodka czekoladowa woń była banalnym powodem do przystanięcia na postawione przez Ryana warunki, acz zadziałała, nawet mimo swojego małego przekłamania. Wyraźna deszczowa nuta przebijała się przez słodycz, którą Kot tak sobie upodobał, acz sam zainteresowany nie był wyjątkowo przejęty drobną niedogodnością. Drgnął za sprawą spotkania z zimnym oddechem wymordowanego i jeszcze zimniejszymi kroplami, skapującymi z jego włosów. Chłód był nieodłączną częścią każdego kontaktu fizycznego z Rottweilerem i o ile Chart doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tak zawsze za każdym razem łapał się na upokarzających reakcjach pod wpływem jego dotyku.
Z biegiem wyczytywanych przez Ryana słów, zaczął się wyraźnie rozluźniać, by w mniej więcej połowie tekstu stwierdzić, że obecne położenie absolutnie w niczym mu nie przeszkadza. Zamiast skupiać się na dezorientującym zapachu czy chłodnym oddechu Jay’a, Kurt zaczął odczuwać swego rodzaju podziw za samą umiejętność tak szybkiego przetłumaczenia tekstu z angielskiego na japoński i wypowiedzeniu go w należyty sposób. Jednak nieme pochwały szybko ustąpiły miejsca jego dziecięcej fascynacji odczytywaną treścią.
Słuchał jak zaczarowany, co jakiś czas mimowolnie przybierając na twarz uśmiech. Pamiętam to. Wspomnienia przestały być dla niego tak odległe i mimo nieuchronnej fali smutku, która miała go najść za sprawą uświadomienia sobie tak wielkiej straty jaką było człowieczeństwo, w chwili obecnej wydawał się wyjątkowo zadowolony z życia.
„Hm?”
Nie chcę, żebyś przerywał.
- Nie znam angielskiego, jednak co nieco jeszcze pamiętam, więc możesz sobie darować. – odparł, mrużąc nieznacznie wciąż rozżarzone ślepia. Tak, tak.. szkoda, że twoja pamięć obejmuje tylko „to chyba coś brzydkiego”, Ai. – Źle? – uniósł nieznacznie brwi, choć nie wydawał się szczególnie przejęty samopoczuciem Ryana. – Beznadziejny z ciebie przypadek. – wyrwało mu się – Lubię piłkę nożną. Stąd. – wyjaśnił lakonicznie, dołączając drugą z nóg, by również znalazła się na kanapie. Oderwawszy spojrzenie od Ryana, skupił uwagę na swoich pobłoconych butach. Podwinął palcem jedno ze sznurowadeł, lekko rozluźniając całe wiązanie. – Książkę znalazłem czystym przypadkiem. Cieszę się, że mimo wszystko wpadła mi w ręce. – odparł, wyjątkowo nienaturalnie próbując zachować neutralne nastawienie wobec całej sprawy. Każdy czułby się głupio, gdyby przyszło mu obcować ze skałą, samemu nosząc na twarzy banana od ucha do ucha. – Ale to już pewnie Cię nie interesuje. - huk. Zrzucił buty na ziemię, samemu siadając po turecku. Wbił zainteresowane spojrzenie w Ryana. - To takie dziwne? Pewnie nikt nigdy nie udokumentował, jak się uśmiechasz czy cieszysz, ale zazwyczaj ludzie to okazują. Nigdy nie miałeś żadnej pasji? - wbił łokieć w oparcie kanapy, podtrzymując łeb ręką. – Nie uwierzę, że nic nigdy nie sprawiało Ci przyjemności… - byłeś świadkiem jednej z jego „przyjemności”, Ai, więc po jaką cholerę zachciało Ci się drążyć ten temat… - Co lubisz robić?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 12/3/2015, 13:38
Cała ta sytuacja wydawała się ciemnowłosemu – jak to ujął Kurt – niepotrzebna, ale przede wszystkim zbędne były wszelkie komentarze chłopaka. Uciszające spojrzenie, którego młodszy wymordowany nie miał okazji dojrzeć, i tak było wręcz namacalne. Skoro Ailen prosił Ryana o tak wiele, musiał liczyć się z tym, że nie wszystko pójdzie po jego myśli, gdy jego pan zgodzi się przynajmniej częściowo spełnić jego prośbę. Oczywiście mógł trzymać dawny dystans, ale z drugiej strony nie uważał, by robił chłopakowi coś na tyle krzywdzącego, by budzić w nim chęć do natychmiastowej ucieczki. I właśnie dlatego, gdy młodzieniec zaczął się wiercić, silniejszy uścisk dopiero dał mu powody do narzekania. Zelżał wtedy, kiedy Sullivan wreszcie postanowił się uspokoić i wysłuchać nudnej biografii. Poniekąd miał nadzieję na to, że gdzieś w trakcie tłumaczenia tekstu, kotowaty uzna, że nie jest na tyle zainteresowany, a nowa książka sprawdzi się lepiej w roli podpałki.
Zamknął książkę z głośnym hukiem i odrzucił ją na drugi koniec kanapy. Pewnie zdawał sobie sprawę z tego, że rozmoknięta okładka może ucierpieć przez to jeszcze bardziej, ale był tym równie nieprzejęty, co brunet samopoczuciem Grimshawa. Rzecz w tym, że w ich przypadku to ciemnooki mógł stracić o wiele więcej niż jego właściciel.
W sumie ― odparł niejasno, gdy do jego uszu dotarła informacja o upodobaniach służącego. Przyjrzał mu się badawczo, a wykonanie oceny nie było na tyle kłopotliwe, by zająć mu dużo czasu. Jakby uwielbienie do piłki nożnej w ciągu tych ułamków sekund stało się tak oczywiste, że niejedna osoba puknęłaby się w czoło, gdyby wcześniej tego nie zauważyła. Ktoś inny być może pochwaliłby to, że wymordowany miał swoje własne pasje i zainteresowania i potrafił się ich hardo trzymać, choćby z grzeczności. Ale teraz miał do czynienia z Jay'em, a Jay miał wrodzony talent do miażdżenia radości mocnymi szczękami dezaprobaty. ― Nie spodziewałem się rewelacji.
Ciche bzyczenie nie zdołało przerwać monologu Kurta. Możliwe, że chłopak nawet go nie usłyszał, ale ciemnowłosy oderwał od niego wzrok, jakby to zwiastowało krótką przerwę w poświęcaniu mu jakiejkolwiek uwagi. Na szczęście, jeżeli dobrze obserwował szarookiego przez te wszystkie lata, mógł domyślić się, że to, iż sięgnął po telefon do kieszeni, by odczytać wiadomość, wcale nie oznaczało, że przestał go słuchać. Przez moment przypatrywał się ostrzegawczej wiadomości, a jego brew zawędrowała do góry, ale szybko wróciła na swoje miejsce, gdy z powrotem zablokował telefon i umieścił go z powrotem w spodniach.
Przewrażliwiony jak zwykle, mruknął do siebie, unosząc wzrok na Ailena.
Masz rację. ― Gdyby tylko za życia nauczono go trochę grzeczności, na pewno zaprzeczyłby i powiedział, że jeśli chce, może opowiedzieć mu więcej. Chętnie posłucha. Nigdy nie rozumiał, dlaczego większość lubiła aż do tego stopnia robić coś pod innych, byleby tylko nie poczuli się urażeni. Starał się żyć zgodnie z samym sobą i nie żałować, że zgodził się na wysłuchanie męczącej litanii. Nie był ani chodzącym pamiętnikiem, ani psychologiem. A już na pewno nie nadawał się do banalnych rozmów.
„(...) zazwyczaj ludzie to okazują.”
Wsparł łokieć na oparciu kanapy, a przechyliwszy głowę na bok, ułożył policzek na dłoni. Cierpliwie pozwolił dokończyć brunetowi, jednak gdzieś w szarych oczach zatliły się iskry niedowierzania, choć mięśnie twarzy zastygły w martwym bezruchu. Wybierał naprawdę kiepskie tory, zapominał o najważniejszych rzeczach, a opętany mógł tylko zastanawiać się, czy pogrąża się umyślnie, czy też zdaje sobie sprawę, że jego starania bardzo łatwo mogą zostać skazane na niepowodzenie.
Co jeszcze? ― zaczął, robiąc krótką przerwę, ale nawet ta przerwa nie wystarczyłaby, by Ai mógł cokolwiek wtrącić. ― Mój ulubiony kolor? Potrawa? Zwierzę? Czy wiem jak to jest być zakochanym i jaki jest mój typ? Długonoga blondynka czy niska brunetka? Odwieczny konflikt interesów. ― Machnął wolną ręką, w sarkastyczny sposób ukazując tym gestem ogrom tych ludzkich problemów, choć niezmienne opanowanie w głosie zupełnie do tego nie pasowało. Ale czemu się dziwić? Był po prostu nieludzki. ― Nie jestem człowiekiem. Nawet gdybym był, nie istnieje żadne prawo, które zmuszałoby mnie do oznajmiania z uśmiechem całemu światu tego, że właśnie to coś sprawia mi przyjemność. Może w twoim świecie panowały inne zasady. Żyłeś w klatce, kazali wierzyć ci, że to utopia. Nie musiałeś się niczym martwić, byłeś bezpieczny, mogłeś uganiać się beztrosko za piłką z kolegami, Szkoda, że musiałeś zdechnąć, żeby zdać sobie sprawę, że to wszystko blef. Może miałem pasje, może ich nie miałem. ― Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej paczkę papierosów, jakby z góry uznał, że do tak wyczerpującej rozmowy będzie potrzebował czegoś, czym zajmie ręce. Ale wystarczyło, że wysunął jednego papierosa, by zorientować się, że zdążył przemoknąć. ― Są rzeczy, które z biegiem czasu blakną aż w końcu całkiem znikają, jeżeli ich nie rozwijasz lub nie masz możliwości rozwijać. Trudno. Są rzeczy ważne i ważniejsze, a sam zawzięcie używasz czasu przeszłego. Myślisz, że to jeszcze ci się do czegoś przyda? ― Rzucając mokry papieros na ziemię, kiwnął podbródkiem w stronę zdezelowanej książki. ― Oczywiście mówię o piłce nożnej ― sprostował. Ktoś taki z pewnością nie mierzyłby w samą czynność czytania, której często się oddawał.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 18/3/2015, 23:40
Siedzibę przepełniały różnorakie dźwięki, dlatego uaktywnienie kolejnego z nich w tym otoczeniu mogło przejść niezauważenie. Stukot z dołu i charczenie z góry nijak miały się do subtelnych wibracji, dobiegających z kieszeni ciemnowłosego, ale Kurt istotnie nie zwrócił na nie większej uwagi, dopóki jego rozmówca sam tego nie zrobił. Nie przerwał swojego, jak to poprzednio ujęto, „monologu”, acz ton głosu zdał się nieznacznie zmienić. Nikt nie lubił, gdy jego słowa zostały spychane na dalszy plan i choć kotowaty miał świadomość, że Ryan ani na chwilę nie przestawał wyłapywać z jego zdań kolejnych – zapewne bezwartościowych – informacji, to jednak wolałby, aby nikt nie przeszkadzał mu w rozmowie. Nawet jeśli zaraz po postawieniu kropki, ta cholerna kocia ciekawość zaczęła pchać mu na język kolejne pytania. Ciężko było mu oprzeć się pokusie, by z niedopuszczalną wścibskością pochylić się nad szarookim i wyczytać odebraną treść, acz uznał, że lepiej dla obu stron będzie, jeśli Ailen najzwyczajniej w świecie nad sobą zapanuje. Niech akcja przebiega tym charakterystycznym, przewidywalnym torem… sms, pytające spojrzenie, brak odpowiedzi, koniec tematu.
„Masz rację”.
Chociaż w tym.
Musiałby być głupcem, by oczekiwać od niego bardziej zaawansowanej formy okazywania zainteresowania, aniżeli sam fakt wysłuchania tego, co miał mu do powiedzenia. Kurt zdawał sobie sprawę, że dla kogoś pokroju Jay’a były to kolejnie nieprzydatne informacje, dlatego wysilił się na pewną dozę zrozumienia i skwitował jego podsumowanie krótkim kiwnięciem głowy i wyrazem twarzy, mówiącym sam za siebie „spodziewałem się”.
Im dłużej przysłuchiwał się słowom szatyna, tym bardziej w jego głowie jaśniała scena, w której miał przyjemność brać udział niespełna kilka miesięcy temu. Wspomnienie nieśmiało wychylało się spomiędzy jego pamięci i choć główny temat był w gruncie rzeczy rozbieżny, dotykał pewnej kwestii, która od dziecka była dla niego wystarczającym powodem, by zamknąć usta i chłonąć kolejne historie, jeśli tylko nadarzałaby się ku temu okazja.
Szkoda tylko, że opinia na ów temat, o którym miał okazję posłuchać, była tak sprzeczny z tokiem myślenia szarookiego. Chociaż.. może to i lepiej? Wiedza staje się bogatsza, gdy ma się wgląd na obie strony; pozytywne i negatywne.
- Nie wiem. – skwitował, odrywając od niego spojrzenie. Zwolnił swój łokieć z funkcji podpórki, opadając wygodnie plecami na oparcie wyniszczonej kanapy. – Najprawdopodobniej już nigdy mi się to nie przyda.  Podobnie masa innych rzeczy, których się kiedyś nauczyłem. – zerknął z ukosa na książkę - Jak rozumiem jesteś zawziętym zwolennikiem robienia wszystkiego z sensem. W takim razie dlaczego w ogóle zgodziłeś się to przeczytać?  Nie sprawiło Ci to przyjemności. Z nudów? Wolisz nudzić się sam. – stwierdził spokojnie, uznając, że kierowanie tej rozmowy na prywatne życie Ryana w tak bezpośredni sposób, najprawdopodobniej i tak nie przyniesie żadnych rezultatów.  Z drugiej strony siedzenie cicho przyniosłoby ten sam efekt, a jednak dawało mniejszą nadzieję. – Jeżeli tylko dla zabicia czasu, to ja z takich samych powodów znowu zagrałbym w piłkę. Nawet jeśli brzmi to tak cholernie śmiesznie. – sięgnął za wilgotny, podniszczony brzeg książki, ponownie przysuwając ją do siebie. Był przygotowany na kolejne gaszące słowa Ryana, czując, że poniekąd sam zaczyna mu się podstawiać. Życie było zmienne, a Kot nie żył w bajce, choć jak się później przekonał, do pewnego momentu tak właśnie było. Ktoś jednak postanowił zakończyć jego baśń w stylu wyjątkowo niewspółczesnym. Podkoloryzowane zakończenia diametralnie różnią się od tych, które można przeczytać w zbiorze Braci Grimm czy innym im podobnym. Chodziło o pouczenie, nie piękną suknię czy wesele. Jakim morałem było dla Ailena zakończenie, w którym przyszło mu grać główną rolę? Życie to suka. Prosty i zwięzły… choć dla Kurta z jakichś powodów nie wykluczał on tego, co uważał w swoim „baśniowym” żywocie za najlepsze. Może faktycznie chodził po ziemi za krótko, by zrozumieć, że nawet najlepsze wspomnienia mogły przestać mieć jakiekolwiek znaczenie. Póki co przemawiał przez niego sentymentalizm i mimo zejścia z twarzy zdziecinniałego uśmiechu, wciąż uparcie wżarta ekscytacja.
- Jeżeli mój świat był klatką, to ciekawe czym dla ciebie był twój. – rzucił, odsuwając się znacznie od Ryana. Zaraz jednak przekręcił się na bok i opadł na plecy, idealnie wymierzając, by jego głowa ułożyła się na udzie Rottweilera. Absolutnie nieskrępowany pozycją, w której się znalazł, wbił w pana wyjątkowo zaciekawione spojrzenie. Mimo wszystko nie pozwolił sobie na ucięcie tej myśli ciszą. – Poczytasz mi jeszcze?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 24/3/2015, 18:32
Dlaczego? To przecież takie oczywiste...
Dzieciaki zwykle zniechęcają się, gdy każe im się wysłuchiwać suchych faktów. Tym bardziej te, które wolą uganiać się za piłką niż pochłaniać teksty w książkach. Liczyłem, że podziała to też na ciebie ― wyjaśnił, dość mocno mijając się z prawdą. Ale nie do końca. W końcu liczył na to, że dosłownie wyżre z niego ten cholerny entuzjazm, którym zatruwał mu powietrze. Grimshaw był ostatnią osobą na świecie, która podyskutowałaby z nim o wynikach Euro 2004. ― Jasne. Próbuj szczęścia.
Może przy jego odrobinie żaden gracz nie przegryzie ci piłki.
Nie poruszył się, gdy Kurt sprawił sobie z jego nóg poduszkę, choć nagła potrzeba bliskości wykazywanej przez wymordowanego nijak pasowała do wcześniejszej próby trzymania się na dystans.
Mój świat nie ograniczał się do kilku zamkniętych skupisk ludności, którym wmówiono, że cała Ziemia ogranicza się do miast i kilometrów suchej ziemi zakończonych jedynie bezdennym urwiskiem. Teraz to jest mój świat ― mruknął, nie wykazując przejęcia wszystkimi gwałtownymi zmianami, które nastąpiły podczas jego życia. Ostentacyjnie przemknął wzrokiem po ciasnym salonie, ale to pomieszczenie było zaledwie drobną częścią jego świata. Świata, który kiedyś istniał tylko w filmach. Apokalipsa, żywe trupy, krwiożercze bestie – jeszcze tysiąc lat temu sam śledził czasem te zdarzenia na ekranie, pełen przekonania, że to nigdy nie nastąpi. A efekty specjalne i tak były kiepskie.
Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nawet do tego, że żeby przeżyć, nie musisz spędzać kilka godzin za biurkiem, by zarobić na chleb, a poderżnąć komuś gardło. Rzecz jasna, nie będę próbował ci wmówić, że wtedy ― kiedykolwiek to było ― zawsze było kolorowo.
„Poczytasz mi jeszcze?”
Myślał, że wyraził się jasno, a jeżeli nie dostatecznie – cień zmęczenia, który przebiegł po jego twarzy, gdy z powrotem zaczął przypatrywać się twarzy chłopaka, mówił sam za siebie. Gdyby nie podpierał się łokciem o oparcie, w tej chwili ręka by mu opadła. Druga i spoczywała na zapadającym się podłokietniku. Zdążył już sam przed sobą przyznać, że popełnił błąd, zgadzając się na to już na samym początku.
Nie. ― To chyba tyle w temacie. ― Może odkryjesz w sobie motywację do nauczenia się angielskiego ― rzucił, nawet nie ukrywając, że wiara w jego sumienność sięgała dna. Jego metody wychowawcze byłyby doprawdy niezawodne. ― Albo możesz pomyśleć o czymś użytecznym, jak...
W milczeniu rozejrzał się po salonie. Powieki przymrużyły się lekko w skupieniu, jakby to tu starał się znaleźć odpowiedź. Pośród tego syfu jedyną odpowiedzią byłoby sprzątanie, ale tutaj nikomu nie chciało biegać się ze szmatami i zamiatać naniesionej trawy. Oderwał rękę od policzka i gwałtownie zsunął łokieć z oparcia, już spoglądając na chłopaka z ukosa. Masywne przedramię opadło na jego szyję i lekko poddusiło, zadzierając jego podbródek do góry. W pierwszej chwili z premedytacją odciął mu dostęp do tlenu, ale ciągnęło się to przez zaledwie dwie sekundy, zanim przedramię zastąpiły zimne palce, które lekko przytrzymały młodzieńca za gardło, sprawiając wrażenie nałożonej mu obroży.
Samoobrona. Widzę, że bycie dobrym tylko w spierdalaniu już ci nie wystarcza ― zauważył i omiótł wzrokiem po charakterystycznej bliźnie na policzku. Zrobił to wyjątkowo powoli, a to mozolne przesuwanie pociągało za sobą mroźne uczucie, które łudząco przypominało wypełnianie każdego skrawka blizny lodowymi igłami. ― Słyszałem, że prawie zdechłeś w miejskim śmietniku. Nie łudź się, że głupiemu wiecznie sprzyja szczęście.
Ściągnął brwi i przysunął palce do uśmiechniętej szramy. Pstryk. Naprawdę traktował go zbyt pobłażliwie, ale nieprzyjemna uwaga tylko przypominała kociemu służącemu, że popełnił błąd, nie potrafiąc zadbać o samego siebie. Już zapomniał? To do niego należała ostateczna decyzja.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 28/3/2015, 04:16
Przewrócił teatralnie oczami.
Ostatnio robił ten gest tak często, że sam zaczynał odczuwać pewien dyskomfort. Nigdy nie dbał o kulturę toteż nie powinno mu to robić zbyt wielkiej różnicy, acz w pewnym momencie doszedł do wniosku, że albo powściągnie się od wykonywania tych wszystkich obrotów, albo te mleczno czekoladowe ślepia same wypadną mu z oczodołów. Szkoda, że w jego mniemaniu było to jak najbardziej uzasadnione posunięcie.
Nie brakowało mu lat na karku i chociaż przy niektórych osobistościach szlajających się po czerwonych dywanach Desperacji mógł wydawać się zwykłym szczeniakiem, to jednak przy jego wizualnych rówieśnikach wypadał staro. Mimo rzekomo sędziwego – a przynajmniej „dojrzałego” – wieku, jego zachowanie wciąż bardziej przypominało gówniarza z gimnazjalnej ławki, aniżeli człowieka doświadczonego przez czas i los. Potraktował uwagi Ryana jako zwykłe trucie. Biła od niego złośliwość z jaką odnosił się do sługi i choć było to na porządku dziennym, Ailen wprost nie znosił jej na sobie odczuwać. Istotnie, był do niej przyzwyczajony, jak Anglik do deszczowej pogody, acz to chyba jasne, że nie podobała mu się rola obiektu kpin, nawet, jeśli w większości przypadków sam się pod nią nieświadomie podkładał.
Mimo braku szacunku, z którym często odnosił się do szarookiego, musiał przyznać, że momentami potrafił wzbudzić w nim poszanowanie. Choćby dla samych słów, które w tym momencie mogły pocieszyć się sporym zainteresowaniem ze strony ciemnowłosego. Milczał przez dłuższą chwilę, próbując przetrawić wyłapane informacje.
- Twój świat, co..? – zamyślił się, wlepiając w niego zaciekawione spojrzenie. Absolutnie niczego nie brakowało mu w odzwierciedleniu dociekliwego dzieciaka. Przynajmniej szarooki zdołał zmyć z niego resztki tej jakże strasznej i potwornej ekscytacji, którą odznaczał się chwilę temu. Potrafił zniechęcić go do rozmów o piłce, acz temat nie był jeszcze do końca zamknięty. Dojście do jakichkolwiek wniosków nie zajęło mu zbyt wiele czasu, a na jego twarzy szybko zakwitło swego rodzaju zaskoczenie. – Nie powiem, że się nad tym nie zastanawiałem, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że możesz być aż tak stary. – rzucił, patrząc na niego krzywo, jakby dopiero teraz zaczął doszukiwać się na jego skórze zmarszczek lub przebarwień, zdradzających sędziwy wiek właściciela.
(…) i kilometrów suchej ziemi zakończonych jedynie bezdennym urwiskiem.
- No to musiał być całkiem spory. – skomentował, odnajdując kolejny temat, który, jak na złość Rottweilerowi, niesamowicie go zainteresował. – Nie przeszkadza Ci, że teraz jest taki „mały”? – rzucił, mając na uwadze fakt, że choć Ryan nie był w tym momencie ograniczony murami, jak Ailen w najpiękniejszym latach swojego życia, to i tak miał znacznie utrudniony – żeby nie powiedzieć niemożliwy - dostęp do wszelkich zakamarków świata. Wilczur naopowiadał mu trochę o tamtym świecie, wielokrotnie podkreślając jego ogrom. Poza barierą finansową nic nie stało na przeszkodzie, by polecieć samolotem nawet w najodleglejsze miejsca. Desperaci na ogół nawet nie zapuszczali się na tereny poza Apogeum, więc nic dziwnego, że świat mógł wydawać się taki niewielki.
Nim zdążył zapytać o więcej szczegółów, Ryan wyprzedził go swoją stanowczą odmową, która mimo wszystko nie wywarła na ciemnookim zbyt wielkiego efektu zaskoczenia. Zdecydowanie bardziej zdziwiłoby go przystanie na przetłumaczenie kolejnej strony, a taki obrót spraw był całkiem przewidywalny.
- Z motywacją nie byłoby problemu. Gorzej z nauczycielem. – nie do końca rozumiał brak wiary w powodzenie jego nauki, szczególnie, gdy przed oczami miał kusząca nagrodę. Celem było zrozumienie książki, a sądząc po stylu w jakim została ona napisana, to zadanie nie byłoby aż tak trudne, jakie mogłoby się wydawać. Brak finezyjnych, kilkustronicowych opisów jednego drzewa całkiem ułatwiał sprawę, choć Kurt i tak nijak miał prawo do wypowiadania się w tej kwestii, bo na dobrą sprawę nie wiedział, jak męcząca mogła okazać się nauka.
Znowu popełnił błąd.
Słowa szarookiego zwróciły jego uwagę do tego stopnia, że brunet postanowił cierpliwie poczekać, aż właściciel dokończy swoją wypowiedź, nawet jeśli potrzebowałby do tego trochę więcej czasu. Szybko zaczął żałować, że poczuł się za wygodnie w jego towarzystwie.
Ruch Grimshaw’a spełnił swoją funkcję – był cholernie niespodziewany. Szeroko rozwarł w zaskoczeniu oczy, odruchowo podwijając nogi i chwytając drobnymi rękoma za materiał ubrania pana, chcąc jak najszybciej ściągnąć z siebie potencjalne zagrożenie uduszenia.
- R-Ryan! – wycharczał na tyle zrozumiale, na ile pozwalało mu na to masywne przedramię szatyna, boleśnie uciskające na jego gardło. Nie mógł pozwolić sobie na wymówienie innych słów, ale konieczność ich wypowiedzenia była w tym momencie niemal zerowa. Sytuacja prezentowała się niemal oczywiście.
Metody Rottweilera były brutalne, acz jednego nie można było im odmówić. Były skuteczne. Zuchwałość Kurta była czymś niemal niemożliwym do oduczenia, acz wystarczało użyć tylko trochę siły, by choć na chwilę odebrać kotowatemu chęci do pyskatych odzywek. Nigdy nie miał za wiele w łapach, dlatego bardzo często zdarzało mu się przegrywać, czego Ryan tym razem postanowił nie zostawiać bez komentarza.
Zacisnął mocno powieki, czując, jak zdobiąca go blizna zaczyna nienaturalnie odznaczać się na jego twarzy bolesnym chłodem. Nigdy nie lubił zimna, a już tym bardziej w takim wydaniu. Użyta na nim moc nie zrobiła mu większej krzywdy, acz z pewnością zafundowała mu dawkę nieprzyjemnych wrażeń.
Wyszarpał się z pułapki, którą zastawił na niego szarooki, jednym susem przeskakując na drugi kraniec kanapy. Spojrzał na niego z wyrzutem godnym kota, któremu właśnie ktoś prysnął wodę na ogon. Automatycznie przylgnął dłonią do wymolestowanej blizny, czując pod palcami, że jego skóra jest w tym miejscu wyraźnie wychłodzona.
- To jakaś forma troski czy po prostu tylko cię to bawi?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 28/3/2015, 18:37
Ani trochę nie zdziwiła ani nie ubodła go reakcja służącego. Gdyby chłopak odebrał tę informację w nieprawidłowy sposób, wówczas wyraz jego twarzy nie uległby żadnej zmianie, ale prawda była taka, że po Desperacji stąpało niewiele jednostek, które miało na swoim karku już całe millenium. Grimshaw doskonale zdawał sobie sprawę, jak ciężko było dożyć aż tak sędziwego wieku. Niektórzy wykruszyli się już w momencie nastania zagłady, jeszcze inni przeżyli kilka miesięcy czy rok. Niektórzy dożyli jedynie czasów wielkich polowań, kiedy ludzie podjęli próby odcięcia się od zmutowanych istot. Bywało już o wiele ciężej niż teraz. Społeczeństwo już wtedy było zepsute i nikt nie był przygotowany na tak gruntowne zmiany. Ci, którzy przyzwyczaili się do wygody, nie radzili sobie w trudnych warunkach. Dla nich nie do wyobrażenia była konieczność zabicia, jak i to, że świat wypełniły humanoidalne stworzenia. Ailen miał znacznie łatwiej, mając dookoła doświadczone osoby, choć jednocześnie miał szczęście, że trafiając do tej dziury, wpadł na kogoś, kto nie poderżnął mu gardła i nie obrobił z jedynych ubrań, na jakie wtedy mógł sobie pozwolić. I właśnie przez to nie musiał uczyć się wszystkiego sam, pojmując przy tym zasady nowego świata.
Wzruszył barkami, jakby chciał zakomunikować mu, że dla niego to mimo wszystko nic nadzwyczajnego. Był doskonałym potwierdzeniem porzekadła „Złego diabli nie biorą”. Na nieszczęście innych selekcja naturalna nie wyjebała tylko tych najgorszych.
Wiek nie ma tu specjalnego znaczenia. Poza tym to ja powinienem być zaskoczony, że jeszcze żyjesz. ― Uniósł brew, raz jeszcze wykazując się jakże ogromną wiarą w umiejętności Sullivana. Tym bardziej, że skutecznie dał się odwieść od nieciekawego tematu, a Jay nieszczególnie musiał się przy tym wysilać, jakby od początku wiedział, jakie podejście powinien mieć do dzieci. Co prawda, przeważnie wystarczała pięść albo młotek.
„Nie przeszkadza Ci, że teraz jest taki „mały”?”
Od razu pokręcił głową, jakby ciemnooki powiedział coś irracjonalnego. Trudno narzekać, gdy w tym świecie przeżyło się prawie tysiąc lat, a w tamtym zaledwie dwadzieścia cztery. To jasne, że Desperacja była mu o wiele bliższa niż dawna Anglia czy Ameryka, aż wreszcie Japonia, na której gruzach powstało nowe miasto.
Ani trochę, choć fani turystyki na pewno ubolewają nad brakiem warunków. Może ktoś uparty zapuścił się na inne tereny i odkrył, że jest tam o wiele lepiej albo skończył jako karma dla zmutowanych kundli ― skwitował z charakterystycznym już dla siebie chłodnym racjonalizmem. Przez wszystkie lata miał całe mnóstwo czasu, by zapoznać się z odleglejszymi terenami, ale nieświadomość tego, co kryło się dalej dla każdego była jakimś hamulcem. Nie obawiał się niebezpieczeństw samych w sobie, a świadomości zmarnowania cennego czasu i energii. Szansa na to, że niczego nie znajdzie była równa szansie, że gdzieś tam było o wiele lepiej, jednak dopóki Desperacja stała na swoim miejscu, nie było potrzeby szukania sobie skrawka świata, na którym być może znalazłyby się odpowiednie zasoby. U niego rozsądek przeważał nad wyobrażeniami, więc nie miał ochoty bawić się w odkrywcę.
Wyprostował nogi w kolanach i skrzyżował je na kostkach. przez chwilę przyglądał się umazanym błotem czubkom butów, jakby usiłował udawać, że uwaga o nauczycielu kompletnie mu umknęła. Brakowałoby mu tylko tego, żeby szczeniackie prośby młodszego wymordowanego skupiły się właśnie na porządnej nauce języka. Jego uszy i tak już niewiele znosiły, a kaleczenie ojczystego języka nie wprawiłoby go w szampański nastrój.
Może dobrze się stało, że posunął się do drastycznych środków.
„R-Ryan!”
Na nic zdało się skamlenie młodzieńca i podjęcie próby odsunięcia jego ręki. Był o wiele większy i silniejszy od kotowatego, a przede wszystkim nie odczuwał żadnego zaniepokojenia tym, że odważniejszym ruchem może zrobić mu krzywdę. Potem z drapieżnym błyskiem w srebrzystych tęczówkach przypatrywał się, jak brunet ucieka na drugi koniec kanapy, rezygnując ze swojej nowej poduszki. Jego przypuszczenia się potwierdziły.
Mówiłem ― wymruczał pod nosem, zaś w tym cichym pomruku kryło się coś oczywistego i bynajmniej nie była to odpowiedź na zadane przez ciemnookiego pytanie. ― Potrafisz tylko spieprzać. ― Wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby, przez co spomiędzy jego warg wydarł się cichy świst zrezygnowania. Później w milczeniu przypatrywał się swojemu słudze i wyglądał jak ktoś, kto usiłuje właśnie wycenić jego wartość, choć opadający niżej kącik ust mówił sam za siebie.
Beznadziejny.
Wsunął rękę za siebie i chwilę majstrował nią przy pasku. Gdy wreszcie dosięgnął tego, czego szukał, lekko pochylił się do przodu i zanim Ai zdążył się zorientować, coś ciężkiego poleciało w jego stronę i przypadkiem trzasnęło go w kolano, aż wreszcie upadło na kanapę. Płomień pochodni kołysał się za każdym razem rozświetlając bardziej inny brzeg rewolweru. Wyzywające spojrzenie utkwione zostało w młodzieńczej twarzy Charta, gdy opętany wyciągnął rękę w bok, rozkładając palce.
Lekcja numer jeden.
Kiwnął podbródkiem w stronę umownego celu. Był skłonny użyczyć swojej dłoni.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 31/3/2015, 01:14
„Poza tym to ja powinienem być zaskoczony, że jeszcze żyjesz.”
Uniósł nieznacznie brew, przechylając głowę w bok, choć wyraz jego niemego zaskoczenia nie nacieszył się zbyt długim okresem manifestowana. Kurt znał swoją wartość, a przynajmniej taką, którą sam uważał za przystępną. Mimo przeświadczenia, że był zaradny, rozważny i potrafił wiele zdziałać… wiedział, jak prezentowały się suche fakty. Gdyby był towarem, jego cena mogłaby zostać obniżona niemalże o połowę, a i tak mało kto zechciałby go kupić ze względu na widoczny „defekt” i informację o łatwym zaistnieniu uszkodzeń. I ten brak gwarancji… Nic dziwnego, że Ryan miał o nim takie surowe zdanie, skoro przez cały czas patrzył na niego przez pryzmat rzeczy. Aż zaskakujące, że jeszcze nie zamierzał wymienić go na lepszy model.
- Mhm, nuda. – mruknął rozczarowany nieciekawymi opowieściami pana, uznając, że nie ma sensu dalej brnąć w temat podróżniczy, nawet, jeśli osobiście lubił sobie od czasu do czasu pomarzyć. Kurt nie miał ku temu zbyt wielu okazji, jak i niewiele było osób, przy których pozwoliłby sobie odpłynąć w „a gdyby tak…”. Suche, krótkie fakty były dla niego najłatwiejszą formą zrozumienia, jak i całej komunikacji, o czym przekonał się nie jeden towarzysz rozmów. Ailen mówił jak w wojsku; krótko i rzeczowo. Bez owijania w bawełnę i kłamstw, jeśli nie widział ku temu żadnych powodów. Mimo to nie był pozbawiony wyobraźni. Luźniejsze pogadanki często owocowały w jakieś głupie pomysły, rodem wyrwane z dziecięcego łba, a temat, który został poruszony, jak na nieszczęście szarookiemu, został dobrany idealnie pod fantazję Chrata. Jednakże Ryan miał w sobie zdecydowanie więcej dojrzałości. Racjonalizm, jakim uderzył kotowatego w twarz, szybko dał mu do zrozumienia, że Grimshaw nie był odpowiednim towarzyszem do snucia głupich opowieści, bo jak sam podkreślał niespełna kilka minut temu… to wszystko nie miało już żadnego znaczenia. Dla Ailena były to zakazane bajki, które niosły za sobą odpowiedzi na pytania, tak często zadawane sobie przed pójściem spać, dla niego historia, której doświadczył na własnej skórze i których znamion nie chciał w tej chwili oglądać. Może faktycznie wiek miał tutaj kluczowe znaczenie. Ktoś, kto żył tak krótko, nie był w stanie pojąć, że wszystko z czasem może znudzić.
Jednak Ryan potrafił przeciwdziałać nudzie.
Natychmiast odskoczył na drugi kraniec kanapy, chwytając się za gardło. Zdolność oddychania nie została mu co prawda odebrana na zbyt długo, acz ten krótki moment strachu wystarczył, aby przyspieszyć jego tętno o kilka jednostek. Kurt kompletnie nie rozumiał z jakiego powodu szarooki urządził sobie na nim polowanie, acz przepełnione niechęcią oko, przybrało w swym kolorze lekko miodowy odcień, co było niezbitym dowodem, że Ailen przez ułamek sekundy przestraszył się możliwej utraty życia.
Może jednak zamiast wymieniać, po prostu chciał go wyrzucić?
Uwaga natychmiast sprowokowała u niego irytację.
- A co miałem zrobić? Pogryźć Ci palce? – prychnął, przylegając barkiem do oparcia kanapy. Był przyzwyczajony do nieobliczalności Ryana i wiedział, że w starciu z nim nie mógł pozwolić sobie na ewentualne kąsanie, gdyż z góry wiedział, że byłoby ono bezowocne. Różnica sił pomiędzy nimi była zbyt przytłaczająca, jednak w jednym szarooki miał słuszność. Bez względu na przeciwnika, gdyby podobny atak pojawił się w normalnych okolicznościach, ostatnią odpowiedzią Ailena z pewnością byłaby ucieczka… do czego sam przed sobą nie mógł się w tej chwili przyznać. To irytujące, gdy ten skurwiel ciągle miał rację…
Omiótł rewolwer nieprzekonanym spojrzeniem.
- Mam sobie nim strzelić w łeb? – podniósł na niego jadowite spojrzenie. W ciągu pierwszych kilku sekund był absolutnie przekonany, że Ryan stroił sobie żarty. – Daruj sobie..
Niestety szarooki nie bez powodu odznaczał się skamieniałą mimiką.
Zorientowanie się co to powagi niemej prośby Opętanego nie trwało długo, acz czas związanej z tym reakcji pozostawiał sobie wiele do życzenia. Przede wszystkim zrzedła mu mina. Przesunął spojrzeniem po błyszczącym boku rewolweru z ociąganiem biorąc go w swoje ręce. Dalej próbował wywęszyć podstęp.
Rozkaz był wyraźny.
„Lekcja numer jeden.”
Gardził nim. Od zawsze. Odkąd tylko sięgała jego pamięć, nie darzył go sympatią, a sam jego widok wzbudzał w nim negatywne uczucia. Ilekroć lodowate spojrzenie przebijało jego ciało, darząc go tym wątpliwym zaszczytem poświęcenia uwagi, Kurt nigdy nie był w stanie poczuć, że był odbierany w sposób godny odbierania człowieka. - Cofam. Nie jesteś zawziętym zwolennikiem robienia wszystkiego z sensem. – Sytuacja nie poprawiła się nawet, gdy siłą rzeczy obu mężczyzn zaczęło łączyć coś więcej, aniżeli żółta chusta. Odkąd został zmuszony chylić przed nim łeb i nazywać swoim właścicielem, ilość negatywnych myśli, które do niego kierował, została wręcz potrojona. Każda minuta spędzona u jego boku była torturą, a Ailen nie raz i nie dwa pławił się w marzeniach, że pewnego dnia nadarzą mu się podobne okoliczności. Broń, Ryan? To nierozważne podawać ją komuś, kogo miało się za śmiecia. Zepsuty przedmiot. Tchórza. Służba służbą, jednakże chęć wolności często była czymś ponad. – Uważasz to za rozważne? – podniósł na niego rozbawione spojrzenie, acz z ochotą odbezpieczył broń, wyciągając przed siebie ręce. Zniżył nieznacznie głowę, rozpoczynając celowanie.
Widział ten cel cały czas, a mimo to…
Mógł wymienić masę wad, które w jego oczach odznaczały się przy każdym starciu z Grimshawem. Wmawiał sobie, że widok cierpienia wypisanego na tej wiecznie pustej twarzy był widowiskiem, na którego bilet byłby w stanie wydać całe swoje oszczędności. Mimo wszystko dopiero teraz zaczął rozumieć, że choć obroża uciskała go coraz bardziej, to coraz mniejszą miał ochotę, by pozbyć się jej ze swojej szyi. Rozbawienie powoli ulatywało z jego twarzy, a Ailen przybrał śmiertelnie poważny wyraz, czując, że stanął przed wyborem. Zrobić – nie zrobić. Strzelić – nie strzelić. Skrzywdzić go – nie skrzywdzić.
Tik.. tak… tik.. tak…
Zacisnął zęby orientując się, że po obraniu właściwego celu, od strzału dzieliło go tylko cholerne zawahanie. Ten skurwiel sam tego chce.
Ale on nie chciał.
Trudno powiedzieć, że Ryan stał się dla niego kimś bliższym, ale Ailen zaczął siebie o to posądzać, czując moralną blokadę przed naciśnięciem na spust. Jasne, że dalej chciał mu obić mordę i choć raz spojrzeć na niego z góry, ale… te okoliczności wydały mu się z jakiegoś powodu niewłaściwie.
Ciekawe czy myślał o tym samym, gdy powoli kaleczył Ci ręce, Ai…
Zacisnął zęby.
Paznokieć po paznokciu…
Strzał.
Kula została idealnie wymierzona w otwarta rękę Rottweilera.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 2/4/2015, 11:30
„Mam sobie nim strzelić w łeb?”
Jeżeli taka kolej rzeczy bardziej ci odpowiada. ― Wzruszył ramionami. Niektórzy woleli strzelać do innych, a inni do siebie. Już po samym sposobie, w jaki Jay wypowiedział te słowa, kotowaty mógł domyślić się, że w chwili, gdy jego mózg rozbryznąłby się po kanapie, podłodze i ścianie, jego właściciel nie mrugnąłby okiem i nawet brew by mu nie drgnęła.
Może nie zachowywał się, jakby w tym momencie przemawiał przez niego zdrowy rozsądek. Może właśnie popełnił swój największy błąd w życiu. Może po prostu to tylko tak wyglądało. Ailen od początku powinien przestrzec się możliwego haczyka w tym wszystkim. Istniało prawdopodobieństwo, że pewność siebie Ryana zaprowadzi go na manowce, ale zarówno na ile wysoka była możliwość sparzenia się, na tyle należało się spodziewać tego, że wszystko przemyślał. Kurt musiał wziąć pod uwagę lata doświadczenia swojego pana, który na pewno od tak nie naraziłby się na tę mało honorową śmierć z powodu otrzymania kulki w łeb od kogoś, kto w jego oczach był zwyczajnym chłystkiem. Po tych wszystkich latach użerania się z Grimshawem byłoby to za proste. Szarooki zdawał sobie sprawę, że zdążył już zasiać w młodym brunecie sadystyczne zapędy względem siebie, ale jednocześnie miał świadomość, że ziarenko nie zdążyło wykiełkować jeszcze na tyle, by wymordowany ośmielił się wprowadzić swoje niecne plany w życie. Lśniące oczy, których źrenice zdążyły już zwęzić się do pionowych kresek, zdradzając naturę, której na początku się wypierał, starały się dokładnie przejrzeć ciemnookiego. W jego spojrzeniu kryła się też jakaś ponaglająca nuta, jakby nie mógł doczekać się ostatecznego efektu, chociaż dla wielu byłby oczywisty. Gdy w Desperacji prosi się o dziurę w ręce, można być w stu procentach pewnym, że to żaden problem.
ALE.
„Uważasz to za rozważne?”
Nie odpowiedział. Za to palce mężczyzny drgnęły lekko w zniecierpliwieniu. Czas przeznaczony na dokonanie przez Ailena listy wszystkich „za” i „przeciw” w głowie doprowadzał do tego, że uniesiona kończyna powoli zaczynała cierpnąć. Jedna z brwi raz jeszcze przesunęła się wyżej, znikając pod osłoną ciemnej i nierównej grzywki – nie za bardzo rozumiał, na czym polegało wahanie Charta, chociaż bezpośredni rozkaz nigdy nie opuścił ust Rottweilera. Przechylił głowę na bok i oparł ją o drugą rękę, uprzednio wsparłszy się łokciem o oparcie sofy. Wlekące się sekundy napełniały czarę znużenia. Strata czasu, przemknęło przez jego głowę i z ogromnym trudem powstrzymał się od skomentowania tego na głos. Postanowił dać czarnowłosemu te trzy sekundy przed opuszczeniem ręki, ale jeśli w ten sposób zamierzał wahać się z podjęciem decyzji, czy aby na pewno powinien odstrzelić łeb ofierze, opętany nie wróżył my świetlanej przyszłości.
Trzy...
Dwa...
HUK.
Nie zdążył mrugnąć, a nabój wbił się w jego dłoń z lekkością noża zanurzającego się w maśle, by znaleźć ujście po drugiej stronie. Mięśnie spięły się, sprawiając, że palce Ryana ugięły się lekko pod wpływem siły, jednak nie zacisnął pięści, jakby powstała dziura nie miała prawa ukryć się przed spojrzeniem chłopaka. Struga krwi zaczęła smętnie prześlizgiwać się po jego skórze, kreśląc na niej krzywy, slalomowy tor, którego nie powstydziłaby się żadna schlana morda. Czerwona smuga pełzła wolno ku nadgarstkowi i wreszcie zniknęła za rękawem. Po wymordowanym można było spodziewać się dosłownie wszystkiego, ale przede wszystkim cofnięcia ręki albo podarowania młodzieńcowi broni bez amunicji, bo to wyjaśniałoby, dlaczego wyraził zgodę na zranienie się bez walki. Ale upragniony wyraz cierpienia nie doprowadził do powstania ani jednej rysy na kamiennej masce. Ciemnowłosy nie zdradził dosłownie żadnej naturalnej reakcji na otrzymanie kulki i równie dobrze mógłby zbyć to machnięciem ręki. Ręki, którą wreszcie opuścił, by zbadać chłodnym spojrzeniem powstałą ranę.
Może być ― mruknął, oceniając celność służącego na dostateczny, chociaż sam fakt, że pocisk prześlizgnął się niemalże przez środek, zasługiwał na celujący. ― Wspominałeś o rozwadze, ale chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci na więcej? ― odparł z nutą sceptycyzmu w głosie. ― O czymś zapomniałeś. ― Momentalnie powrócił spojrzeniem do twarzy bruneta. Pstryknął palcami rannej ręki, chcąc zwrócić na nią uwagę sługi. Ciemna mgła zmaterializowała się dookoła dłoni i przez chwilę kręciła się leniwie w powietrzu, przysłaniając wgląd na dzieło Kurta. Gdy czerń wreszcie zniknęła, prześlizgując się przez rozchylone palce, jedyną pamiątką po ranie został rdzawy brud na skórze, choć szatyn wciąż czuł lekkie pulsowanie we wcześniej rannym punkcie.
Żaden jebany potwór nie pojmuje znaczenia rozwagi.
Ale to nie wszystko... ― zaczął, ale umilkł, gdy wyciągał rękę po swoją własność, którą wręcz wyrwał z dłoni Sullivana, uprzednio wymuszając na nim zdjęcie palca ze spustu. Ciche kliknięcie poinformowało, że broń została zabezpieczona, dając Ai'owi to szczątkowe poczucie bezpieczeństwa. ― Kiedy powiedziałem ci, że masz koniecznie to zrobić? ― Kącik jego ust drgnął, bynajmniej nie przymierzając się do uformowania uśmiechu na ustach. Widocznie i samo to, że chłopak połknął haczyk, nie zdołało przyprawić go o rozbawienie. Chart nie dostał nawet sekundy na odpowiedź, jakby wraz z tym ledwo widocznym tikiem najbliższe otoczenie oszalało. Smolista mgła buchnęła zza pleców czarnowłosego, otulając się wokół jego ciała. Z początku była jak niegroźne, nieparzące płomienie, ale kwestią sekundy było ułatwienie pracy grawitacji i sprowadzenie Ailena na ziemię za sprawą wierniejszych służących, którzy rozmyli się w powietrzu, gdy twarde lądowanie na glebie było już przesądzone. Bezbarwne tęczówki bez najmniejszego przejęcia opadły na drobną, chłopięcą sylwetkę. Towarzyszył im ciężki but, który wgryzł się w jego tors, gdy mężczyzna pochylił się nad nim, opierając łokieć o udo.
Byłoby nudno...
Obrócił na palcu rewolwer, a kiedy rękojeść ponownie znalazła się w jego dłoni, skierował lufę w stronę głowy młodszego wymordowanego.
Zły pies. ― Zmarszczył lekko nos. Gdyby nie ta niewygodna pozycja, można byłoby przysiąc, że tylko się droczy. ― Naprawdę miałbyś ochotę mnie zabić?




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 8/4/2015, 22:04
O ile czas oczekiwania był dla starszego wymordowanego wyłącznie stratą czasu, tak dla Ailena były to lepkie, ciągnące się sekundy, które przeznaczył wyłącznie na swoje poważne zastanowienie. Z powagą i rzadkim dla siebie skupieniem studiował wszystkie za i przeciw, nie mogąc uchronić się przed beznadziejnym przeczuciem, że targał nim cień wątpliwości. Wątpliwości, której byt nie powinien mieć miejsca z uwagi na lata poniżeń i cierpień, jakie musiał przyjmował na sobie drobny chłopak. Nawet jeśli ciemnooki był traktowany z pewną dozą pobłażliwości, nie da się zaprzeczyć, że bywały momenty, w których surowość niektórych z podejmowanych przez Ryana decyzji była dla Ailena krzywdząca…
… fizycznie, o czym kotowaty zdążył sobie przypomnieć, nim odliczanie właściciela dobiegło końca.
Nieprzyjemny huk rozniósł się po niewielkim pomieszczeniu, nie szczędząc informacji o swojej obecności nawet wrażliwym uszom Charta. Skrzywił się, nieznacznie obniżając łeb, jakby to miało uchronić go przed atakiem niechcianej melodii wykonanego strzału. Hałas nie był w istocie najbardziej drażniącą rzeczą, jaką przyszło mu kiedykolwiek odczuwać, acz odkąd tylko pamiętał, zawsze cechowała go wrażliwość na zbyt głośne dźwięki, a styczność z jakimkolwiek z nich zawsze wywoływała w nim widoczną niechęć. Miał jednak więcej bodźców do odebrania, a jego wzrok był  zaskakująco chętny na ich przyjęcie. Oblał szarookiego miodowym spojrzeniem, natychmiast rozpoczynając próbę przeanalizowania jego twarzy czy zachowania.  Jego postawa wydawała się na pozór niewzruszona, acz właściciel z pewnością zdążył spędzić ze swoim sługą wystarczającą ilość czasu, by wywnioskować z twarzy Kota jego prawdziwe emocje. Jak na dłoni było widać, że był przede wszystkim c i e k a w y. Pozorne niezainteresowanie i względny spokój, który przez niego przemawiał, zdawał się na nic z niemą chęcią poznania celu tak dziwnej okoliczności, do której doprowadził starszy z wymordowanych.
Niestety… Ryan okazał się potworem.
Kamienna twarz szatyna była dla Kurta lekkim zawodem, choć sam przed sobą musiał przyznać, że podobnych rewelacji mógł się po prostu spodziewać. Czy ty kiedykolwiek widziałeś w jego oczach coś więcej, niż złośliwość, dezaprobatę czy znudzenie, Ai? Nie. Opuścił broń, siląc się na oderwanie wzroku od niewzruszonej mimiki pana, by poddać oględzinom wyrządzoną mu krzywdę. Brunatna ciecz obrzydliwie spływała po jego ręce, ciągnąc się coraz to grubszą strużką, aż do rękawa wciąż jeszcze mokrej kurtki, którą postawny mężczyzna akurat miał na sobie tego wieczoru. Rana została idealnie wymierzona w sam środek rozpostartej dłoni. Mimo wciąż utrzymującego się złego przeczucia co do podjęcia tak szalonej decyzji, musiał przyznać, że był całkiem zadowolony ze swoich umiejętności.
„Może być.”
Już nie bądź taki wylewny w pochwałach…
„O czymś zapomniałeś.”
Pstryknięcie natychmiast skupiło na sobie uwagę ciemnowłosego, jak nieprzewidywalny trzask w pęczku siana zwraca na siebie spojrzenie leżącego w stodole kota. Na jego oczach rana, która jeszcze przed sekundą szpeciła dłoń starszego wymordowanego, została niby to wciągnięta przez czarną materię, niewiadomo skąd i jak zmaterializowaną tuż przed zadanym obrażeniem. Był to proces naturalnie interesujący, acz odpowiedzią Kota było wyłącznie lekkie uniesienie brwi. Wciąż zdawał się na coś czekać. Naukę, pouczenie, puentę całego zdarzenia.
Doczekał się.
Nacisk na „konieczność” wykonanego polecenia, dał Kurtowi gorzką wątpliwość czy rozkaz Ryana faktycznie był rozkazem. Rozwarł usta, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, ponownie zaatakowały go cienie, jednak w tym wypadku nie miały one absolutnie niczego wspólnego z wcześniej wspomnianymi wątpliwościami. Jęknął, czując, jak coś boleśnie ściska go w pasie, pozbawiając możliwości wykonania jakiegokolwiek bardziej sprecyzowanego ruchu. Niemal natychmiast podjął się walki, ale jego szamotanina nie trwała zbyt długo; został zrzucony na parter.
Zły pies prędzej przypominał rozwścieczonego kocura.
Kurt nigdy nie należał do osób, które potrafiły sobie poradzić używając siły swoich mięśni. Był drobnej postury, dlatego nie można było oczekiwać po nim boleśniejszych ciosów zadanych samą pięścią. Delikatna twarz kotowatego nie raz zostawała przygnieciona do ziemi lub też boleśnie okaleczona, czego przykład można podziwiać nawet w obecnej chwili. Wielokrotnie zajmował przegraną pozycję, nawet teraz przyznając się do bycia tą słabszą stroną, gdy kolejne bolesne stęknięcie wyrwało się z jego ust, za sprawą napierającego na tors buta. Jednak Kot zawsze poddawał się dopiero wtedy, gdy przeciwnik odbierał mu przytomność. Bez względu na siłę zadanych ciosów, jego spojrzenie zawsze wydawało się takie samo. Takie, jak teraz.
Wściekle żółta barwa przelała się po jego tęczówka, jasno sygnalizując właścicielowi, że w tej chwili niezwykle bolesna stała się dla niego strata, której się dopuścił – mógł mu jednak odstrzelić ten pierdolony łeb. Cienka źrenica bez żadnego strachu czy szacunku obserwowała postać, która nad nim górowała, jak zwykle reprezentując w sobie bunt w najczystszej postaci. Kurt respektował jego umiejętności i doświadczenie, jednak – paradoksalnie - nie w chwilach, kiedy wyraźnie czuł wbijaną w jego ciało podeszwę. Warkotliwe prychnięcie nadawało mu dzikszego zachowania i choć nie mógł Ryanowi w żaden sposób zagrozić, widok twarzy bruneta jasno mówił, że cholernie by tego chciał.
- Tak. – odparł bez krzty namysłu, patrząc Ryanowi prosto w oczy. Wiedział, że pewność z jaką w tej chwili wypowiedział to paskudne słowo, była w dużym stopniu przesadzona, a sama treść trochę mijała się z prawdą. Przecież nie wahał się bez powodu… mało tego. Wahał się, żeby zadać mu samą krzywdę, więc jasnym się staje, że decyzja o pozbawieniu Grimshaw’a życia byłaby dla niego jeszcze cięższa… jednak jakiej odpowiedzi oczekiwał od osoby jego pokroju? Myślał, że grzecznie zaprzeczy z pokorą przyjmując na sobie ten akt dominacji? Jeżeli tak, efekt był odwrotny do zamierzonego. Kot był osobą, którą często ponosiły emocje, a wraz z brzydkim zwyczajem wypowiadania słów przed odpowiednim przemyśleniem, nie miał szans na podzielenie się inną odpowiedzią, czego Ryan mógł się z zresztą spodziewać. – Ale tego nie zrobiłem, więc może sobie, kurwa, oszczędzisz?! – warknął, po raz kolejny lekko podrywając się do góry, choć ciężar, który na nim spoczywał bez problemu przytwierdzał go do ziemi. Wkrótce jego spojrzenie zapadło na wymierzonej wprost na niego broni, którą jeszcze przed chwilą szarooki wyrwał mu z ręki.
Zrobisz to?
Przestał się szamotać, wyraźnie oceniając sytuację, choć agresywne spojrzenie ani na chwilę nie straciło na sile.
Zrobi, nie zrobi…
… na ziemi zostać nie chciał.
Chcąc skupić na sobie uwagę Ryana, ani na chwilę nie odrywał spojrzenia od jego lodowatych oczu. Jego ręka przesunęła się w możliwie jak najbardziej neutralnym geście bliżej spodni, nie zwracając na siebie większej uwagi. W gruncie rzeczy to dosyć normalne, że osoba, do której celuje się z broni, jest trochę zestresowana, a ten ruch można było uznać właśnie za wyraz dyskomfortu. W rzeczywistości kotowaty poruszył małą zawieszkę, którą zwykł trzymać w kieszeni spodni, momentalnie uaktywniając jej działanie, o czym Ryan nie mógł się dowiedzieć, póki nie sprawił sobie w oczach rentgena.
But szarookiego przeleciał gładko przez ciało Ailena, momentalnie sprowadzając swoją podeszwę na podłoże z wielkim prawdopodobieństwem zachwiania całej równowagi Opętanego. Kot wydał z siebie ciche westchnienie ulgi.
- Nienawidzę, gdy się ze mną bawisz. – odparł, niemal od razu wyślizgując się spod Ryana. Dla bruneta wycelowana w niego broń przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Tak samo, jak większej roli nie odgrywały nogi właściciela, przez które Chart bez problemu kilkukrotnie przeniknął, nareszcie stając tuż przed szatynem. Zadarł głowę do góry, bez krzty strachu czy niepewności wlepiając w niego rozdrażnione spojrzenie wyjątkowo rozeźlonego kocura. – Test? Świetnie, Ryan, tylko mam pytanie. Na posłuszeństwo czy lojalność? W każdym wypadku oblanie choćby jednego z tych kryteriów zakończyłoby się przygwożdżeniem mnie do ziemi. – prychnął, jakby na wspomnienie swoich słów przecierając ręką tors, który dalej czuł na sobie ciężar właściciela. W przeciwieństwie do Rottweilera, dłonie Ailena były w stanie zatrzymać się na jego niematerialnym ciele. – Wystawiłeś dłoń do piątki? A może kazałeś mi się na nią chwilę popatrzeć, nim zdzielisz mnie w pysk, bo nie zaliczyłem „lekcji numer jeden”? Wkurwiasz mnie swoimi metodami… ale mam pewną radę. – odparł, parokrotnie przesuwając otwartą dłonią po rewolwerze, całkowicie przenikając przez niego, jak duch. Nie odrywał od niego wyzywającego spojrzenia. – Jeżeli to ty miałbyś ochotę zabić mnie… odbezpiecz broń.


Dyniowa zawieszka powodująca niematerialność.
Czas działania: { 1/2 }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 11 Previous  1, 2, 3, ... 9, 10, 11  Next

Powrót do góry