Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 14 1, 2, 3 ... 7 ... 14  Next   

Las.    Pisanie by Fucker on Sro Lis 26, 2014 11:38 pm
Las
Jak na warunki Desperacji, las ten jest w całkiem porządnym stanie. Co prawda wiele drzew przypomina raczej pousychane gałązki, ale zapuszczając się w jego głąb, zdecydowanie można napotkać drzewa pokryte gęstymi liśćmi, okazałe krzewy a nawet polany z kwiatami.  

- - - - - - - - - - - - - - - - - -

Było jeszcze za wcześnie, ale zima już nachalnie dobijała się do kruchych drzwi Desperacji. Musiała na własnej skórze przekonać się, że jej brzydkie wrota, wyglądające na takie, które ulegną silniejszemu uderzeniu, są o wiele stabilniejsze niż się spodziewała. Kiedy Biała Suka – tak pieszczotliwie nazywali ją ci, którzy zamiast grzać swoje tyłki w ciepłym domu musieli odmrażać sobie je sobie w sypiących się chatach – uznała, że nie zostanie zaproszona po dobroci, postanowiła znaleźć sobie pośrednika. Podrzucić tykającą bombę, niepozornie ukrytą w niczym nie wyróżniającym się opakowaniu. I tak temperatura powietrza spadła o dobre kilkanaście stopni, przekraczając cienką granicę, dzielącą zero od ujemnych wartości. Szron pokrył kory drzew i ściółkę, sprawiając, że uschnięte gałęzie trzeszczały jeszcze głośniej, łamiąc się pod ciężkimi podeszwami. Świadomość z trudem odpychała od siebie wrażenie, że unosząca się dookoła mgła niebawem też zamieni się w wielką bryłę lodu, stając się klatką tego martwego krajobrazu. Klatką, w której za nic nie chciało się znaleźć.
Nie miał wyboru.
Gdzieś po drodze zgubił resztki ciepła, nie wspominając już o pamięci o tym, gdzie miał zamiar się udać. Wszystkie myśli zmówiły się i złośliwie przypominały mu o nieznośnym zimnie, które odczuwał. Nigdy nie miał okazji wylądować zupełnie nagi w zamrażarce, ale mógłby przysiąc, że obecne uczucie niczym nie różniło się od tamtego. Było tylko... jakieś pięć razy gorsze. Warstwa ubrań przestała być użyteczna już jakiś czas temu, a mięśnie, które stale pozostawały w ruchu, za nic nie chciały się rozgrzać. To dziwne, że był w stanie jeszcze iść, czując odrętwienie na całym ciele, jakby ktoś wypełnił cały jego organizm pieprzonymi kostkami lodu. Szkoda, że te nie wyraziły chęci roztopienia się. Posiniałe usta co jakiś czas drżały, ale kły od razu usiłowały przywołać je do porządku. Ryan nawet nie odczuł, do jakiego stopnia pastwił się nad dolną wargą, pozostawiając na niej widoczne ślady. Przypominał cień samego siebie, gdy mętne spojrzenie lustrowało okolicę. Było na tyle nieobecne, że równie dobrze w którymś momencie mógłby zapomnieć o wyminięciu któregoś z drzew, ale tak się nie stało. Nie zapominał też o poruszaniu palcami w kieszeniach, by sprawdzić, czy jeszcze tyle był w stanie zrobić, a kolejne obłoczki pary, szybko rozmywające się w powietrzu, deklarowały, że nie zapominał też o oddychaniu, choć w takich chwilach miało się ochotę po prostu odpłynąć. Tym bardziej, że chłód (mało powiedziane) nie był jedyną nieprzyjemnością, z którą w tej chwili się borykał.
Zawsze jest gorzej, kiedy myślisz, że tak już nie może być.
Pamiętał, że wszystko zaczęło się od pojedynczego szarpnięcia, a potem jakiś niewidzialny oprawca podjął próbę odcięcia mu głowy jakimś tępym narzędziem, które utkwiło w jednym punkcie na jego szyi. Co jakiś czas Grimshaw przesuwał ręką po jej boku, ale żaden masaż nie łagodził odczuwanego bólu. Zaklął pod nosem, kończąc swoje bluzgi mało wyniosłym szczęknięciem zębami. Zmęczenie atakowało go, jak wyjątkowo złośliwy nowotwór, który prędzej czy później i tak miał go rozłożyć. W tej grze nie było miejsca na „dzielnie walczył”, kiedy lodowaty oddech śmierci włóczył się za nim i pochłaniał wszystko na swojej drodze. Gdziekolwiek by się nie znalazł, i tak by się nie uwolnił. Potrzebował tylko trochę więcej czasu, by to zauważyć.
Szur.
W lesie było mnóstwo drzew, ale zatrzymał się obok tego, o które wreszcie zahaczył ramieniem. Pień okazał się zbawienną podporą. Czymś, czego potrzebował, ale choć miał to pod nosem, tym bardziej odrzucał od siebie tak oczywistą opcję. Pierdolę, przemknęło mu przez myśl w akompaniamencie splunięcia gdzieś w bok, zanim mozolnie osunął się na ziemię, jakimś cudem przekręcając się tak, by przylgnąć plecami do drzewa. Wystarczyło, by odchylił głowę do tyłu i pozwolił powiekom opaść na oczy, a coś mokrego – i z jakiegoś powodu obrzydliwego – przesunęło się po jego policzku. Kąciki ust Jay'a wykrzywiły się w zniesmaczonym wyrazie, gdy otworzył oczy, jego ręka od razu zacisnęła się na gardle szczeniaka, który do tej pory szedł za nim, zapominając o tym, że nie jest zbyt mile widziany. Czworonóg od razu zaniósł się cierpiętniczym skamleniem i próbował odepchnąć się łapami od szarookiego, który nie reagował na psie błagania i wzmocnił uścisk.
Leżeć ― prychnął, odpychając go od siebie. Gruba sierść zamortyzowała nieco nieprzyjemne lądowanie bokiem na chruście. Wilk potrzepał łbem i obrzucił ciemnowłosego pełnym wyrzutu, szczenięcym spojrzeniem, które kryło w sobie groźbę zgłoszenia tego haniebnego czynu do Animalsów, ale zrozumiał przekaz i łapiąc głębsze hausty powietrza, pozostał na swoim miejscu.
Rottweiler szybko stracił zainteresowanie futrzakiem, a i nie można powiedzieć, że jakąkolwiek ciekawość względem niego w ogóle wykrzesał. Przemknął wzrokiem po opustoszałej okolicy i przesunął drżącą ręką po oszronionej ziemi. Zawsze marzył o tym, żeby skończyć, jak jebana dziewczynka z zapałkami. Tylko... kurwa. Nie zabrał ze sobą zapałek. W zamian za to udało mu się wysunąć z kieszeni zapalniczkę i jeden papieros. Z ulgą zaciągnął się słodkim dymem, nie reagując na to, że paznokcie jakby same odnalazły obolałe miejsce i desperacko zaczęły przesuwać się po skórze.
Drap.
Pośród fali silnych doznań nie odczuł pieczenia, ani wychłodzonej krwi pod palcami.
Drap.
Wyjmie to gówno.
Szczeniak pisnął zaniepokojony, ale ten odgłos wleciał jednym uchem i wyleciał drugim.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Gość on Pon Gru 01, 2014 2:32 pm
Muszę go znaleźć. Myśl przytłumiła wszystkie zmysły, pozwalając, by Branka brnęła przed siebie. Nie obserwowała otoczenia, nie była przygotowana na żaden atak. Jedyna broń jaką miała przy sobie to pas na udzie oraz przytwierdzone do niego noże, nic więcej. Kolejny błąd popełniony przez nazbyt dominujący instynkt. Długo wpajane jej odruchy zawiodły. Nie kryła się przed zimnem, nie starała się zatrzeć pozostawianych przez siebie śladów. Nie zabrała ze sobą ani odrobiny pożywienia, mimo że jej podróż nie była nawet przybliżenie określona w czasie. Jeśli będzie to konieczne, przemierzy całą Desperację od oceanu do Edenu byleby tylko go znaleźć i podzielić się swoim odkryciem. Było to wszak odkrycie niesamowite, spędzające jej sen z powiek od dłuższego czasu.
Jeszcze kilka godzin temu leżała w łóżku, wpatrując się w sufit i analizując słowa, które spłynęły na nią z Niebios. Kilka godzin temu nie chciała przyjąć żadnego posiłku, medytując usilnie, starając się zapamiętać najmniejszy szczegół swojej wizji. Każde słowo. Później pozostało już tylko wyruszenie w drogę z peleryną na ramionach, wszak jesień jeszcze nie ustąpiła miejsca okrutnej zimie, a słońce nad górami Shi grzało na tyle mocno by wierni nadal chętnie wychodzili na spacery. Wyruszyła, wrzuciwszy wpierw coś na ząb.
Pierwszy na jej drodze znalazł się majdan nowej Desperacji, jednak na niewiele zdały się tam jej poszukiwania. Nikt nie widział Rottweilera. Kolejny miał być las. Weszła, a przejmujące zimno od razu okryło ją swoim całunem. Zadrżała, żałując, że nie wyposażyła się lepiej w tę podróż. Jednak było to tylko niemrawe mruknięcie podświadomości, zepchnięte na boczny tor przez główną myśl. Muszę go znaleźć. Muszę. Nasunęła kaptur na zmarznięte uszy, dłonie zaś schowała w kieszeniach podartych spodni. Nijak poprawiło jej stan, lecz zmobilizowało do szybszego ruchu. Każdy, nawet najmniejszy mięsień był teraz angażowany w utrzymanie ciepła, tych przeklętych 36 stopni. Dygotały na sam widok szrony usadzającego się coraz grubiej na pniach. Nie było to naturalne zjawisko, lecz czy powinno ją w jakiś sposób zaniepokoić? Zapewne. Przecież niczyje ręce, nieważne jak bardzo lodowate by nie były, nie mogą stworzyć czegoś podobnego. Nie mogą, prawda? Ważniejsza jednak była myśl, że się do czegoś zbliża, pozostało już niewiele, bardzo niewiele. Kilka kroków, tak podpowiadała jej gęsia skórka na przedramionach.
I nie myliła się. Doprawdy, cóż za wymyślne urządzenie z tej gęsiej skórki. Może jednak to popiskiwanie szczeniaka odwróciło jej uwagę od naprzykrzającej się jej myśli. Spojrzała, podeszła, zmarszczyła brwi. Minęła chwila nim zrozumiała, że to na co patrzy jest właśnie jej głównym i najważniejszym celem. Znalazła! Lecz zdecydowanie nie spodziewała się go w takich warunkach. Ani w takim stanie.
Trzask. Jakaś gałąź złamała się pod jej stopą, sygnalizując, że zbliżyła się znacznie.
Trzask. Dłoń na szyi wymordowanego została odtrącona bez słowa.
Trzeciego już nie było. Zrezygnowała z wytrącania mu fajki z ust. Przyklęknęła, zbliżając twarz do rany w szyi. Nie było czasu na rozmowy, z rany ciekła krew, a to nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Jeśli utrata świadomości była częstym wybawieniem, krwawienie nigdy do nich nie należało, a ona wiedziała o tym najlepiej, cierpiąc na hemofilię od najmłodszych lat. Może rana nie była zbyt poważna, coś w niej tkwiło, uniemożliwiając skrzepnięcie się krwi. Delikatnie przesunęła palcem po cięciu, starając się wyczuć obiekt. Czyżby to okruch lodowego lustra, niczym w sercu Kaja, teraz osiadł w szyi Ryana?
- Musimy się stąd wydostać. - to nie był rozkaz, a głośna myśl.
Byli w lesie, leśniczówki powinny wyrastać jedna na drugiej, jak grzyby po deszczu. Mimo to, odkąd się tu zagłębiła, nie spotkała ani jednej. Czasu tak niewiele, jeszcze jej za chwilę zamarznie, jednak to nie kwestia ciepła nie dawała jej spokoju. Westchnęła cicho, nadal patrząc na czerwoną jamę, szczerzącą się na nią groźnie. Przytknęła do niej wargi, odnalazła obiekt językiem, zaś zębami go wyjęła. O ile było to na tyle proste. Pewnie tak. Zapewne o wiele łatwiejsze niż dłubanie w ranie paznokciami. I bardziej higieniczne.
Dopiero wtedy mogła się rozejrzeć za chrustem. Był tam, wysuszony przez mróz, kruchy i chętny do rozpałki. Była także zapalniczka, którą dzielnie dzierżył w ręku Wymordowany. Zabrała mu ją i żmudnie zaczęła rozpalać ognisko tym, co akurat miała pod ręką. Szło jej wolno, jednak po chwili już płonął niewielki płomień. Teraz tylko ostrożnie z gałęziami, żeby go przypadkiem nie zadusić nadmiarem wilgoci i braku tlenu. Na szczęście nie był to jej pierwszy raz, Mentor dobrze ją wyszkolił w przetrwaniu. Oraz w ratowaniu innych. Na koniec mogła już zdjąć płaszcz i okryć nim oboje. Ciało prędzej zagrzeje się od ciała, nawet jeśli drugie ciało wale nie jest zbyt chętne do współpracy.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Fucker on Czw Gru 04, 2014 2:48 pm
Czerwone smugi leniwie znaczyły wzory na ręce mężczyzny, ledwie łaskocząc jego skórę. Ilekroć zahaczał o tajemniczy odłamek, zastygał w chwilowym bezruchu, ulegając rażącemu impulsowi, który zmuszał go do zaprzestania tego daremnego trudu. Zaciskał zęby, na nowo rozluźniał szczęki, tępił ból dymem, który raz po raz rozgrzewał go od środka i powtarzał wszystko ponownie, jakby jego jestestwo sprowadziło się do kilku zapętlających się kadrów. Tylko szczeniak kręcący się dookoła urozmaicał tę scenę. Jego ujadanie i skamlenie niosło się po lesie, ale nie chciało trafić do uszu ciemnowłosego. Niewidzialny mur, który postawił przed czworonogiem zakazem zbliżania się, okazał się dźwiękoszczelny, a przynajmniej sprawiał, że Ryan był głuchy na niezrozumiałe błagania wilka.
Trzask.
Szare tęczówki przesunęły się pod na wpół przymrużonymi powiekami. Instynktownie chciały zlokalizować źródło dźwięku, choć ich właściciel nie wydawał się zainteresowany. Ten głupi kundel na pewno zdążył już zwrócić na siebie uwagę wygłodniałych drapieżników. Nie tylko na siebie.
Coraz głośniej.
Obraz rozciągał się i rozmazywał przed jego oczami. Jakaś ruda plama trafiła w pole jego widzenia, przypominając mu, dlaczego powinno się wystrzelać wszystkie lisy. Przebiegłe bestie, które czekały na łatwą okazję, ale gdy coś poszło nie tak ulatniały się, ratując własne dupska. Nie zareagował w przeciwieństwie do małego wilczura, który zastygł z łbem zawieszonym na wysokości reszty ciała, jeżąc przy tym ciemnoszarą sierść i wyszczerzył kły – dokładniej mówiąc: kiełki – ku nieznajomej mu kobiecie. Komiczny widok z uwagi na to, że ta krwiożercza bestia mogła co najwyżej dobrać się do cudzej nogawki. Ostatecznie wilk nie zrobił nawet tego, a ominięty przez rudowłosą zaczął ujadać w oczekiwaniu na więcej uwagi („Bój się, bo obślinię ci płaszcz, wrr”).
Znajomy zapach przebił się przez nikotynową woń dymiącego się papierosa, ale Grimshaw nie skojarzył go. Nawet nie próbował skojarzyć. Zmarszczył brwi, czując ciepło bijące od drugiego ciała, ale zamiast docenić je, drgnął, chcąc uświadomić drugiej osobie, że nie podobało mu się naruszanie jego sfery osobistej. Nie zdążył zareagować, a odtrącona ręka sama z siebie wykazała się niepodobnym do ciemnowłosego posłuszeństwem i osunęła się na ziemię. Najwyraźniej zaczęła żyć własnym życiem i stwierdziła, że wszystko jej jedno. Jay przysunął filtr używki do warg i uraczył raka kolejną porcją pożywienia. Choć Taihen znalazła się naprzeciwko niego, jego wzrok tkwił gdzieś ponad jej ramieniem, jakby przyzwyczaił się do tego, że przed momentem lisica była tam, a nie tuż obok. Tam, gdzie powinna być.
Strzepnął popiół na ziemię.
Nazywała się...
Nieważne. Znajomy zapach w ułamku sekundy przerodził się w coś znienawidzonego. Od razu upuścił niedopalony papieros, otworzył szerzej oczy, a czarne źrenice zwęziły się w ułamku sekundy, sprowokowane ostrzegawczym, gardłowym i całkowicie nieludzkim odgłosem. Zwierzę pozostanie zwierzęciem. Żył zbyt długo, by instynkt przetrwania całkowicie w nim wygasł. Zranione zwierzę albo uciekało z podkulonym ogonem, albo robiło wszystko, by nie dać za wygraną. Walczyło, żeby przeżyć; polowało, gdy było głodne; zabijało, żeby nie zostać zabite. Ryk, który wydostał się na zewnątrz był odpowiedzią, którą Shi otrzymała w momencie, gdy podjęła próbę pozbycia się odłamka z jego szyi. Mały przedmiot zdawał się poruszyć nerwy, które chóralnie odpowiedziały rwącym bólem, które przyćmiło trzeźwe myślenie. Przeszkodę dla Kapłanki nie stanowiło teraz wyłącznie to, że tajemniczy odłamek za nic nie chciał wydostać się z rany, jakby postanowił stać się nieodzowną częścią organizmu szatyna, ale także fakt, że wybrała sobie kiepskiego pacjenta.
Zimny – zbyt zimny – dotyk na policzkach członkini Kościoła bynajmniej nie był delikatny. Opętany naparł na nie palcami, wymuszając rozchylenie ust, jakby futrzakiem, który dobrowolnie nie chciał przyjąć antybiotyku. Nieumyślnie naznaczył jej oblicze rdzawymi smugami. Przechylił głowę na bok, utrudniając dostęp do rany, gdy miał już pewność, że twarz rudej znalazła się wystarczająco daleko. Tym razem drżenie ciała było spowodowane nie tylko zimnem, ale i wściekłością usiłującą rozedrzeć go od środka i dać upust w starciu z o wiele bardziej kruchym istnieniem.
Zrób to jeszcze raz, głupia suko. UKRĘCĘ CI KARK.
RYAN.
Nie słuchał. Nie myślał. W reakcji obronnej po prostu pchnął ją do tyłu, odrzucając wszystko, co chciała mu zaoferować. Uniósł trzęsącą rękę – teraz uzbrojoną w szpony – gotów zamachnąć się nią na tyle mocno, by na zawsze pozbawić ją urody, której z pewnością uległ już niejeden. Wszyscy woleli pieprzyć towar bez skazy. Jedno porządne zadrapanie, by rozedrzeć jej gardło.
Iskrzące się ślepia zahaczyły o zielone tęczówki oczu, a ostatni głębszy oddech zapoczątkował opuszczenie ręki, choć z widocznym ociąganiem.
Już wiedział.
Taihen ― mruknął, gubiąc gdzieś po drodze cały entuzjazm, na który i tak nigdy się nie silił. ― Podobno wyrywanie zębów bez znieczulenia boli jak skurwysyn ― rzucił chłodno. Znaczący ton dość jasno zdradził to, co chodziło mu po głowie. Ostentacyjnie przyjrzał się też jej wargom, choć aluzja groźby na szczęście nadal pozostała tylko aluzją. ― Poradzę sobie.

Pardon, musiałem trochę namieszać.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Gość on Sob Gru 06, 2014 9:26 pm
Jej plan był dobry. Sensowny, logiczny, a przede wszystkim wykonalny. Niestety, nie zawsze dobre intencje są odpowiednio interpretowane.
Choć dotyk kobiety był delikatny, próba pozbycia się odłamka wcale do delikatnych nie należała. Wargi splamione krwią, ostry przedmiot na języku, drobny, delikatny chwyt zębami by wyjąć. Instynkt. Tak, zapewne na manekinie by się udało. To jednak było żywe ciało, w dodatku przytomne, a przytomne ciała mają to do siebie, że się bronią. Bardzo zaciekle. Nie chciała jednak dać za wygraną. Smak krwi niemal przyprawiał ją o mdłości, jednak brnęła dalej, pewna, że tak właśnie powinna postąpić. Skoro on rozdrapywał sobie szyję, w tym szaleństwie musiała być metoda. Walczyła z zimnem dłoni spływającym na jej policzki. Opierała się długo, sekundę, może pięć. Dopiero nacisk paznokci sprawił, że puściła i oddaliła twarz od skóry wymordowanego.
Była naznaczona barwami wojennymi, czerwoną posoką, którą młody wilczek wyczuwał zdecydowanie za bardzo. Jeszcze skłonny był pomyśleć, że rudowłosa chciała zrobić krzywdę jej panu, mniej lub bardziej mylnie interpretując sygnały docierające do jego móżdżku. Warkot, krew, wściekłość oraz rozczarowanie wypełniało coraz chłodniejsze powietrze, a zwierzę to czuło. Zapewne od samego początku przewidywało, że Taihen będzie jedynie elementem wprowadzającym chaos do ich świata, bardziej szkodząc niż pomagając.
Ona jednak nie wydawała się przejmować zwierzęciem. Gdy zbliżało się do niej, odsuwała je ręką bądź nogą, nie zważając na drobne kiełki. Piski i szczeknięcia wtapiały się w szum, ignorowany przez jej świadomość. Potarła szczękę, siedząc w rozsądnej odległości od Ryana. Obserwowała go. Dawno już zapomniała o rozpaleniu ogniska czy przykryciu ich peleryną. Nie chciał tego, a ona... ona była zbyt dumna by nalegać. Zielone ślepia na wpół zniknęły pod zmrużonymi powiekami. Nie warczała, jednak zapewne to właśnie powinna w tym momencie zrobić.
- Idioto, tym razem tutaj zamarzniesz.
Szkoda, że nie miała pojęcia czy te słowa rzeczywiście wydostały się z jej ust, czy jedynie rozbrzmiały w jej umyśle. Dymek unoszący się w okolicy jej twarzy potwierdzał to pierwsze. Najwyżej po raz kolejny dostanie w twarz. Nie zdziwiłaby się, zapewne to nie pierwszy ani ostatni.
Podobno wyrywanie zębów bez znieczulenia...
Tak, podobno.
Wargi zabarwione posoką wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. Doskonale wiedziała jak działała męska duma. Ona także często powtarzała mantrę „ja sama”, nie dopuszczając nikogo do rzeczy, którymi akurat musiała się zająć. Widziała jednak jak Ryan siłuje się z odłamkiem oraz jak traci krew, nie zyskując pozytywnego efektu swojego wysiłku. Jedynie dokarmiał płuca trującą smołą z papierosa. Przygryziona warga i ciche westchnienie. Nie pozostało jej nic innego jak spojrzeć na wilczka kulącego się u jego stóp. On by ją zrozumiał w tym momencie, jej niemoc oraz wewnętrzną frustrację.
Chciała uderzyć siedzącego naprzeciw niej chłopaka, przemówić mu do rozsądku agresją. Zapewne jedyne co by osiągnęła to dwa razy boleśniejszą ranę na własnym ciele. Podkuliła nogi pod brodę.
- Słabo ci idzie to radzenie sobie. Chcesz się pozbyć tego gówna czy nadal będziesz zgrywał maczo?
Jedna z rudawych brwi uniosła się pytająco. Debata debatą, ale jeśli zaraz go nie przekona do swoich racji będzie mogła zacząć pisać list z kondolencjami dla różowłosego anioła. Zanim ją zabije, mszcząc się za tę mało efektywną próbę uratowania wymordowanego. Zaklęła pod nosem.
Powiedz mu, że to dla jego dobra. Zrozumie.
Odmówi.
Możesz go też zaciągnąć siłą.
Tak, tylko dokąd? Gdziekolwiek. I tak w całym tym gdziekolwiek zapanuje mróz, a on umrze z zimna. O ile Taihen sama nie padnie pierwsza, odmrażając sobie dłonie od zimna jego skóry. Była w sytuacji patowej i wcale jej się to nie podobało. Jeszcze raz chciała podjąć próbę okrycia go płaszczem, domyślała się jednak, że to także się na nic nie zda. Obiekt tkwiący w jego szyi nadal będzie oziębiał martwe ciało. Pozostaje ekstrakcja, na którą ten się nie godzi. Nie bez znieczulenia, co?
- Ryan... proszę cię. Naprawdę zaraz zginiesz. Nie możesz teraz tego zrobić, musi wypełnić się przepowiednia Ao.
Nie była pewna czy w ogóle zrozumie jej słowa, ale był to zapewne jedyny możliwy moment żeby przekazać mu to, co popchnęło ją do opuszczenia swoich ciepłych komnat i odszukania go w tym cholernym lesie. Bez leśniczówek. Cholera by to wszystko trafiła.
Spal las.
Na to miała największą ochotę. Zapewne zrobiłoby im się ciepło, przynajmniej na chwilę.
Z tą myślą po raz kolejny spróbowała się do niego zbliżyć. Powoli, na czworaka, obserwując najmniejszy ruch mięśni, który mógłby być atakiem z jego strony. Nie chciała jednak sięgać do otwartej rany, a po prostu przylgnąć do jego boku swoim ciałem. Żeby przetrwał przynajmniej jeszcze chwilę, nim ona wymyśli jakiś sensowny sposób pozbawienia go tego cholernego gówna. Albo zanim on go sobie wyszarpie i w końcu pozwoli jej zająć się raną.
Jeśli atak miał nastąpić, będzie się bronić. W ostateczności odskoczy. Wolała jednak choć raz wypełnić własną wolę.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Fucker on Pon Gru 08, 2014 4:51 pm
„Idioto, tym razem tutaj zamarzniesz.”
Na złość mamie odmrożę sobie uszy. Przekręcił głowę w bok, odrywając wzrok od rudowłosej na rzecz przyjrzenia się zamarzniętym drzewom. Przez moment wydawał się zupełnie zapomnieć o tym, że oprócz ujadającego – na szczęście już z coraz mniejszym zapałem – wilka, miał też inne towarzystwo. Kobieta nie miała okazji zauważyć, że lśniący odłamek zdążył już zniknąć pod warstwą nowych tkanek, gdy ciemnowłosy w niemym buncie przycisnął dłoń do rozdrapanej szyi, chcąc zabezpieczyć się przed kolejną próbą „pomocy mu”. Już w pierwszej chwili jakikolwiek kontakt z raną okazał się kiepskim pomysłem, ale reakcję na to ograniczył do zaciśnięcia zębów. Jak na złość obiły się o siebie, ulegając drastycznie ujemnej temperaturze. O ile Taihen była zbyt dumna, żeby nalegać, tak Ryanowi duma stała na przeszkodzie, by wymagać wsparcia. Wsparcia od kogoś słabszego.
Wsparcia od... kobiety.
Na tę myśl kącik jego ust na dosłownie moment ściągnął się w pogardliwym wyrazie. Potarł drugą ręką przeciwległe ramię.
Stul pysk. ― Choć kiepski stan wizualnie mu ujmował, rozkazujący ton z łatwością przeszedł mu przez gardło, nie tracąc na swojej sile. Gdyby nie stała obserwacja, można byłoby przysiąc, że właśnie zaakcentował brak kręgosłupa moralnego, ale piorunujące spojrzenie zaraz postanowiło wgnieść w ziemię nieszczęsnego szczeniaka, który za nic nie chciał się uspokoić. Ignorowanie przestaje być skuteczne, gdy nadmiar hałasu przyprawia cię o ból głowy.
Wilk – naturalnie – gwałtownie wycofał się i ułożył płasko na ziemi, przytulając uszy do czaszki. Nie stało się tak dlatego, że skończyłby z ukręconym karkiem, gdyby nie wykonał polecenia, ale dlatego, że środowisko zewnętrzne z ogromną chęcią odpowiadało na rozdrażnienie właściciela. Grubsza warstwa lodu zalśniła w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem stało psisko, aktualnie zamiatające oszronioną ściółkę cienkim ogonem, jakby tym gestem usiłowało ugłaskać swojego pana.
Mięśnie na plecach Jay'a spięły się nieprzyjemnie, gdy przebiegł po nich kolejny zimny dreszcz.
Słabo idzie ci wyciąganie wniosków ― sarknął, zahaczając wzrokiem o skąpany w czerwieni uśmiech. ― Nie lubię się powtarzać. Znasz odpowiedź.
Wzruszył barkami, a cały ruch w gruncie rzeczy bardziej przypominał ledwo widoczne drgnięcie. W tef sytuacji i ono wystarczyło, by pokazać, jaki ma do tego stosunek. Nienawidził lekceważenia. Jeżeli sądziła, że tu padnie, miała dość wygórowane oczekiwania. Z chęcią zrobi jej na przekór. Nie posłucha, nie zrozumie, nie da się prosić.
Tak, odmówi.
A może...?
Nie mogę teraz? ― wychrypiał, ściągając brwi w wyrazie, w którym na próżno było doszukiwać się aprobaty. Jeżeli nie byłby akurat sobą, może pokusiłby się o gorzki śmiech. ― Dobrze ― dodał już spokojniej, jakby na wspomnienie o Ao, natychmiast spojrzał na tę sprawę z zupełnie innej perspektywy. Zobojętnienie na nowo powróciło na jego oblicze, co w jego przypadku równie dobrze mogło uchodzić za złagodnienie.
Szkoda, że przedstawienia kiedyś się kończą. Jego okazało się wyjątkowo krótkie.
Oczywiście. Specjalnie dla Ao poczekam aż zaciągniesz mnie na ołtarz, zwołasz kolegów i wspólnie urządzicie sobie Czarną Mszę. Zostanę błogosławiony, gdy dam sobie wyciąć serce? ― Jeżeli sarkazm mógłby przybrać postać jadu, właśnie wstrzykiwałby jej przez uszy śmiertelną dawkę. Pokręcił głową ze zrezygnowaniem, na koniec odchylając ją do tyłu. Zamknął oczy i nie zareagował na szelest ściółki oraz uczucie ciepła, które podpowiadało mu, że jest coraz bliżej. Paradoksalnie do sceptycyzmu, z jakim potraktował wszystko, w co wierzyła – pozwolił jej na przysunięcie się.
Była ciepła, ale nie dopuścił jej do odłamka. Odpadła w przedbiegach w zawodach na bycie przekonującą.
To twój świat ― mówiąc to, uniósł ramię, którego ciężar zrzucił na bark Shi, obejmując ją zadziwiająco delikatnie, biorąc pod uwagę, że równie dobrze mógłby w każdej chwili wzmocnić uścisk i pozbawić ją tchu. Rzecz w tym, że teraz wyglądał, jak ktoś, kto zaraz miał opowiedzieć jej przyjemną historię do snu, a oczy skryte pod powiekami otworzyły bramy do najgłębszych zakątków wyobraźni. Szkoda, że jego rozeznanie ograniczało się do horrorów i niesmacznych historii o mordercach. „Kiedy jeszcze nie było cię na świecie, dzieciaku...” ― Nie chcę słyszeć o Ao ani o innych zmyślonych przyjaciołach, których istnieniem zamydlono ci oczy. Możesz dalej podrzynać gardła aniołom, twierdząc, że robienie tego dla kogoś, kogo nawet, kurwa, nie widziałaś, uczyni z ciebie dobrą dziewczynkę. W rzeczywistości jesteś tylko kolejną marionetką, której sznurek przypiął ktoś sprytniejszy. Wiedział, że o wiele łatwiej jest sterować kukłami bez własnej woli. Desperatami, do których wyciągnięto rękę ― przerwał, łapiąc głębszy oddech. Powietrze było nieprzyjemnie zimne i podrażniło jego gardło do tego stopnia, że musiał odchrząknąć.
Odsunął rękę od szyi, na której rana prezentowała się już o wiele lepiej i sięgnął po zapalniczkę, którą zaczął obracać w skostniałych od zimna palcach.
Muszę cię rozczarować, jeżeli sądzisz, że to się kiedyś zmieni, bo „jak trwoga, to do boga”. Czego jeszcze miałbym się bać, Tai? ― Zmarszczył nos i uchylił powieki. Zerknął na nią z ukosa i lodowatą dłonią poklepał ją po policzku. Irytująco pobłażliwie. ― Nie bądź naiwna. Czasami, gdy czegoś za bardzo chcesz, zaczynasz o tym śnić, ale to wciąż tylko sen.
I lepiej, żeby tak pozostało.

Nananana, spałem tylko 3 godziny, więc pardon za ewentualny chaos.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Gość on Sob Gru 13, 2014 5:47 pm
Jeśli zauważyła grymas bólu na twarzy wymordowanego, to postanowiła go zignorować. Nie chciał pomocy więc jej nie dostanie, jest przecież dorosły i doskonale wie co robi. Ona zaś wiedziała tyle co nic. Nie była lekarzem, nie mogła go profesjonalnie wspomóc, a jedynie kierować się instynktami i podstawami wyczytanymi niegdyś w podręcznikach. Bądź zaczerpniętymi ze służby w wojsku. Lepiej już było przekonywać go do swoich racji werbalnie, wszak słowa nie ranią, czyż nie? Jednak najwyraźniej pomyliła się i tutaj. Sarkazm oraz ironia tłoczone były w jej serce od momentu w którym Ryan pojawił się w jej życiu. Zatruwały krew, niszczyły wiarę we własne możliwości, a przede wszystkim wymuszały uległość względem rzekomo silniejszych. Przecież nie była słaba, nie czuła się taka w momencie gdy podjęła się zabicia swojego Mentora. Przetrwała poniżenie, złość, strach oraz radość. Dzielnie, pełna odwagi. Pewna lepszej przyszłości. Ten człowiek jednak miał w sobie coś, co pozbawiało ją sił. Odbierało najdrobniejszą chęć dalszego działania, nawet jeśli intencje są poprawne i dobre. Najwyraźniej nie tylko jej, zauważyła, widząc kulące się w sobie zwierzę.
Musiała go podejść z innej strony. Na przekór, wykorzystać upór za którym tak usilnie się chował. Umrzesz, nie dasz rady. Nigdy ci się nie uda. Och, ile razy sama to słyszała z ust innych i ile razy motywowało ją to do działania? Mentor doskonale o tym wiedział, ujmując jej twarz w swoje zimne dłonie. Jesteś nikim, powiadał, a ona obruszała się i wściekle demonstrowała swoją wyższość.
Tym razem umrzesz, Ryan. Nie możesz zrobić tego teraz.
Druga część mogła unicestwić wszelkie starania. Była myślą niemal samobójczą, która tak długo kołatała się w jej głowie, że w końcu musiała się wydostać w sposób podświadomy. Jedyne co jej pozostało to skulić się w sobie i czekać na cios, niczym ten przestraszony szczeniak pod drzewem. Zamiast reprymendy jednak usłyszała zgodę. Uniosła głowę, niepewna, czy to co usłyszała było prawdą. Iluzja utrzymała się jedynie przez jeden wdech. Już po chwili popłynęły słowa. Nie był to pierwszy raz gdy wyrażał swoją dezaprobatę pod tym kątem. Odpowiedziała westchnieniem, opierając się bardziej o bok mężczyzny. Przymknęła ślepia, wyrównując oddech. Musiała mu powiedzieć. Teraz, zanim zmieni temat, a ona nigdy więcej się nie odważy.
Wdech. Jego ramię na jej barku.
Wydech. Słowa. Kolejne, długie i bolesne, tak bardzo zabarwione polityką, że aż zrobiło się jej niedobrze.
- Oczywiście, że mną manipulują. Robi to każdy przywódca, ponieważ jego prawda zawsze będzie dla niego tą najbardziej prawdziwą. W Mieście przeżyłam pranie mózgu, w Kościele tak samo. Wiem o tym, tracę zmysły, wspomnienia i własne zdanie. Gdybyś jednak choć na chwilę się zatrzymał, wychylił zza swojego muru, odgradzającego cię od tych wszystkich spisków i manipulacji tych z góry, wiedziałbyś, że wcale nie zajmuję się wyrywaniem serc, a tym bardziej nie uważam, że taplanie się w krwi zrobiłoby ze mnie dobrą dziewczynkę. Myślałby tak jedynie głupiec, resztek rozsądku mi jednak nie odebrano.
Przez chwilę miała ochotę zastosować jego własną broń. Słowo jest bronią obosieczną, powinien się z tym liczyć. Miała jednak znikomą przyjemność obserwowania jego walki z odłamkiem oraz całkowitego zobojętnienia na zewnętrzne bodźce. Może nie wszystkie, ale większość. Była świadoma, że jej próby sprawienia mu przykrości mogą po nim spłynąć jak po kaczce. Że jedynie będzie rozczarowania swoim brakiem umiejętności.
Czasami, gdy czegoś bardzo chcesz, zaczynasz o tym śnić.
Czy właśnie tym była informacja, którą tak bardzo pragnęła się podzielić? Jedynie snem, marą, zwidami, które podsunął jej uśpiony przez narkotyki umysł? Czyżby to nie jej Nowy Bóg szeptał, a jedynie podświadomość? Zagryzła wargę, mocno, chcąc poczuć smak krwi. Ból powinien ją wybudzić, pozbawić wątpliwości. Nadal jednak nie była pewna.
- W takim razie jedynie snem będzie to, co niedawno zobaczyłam. Lecz jeśli się obudzę, a sen okaże się jawą co zrobisz? Czy wtedy zaczniesz się bać i posuniesz się do drastycznych kroków? Och, wiem, że tak. W końcu to też wyśniłam.
Całe szczęście, że oczy zakryte były powiekami, ponieważ źrenice rozszerzyły się znacznie na samą myśl o tym, co miało ich spotkać. Gdzieś po drodze przewinęło się klepnięcie w policzek, które starała się także zignorować. A może wcale go nie poczuła. Dopiero po dłuższej chwili wyciągnęła dłoń i zakryła nią tę parę zimnych i skostniałych, obracających między palcami zapalniczkę. Od razu pojawiły się wspomnienia, a ona nie chciała ich powstrzymywać.
Oby tylko się nie myliła. Oby był tym, za kogo go uważała.


Ostatnio zmieniony przez Taihen Shi dnia Pon Gru 15, 2014 9:05 pm, w całości zmieniany 1 raz



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Fucker on Pon Gru 15, 2014 8:56 pm
Błąd ― podsumował krótko. Nie dało się ukryć, że miał na ten temat inne zdanie. Dla niego nie sztuką było dać się zmanipulować, ale funkcjonować w hierarchicznym systemie bez tego. Nie zamierzał jednak tłumaczyć jej, że przywódcza siła woli i wiara we własne zdanie nie zawsze wystarczy, by wyprać cudze umysły. Nie zrozumiałaby, ale zawsze była tą, która zdawała sobie sprawę z tego, że coś jej odbierano. Tylko czy jakieś ideały były warte poświęcenia samego siebie? Szczerze wątpił.
To jemu robiło się niedobrze na myśl o tym, że potrafiła zrezygnować z tego, co ją kształtowało na rzecz n i c z e g o. Odchylił głowę z marudnym pomrukiem, ale za moment przechylił ją na bok, by oprzeć policzek o jej głowę. Trudno powiedzieć, czy był to akt zmęczenia czy świadomy odruch, przez który przylgnął do źródła ciepła sprawiającego, że szyja jakby mniej go bolała. Zdawałoby się, że postanowił się uspokoić i przełknąć wszystkie nieprzyjemne słowa, które ślina przynosiła mu na język. Każdy widział, że potrafił milczeć, gdy zachodziła taka potrzeba, ale z jakiegoś powodu w tak kiepskim stanie odczuwał potrzebę mówienia, dzięki któremu nadal pozostawał przytomny. Musiał nad czymś się zastanawiać, potem zmuszać się do poruszania ustami, choć drżąca szczęka utrudniała mu zadanie, ale przynajmniej nie zasypiał.
Lubię swój mur. Nie powstał bez przyczyny, ale rzeczywiście przypomniałaś mi, że twój bóg miał wobec ciebie inne plany. Więc? ― umilkł na chwilę, jakby oczekiwał odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie. Wiedział, że raczej nie miała szans domyślić się, o co pytał. Nie powinna nawet chcieć się domyślać. ― Jaki jest w tym cel? Zmieniasz się, dajesz sobą manipulować, wierzysz, że czuwa nad tobą niewidzialny twór, który komunikuje się z wami za sprawą jakiegoś samozwańczego dupka, a potem zostajesz kurwą całego Kościoła, bo bóg tak chciał? Wyprowadź mnie z błędu, jeśli uważasz, że „dostąpiłaś łaski”, stając się zabawką ― w ostatnich słowach krył się rozkaz, ale i szansa na wysłuchanie, czego nie robił często. Szczególnie, gdy wiedział, że nic ani nikt nie jest w stanie go przekonać. Teraz wiedział, ale z jakiegoś powodu chciał obserwować, jak idzie na dno, a jego szacunek to cholernie drugi towar. Zazwyczaj niedostępny dla tych, którzy nieśli ze sobą zapach innych ciał.
Gałąź pękła, a jej cichy trzask przyciągnął uwagę ciemnowłosego. Uniósł wzrok, wlepiając go w szczeniaka, który szybko stracił zainteresowanie otoczeniem na rzecz pastwienia się nad nieszczęsnym patykiem. Może nie aż tak bardzo różnił się od właściciela – oboje nad czymś się pastwili.
W odpowiedzi na słowa kapłanki westchnął ciężko. Strach to, strach tamto. Był już zmęczony ciągłym stwierdzaniem, że będzie się bał. Nie doceniała go. Nie znała. Dzieliła ich ogromna przepaść, którą ciężko było zatuszować nawet obecnym brakiem dystansu od siebie kiedy jedyna potrzeba bliskości wiązała się z pochłanianiem wysokiej temperatury, a nie ze zbędnymi emocjami.
Potrafię radzić sobie ze zbiegami okoliczności. Nawet jeśli czysto hipotetycznie jestem teraz o krok do tyłu, ponieważ zdecydowałem się pozostać ignorantem, gdy coś nie pójdzie po mojej myśli, zrobię wszystko, żeby cię wyprzedzić. Posunę się do drastycznych środków nie ze strachu i może w swoim czasie się o tym przekonasz. Może, czyli mało prawdopodobnie.
Gdyby tylko istniała siła, która potrafiłaby odebrać mu pewność siebie, pewnie wielu by się o nią zabijało. Nigdy nie zakładał, że mógłby przejechać się na lekceważeniu drugiej osoby, ale minęło już ponad tysiąc lat, a on nadal tu był i chociaż zimno przenikało całe jego ciało, sprawiając wrażenie, jak gdyby każda komórka jego ciała traktowana była ukłuciem igły, nie zamierzał zrezygnować z irytującego patrzenia na wszystkich z góry.
Poruszył kciukiem, muskając nim wewnętrzną stronę dłoni kobiety. Był to zadziwiająco delikatny gest, jak na kogoś, kto przez cały czas traktował ją szorstko. Rozprostował palce na tyle, na ile pozwalały mu otulające jego rękę dłonie, niemalże wypuszczając z rąk srebrzysty przedmiot, choć ów znalazł sobie oparcie w drobniejszych i cieplejszych palcach, które na pewno miały zrobić z niej większy użytek. O ile ich właścicielka zrozumiała przekaz.
Muszę tu chwilę odpocząć. To wszystko.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Gość on Sob Gru 20, 2014 1:00 am
Błąd. Niczym echo, słowo to kołatało się w jej myślach. Odruchowo zacisnęła szczęki, zacisnęła powieki i pozwoliła, by oddech się wyrównał. By serce wróciło na swoje miejsce, opuszczając ściśniętą krtań.
Błąd. Wargi po raz kolejny rozciągnęły się w uśmiechu, tym razem bladym, skrytym, odgrodzonym parawanem od wszystkich emocji, jakie zaczęły bombardować jej duszę. Nie miała nic przeciwko debacie na temat przekonań, wszak była to rzecz niemal naturalna. Byli dorośli, mogli tak spędzać czas. Niedopuszczalne jednak były emocje i uczucia, które owej debacie towarzyszyły. Irytacja, lęk przed oceną, chęć podtrzymania namiastek zaufania. Oraz wspomnienia, które nawiedzały ją za każdym razem gdy czuła chłód jego skóry na własnej. Znów pamiętała marynarkę, parę ciemnych oczu, długie, czarne włosy związane w kucyk. Miecz kołyszący się na plecach. Twarz jednak pozostawała zamazana, zaś imię... nieodgadnioną tajemnicą.
Teraz jednak był tam Ryan, a nie Mentor. Choć zmysły podpowiadały co innego, świadomość nadal była przytomna i ostrzegała. Ten człowiek nie patrzył tak przychylnie na jej wybryki, ona zaś nie była już dzieckiem, które mogłoby sobie na nie pozwolić. Teraz czekała ją walka o przetrwanie kolejnej serii słownych tortur oraz naginania jej woli, drażnienia się z jej przekonaniami. Pastwienia się nad ideałami, które sama sobie w końcu obrała.
- Lubisz swój mur. - powtórzyła bezwiednie. Nawet pomyślała jak przyjemnie byłoby wysłuchać jego historii, ale szybko temat został zmieniony, zaś nagonka na jej moralność powróciła ze zdwojoną siłą. Jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, ni to przyjmując atak, ni odpowiadając teatralnym westchnieniem. - Naprawdę, Ryan? Staję się kurwą całego Kościoła tylko dlatego, że dzielę się przyjemnością z więcej niż jedną istotą? Może jeszcze mi powiesz, że pod tym względem jesteś wyjątkowo konserwatywny i wierzysz w monogamię?
Nie chciała na niego patrzeć. Nie chciała, by zauważył jak jej oczy miotają iskry. Uderzył w bardzo czuły punkt, z którym nie sposób się było nie zgodzić. Teraz jednak chodziło o jej honor, a tego nie miała zamiaru aż tak łatwo sprzedać. Nie była typową kurewką, nie puszczała się za kromkę chleba.
- Jeśli mam ochotę to czemu nie miałabym tego robić? Nie jestem przymuszana, nie pieprzę się z konieczności przeżycia za wszelką cenę. Gdzie jest twój jedyny partner życiowy w tym momencie i dlaczego nie ratuje ci tego cholernego tyłka?
Mógłby właśnie tu być. Mogłabym to być ja. Kolejne uderzenie serca Kapłanki było tak mocne, że bała się, że wymordowany je usłyszy. Uniosła nieznacznie głowę, jednak szybko zrezygnowała. Rumieńce wstąpiły na jej lica ze wstydu oraz kiełkującego gdzieś podniecenia. Wybujałej wyobraźni. Zganiła się za to w duchu, podczas gdy jego słowa nadal płynęły.
Słuchała, lecz nie dowiadywała się niczego nowego. Bezwzględność oraz walka o przetrwanie. Widziała je w oczach mężczyzny już nie raz i pewnie gdyby nie chora sugestia jej umysłu, to właśnie ten element byłby pierwszym na jaki zwróciłaby uwagę przy ich pierwszym spotkaniu. Oczy człowieka, który wiele przeszedł zawsze są wyjątkowe i pokazują o wiele więcej niż ten by chciał. Są oknem do duszy, a dusza Ryana była wyjątkowo piękna. Niczym krajobraz pokryty lodem, który mimo niskiej temperatury nadal żył, trwał i wyczekiwał tego promyka, który pozwoli mu się wydostać na powierzchnię. Lecz może i to były jedynie jej urojenia, bądź uniwersalny osąd, bo każdy promyk może być czymś innym, niekoniecznie mdłą miłostką czy trzymaniem się za ręce.
A skoro już o rękach mowa... Ciężar zapalniczki spoczął na jej dłoniach. Była zimna, tak samo jak kciuk gładzący jej skórę. Równie dobrze mogła zmrużyć ślepia i pozwolić instynktom, by nadal kreowały nierealne wizje w jej głowie, ale myślała zbyt racjonalnie, zawsze szukając praktycznych rozwiązań. Spojrzała na stosik gałęzi, który zagarnęła podczas swojej pierwszej próby reanimacji Rottweilera. Wystarczyła jedna iskra.
Zaraz wrócę. Chciała, jednak nie wypowiedziała tych słów na głos. Nadal bała się zniszczyć wszystko to, co się między nimi wytworzyło, nawet jeśli była to potrzeba bliskości związana jedynie z  pochłanianiem wysokiej temperatury. Powoli odsunęła się od mężczyzny i nachyliła nad chrustem. Nie była harcerką, lecz lata w Desperacji zmusiły ją do nauczenia się podstaw przetrwania na pustkowiu. Już po chwili ogień przyjemnie trzaskał między gałęziami, które rudowłosa powoli dodawała do stosu, by płomień mógł wspinać się i rosnąć. Znów wycofała się do boku Ryana.
- Odpoczywaj. Ja tymczasem wyjawię ci, że wcale nie mam zamiaru tkwić tam, gdzie teraz się znajduję. Ktoś musi wprowadzić porządek w mury Kościoła, lecz droga nigdy nie była łatwa. Ile masz lat? - zerknęła na niego, ale nie czekała na odpowiedź. Jej dłonie znów przykryły jego, pozwalając by odebrał swoją własność. Zapalniczkę, ma się rozumieć. - Zapewne o wiele więcej ode mnie. Zgaduję jednak, że twoje początki też nie były łatwe, że nie od razu zająłeś wygodne stanowisko w swojej grupie. Może dlatego teraz wykorzystujesz wolność jaką wywalczyłeś, by mówić co ci się podoba. By ranić innych, umyślnie bądź nie.
Kolejna chwila ciszy. Zamyśliła się, patrząc w roztańczone płomienie. Jakże dawno nie poruszała się w ich rytmie, pozwalając swojemu ciału na wyrażenie wszystkiego, co tkwiło w jej głowie, duszy czy sercu. Cichy pomruk wyrwał się z jej piersi.
- Nawet nie musisz odpowiadać. Zniszczę tych, którzy zrobili ze mnie jedynie marionetkę. Jak sam już powiedziałeś, może teraz jestem krok za innymi, ale jeśli będę zmuszona to użyję drastycznych środków żeby się wybić i ich wyprzedzić. A jeśli to nie poskutkuje, cóż, zawsze pozostaje ten drugi plan. Ucieczka.
Przechyliła głowę. Jej włosy nabrały w świetle miedzianego odcienia, wargi zaś rozchylone były w rozmarzonym uśmiechu. Nie jemu było słuchać o planach zabicia proroka, jednak teraz być może, gdzieś w głębi swojej zamarzniętej duszy, zrozumie, że wcale nie jest tą głupiutką dziewczynką za którą ją uważał. Może kiedyś zobaczy podziw w jego oczach, a wtedy...
Kolejne uderzenie serca. Nie miała prawa tak myśleć. Może i pragnęła szacunku i uznania tego osobnika, ale powody ku uzyskaniu go były złe. Miłość osłabia, zauroczenie ogłupia. Jedną z dłoni odszukała skórę swojego ramienia i uszczypnęła się mocno, aż łzy jej naszły do oczu. Oprzytomnij.
- Znasz może baśń o Królowej Śniegu? Mógłbyś być Kajem, któremu w sercu utknął kawałek lodowego lustra. Wyruszyłbyś daleko w świat wraz z Królową Śniegu, na jej saniach, tylko dlatego, że wydawałaby ci się wyjątkowo piękna w swoim chłodzie. Być może ja wcieliłabym się w rolę Gerdy i ruszyła za tobą, by cię odnaleźć i uratować, zmagając się z wieloma przeciwnościami losu. Wszystko tylko po to by dotrzeć do zamku Królowej i zobaczyć, że wcale mnie nie potrzebujesz. Nie rozpoznajesz i nie chcesz wracać do domu. Wtedy... - nabrała powietrza i zbliżyła wargi do policzka wymordowanego. Wypuściła je powoli, ogrzewając jego skórę - … zapewne próbowałabym tej samej sztuczki co każda inna postać z bajki. Pocałunku. - i musnęła ją delikatnie, odsuwając się dość szybko. - O ile ten Kaj nie skręci wpierw Gerdzie karku. O ile.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Fucker on Sro Gru 24, 2014 12:37 am
Prychnięcie automatycznie wyrwało się z jego ust, przeciskając się przez zęby, jakby to one ukształtowały nieprzyjemność tego dźwięku. Gdyby nie niezmienny brak wyrazu na jego obliczu, być może ktoś uznałby, że wreszcie wydarzyło się coś, co przyprawiło go o rozbawienie. To nie zdarzało się często, gdy miało się do czynienia z osobą o grubo ujemnym poziomie poczucia humoru. Na szczęście Grimshaw nie zamierzał dziś nikogo zaskakiwać. Naprawdę? „Dzielenie się przyjemnością” – tak to teraz nazywali? Widocznie nazywanie rzeczy po imieniu już dawno wyszło z mody, a on, kompletnie niezainteresowany światem, przegapił ten przełomowy moment. Czy w tym wypadku – rzecz jasna, gdyby już przyszło mu się tłumaczyć – po urwaniu komuś głowy miał prawo twierdzić, że tylko podzielił się z nim swoją irytacją? Jeżeli jego sumienie nie byłoby czyste (bo nieużywane), byłoby to całkiem proste rozwiązanie, by je uspokoić lub całkiem upiłować jego ostre zęby, które nie wahały się podgryzać kostek tym słabszym.
Naprawdę, Tai? ― powtórzył tym samym tonem, a przynajmniej starał się to zrobić, walcząc z drżącym od zimna głosem. Mogliby tak w nieskończoność. A i tak wyszłoby na jego.Nie. Stajesz się kurwą całego Kościoła, bo zrobisz wszystko, o co cię poproszą, jeżeli to ma im sprawić przyjemność. I co? Ta myśl wystarczy, żebyś nie musiała udawać, że jęczysz, bo jest ci dobrze? Lubisz mieć świadomość, że zaraz rzucą cię w kąt jak szmatę? No tak, przecież wiesz też, że wrócą. Ujebana podłoga sama się nie umyje. ― Nie miał zahamowań. W jego głosie nie było poirytowania, choć oziębły spokój był o wiele gorszy. Mężczyzna był świadom tego, co mówi. Nie musiał zastanawiać się nad czymś, co było oczywiste. Skrzętnie pomijał odpowiedzi na zadane mu pytania, uznając, że Shi nie musi znać na nie odpowiedzi. Różnica między nimi była dostrzegalna i bez bezpośredniego nakreślania jej – jedno korzystało, a drugie było wykorzystywane. Proste.
Powinien przestać.
„Jeśli mam ochotę to czemu nie miałabym tego robić?”
Ale zwyczajnie nie mógł.
„Gdzie jest twój jedyny partner życiowy w tym momencie...?”
Zdecydowanie nie mógł.
Oderwał policzek od jej głowy. Spoglądanie na nią z góry nie było żadnym wyzwaniem, a jego wyższość nie objawiała się wyłącznie drastyczną różnicą wzrostu. Nawet teraz, gdy pod oczami ciemnowłosego malowały się cienie, a jego skóra była bledsza niż kiedykolwiek, bezbarwne zwierciadła duszy wgniatały stanowczością w ziemię z taką samą siłą, zrzucając na głowę kobiety cały balast ideałów uzbieranych przez tysiąc lat. W tej chwili nie mogła być marniejsza.
Może opowiesz, jak bardzo masz na to ochotę, gdy ładuje się na ciebie jakiś spocony tłuścioch? ― Nie krył obrzydzenia, które pojawiło się na samą myśl o tym. Od razu dało się zauważyć, że nie oczekiwał odpowiedzi ani też żadnych pikantnych szczegółów. Może nie znał jej na tyle dobrze. Może założenie z góry, że to na pewno jej się nie podobało było błędem z jego strony, ale możliwe, że gdzieś tam chciał dać jej szansę na plusa. ― Lepiej daruj sobie szukania podobieństw. Nie jestem sam, bo się nie szanuję i nikt mnie nie chce w sposób, o którym mówisz. Ironia losu, co? Przecież nie potrzymam ich za rękę. Wiem, że nie będzie mi na nich zależało ― mruknął, nie mijając się z prawdą. Wiedział też, że zielonooka zrozumie, o co mu chodziło. Jego osobowość była prawdopodobnie sto razy gorsza od jej, a inni i tak wiązali z nim większe nadzieje niż sam by się tego spodziewał. Obcował pośród zgrai masochistów, z czego cześć z nich jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że do nich należy.
Nie musiał już nic więcej dodawać. Zabrał rękę, która zalegała na jej ramieniu, jakby chciał jej ułatwić odsunięcie się, wnioskując, że to miało nastąpić nie tylko z racji niewypowiedzianej prośny niewypowiedzianego rozkazu. Znowu potarł dłonią bok szyi, nieświadomie zostawiając na niej czerwone pręgi, niewidoczne pod warstwą zakrzepniętej już krwi, będącej jedyną pamiątką po wcześniejszej ranie. Uważnie obserwował członkinię Kościoła i gdyby nie zmęczenie, może wykorzystałby okazję, by w tym czasie wstać i po prostu się ulotnić. Mimo że za nic nie chciał tego przyznać, w niewielkim stopniu był na nią zdany. Irytujące.
Gdy płomień buchnął, zamknął oczy. Przez bijące od niego ciepło czuł się, jakby ktoś okrył go kołdrą i pozwolił odpłynąć. Niemniej jednak przez cały czas jej słuchał, a kiedy zapalniczka znów wylądowała w jego ręce, zamknął ją w zaciśniętych palcach. Równie dobrze mógł się wyłączyć, skoro jego odpowiedzi nie były jej potrzebne. Nie ruszał się z miejsca, więc poniekąd mówienie do niego przybierało formę rozmowy ze ścianą.
Poczekam na efekty ― zaznaczył, nic nie robiąc sobie z obietnic. Jeżeli miał w coś uwierzyć, musiał to po prostu zobaczyć. Był zagorzałym realistą. ― Możesz zgadywać, jak długo żyję ― właściwie, jak długo nie żyje ― ale prawda może sprawić, że staniesz się jeszcze bardziej odległa od poznania mnie całego. Tak przynajmniej możesz robić sobie nadzieje na to, że kiedykolwiek musiałem się przed kimś płaszczyć, uważać na słowa i brać pod uwagę hierarchię grupy. Jeżeli tak ci wygodniej.
I jeżeli wierzyła w bajki...
A wierzyła.
Znał tę bajkę, ale nie wszedł jej w słowo. Nie cofnął się też przed muśnięciem warg, którego nadejście oznajmił mu ciepły oddech na policzku. Czas zaczął ciągnąć się sekunda za sekundą i równie dobrze mógł już przestać reagować na świat zewnętrzny, odnajdując się w objęciach Morfeusza. Chciałby. Kiedy znowu się poruszył, odsunął się kawałek, jednak szybko okazało się, że nie po to, by uchronić się przed kolejnymi gestami. Ociężale przekręcił się tak, by na koniec wygodnie ułożyć głowę na jej nogach. Chrust zatrzeszczał buntowniczo pod jego ciężarem, ale zaraz ucichł.
Bajka skończyłaby się za szybko, gdyby to zrobił. Gerda powinna nabrać przekonania, że skręcenie karku byłoby dla niej lepszym rozwiązaniem. Więcej kreatywności ― mruknął, uniósł rękę i paznokciem kciuka zahaczył o jej dolną wargę, chcąc pozostawić na niej piekące uczucie. Spod przymrużonych powiek przyglądał się jej twarzy. ― Boisz się?

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Gość on Nie Gru 28, 2014 7:58 pm
Kurczyła się pod każdym słowem. Chciała ślepo wierzyć w ideały jakie jej powierzono, w to, co powiedział jej Mentor nim wbiła mu nóż w serce. Pragnęła tego, lecz argumenty Ryana były niepodważalne. Nie, to nie były argumenty, to były obelgi rzucane w jej stronę, jedna za drugą. To były obrazy wykreowane w jego głowie. Na jej temat. Nigdy nie był w Kościele, nie widział jak wyglądają tego typu spotkania, nie miał też pojęcia, że zawsze miała prawo odmówić. Że nigdy nie legło na niej żadne grube cielsko, ponieważ by tego nie zdzierżyła. Ponieważ wszyscy wiedzieli, że nie zawsze była uległa, zaś kolekcja broni w jej sypialni odstraszała niepożądanych gości. Nie brała do łóżka ludzi, którzy w jakiś sposób jej nie pociągali, a później, o dziwo, nie biegła na każde ich zawołanie, by szorować podłogi w ich komnatach. To nie były te czasy, gdy nałożnice były przeciętnymi służącymi, eksploatowanymi na wszelkie możliwe sposoby. Były rozpieszczanymi kochankami, obsypywanymi prezentami, klejnotami i futrami. W odpowiednich warunkach, ponieważ w Desperacji nikt by nawet nie spojrzał na tego typu kosztowności.
Właśnie dlatego, gdy tylko się wyprostował, ona także to zrobiła. Napięła się jak struna, mimo że nie mogła z nim konkurować wzrostem. Wyglądał okropnie, trawiony zmęczeniem i zimnem, którego sam nie mógł kontrolować. Jedynie oczy pozostawały niezmienne. Przerażające, zmuszające do uległości. Nawet on chciał nagiąć jej wolę wobec swojej, lecz wziął się za to w najgorszy możliwy sposób. Nie odwróciła wzroku, choć kosztowało ją to wiele. Paznokcie wbite w dłoń, by nie dać się przygnieść instynktowi. Zarumieniona, o wyjątkowo błyszczących oczach mogła najwyżej rozbawić, o zastraszaniu nie było mowy.
- Odpuść - lecz zabrzmiało to głucho, niczym prośba, która nigdy nie zostanie wysłuchana. Nie chciała już podsycać dalszej dyskusji, nie było większego sensu. Stoczyła się już wystarczająco jak na jej gust. Całe szczęście, rozpalanie ognia dało jej chwilę na ochłonięcie i uporządkowanie myśli. Na rozpoczęcie nowego tematu.
Gdzieś w głębi duszy czuła, że Ryan ucieknie. Nie miała pojęcia kto ich tego uczył, ale zawsze uciekali. Jakby życie goniło ich z widłami, grożąc śmiercią na każdym kroku. Jakby rozmowa była oznaką słabości, na którą nie mogą sobie pozwolić. Mężczyźni nie mają słabości, oni muszą być najlepsi. Kto strzeli najładniejszego gola, kto wybuduje największą wieżę z klocków, który będzie najszybszy, najsilniejszy, najmądrzejszy bądź najzabawniejszy. Ten właśnie staje się liderem. Nie warto jest rozmawiać tam, gdzie nie zademonstruje się swojej wyższości. Nie rozmawia się o emocjach, lękach, przeszłości. Zamiast tego warto uciec i wrócić za jakiś czas, gdy sytuacja się wyklaruje, a odpowiedzią będzie proste tak lub nie.
On jednak nie mógł się poruszyć. Tarł ranę na szyi, a ona mu na to pozwalała, ciesząc się z jego mało wdzięcznego towarzystwa. Teraz to Taihen chciała być najlepsza, stworzyć najcieplejsze ognisko, przedstawić najambitniejsze plany, pokazać, że wcale nie jest tak słaba i niewinna jak by się wydawało. Że wcale nie jest głupim dzieciakiem. Opowiadała, ale i to nie wyjątkowo długo. Brak reakcji, mimo że długi, po raz kolejny został trafnie skwitowany, zamykając jej usta.
Poczekam na efekty.
Mruknęła coś pod nosem, starając się skryć uśmiech. Zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo motywujące są tego typu odpowiedzi.
- Zobaczysz je. Może niebawem.
I, och, jak bardzo się zdziwi, gdy zastanie ją siedzącą na tronie w samym sercu Kościoła. Ją, jako najwyższą Prorokinię, strzeżoną przed niechcianym dotykiem. Obserwującą, jak ten najgrubszy i najbrzydszy wierny szoruje przed nią posadzki. Jak poleruje jej buty. Niech tylko ostatnie elementy układanki znajdą się na właściwym miejscu.
- Wcale nie liczę na to, że pozwolisz mi siebie poznać. Musiałbyś zrobić to z własnej woli, skoro nie odpowiadasz na i tak liczne pytania - lekko wzruszyła ramionami, układając się wygodnie pod drzewem. - A moje domysły zapewne są mylne. Jeśli mi będziesz jedynie stał w miejscu, gdy ja spróbuję przejść całą tą przepaść, w którymś momencie jeszcze bardziej się oddalę. Lecz po jakimś czasie będę musiała zacząć się zbliżać. Choćby miało to zająć tysiąc lat.
Czuła, jak konar ociera się o jej skórę, zaś drobne cząstki drewna wplątują w jej włosy. Nie poruszyła się jednak, czerpiąc jak najwięcej z chłodu znajdującego się obok niej ciała.
Wierzyła w bajki. Były jej odskocznią od życia. Oficjalnie zawsze miały szczęśliwe zakończenia, które musiały gdzieś tam istnieć. I na nią czekać.
Tak bardzo zatraciła się w bajce, że zdziwiło ją poruszenie u jej boku. Już miała przerywać, zaprotestować, gdy poczuła ciężar na swoich udach. Odruchowo ułożyła dłoń na włosach mężczyzny i pogładziła je czule. Unikała spojrzeniem rany na szyi, zbyt mocno kusiło ją by przejechać po niej palcami. Zamiast tego sięgnęła po płaszcz, który zaległ gdzieś, porzucony między nimi, i okryła nim Ryana. W tym momencie wszystkie źródła ciepła były mu potrzebne, nawet ta cienka szmatka.
- Czyli najpierw by się nad nią znęcał? Rozpalałby ogień w jej wnętrzu, a później sączył truciznę tak długo, aż jej serce wypaliłoby się do cna. Zostałaby jedynie powłoką bez uczuć, pragnącą to wszystko zakończyć. Jak najszybciej - ściszyła głos, mrużąc przy tym ślepia. Niski pomruk wyrwał się z jej gardła, gdy poczuła paznokieć na wardze. Przygryzła ją. - A ty?
Wiedziała, że nie musiała podawać odpowiedzi. Oraz że sama jej nie uzyska. Wolną dłoń ułożyła na klatce piersiowej wymordowanego, chcąc poczuć bicie jego serca. Bądź jego brak. Ogień powoli stawał się jedynym źródłem światła, kapryśnym, zniekształcającym rzeczywistość. Teraz przywołał cienie, by rozpoczęły swój plemienny taniec na twarzy mężczyzny.
- Niedługo zapadnie noc. Gdy rozum śpi, budzą się demony.
Często te same lęki, te same koszmary. Ewentualnie insomnia, by ich uniknąć.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Fucker on Pon Sty 05, 2015 10:24 pm
„Odpuść.”
Jego ramiona drgnęły, wyrażając zlekceważenie w stosunku do jej prośby. Być może – gdyby tylko w aktualnym stanie chciało mu się wysilić bardziej – rozłożyłby bezradnie ręce, jakby ten jeden raz postanowił poddać się, ale tylko istniejącym faktom. Mogła być księżniczką w ich oczach, mogli zasypywać ją kwiatami i prezentami, ale wciąż robili to tylko w jednym celu. Możliwe, że w myślach pluli sobie w brodę, że trafili na kurwę z wymaganiami, ale jednocześnie byli zbyt niepewni, by wziąć sobie od razu to, na czym im zależało.
Shi najwidoczniej wiele się od nich nauczyła.
Odważnie. Myślisz, że w ciągu tysiąca lat nie spodoba ci się droga na skróty i wybór mniejszej przepaści do przekroczenia? Rzecz jasna, zakładając przy tym, że mogę wszystko utrudniać ― ostatnie zdanie wypowiedział takim tonem, jakby nie tylko „mógł” to zrobić, ale zamierzał. Nadmierna, ludzka ciekawość przekraczała jego pojęcie, ale nikt nie mógł mieć mu tego za złe, skoro sam nie wtykał nosa w cudze sprawy. Nie licząc tych, którzy oczekiwali przynajmniej odrobiny zainteresowania z jego strony. ― A skoro mowa o tylu latach, kiedy zamierzasz do nas dołączyć? ― Ściągnął brwi, w zadumie zawieszając wzrok na jakimś oblodzonym już pniu, który migotał w blasku płomieni. Na końcu języka miał o wiele więcej pytań, ale zachował je dla siebie. Taihen i tak musiała zdawać sobie sprawę ze wszystkich atrakcji, które dostarczała wszystkim Desperacja. Nieraz mogła mieć do czynienia z żywym przykładem dawnego człowieka, któremu się nie poszczęściło i został brutalnie strącony do statusu zwierzęcia. Trzeba było mieć cholerne szczęście, by nie dołączyć do grona tych, których istnienie ograniczało się do poruszania się na smyczy własnego instynktu. Ryan miał to cholerne szczęście. Złego diabli nie biorą, co?
Lekki dotyk na głowie sprawił, że jego wargi drgnęły i bynajmniej nie oznaczało to, że nagle zamierzał zrezygnować z nieprzyjemnego wyrazu twarzy na rzecz bardziej przystępnej wersji. Wręcz przeciwnie – zganił ją krótkim spojrzeniem, chcąc dać jej do zrozumienia, że daleko mu do domowego pupila, choć źrenice, które zwęziły się do pionowych kresek, jak na złość chciały zaprzeczyć temu, że nie miał absolutnie nic wspólnego z futrzakami. Dopiero, gdy płaszcz okrył jego ciało. przekręcił się na bok, przylegając policzkiem i obolałym bokiem szyi do uda rudowłosej. W tym czasie z odruchowo splótł palce jej dłoni ze swoimi, jakby z premedytacją usiłował uniemożliwić jej wyczucie słabych uderzeń. Musiała żyć w przekonaniu, że w środku nic nie ma. Zamiast tego otrzymała chłód, wręcz boleśnie kontrastujący się z ciepłem jej dłoni – wystarczającą odpowiedź na wszystkie jej pytania. Wolną rękę wysunął spod przykrycia, przybliżając ją do ognia. Może dzięki temu ciepło miało magicznym sposobem przeniknąć do całego jego ciała? Wiedział, że gorąca kąpiel byłaby o niebo lepszym rozwiązaniem, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma nie lubi tych, co mają.
Na tym polega ta gra ― odparł bez wyrazu. Po tylu latach posiadał mocno wypaczone podejście do różnych spraw. Najczęściej większość z nich bagatelizował, a zabawę innymi traktował jako coś na porządku dziennym. ― Po powrocie z pałacu Królowej Śniegu zaślepiona radością Gerda myślała, że wszystko wróciło do normy, ale nie zauważyła, że w jednym miejscu zima zagościła na zawsze. Kaj wiedział co robi za każdym razem, gdy składał na jej ustach kolejne pocałunki. Była pewna, że wiosna wreszcie nadeszła. Chłopak czuł niesmak za każdym razem, gdy musiał odgrywać swój teatrzyk, ale cierpliwie czekał na punkt kulminacyjny przedstawienia. Gdy wreszcie podała mu swoje serce na tacy, przeżuł je i wypluł. ― Zacisnął palce mocnej na jej ręce, wbijając paznokcie w jej skórę, imitując przedsmak uczucia, które mogło temu towarzyszyć. Trwało to tylko chwilę. ― Było obrzydliwe. Przepełnione wiarą, że uczucia są w stanie coś zmienić. Myślę, że wszyscy bajkopisarze to skurwysyny ― zakończył swój wywód tonem, którym równie dobrze mógłby zakomunikować, że dziś możliwe opady deszczu. ― Nie mam czego się bać.
To inni bali się jego.
Spojrzał na nią z ukosa i jak na zawołanie rozluźnił uścisk na tyle, by bez trudu mogła zabrać rękę. Przez jego oblicze przemknął cień dezaprobaty, choć równie dobrze mógł być tylko złudzeniem.
Nikt nie zabrania ci wracać do siebie. ― A już na pewno nie on. Kiedy ktoś wyciągał do niego rękę, wiedział, że ma do czynienia z prawdziwym utrapieniem. ― Po coś sprawiłem sobie bojowego kundla ― sarknął, przypominając sobie o szczeniaku, który przypałętał się tu z nim. Czworonóg aktualnie zdawał się być pochłonięty obserwacją ogniska i co jakiś czas podrygiwał cienkim ogonem. Jego zawziętość do walki nie znała granic.

Tak, ten post jest do niczego. Ale robiłem co mogłem. Nie udało się uratować pacjenta.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Las.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 14 1, 2, 3 ... 7 ... 14  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry