Strona 1 z 11 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next

Go down


Mały salon

Pisanie by Gość on 20/1/2015, 22:11
Był duży, to jest mały, nie mogłam znaleźć sobie tematu.

__» Mały salon tym różni się od dużego, że jest mniejszy (odkryłam Galapagos, wiem) i posiada nieco mniej wyposażenia. Ściany zostały w paru miejscach maźnięte czymś, co teoretycznie jest białą farbą, choć z profesjonalizmem "malarza" dało obraz raczej niezbyt ciekawych plan. Równie dobrze można to uznać za dzieło sztuki współczesnej, jak kto woli. Na środku pomieszczenia stoi wysłużona, przetarta kanapa z czarnym obiciem i dwoma poduszkami w kształcie piesków. Obok kanapy postawiono kilka drewnianych palet, które tworząc wieżę funkcjonują jako stolik. No i jest dywan. Dziurawy, zielony dywan.

{. . .}

Kolejny cudowny dzień w Desperacji. Ptaszki ćwierkały, słoneczko wpadało dziurami w ścianach do pokojów… a przynajmniej tak mogłoby się wydawać, gdyby zamknąć oczy, zatkać uszy i puścić wodze wyobraźni. Nawet jeżeli krajobraz tej ciemniejszej strony świata pozostawiał wiele do życzenia - absolutnie nie mogło to zrazić Chiyo. Jak zawsze uśmiechnięta, nieznająca uczucia smutku i pełna beztroski w podskokach przybyła do malutkiego salonu. Od rana czuła, że coś niedobrego się święciło w siedzibie organizacji i gdyby nie fakt, że znajdowała się kilka metrów poniżej zagrożenia, na pewno nie byłaby obecnie tak szczęśliwa. Stukając bucikami weszła do salonu, a za nią wleciała ostrożnie tatria, szybko jednak wciskając się na ramię dziewczyny, na którym zacisnęła drobne pazurki, wydając cichutkie “chii” w wyrazie zadowolenia. Wesoły uśmiech rozjaśnił twarz dziewczyny, a z wątłego gardełka wydobył się niezwykle cichy głos skierowany do stworzonka:
Moja Chi... – Szczupłe palce objęły sówkę, a Shinohara wziąwszy bestię na ręce dała jej mocnego buziaka, by potem pozwolić odlecieć na oparcie kanapy. Sama zabrała się do pracy - nie przyszła tu przecież się lenić! Natychmiast przybrała bojowy wyraz twarzy, a odwiązawszy od pasa sakiewkę, położyła ją na kanapie i wyjęła ściereczkę, by zaraz potem zacząć skrupulatnie przecierać palety, które robiły za stolik. Doskonale wiedziała, że nikt tak na dobrą sprawę nie zauważy, a co dopiero doceni jej pracy, jednak zawsze był to jakiś sposób na nudę. Raz przy razie przeciągała skrawek materiału, co jakiś czas cichutko kichając i śmiejąc się sama z siebie. Wtórowała jej ćwierkająca tatria i tak też obie zabrały się do pracy.

Wybacz, że tak krótko, ale nie umiem zaczynać wątków, poza tym usypiam. ;n;


Ostatnio zmieniony przez Chiyo dnia 21/1/2015, 21:57, w całości zmieniany 1 raz





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Senpai's stalker on 21/1/2015, 01:04
To był dobry dzień. No, przynajmniej na taki się zapowiadał. Wstała dość wcześnie i jak mogła się spodziewać, Growa już nie było. W sumie czy on w ogóle wrócił na noc? No, mniejsza o to. Pewnie niebawem pojawi się w norze, to będzie mogła go złapać i zadać pewne pytanie, które od jakiegoś czasu podgryzało jej umysł. W bardzo szybkim tempie, jak na nią, przebrała się, po czym udała do pokoju medycznego na zmianę opatrunków. Z każdym kolejnym dniem czuła się coraz lepiej, choć do pełnego wyleczenia z pewnością potrzebowała kilku miesięcy. Racy po oparzeniach już tak nie bolały i nie ropiały, choć wciąż potrzebowały specjalnych maści oraz bandaży. Szpecących blizn z twarzy już się nie pozbędzie, tak samo jak nie odzyska sprawności lewej dłoni, ale przynajmniej prawa zaczynała powoli funkcjonować a i nogi coraz mnie bolały. Jeszcze kulała, ale poruszała się powoli. Byle do przodu. Największy problem, choć zdawać by się mogło, że powinno być na odwrót, miała ze skrzydłami. Z powodu obrażeń i opatrunków nie mogła ich schować, dlatego też chodziła z nimi na wierzchu… No, prawie, bo te zazwyczaj wystawały spod ubrań i szurała białymi piórami o ziemię. Jednakże pomimo ostatnich przeżyć, oszpecenia i bólu, to zaczynała na powrót tryskać energią. Jak to ona. Ev wracała.
Ruszyła wesoło nucąc przed siebie, z zamiarem zajrzenia do małego salonu, gdzie swego czasu zostawiła starą książkę, z żółtymi i podartymi w niektórych miejscach kartkami. U jej nóg pałętał się Nero, jeden z kundli Growa, który to od pewnego czasu towarzyszył anielicy w pobycie w norze. Na głowie z kolei siedział Pan J., mała Tatria, która przypałętała się kilka miesięcy temu. Dziewczyna była naprawdę w świetnym humorze i raczej nic, ani też nikt nie był w stanie tego zburzyć.
Pchnęła lekko drzwi i wtoczyła się do środka, od razu zauważając drugą dziewczynę. Rozpromieniona posłała jej uśmiech, w swoim tempie podchodząc do niej i siadając ciężko na zużytej przez życie kanapie.
- Chiyooo. Nie sądziłam, że Cię tutaj spotkam. Co robisz? – zapytała przyglądając się poczynaniom dziewczyna. W sumie nigdy tak naprawdę nie miały możliwości wymiany sporej ilości zdań oprócz krótkich powitań podczas mijania się na korytarzu. Ev wiedziała tylko tyle, że dziewczyna od jakiegoś czasu należy do gangu i jest stosunkowo młoda. Nic ponadto. Wreszcie będą miały okazję nieco lepiej się poznać. Nero spojrzał na Chiyo, jednakże momentalnie tracąc zainteresowanie, położył się przystępach anielicy i przymknął oczy, jednakże postawione uszy sugerowały, że wciąż pozostawał czujny. Jak to on. Z kolei Pan J., niepewnie łypnął na drugą Tatrię, ale nie zamierzał opuszczać swego bezpiecznego gniazda na głowie Ev, dlatego też nieco nastroszony łypał złowrogo co rusz na przedstawicielkę tej samej rasy co on, wydając z siebie co chwilę niski odgłos.




avatar





Senpai's stalker
Kotek     Anioł
GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 21/1/2015, 22:07
Ciche ćwierkanie wtórowało nuceniu Chiyo - gdzieś spod drobnego noska wydobywały się kolejne dźwięki, ostatecznie układające się w nieskładną melodię. Uwielbiała śpiew - ptaków, drzew, nawet zapachy kwiatów odbierała jako wrażenie słuchowe a te, jak twierdziła, były najprzyjemniejsze. Uklękła na ziemi, przecierając suchą ścierką lepką plamę po rozlanej kawie (nie żeby brak wody nie utrudniał sprawy), a ostatecznie westchnęła z rezygnacją i składając równiutko szmatkę, a następnie kładąc ją na stoliku. Sama spoczęła na powycieranym dywanie, a maleńka sówka sfrunęła prosto na jej klatkę piersiową, a czarnowłosa zaśmiała się perliście, miziając maleństwo po brzuszku. Nie wiedziała, jak by miała teraz żyć bez takiej przyjaciółki jak Chi - zawsze przy niej, zawsze rozćwierkana. Oparłszy się na łokciach, Shinohara lekko się uniosła, śpiewając coś cichutko bestyjce, a ta odpowiedziała jej cichutkim “chichi”; rumieńce na twarzy Wymordowanej odmalowały się jeszcze wyraźniej niż za zwyczaj - szczęście dawało o sobie znaki na całym jej ciele, gdy pierzasty pupilek poćwierkując coraz głośniej pocierał miękkim pokryciem o szyję właścicielki, niemiłosiernie ją przy tym łaskocząc.
Sprawne ucho dziewczyny wyłapało kroki kogoś obcego, a buzia natychmiast zamilkła; nic dziwnego, że chwilę potem w drzwiach salonu pojawiła się Evendell, przy której kroczył nastroszony, groźny pies. Mimo to twarz Chiyo rozjaśnił cudowny uśmiech, posłany wpierw ku anielicy, następnie jej pupilkowi, a na koniec wilkowi. Chi od razu zaszyła się pod falbanami sukienki swojej pani, która, zapatrzona w przepiękne skrzydła Maskotki, odparła cichutkim, cienkim głosem: (tutaj robię myk, bo na początku postu moja postać przestała sprzątać, więc opiszę to jakby Ev spytała o ten cały cyrk z Chi)
Hej, Evie! – Pomachała jej wesoło, a zaraz potem ze śmiechem odpowiedziała na drugie pytanie: – Bawię się z Chi. – Tu znacząco wskazała na swoją sukienkę, spod której wydało się bardzo nieśmiałe “Chi”. Tu wzrok granatowych ślepiów spoczął na tym, co siedziało napuszone na głowie blondynki.
Jak się nazywa? Hej, może się zaprzyjaźnią? – Rozochocona tatria wyleciała spod halki Shinohary, siadając jej na ramieniu. Pan J. nie wydawał się podzielać ich entuzjazmu. – Jeju, masz takie okropne ranki... Nic cię nie boli? Mogę poszukać wrzątku, zaparzę ci ziółek. O, albo mogę zrobić okłady na rany! Coś ropieje? Nie potrzebujesz pomocy? – Zerwała się z ziemi, podbiegając do kanapy, na której leżała Ev i nie zważając na ciche powarkiwanie wilczura, zbliżyła twarz do Anielicy. – Biedactwo... – Wydęła dolną wargę, ostrożnie kładąc dłoń na udzie dziewczyny i głaszcząc je w przyjaznym geście. Nie chciała, żeby coś ją zabolała, więc szybko schowała rękę za plecami.
Już, uspokój się. Nikt nie umiera, a ty tu jesteś od sprzątania i podawania ka...
Może chcesz kawy?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Senpai's stalker on 22/1/2015, 14:04
Uniosła spojrzenie na małą sówką Chiyo, a jej policzki momentalnie przybrały różowe zabarwienie ekscytacji. Chociaż ich zwierzaki były tego samego gatunku, to jednak różniły się. I nie tylko pod względem zachowania, ale też upierzenia czy też wielkości. Pan J. był nieco większy i masywniejszy, a upierzenie o kilka tonów ciemniejsze z jednym, czarnym skrzydłem. I był uroczy, ale nie aż tak, jak mała sówka Chiyo.
- Byłoby cudownie, gdyby się zaprzyjaźnili! Chociaż Pan J. wygląda nieprzyjemnie, to tak naprawdę jest jedynie nieśmiały, prawda, Panie J.? – powiedziała wesoło i dźgnęła swoją sowę palcem w bok. Tatria zakwiliła posępnie, odwracając się tyłem do całej świata, jedynie odwracając głową, by łypać na wszystko dookoła.
- Przypomina trochę Growa, prawda? Tak samo bywają naburmuszeni i łatwo się denerwują, ale w głębi serca są uroczy i mili. – dodała cicho śmiejąc się pod nosem, jednocześnie przesuwając nieco dłonią po grzbiecie Nero. Pies zastrzygł uszami, i wydał z siebie ciche warknięcie, aczkolwiek na tym się skończyło. Najwyraźniej poddał się i pozwalał dziewczynie na dotykanie go, doskonale zdając sobie sprawę, że akurat z tą anielicą w tej kwestii nie można wygrać.
Reakcja i troska dziewczyny odnośnie ran Ev, naprawdę w pewien sposób rozczuliły anielicę. Nie była przyzwyczajona do aż takiego przejęcia przez drugą istotę. Nie na terenach Desperacji, choć w głębi wierzyła, że nawet tutaj, w tym zapomnianym przez świat miejscu można odnaleźć dobroć. I Chiyo jak widać była tego dowodem. Blondynka uśmiechnęła się szeroko i zaczęła machać zdrową ręką.
- Nie, nie. Nic mnie już nie boli. Sana wraz z Ourellem spisali się świetnie kiedy mnie składali. Nawet powoli zaczynam ruszać skrzydłami! – wskazała rozweselona na swoje skrzydła, które wystawały spod za dużej bluzy, którą dorwała dzisiejszego poranka pośród sterty innych ubrań swojego współlokatora.
- Nie, dziękuję, naprawdę niczego nie potrzebuję. – dodała i pokazała, by dziewczyna usiadła obok niej, a nie tak biedna miotała się po kuchni. A Ev z tego powodu było dość głupio, bo nie lubiła, kiedy ktoś jej usługiwał czy też skakał dookoła niej. To zawsze było na odwrót i to Ev latała dookoła innych. Taki nawyk.
- Swoja drogą dobrze, że cię spotkałam, bo poniekąd mam sprawę. A mianowicie… co ty na to, byśmy wspólnymi siłami zajęły się warzywno-owocową stroną menu DOGS? I innych mieszkańców Desperacji? Mamy podobne do siebie moce i jestem pewna, że gdybyśmy razem spróbowały to z pewnością udałoby nam się pomóc tym wszystkim biednym ludziom nie umrzeć z głodu! Co ty na to?




avatar





Senpai's stalker
Kotek     Anioł
GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 24/1/2015, 23:46
Szeroki uśmiech upiększył twarz Chiyo.
Prawda? Może zostaliby parą! – Zaśmiała się wesoło, dając swojej sówce soczystego buziaka w główkę. Nie wierzyła w istnienie słodszego stworzonka na ziemi, a jakby popierając właścicielkę, wydała zadowolony pisk, podfruwając do góry i lądując ponownie na jej ramieniu. Rozweselony wzrok dziewczyny padł ponownie na Pana J. Swoją drogą bardzo ją oczarował; nie mogła się napatrzeć na jego śliczne czarne skrzydło, a całe to naburmuszenie, którym emanowało zwierzątko tylko bawiło Shinoharę, która zaraz z rozbawieniem powiedziała:
Jasne, że jest! Masz śliczną tatrię, Evy, naprawdę!~ – Widząc, jak jej “śliczna tatria” odwraca niezadowolona główkę, wybuchnęła tylko perlistym śmiechem, a zaraz potem wtórowała jej mała Chi. Te to były jak dwie krople wody - wiecznie nierozłączne i podobne w każdej reakcji. Na porównanie bestyjki Evendell z Growem, brunetka z chichotem pokiwała głową. Lubiła Wilczura, ale rzeczywiście jego zachowanie było momentami zabawne, równie zabawne jak to, którym teraz popisywał się J. Tu spojrzenie ciemnych ślepiów dziewczyny przesunęło się na psa, który leżał u stóp jej towarzyszki; zgadywała, że to jeden z tej niezliczonej sfory, która deptała Growowi po piętach na każdym kroku; bardzo lubiła wszystkie kundelki razem i każdego z osobna, jednak teraz nie miała odwagi podejść do Nero - zawsze wydawał się jej dziki, dlatego też i teraz patrzyła na niego lekko wystraszona.
M-Można go pogłaskać? – spytała, wskazując ręką na zwierzę, a Chi na dźwięk warknięcia podskoczyła i drapiąc jak oszalała próbowała wcisnąć się pod sukienkę swojej pani. Ta jednak szepnęła coś niewyraźnie i nakrywszy ją dłońmi, pogłaskała drobną główkę, nucąc coś cichutko. Jednocześnie odwzajemniła uśmiech Eve, klękając na ziemi przy kanapie. Poczuła, jak niewidzialny kamień spada jej z serca, kiedy usłyszała, że wszystko jest w porządku, a medycy zajęli się tym, co trzeba. Tym, co bardzo często sprawiało Chiyo problem była właśnie ta troskliwość; nie wyobrażała sobie zostawić kogoś w potrzebie, nawet nieznajomego. Dlatego zadowolona patrzyła w oczy anielicy, niepewnie jednak zerkając na jej skrzydło. Czuła dziwną przykrość w związku z tymi licznymi ranami i żałowała, że nie umiała jej pomóc, kiedy to wszystko miało miejsce.Dziewczyna zerwała się z podłogi na widok gestu Evendell i przeskoczywszy przez Nero, usiadła na kanapę, wypuszczając niechcący Chi z rąk; ta jednak przefrunęła na oparcie tuż obok Pana J., wydając z siebie zadowolone piśnięcie.
Chyba się lubią – powiedziała ściszonym już, ale wciąż uradowanym głosem. Skrzydlata była dla niej idealnym towarzystwem - nie wyobrażała sobie już usługiwania, a od tej blondynki emanowało takim ciepłem i przyjaźnią, że Shinohara aż chciała wtulić się w jej malutkie ciałko! Ochoczo też wsłuchała się w to, co jej rozmówczyni miała do powiedzenia, coraz szerzej uśmiechając się przy każdym kolejnym słowie. Zaraz jednak przesunęła dłonią po policzku, widocznie się nad czymś głowią. Jedynym, co ją dręczyło była jej moc - wciąż nie była pewna, jak używać Kwietnika, ani też czy na pewno uda jej się pomóc przy wyżywieniu mieszkańców Desperacji.
C-Chciałabym, ale nie wiem, czy umiem... – wyszeptała zawstydzona, lekko się czerwieniąc. – Ta bransoletka może stwarzać tylko białe kwiaty, które okropnie kłują, nie wiem nawet, czy są jadalne. – Westchnęła ciężko, czując się wyjątkowo bezużyteczną. Nie dość że Anielica nie chciała jej pomocy, to teraz Chiyo też nie miała jak zrealizować jej pomysłu. – Ale możemy kiedyś poszukać jakichś nasionek! Może w Edenie rosną jakieś jadalne rośliny, które mogłybyśmy posadzić? – Zaciekawione spojrzenie zmierzyło Eve; Wymordowana tylko raz była na tamtych terenach, ale była pewna, że ktoś, kto tam “powstał” będzie wiedział, co i gdzie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Senpai's stalker on 27/1/2015, 00:17
Pomysł, żeby obie sówki zostały parą naprawdę przypadł jej do gustu. I choć Ev momentalnie zaczęła im kibicować, to jednak nie zależało to tylko od niej, a od jej małego towarzysza. Jednakże w głębi serca przeczuwała, że akurat ta historia będzie miała swoje szczęśliwe. Pan J. może wyglądał na wiecznie niezadowolonego z życia, jednakże widać było po nim, że i on okazywał zainteresowanie przedstawicielką swojego gatunku, o czym świadczyły sporadyczne łypania w jej stronę. Zaiste, tworzyliby naprawdę cudowną i uroczą parę. Oby Pan J. zbyt długo nie udawał zbyt niedostępnego.
Spojrzała z lekkimi rumieńcami na dziewczynę i uśmiechnęła się szeroko.
- Dziękuję, Twoja też jest śliczna i do tego urocza. Swoją drogą, pozwól, że zapytam. Skąd ją masz? Znalazłaś gdzieś czy przyleciała sama? – zapytała zainteresowana historią ich spotkania. Co prawda Tatrie Małe najczęściej można było spotkać na terenach Edenu, jednakże zdarzały się osobniki, które straciwszy swoja drogą, gubiły się w Desperacji. A z tego miejsca zazwyczaj nie było drogi odwrotu i większość z nich albo umierała z głodu, albo padała ofiarami większych od nich drapieżników, w tym Wymordowanych. Tylko niewielka ich garść miała szczęście trafić pod skrzydła troskliwych opiekunów. Tak było też z Panem J., którego Ev znalazła na obrzeżach Desperacji.
Z rozmyślań dziewczynę wyrwało pytanie Chiyo. Spojrzała niepewnie na Nero. Pies był najagresywniejszy z całej bandy Growa. Aż do tej pory była zdziwiona, że był u jej boku, pilnował jej i pozwalał sobie na pieszczoty ze strony anielicy. Jak nie on.
- Nie należy do mnie, to mnie decydować czy można go głaskać czy też nie, aczkolwiek… sama nie wiem. Nero chyba niezbyt za tym przepada. – odpowiedziała nie ukrywając troski w swoim głosie. Jak na zawołanie pies zastrzygł uszami stawiając je i uniósł głowę, obnażając swoje ostry kły i cicho powarkując. Ev westchnęła cicho. Mógłby czasami być nieco bardziej przyjacielski, zwłaszcza w stosunku do członków DOGS. Ale nie mogła wpłynąć na niego, a już z pewnością mówić, co ma robić a czego nie. Tak, wierzyła, że wszystkie kundle Growa rozumiejąc co się do nich mówi, jednakże wiedziała, że słuchają tak naprawdę tylko i wyłącznie swojego prawowitego właściciela. A anielica nim nie była.
Spojrzała przez ramię, gdzie właśnie Pan J. powoli zaczynał przybliżać się do małej Chi. Rzeczywiście, chyba zaczynali powoli pałać do siebie sympatią. To dobrze. Może jak połączą się w parę, to niebawem w siedzibie DOGS będzie głośno od malutki Tatrii. Tyle słodyczy w jednym miejscu. Takie małe, urocze maleństwa proszące o uwagę. Aż na samą myśl anielica wydała z siebie ciche ‘aww’.
Słysząc niepewność w głosie wymordowanej, Ev momentalnie wyciągnęła sprawną dłoń i zacisnęła delikatnie, nieco drżące palce na kolanie dziewczyny, uśmiechając się krzepiąco.
- Na pewno sobie poradzisz! Jestem pewna, że masz rękę do roślin, nieważne, czy ktoś posiada moc władania ziemią, czy też jej nie ma. Liczą się chęci pomocy i przydania się tym, których się kocha i na których nam zależy. Może nie umiemy walczyć i siłą bronić innych, ale możemy o nich zadbać karmiąc ich brzuchy. – powiedziała delikatnie mając nadzieję, że Chiyo uwierzy w siebie i w to, że da radę pomóc. We dwie mogą wszystko!
- A co do Edenu to świetny pomysł! Aczkolwiek musimy poczekać aż nadejdzie wiosna. W tym stanie zbyt daleko się nie wybiorę a i śnieg pewnie przykrywa większość miejsc w Edenie. Ale jak zrobi się ciepło… czemu nie! Po zimie pewnie większa część Desperacji będzie głodować. – dodała już obmyślając w głowie idealny plan ratowania biednych, wygłodzonych istotek. Tak, pomaganie to dla Eve było misją, powołaniem. I pomimo tego, co ją spotkało to i tak nie zamierzała przestać wierzyć w ludzkość.




avatar





Senpai's stalker
Kotek     Anioł
GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.


Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 3/2/2015, 19:45
Chi wcale nie była taka głupiutka, na jaką wyglądała! Co rusz podskakiwała, machając drobnymi skrzydełkami zupełnie jakby chciała podlecieć jeszcze bliżej upatrzonego sobie kolegi, a nie mogła. Czekała na pozwolenie właścicielki? Cóż, ta była w stu procentach za połączeniem sówek w parę - przecież maleńkie ptaszki, które chodziłyby za Evie i Chiyo byłyby takie urocze~! Delikatny uśmiech i znaczące spojrzenie zachęciły samiczkę do zrobienia pierwszego kroku - śmielej podsunęła się na pewną odległość do Pana J., wciąż zachowując niewielki odstęp. Ogromne bursztynowe oczy wyczekująco wpatrywały się w drugą tatrię. Tymczasem wybita z zamyślenia pytaniem dziewczyna chwilę mrugała otępiona, a zaraz potem roześmiała się, odpowiadając:
Długa historia! – Machnęła parę razy szczupłą rączką, szczerząc się wesoło. – Wybrałam się po nią specjalnie do Edenu, bo kiedyś usłyszałam coś o tatriach, kiedy podawałam herbatę. – Znów śmiech. – To był w sumie impuls, ale dzięki temu zdobyłam przyjaciółkę i mam Chi. No i to była super przygoda!Pomijając fakt, że prawie zginęłaś, potykając się o korzeń.A ty, Evie? Skąd masz Pana J.? Pewnie nie było z nim tak łatwo, prawda? – Uśmiechnęła się miło do wspomnianej sówki, jednocześnie szturchając palcem swoją własną, by w końcu zrobiła jakiś krok do przodu. Ileż można czekać?! Rusz się!~, pomyślała, cmokając głośno, na co tatria wydała z siebie lekko zniecierpliwione chi i nastroszyła się, podsuwając się na tyle ku swojemu „towarzyszowi”, by zupełnie zniwelować odległość, która ich do tej pory dzieliła.
Dalej musiała radzić sobie sama!
Słysząc odpowiedź Anielicy, Shinohara wydała z siebie tylko ciche „oww” zawodu, ale mimo to obdarzyła i wilczura, i towarzyszkę przyjaznym uśmiechem. W sumie zachowanie Nero było na swój sposób urocze. Wyjątkowo podobne do właściciela.
Cały Growlithe. – Westchnęła, zsuwając ze stópek lakierki i stawiając je obok kanapy; nie chciała jej podbrudzić, bo nie po to sprzątała ten salonik codziennie! Swoją drogą bardzo lubiła to pomieszczenie; było wyjątkowo przytulne jak na standardy panujące zarówno w Kryjówce, jak i Desperacji samej w sobie. Rzecz jasna Evendell to co innego - Chiyo absolutnie nie była zła, że „Maskotka” siedziała w obuwiu - jakby na potwierdzenie własnych myśli posłała Skrzydlatej przyjazny, uspokajający uśmiech, co rusz zerkając jednak na skrzydła dziewczyny z nieprzyjemnym zmartwieniem ciążącym na sercu; co też taka delikatna osóbka musiała przejść! W takich momentach jak te Shinohara wyjątkowo żałowała, że nie mogła być bardziej pomocna dla organizacji - gdyby nie jej strach przed widokiem krwi, na pewno bardziej angażowałaby się w działania DOGS. Może kiedyś przezwycięży swoje lęki?
Na razie kuszącą propozycją pomocy swoim towarzyszom wydał się pomysł Evendell - jej pokrzepiające słowa spowodowały, że wrażliwe na wzruszenia serduszko Chiyo zabiło mocnej, a na usta ponownie wygięły się w niepewnym geście. Nie wyobrażała sobie własnego szczęścia, gdyby każdy dziękował tej dwójce za wyhodowanie jedzenia i tym samym, prawdopodobnie, uratowanie życia niejednemu członkowi gangu. Dziewczyna ochoczo pokiwała główką w odpowiedzi.
D-Dziękuję, Evie. – Ścisnęła delikatnie dłoń Anielicy, szczerząc się wesoło. – To bardzo miłe, co mówisz! Jestem pewna, że razem nam się uda! Poczekamy do wiosny, a potem spróbujemy pomóc naszym przyjaciołom. W końcu oni nas bronią, prawda? W sumie… myślisz, że w Edenie można by znaleźć nowe gatunki owoców i warzyw? A może udałoby nam się piec chlebek i w ogóle wszystko polepszyć? Jeju, to byłoby cudowne, gdyby wszyscy mieli uśmiechy na ustach i pełne brzuszki! – Wyrzuciła ręce do góry, śmiejąc się perliście. Faktycznie, plan marzenie.
Wiesz, chciałabym móc bardziej się przydać wszystkim tutaj. Wiem, że walczą w dobrej sprawie. Czasem tylko zastanawiam się, czy zwalczanie się nawzajem z Miastem jest właściwym wyjściem… – Westchnęła cicho. – Bo jestem pewna, że dałoby się to zrobić w lepszy sposób, przecież S.SPEC nie może być takie złe, jak się mówi. Może są „źli”, bo my tacy jesteśmy? Przecież moglibyśmy żyć wszyscy razem… Wiem, że w Desperacji jest mnóstwo niebezpieczeństw, ale… My nimi nie jesteśmy. Więc czemu się zabijać? – Oho, zrobiło się smutno. Szybko zamachała rączką, pąsowiejąc.
N-N-Nie przejmuj się tym, co mówię! T-To takie bzdury. – Odwróciła wzrok, chowając buzię między podciągnięte pod brodę kolana. – Głupoty wygaduję…


Z A M R O Ż O N E





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 15/2/2015, 18:57
Najgorsze już za nami, co?
Uważne ślepia w kolorze mlecznej czekolady uchwyciły wzrokiem okolicę, w pobliżu której przyszło mu się tego dnia kręcić. Bezlitosne szpony wciąż sprawującej swe rządy zimy, usilnie starały się nie wypuszczać Desperacji ze swojego uścisku, choć z każdym kolejnym dniem było wiadomo, że zbliża się koniec okresu jej panowania. Wszyscy słudzy najsurowszej z pór roku wydawali się z coraz mniejszymi chęciami wykonywać swe obowiązki. Wiatr nie uginał ogołoconym drzew pod swoje dyktando, w tym dniu skupiając się na powolnym, przyjemnym spacerze pomiędzy otaczającą go pustką. Śnieg, który ledwie kilka tygodni temu uparcie dusił swoim ciężarem stwardniałą ziemię, zszedł z posterunku, znajdując na swoje zastępstwo fałdy błota, które okryły znaczną część dróg, sprawiając, że zwykłe przejście z jednego miejsca na drugie, stało się gorszym doznaniem, aniżeli było w trakcie zamieci. Temperatura nieśmiało podrygiwała ku górze, a wraz z kolejnym wyższym skokiem, zgarniała z grzbietów pałętających się po dworze ludzi następne warstwy odzienia. Nieufność do rzeczy i osób nie pozwalała kotowatemu myśleć, że teraz może być już tylko lepiej i lepiej, jednak jakaś jego część zdołała go przekonać do jednego, przepełnionego nadzieją stwierdzenia; najgorszy okres zimy pozostawił za sobą.
Z pewnością minie trochę czasu nim drzewa w Edenie obrosną w liście i kolorowe pąki, a kwiaty wyłonią się z wilgotnej, wymielonej przez śnieg ziemi, jednak fakt, że tego dnia mógł oszczędzić sobie trzech par spodni, dwór par skarpetek, rękawiczek, szalika i kurtki przystosowanej do arktycznych mrozów, już okazał się na tyle dobrą zachętą, by przekonać Kurta do spaceru. Co prawda przechadzki po Desperacji były porównywalne do całowania lwa w tyłek - przyjemność wątpliwa, a ryzyko ogromne – jednak anielskie ziemie były dla niego w tym momencie za daleko. Chciał przenocować w swoim pokoju w siedzibie, a cały dzień zajęłaby mu sama wędrówka do upragnionego ogrodu. Nie chodził już tak dobrze, jak kiedyś i niestety sędziwy wiek nie miał tu za wiele do rzeczy. Odkąd nabawił się poważnych ran w starciu z dyktatorską świtą, znosił ich brzemię aż do dzisiaj. Nie tylko na twarzy pozostał mu wygrawerowany pazurem uśmiech, ale dokuczała mu też mała niewydolność nóg, które przy dłuższych i szybszych marszach dalej dawały o sobie znać.
Apogeum Desperacji nie tylko obfitowało w znaczną ilość niebezpieczeństw czyhających za rogiem, ale i zabytków, które do dzisiaj skrywały w sobie pewne skarby. Ruiny pozostałe po niegdysiejszej cywilizacji, która kiedyś prowadziła w tym miejscu swoje codziennie życie, już dawno zostały splądrowane przez setki podobnych Kotu wymordowanych, jednak chłopak nie zniechęcił się, widząc pierwszy lepszy budynek, którego dotychczas nie zdążył spenetrować podczas swojego bytowania na niczyich ziemiach.
Dom prezentował się tragicznie – czyli całkowicie normalnie, jak na takie warunki. Oszpecony przez setki lat deszczy, śniegów, wiatrów i przymusowych, dzikich lokatorów zrobiły z niego kompletną ruderę.  Piętrowy budynek samym wyglądem ostrzegał przed możliwością zawalenia się w każdej chwili, a podejrzane skrzypnięcia z obdartego, dziurawego dachu tylko nadawały tym uwagom powagi. Kurt ostrożnie przekroczył próg domu, odnajdując ubytek w ścianie, który najprawdopodobniej kiedyś był miejscem na drzwi wejściowe. Wnętrze było biedne. Zapach wilgoci i starości trzepał wyczulonego kotowanego po nosie, zmuszając go do lekkiego przygarbienia się i schowania połowy twarzy pod chustą, która choć trochę utrudniała odorowi kolejny dotkliwy cios, wycelowany w jego bezbronny zmysł. Wykonał kilka miękkich kroków naprzód, bacznie obserwując każdy zakątek domu, nie chcąc po czasie zorientować się, że wtargnął komuś do domu. Deski, pobrudzone skrawki szmat, gruzy… żadne zaskoczenie. Kot jeszcze bardziej utwierdził, że w fakcie, że nie był jedyny. Widząc pojaśniały kwadrat na 2/3 wysokości ściany, zorientował się, że zwinięto stąd dosłownie wszystko, włączając w to obrazy, które jakby nie patrzeć, nie były do niczego potrzebne, by przeżyć. Odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę wyjścia, lecz coś go podkusiło, gdy mijał zawalone schody. Ich stan co prawda uniemożliwiał dostanie się na piętro, jednak…
Skok.
Syknął cicho pod nosem, rozmasowując zranioną zawczasu łydkę. Głupia ciekawość musi sprawiać Ci taki ból, co, Ailen? Zawsze pchał się tam, gdzie nie trzeba, jednak tym razem dociekliwość zdawała się opłacić. Na samym końcu obszerniejszego pomieszczenia znajdywała się skrzynia, przykryta czymś na wzór prześcieradła. Co prawda spróchniałe belki zastępowały na piętrze podłogę, jednak kocia zwinność chłopaka z łatwością doprowadziła go do drewnianego pudła z miedzianymi obiciami. Podniósł ciężką pokrywę z głośnych skrzypnięciem, a jego oczom ukazały się… dokumenty. Mnóstwo, mnóstwo dokumentów.
Yohama Shiro, Yokohama Akashi, Yokohama Azusa…
Przegrzebywał pożółkłe rachunki, legitymacje i dowody sprzedaży z zawiedzioną miną, kiedy nareszcie jego ręką natrafiła na nieco twardszy materiał. Chwycił za wilgotny, poniszczony grzbiet książki i wyłowił ją z morza śmieci. Rzucił pobieżnie wzrokiem na okładkę.
Skrzyp… skrzyp.. skrzyp…
Zesztywniał. Niemal natychmiast się wyprostował, przenosząc spojrzenie na parter. Postać, która właśnie przemierzała dół budynku wydawała się jeszcze nie zauważyć, że ma przymuszonego gościa. Kocur nie zamierzał czekać zbyt długo na możliwość ucieczki. Gdy tylko łuskowata maszkara minęła ruiny schodów, Kurt natychmiast zeskoczył na dół i nie oglądając się za siebie ruszył naprzód, z zaciśniętymi zębami wytrzymując uskarżające się nogi. O dziwo… postać go nie goniła. Obrzuciwszy go bulgoczącym warkotem najpewniej stwierdziła, że nie ma czego gonić…

***

Oparł się plecami o ścianę jednego z korytarzy siedziby.
Oddech zdążył wyrównać się w zadowalającym stopniu, jednak dokuczliwy ból nóg, zmusił chłopaka do małej przerwy. Przymknął na chwilę oczy, zadzierając nieznacznie łeb do góry… minuta, dwie, trzy… bezsens.
Tyle zachodu po jedną książkę…
Rozchylił nieznacznie powieki, pobieżnie zerkając na przemokłą, rozpadającą się zdobycz. Nie zdążył nawet zobaczyć co właściwie udało mu się zwinąć, a już płacił za nią własnym zdrowiem. Westchnął ciężko, kierując się w stronę małego salonu, uprzednio pozbywając się narzuconej na grzbiet kurtki. Nigdy nie przepadał za czytaniem książek. Był raczej typem tej osoby, która wolała się gdzieś ruszyć, niż siedzieć w zaciszu domowym. Spacery, obchody wokół siedziby, odwiedziny w Edenie… mimo to ostatnie miesiące nauczyły go, że spokojniejsze spędzanie wolnego czasu też mogło okazać się całkiem znośne. Niemożność chodzenia rekompensował sobie książkami, które znajdywały się na stanie siedziby. Nie były to żadne bestsellery, ale przynajmniej nauczyły Ailena, że istnieją inne formy rozrywki, niż jedzenie, kłótnie i zwiady.
No tak, kłótnie.
Minąwszy próg pokoju, jego oczom ukazały się dwie postacie. Zmrużył nieznacznie oczy, acz niezniechęcony ruszył przed siebie, kierując się w stronę stolika.
- Cześć.
O ile obecność Ryana w tym samym pomieszczeniu nigdy nie była dla niego szczególnie uciążliwa, tak drugi mężczyzna wywoływał u niego niechęć na samo wspomnienie jego imienia.
- Jak zwykle promienny. – odparł beznamiętnie Zombie, obrzucając go nieprzychylnym spojrzeniem, w szczególności zwracając uwagę na jego nietypową bliznę. Kundel niejednokrotnie dokuczał Chartowi, a już szczególnie umiłował sobie to zajęcie, gdy Kot utkwił w siedzibie na dłużej. Ailen czuł się zmęczony jego ciągłymi docinkami, więc uznając, że anioł nie jest wart jego wysiłków, wyminął delikwenta z ustawionym na baczność środkowym palcem. Skierował się w stronę stolika, więcej nie przeszkadzając mężczyznom w ich przerwanej rozmowie. Z cichym skrzypem drewnianej konstrukcji usadził tyłek na blacie, tak, aby nogi mogły mu swobodnie zwisać, co nie okazało się szczególnie trudnym zdaniem – jeden z nielicznych plusów posiadania niskiego wzrostu. Oparł się o ścianę i nareszcie ogarnął wzrokiem trzymaną książkę.
Przetarł ręką wilgotną, twardą oprawę, wytężając wzrok na tyle mocno, by móc rozczytać się w rozmazanych literach. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy był fakt, że… nie był to japoński. Ścisnął książkę mocniej, uświadamiając sobie, że wysiłek, który włożył w zdobycie przedmiotu okazał się nieopłacalny. Wkrótce jednak jego zirytowane rysy zelżały, ustępując miejsca innej mieszance emocji.
-  Russel Wilde. – mimowolnie szepnął pod nosem, z niedowierzaniem i swego rodzaju oczarowaniem przypatrując się nazwisku autora książki. Natychmiast ścisnął lekturę mocniej, tym razem uznając ją za najcenniejszy skarb, który pod żadnym pozorem nie mógł wypaść mu z ręki, a nie za bezwartościowy śmieć, który najchętniej zużyłby na opał. Wstrzymał oddech. Wszystkie dziecięce wspomnienia sprzed ponad stu lat zaczęły odświeżać się w jego głowie, z każdą kolejną przewertowaną kartką stając się coraz wyraźniejsze. Plakat piłkarza nad łóżkiem, wieczory spędzone na oglądaniu meczów, kłótnie z kolegami na temat następnej Ligii Mistrzów, klub piłkarski i koszulka z numerem jego idola…
… im jego uśmiech wydawał się wyraźniejszy, a zwisające stopy energiczniej zaczynały kręcić w podnieceniu kółka, tak Kurt popadał w coraz większy zawód orientując się, że nie potrafił skojarzyć ani jednego słowa zawartego w książce. Nie potrafił nawet stwierdzić o czym była.
Ryan.
Momentalnie wbił wzrok w szarookiego, starając się przywrócić swojej twarzy neutralny wyraz, choć nawet ślepy by zauważył, że coś musiało się stać. Zniecierpliwiony czekał na okazję do zagadnięcia pana, sam nie wierząc, że zmusił się do czekania, aż jego rozmowa z Zombie dobiegnie końca.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 16/2/2015, 13:11
Tego dnia nie spodziewał się żadnych rewelacji, choć jego długa wizyta w siedzibie była rewelacją samą w sobie. Ciemnowłosy nie przepadał za kręceniem się po tunelach. Było tu ciasno, a ryzyko wpadnięcia na kogoś niepożądanego bardzo wysokie. To nie tak, że nie przepadał za Psami, ale relacje z nimi przeważnie kończyły się na etapie „znajomych z widzenia” i wolał, żeby tak pozostało. Wymienianie się skinieniami głów, krótkie powitania lub wydawanie rozkazów pod nieobecność Wilczura w zupełności tu wystarczyły. Całkiem typowe z jego strony, że gdy tylko spostrzegł się, że mały salon był wolny, od razu postanowił zmienić to na własną rękę. Zrzucił z siebie mokrą kurtkę i przewiesił ją przez zniszczone oparcie kanapy. Pogoda na zewnątrz nie służyła i stała się głównym powodem, dla którego postanowił zmienić kurs swojej wędrówki. Dobrze jest czasem odpocząć.
Skrzyp.
Zniszczone sprężyny mebla zaprotestowały, gdy postawne ciało mężczyzny wręcz runęło na niego. Nie zajął tylko skrawka poszarpanej sofy, ale rozłożył się na całej jej długości, składając protest przeciwko jakiemukolwiek towarzystwu. Głowa spoczęła na nieco twardawym podłokietniku, który od razu zaczął przesiąkać wilgocią z włosów mężczyzny. Dookoła zapadła błoga cisza, a powieki skryły pod sobą szare tęczówki, pozwalając im na odpoczynek. Oczywiście byłoby zbyt pięknie, gdyby jego relaks trwał długo. Nie minęło może pięć minut, a w pobliżu już rozległy się mało dyskretne szmery poruszania. Sieć tuneli była na tyle kręta i skomplikowana, że branie pod uwagę ominięcia salonu nadal wchodziło w grę.
Cisza.
Szmer.
Cisza.
...
Nadzieja prysła wyjątkowo szybko. Ktoś był coraz bliżej, a tlenu w pomieszczeniu drastycznie ubyło. Ten ktoś starał się poruszać jak najciszej. Zdawałoby się, że specjalnie wstrzymywał oddech, byleby tylko ten lichy szum nie zdradził jego położenia. Ryan pozwalał na to, by intruz żył w błogim przekonaniu, że jego cel polowania zasnął. W rzeczywistości był w stanie wyczuć ciepło drugiego ciała z niewielkiej odległości, w której się od niego znalazło. Potrafił wyobrazić sobie parę lśniących oczu przypatrujących mu się z góry, gdyby tylko uchylił powieki.
Kolejna sekunda. Czas wlókł się do tego stopnia, że nawet Jay poczuł się znużony. Markotny pomruk chciał rozbrzmieć gdzieś w gardle, ale wymordowanemu udało się go stłumić. Miejmy to już za sobą, ponaglił w myślach, nie łudząc się, że przybyły rozszyfruje gęstniejący w powietrzu przekaz.
Nóż zawisł nad nosem opętanego. Reszta działa się bardzo szybko.
Wystarczyło, że szare tęczówki wreszcie rozbłysły w słabym świetle rzucanym przez pochodnię. Zwężone źrenice poświadczyły o gotowości Rottweilera do ataku, mierząc się z wyzywającym spojrzeniem stalowych oczu, które nie przygasło nawet w chwili, gdy palce pewnie zacisnęły się na nadgarstku ich właściciela, a ostrzegawcza pętla pojawiła się na szyi, jakby znikąd. Brew czarnowłosego anioła drgnęła, by za chwilę zniknąć pod grzywką, uniesiona w pytającym wyrazie.
„Co dalej?”
Przeszkadzasz ― mruknął i najpewniej niczego innego się po nim nie spodziewano. Zero uprzejmych powitań, zero złudzeń, że potrzebował kogoś do uroczej konwersacji. Zero inicjatywy, by polepszyć swoją opinię w grupie. Nie zależało mu na tym, by była pozytywna.
Od tego tu jestem ― odparł bez ogródek i przysunął wolną rękę do swojej szyi, by ze zniecierpliwieniem musnąć palcami swoją nową obrożę. Cmoknął zrezygnowany i szarpnął się lekko, usiłując wyrwać nadgarstek z uścisku. ― Tak rzadko tu bywasz, że nie miałem okazji cię sprawdzić. Chciałem przekonać się czy wielki pan Grimshaw rzeczywiście jest taki zły i straszny. Nie powinieneś pozwalać na pochodzenie tak blisko. ― Pokręcił głową.
Szarooki nie zamierzał się usprawiedliwiać, skoro od początku do końca miał świadomość tego, co robi. Wyszarpnięcie broni z ręki i ostentacyjne odepchnięcie Zombiego musiało pozostać wystarczającą odpowiedzią. Nóż upadł na ziemię, więzy na szyi rozpłynęły się w powietrzu, a skrzydlaty wycofał się tylko o drobny krok, by ne stracić równowagi.
Tym sposo--
Nie muszę obawiać się ujadających szczeniaków.

[...]

Jeszcze mniej tlenu.
Nieplanowany zlot rodzinny?
Rozmowa, która i tak nie miała przyszłości, ucichła, gdy w salonie pojawiła się kolejna osoba. Szatyn bez zainteresowania utkwił wzrok w przybyłym służącym, którego głos dotarł do uszu szybciej niż oczy pozwoliły sobie na jego widok. Szybko spostrzegł się, że anioł wzbudzał ogólną niechęć. Kiedy wychodziło się grubo poza szereg, reakcje reszty przeważnie były negatywne.
Nie kwapił się już, by odprowadzać Kurta spojrzeniem do stołu. Zakrył oczy przedramieniem, jakby to miało pomóc mu odciąć się od dwójki Psów. Może powinien rozważyć posiadanie własnej nory, do której nikt swobodnie nie pchałby się z buciorami?
Słabo wychowujesz zwierzęta, Jay ― czarnowłosy nie mógł sobie darować wtrącenia swoich trzech groszy, gdy niewzruszenie zarejestrował środkowy palec. ― Widzę, że prosisz się o kolejne atrakcje, młody. ― A mówiąc „atrakcje”, miał na myśli jeszcze więcej niespodzianek, które był w stanie mu zafundować. Każdy, kto znał choć trochę tego skrzydlatego, wiedział, że pomysłów na uprzykrzanie życia miał całkiem sporo. Tortury na uprowadzonych nieszczęśnikach nie potrafiły go w pełni zaspokoić.
Cześć wam. O, Ryan ― salon wypełnił kolejny głos. Tym razem była to Rainbow.
O kurwa.
Wchodźcie, nie krępujcie się. Świeże bułeczki tylko za dwadzieścia groszy.
Mężczyzna zaniósł się niezadowolonym pomrukiem. Nie raczył nawet zsunąć odsłonić oczu, jakby wciąż liczył na to, że to tylko zły sen. Szept Ailena zdążył utonąć gdzieś w tym zamieszaniu, ale mimo tego szatyn zdawał sobie sprawę, że jest obserwowany.
Co jest? ― Nie to, żeby koniecznie chciał wiedzieć.
Chodzi o Growa. Może ktoś zdążył ci już wcześniej przekazać, ale jest w trakcie odnawiania sojuszu z Łowcami i dopóki nie wróci...
Mhm, rozumiem. ― Czyli „Jak oznajmić twojemu rozmówcy, że wcale nie masz ochoty na rozmowę”. ― Zombie?
Brunet spojrzał na niego ze znanym sobie sceptycyzmem. Na dobrą sprawę każdy, kto usłyszałby ten ton opętanego, wiedziałby, że nie czego go nic dobrego.
Hm?
Zostawiłeś ujebane narzędzia w sali.

[...]

Wreszcie nadeszła upragniona chwila, na którą czekał nie tylko Sullivan, ale i Grimshaw. Mimo wyraźnych oporów, czarnowłosy w końcu dał za wygraną, choć przed wyjściem skrzydlatego level E musiał zarobić od niego złośliwego i bolesnego pstryczka w tył głowy. Z Rainbow nie było żadnego problemu – chyba od zawsze rozumiała, że jej łagodne usposobienie i wrodzony urok osobisty nie zrobią wrażenia na każdym.
Pozostawał jeszcze jeden problem.
Zastępca zsunął leniwie przedramię z twarzy i potarł ręką policzek. Dopiero po tym zabiegu, który – prawdopodobnie – miał doprowadzić go do stanu używalności, podciągnął się do siadu i z hukiem opuścił jedną nogę na ziemię, wzniecając tuman kurzu, którego część osiadła na wystarczająco brudnym już bucie. Ułożył rękę na oparciu i odchylił głowę do tyłu, przemykając wzrokiem po nisko zawieszonym suficie, jakby umyślnie chciał odwlec konfrontację z kotowatym. Gdy ktoś nachalnie ci się przygląda, musi czegoś chcieć, a jeśli czegoś chce – istnieje spory procent szansy, że nowe zadanie ci się nie spodoba.
Nie czytam innym na dobranoc ― rzucił spokojnie, gdy już opuścił głowę. Zamiast przyjrzeć się minie chłopaka, jego uwagą mogła poszczycić się zniszczona książka. Nie był przeciwny lekturom i sam często po coś sięgał, ale jeszcze nigdy w swoim życiu nie widział młodszego wymordowanego z książką w ręku. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym faktem, ale teraz naszło go wrażenie, że zdolność czytania zdążyła z niego wyparować przez te wszystkie lata pozbawione jakiejkolwiek praktyki. ― Chyba mi nie powiesz, że...? ― Uniósł brew w sugestywnym wyrazie.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Gość on 22/2/2015, 01:58
W przeciwieństwie do Ryana, Kurt był do tego przyzwyczajony.
Siedziba była skupiskiem masy różnych postaci, które upychały swoje cztery litery w niemal każdym możliwym zakątku tuneli. Kryjówka rozciągała się przez wiele krętych korytarzy, kilka poziomów i setki mniejszych pokoików, które zachowały się w stanie na tyle znośnym, by porobić za sypialnie członków, póki jeszcze śmierć nie nakazała im przymusowego wymeldowania. Szmery, nieustanne kroki, śmiechy, wrzaski i warkoty… cała symfonia różnych dźwięków roznosiła się w ciemnościach, docierając do uszu reszty upchanych w kątach Kundli. Nikt nie był tu sam. Zawsze mijało się kogoś po drodze. Twarze znajome bardziej lub mniej, bez wyjątku z chustą na ramieniu, szyi czy ręce, zasługiwały na skinięcie głową czy mrukliwe przywitanie, choćby nikt nikogo nie rozpoznał we wszechobecnych mroku. Ailen nie należał do osób wyjątkowo społecznych. To nie tak, że był odludkiem. Miał trudny charakter i wielu miało co do niego jakieś zastrzeżenia, jednak mimo wszystko otaczało go całkiem sporo osób, które darzył pewną sympatią. Potrafił spędzać z nimi czas bez rozkazu narzuconego z góry, lecz przez większość czasu i tak cenił sobie samotność. Samotność, która po zawiązaniu sobie żółtej szmaty z wyszytym chartem, nabrała dla niego nowego znaczenia. Tak jak domownicy mieszkali pod jednym dachem, tak i Kurt musiał pogodzić się z faktem, że dom nie był wyłącznie jego. Trudno nazwać mu niektóre Psy swoją rodziną, lecz z czasem ich obecność stała się dla niego porównywalna ze zwykłymi współlokatorami - codzienność. Był przyzwyczajony, że często ktoś wyprzedzał go w lokowaniu swojego tyłka na jednej z nielicznych kanap, które cudem udało się sprowadzić do tej koszmarnej nory. Na porządku dziennym było stawianie ostrożniejszych kroków podczas przeprawy przez czerń oblegającą korytarze na poszczególnych poziomach, byleby nie nadepnąć na kogoś, kto akurat postanowił położyć się na całą szerokość przejścia. No i wreszcie… w pokoju, w którym przebywał, zazwyczaj i tak ktoś albo był, albo pojawiał się po czasie.
Ten dzień nie odstawał od tej reguły.
Obserwując uważnie rozwój wydarzeń wywnioskował, że chwila jest warta milczenia. Mimo gniewnego spojrzenia skierowanego w stronę podrasowanego anioła, nie pokusił się o wdanie się z nim w dyskusję. Obietnice rzekomych atrakcji nie zrobiły na nim zbyt wielkiego wrażenia i nawet jeśli chciałby się do nich w jakikolwiek sposób odnieść, nie zdążyłby, gdyż do salonu wparowała kolejna osoba. Zaczynało się robić ciasno, ale póki to nie od niego wymagano uwagi – było w porządku.
W końcu…
… cisza.
Gdyby nie brak zegara wywieszonego na ścianie, z pewnością tykanie najdłuższej ze wskazówek wyznaczyłoby wymordowanym ile sekund minęło w kompletnym braku ruchów przez obie strony. Czas wyznaczał im tylko plask kropel błota, które skapywało ze zwisających butów Sullivana, racząc ich nowym tempem, z jakim liczyło się mijające chwile.
Kap… kap… kap…
Huk!
- Jaki rozchwytywany... – skomentował cynicznie, zeskakując z kolejnym trzaskiem ze stołu. – Cieszę się, że wraz z przybraniem masy przez tego psa, przybyło Ci też trochę obowiązków. – podszedł z trzymaną za brzeg książką, zerkając znacząco na chustę z Rottweilerem. – I problemów.
Które sam tak lubił tworzyć…
Świadomość chylenia łba przed zastępcą zawsze była dla niego na swój sposób upokarzająca. Nie do końca podobało mu się, że Ryan został upoważniony nie tylko do kierowania jego życiem pozazawodowym, ale także wszystkimi działaniami w organizacji. Jedynym pocieszeniem był fakt, że od jakiegoś czasu nie tylko on musiał poważać słowa szarookiego i wprowadzać jego rozkazy w życie. Szkoda, że zawsze będzie zmuszony uzmysławiać sobie fakt, że spośród wszystkich podwładnych, to on miał najciaśniej zaciśniętą obróżkę. Absolutnie tym nie zrażony, stanął przed szarookim, niemo ciesząc się, że przynajmniej teraz wydawał się od niego wyższy. Zmarszczył brwi, obrzucając pana urażonym spojrzeniem.
- Aż tak nisko mnie oceniasz? – przewrócił oczami. – Zaskoczę Cię. Umiem nie tylko czytać, ale też zdarza mi się przejawiać umiejętność pisania. – burknął oburzony, choć szybko mu przeszło. Wyciągnął przed siebie książkę, podkładając ją pod sam nos szarookiego. Wilgotny, lekko podgniły zapach starości bynajmniej nie zachęcał do przysunięcia się bliżej, jednak taka odległość sprzyjała lepszemu rozczytaniu rozmazanych liter. – Ale tego przeczytać nie potrafię. – nieświadomie wbił roziskrzone spojrzenie w okładkę, w pewien sposób zdradzając przed Ryanem, że było to dla niego ważne. – Nie znam angielskiego. – nieczęsto prosił właściciela o przysługę. Długów miał u niego cholernie wiele, jednak większość z nich opierała się na czystej konieczności udzielenia przez szarookiego pomocy lub samodzielnym wykradzeniu ze spiżarki ostatniej kromki czerstwego chleba, oczywiście nie pytając o zgodę. Czuł się dziwnie, stojąc przed nim z zawziętym wyrazem twarzy, przepełnionym nieudolnie ukrytą nadzieją, że prośby zostaną usłuchane. – Widziałem, że masz jakieś książki pisane w tym języku i pomyślałem… - zawahał się. - … potrafisz odczytać tytuł?
Wbił w niego wyczekujące spojrzenie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Fucker on 22/2/2015, 16:51
Rodzina miała to do siebie, że sprawiała mnóstwo problemów, ale mimo że członkowie DOGS spełniali ten warunek, Ryan za nic w świecie nie zamierzał przyznać, że traktuje ich jako grono osób, bez którego nie da się obejść. Swoimi rzadkimi wizytami dość mocno nakreślał wyraźną granicę między nim a całą resztą i wolał, by ta niewidzialna linia nie została przekroczona.
Na pewno? Wyglądało na to, że już nie mogłeś doczekać się aż wreszcie znajdę dla ciebie trochę czasu ― odparł bez ogródek, nawet nie kryjąc się z tym, że nie miał problemów z wyczuciem tego wręcz nachalnego spojrzenia, którym obdarzył go wcześniej Kurt. ― Jesteś mało dyskretny, gdy czegoś potrzebujesz. ― Ale niezdolność do owijania w bawełnę była w pewnym stopniu cenioną przez niego cechą. Szkopuł tkwił w tym, że Ai rzeczywiście częściej żerował niż spłacał swój dług, ale tym samym przedłużał szarookiemu akt własności, z którego potrafił korzystać, gdy tylko nadarzyła się okazja. Nie miał za to żadnego obowiązku spełniania zachcianek czarnowłosego, więc ostatnim co mu pozostało było zdanie się na jego dobrą wolę.
Dobrą wolę, której często brakowało.
Podchodząc bliżej Chart mógł poczuć jak coś ociera się o jego nogę, jednak zanim w ogóle zdążyłby spojrzeć w tamtym kierunku, dostrzegłby już tylko rozpływającą się mgiełkę cieni, jakby wcześniejszy gest miał na celu tylko sprawdzenie, czy jest przekonany, że chce podejść bliżej i prosić o kolejną przysługę.
„Aż tak nisko mnie oceniasz?”
Utkwił wzrok gdzieś ponad głową bruneta. Chłopak nawet z tej perspektywy był niemalże na równi ze swoim właścicielem. Trwało to zaledwie chwilę zanim ponownie spojrzał Ailenowi w oczy, a jego tęczówki błysnęły wyzywająco, jak w momentach, gdy ktoś usiłuje przekazać ci coś bardzo ważnego, ale musisz zadowolić się niedopowiedzeniem, które wisi gdzieś w powietrzu, zamiast prostymi słowami. Słowami, które i tak najpewniej miały podburzyć twoją wiarę w siebie.
Inaczej się nie da.
Brawo ― wymruczał bez cienia entuzjazmu. Może przy odrobinie szczęścia ktoś inny wręczy za to Kurtowi medal. Ryan nie miał na to czasu, gdy cuchnąca wilgocią i kurzem książka znalazła się tuż przed jego nosem, a jemu nie pozostało już nic innego, jak tylko cofnąć głowę. Zmarszczył brwi, oznajmiając, że natręctwo służącego niekoniecznie działało na jego przyszłą korzyść. Ułożył dwa palce na okładce, by zmusić chłopaka do odsunięcia jej jeszcze dalej. Wbrew pozorom z tak niewielkiej odległości ciężko było cokolwiek odczytać, gdy spojrzenie skupiało się na niezapisanym skrawku, a umysł żądał zwrócenia przestrzeni osobistej.
„Ale tego przeczytać nie potrafię.”
Tym razem nie skupił się na tytule. Właściwie wyraził zerowe zainteresowanie podsuniętą mu pod nos książką. W zamian za to uważnie prześledził wyraz twarzy młodszego wymordowanego, zatrzymując się na dłużej na roziskrzonych tęczówkach, które jakimś sposobem dodały mu – jeszcze bardziej – dziecięcego wizerunku. A chodziło tylko o książkę. Grimshaw powinien wykazać się choćby szczątkowym zrozumieniem, biorąc pod uwagę, że często sięgał po jakieś bardziej lub mniej interesujące lektury, ale nawet jeśli lubił chłonąć kolejne słowa, nie wzbudzały one w nim żadnych silniejszych odczuć. Nie, żeby cokolwiek je wywoływało.
„Nie znam angielskiego.”
Wcale go to nie zdziwiło.
Z ociąganiem oderwał wzrok od twarzy chłopaka, już w milczeniu słuchając, co ten miał mu do powiedzenia. W tym czasie srebrzyste oczy bez poruszenia prześledziły wyjątkowo nieciekawy – dla samego Rottweilera – tytuł na zdezelowanej okładce. Choć wiele literek faktycznie już prawie nie dało się zauważyć, rozszyfrowanie przekazu i ułożenie go w logiczną całość, nie sprawiło ciemnowłosemu problemu. Potem już żaden mięsień na twarzy mężczyzny nie oznajmił podwładnemu, że nie za bardzo rozumie poruszenie tą tematyką. Być może miało to coś wspólnego z jego przekonaniem, że uganianie się za piłką przez bite półtorej godziny nie mogło być do tego stopnia interesujące. Nie zamierzał też jakkolwiek komentować upodobań Sullivana, a usta zaczęły układać słowa, których młodzieniec właśnie oczekiwał:
„Historia piłki nożnej – tom pierwszy” ― nie pokwapił się o bardziej wzniosłą intonację. Miał też nadzieję, że tyle w zupełności wystarczy ciemnookiemu do szczęścia. ― Jak sam widzisz, nic specjalnego. Możesz już zabrać mi to sprzed nosa i przestać sprawiać mi więcej problemów niż mam dotychczas ― dodał zaraz i szturchnąwszy palcami nową zdobycz kotowatego, opuścił rękę i oparł łokieć na podłokietniku, czując jak prawie naga deska, z której zdarto cześć obicia, wrzyna mu się w kość. ― Od kiedy znosisz do siebie niepotrzebne rupiecie?
Hipokryzja? Być może, ale – w odróżnieniu od levelu E – on miał świadomość tego, za co się chwyta i tym sposobem pozostawał samowystarczalny. Przydatna umiejętność.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Mały salon

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 11 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next

Powrót do góry