Strona 9 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Go down





Re: Pokój medyczny Pisanie by Arcanine on 31/5/2018, 02:25
    
Gdzieś w połowie drogi przystanął; był już wystarczająco daleko, aby go nie ujrzeli i nie wszczęli pościgu na sam widok kogoś, kto wynosił ich nieprzytomny łup. Położył wtedy Shiona na ziemi i zajął się niektórymi ranami. Nie był medykiem, nie miał nawet podstawowej wiedzy na temat zakażeń. Działał intuicyjnie i pewnie to najłagodniejsze słowo dla tego, jak sobie poradził z problemem. Bluza, którą okrył ciało wymordowanego, wkrótce straciła rękawy i kawałek dołu. Pasy materiału oplatały niektóre części ciała rudowłosego — między innymi prawą łydkę i tors.
  Później znów wziął go na ręce. I tak długa droga, wydawała się teraz o wiele dłuższa.

Nad ranem znalazł się w kryjówce. Słońce ponownie wychyliło się znad linii horyzontu, otulając promieniami zziębniętą po nocy glebę. Wilczur przymrużył zmęczone ślepia, ale nie doświadczył oślepiającej jasności dnia; do tego czasu zdążył wślizgnąć się w wyrwę. Po tym znalazł się w domu.
  Zaniósł Shiona do pokoju medyków, drzwi otwierając odrętwiałym ramieniem. Skrzypnęły, zwracając uwagę siedzącej przy jednym z pacjentów dziewczyny. Jej oczy zrobiły się dwa razy większe, a usta zniknęły za gwałtownie uniesioną do twarzy dłonią.
  — O Boże... co się..?
  Rozkaz jaki padł z gardła herszta — suń się — od razu podniósł wymordowaną z miejsca. Odeszła pośpiesznie od śpiącej matki i przepuściła mężczyznę, by mógł ułożyć rannego Psa na łóżku polowym tuż obok.
  — Idź po Jekylla.
  — Ale...
  Spojrzał na nią, a ona zacisnęła usta. Nic więcej nie powiedziała. Ostatni raz skierowała wzrok na Shiona i przez krótki moment wyglądała żałośniej niż Kundel DOGS, ale zaraz po tym obróciła się i wybiegła na korytarz.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
25910


Powrót do góry Go down





Re: Pokój medyczny Pisanie by Shion on 31/5/2018, 23:13
    
Naprzemiennie tracił przytomność i ją odzyskiwał. Nieświadomy kto go niesie, bezowocnie próbował się bronić, wyrywać a nawet gryź, chociaż jego ruchy były słabe, wręcz znikome.
Chcą mnie zakopać? Porzucić żeby dzikie zwierzęta mnie rozszarpały?
Gdyby nie ból oraz sztywność ust i gardła, zapewne uśmiechnąłby się delikatnie, wręcz w pogardzie.
Jaka szkoda. Mogliby chociaż mnie zjeść. Po co marnować mięso?
Umierał. Zapomniany i porzucony. Wiedział, że się nie zjawią, że się nie z j a w i, ale do ostatniej chwili żałosna nitka nadziei tliła się w jego głębi. Miał nadzieję. Naprawdę miał.
Miał jednak momentami przebłyski. Wydawało mu się, że nad jego głową widzi nocne niebo. Policzek, choć rozpalony, otula chłodny i przyjemny wiatr. Że zna silne ramiona, które go niosą. Szorstkość palców, które go dotykają. I jasne, wyróżniające się kosmyki na ciemnym prześcieradle nocy.
Znał, ale nie pamiętał.

Otworzył gwałtownie jedną powiekę. Przez moment wpatrywał się w czerń sklepienia, a potem wydając z siebie stłumiony jęk, przekręcił się na bok, by chociaż trochę odciążyć ranne plecy i nie dotykać ich żadnym materiałem. Oddech delikatnie przyspieszył, ale po krótkiej chwili uspokoił się na nowo. Wtedy jego spojrzenie natrafiło na wymordowanego. Powoli, wręcz jakby bawił się z czasem, przechylał głowę, aż jego wzrok natrafił na jego twarz.
Grow.
Popękane i ranne usta poruszyły się, ale nie wydostał się z nich żaden dźwięk. Było aż tak źle, że dopadłby go halucynacje? A może już umarł, i znalazł się o wiele gorszym Piekle, gdzie ta okropna gęba Wilczura będzie go prześladować? Wnętrze chłopaka żałośnie zachichotało.
Ułuda. Iluzja. Wytwór jego zmęczonego umysłu.
Wyciągnął dłoń przed siebie, by przeciąć palcami nieprawdziwy obraz. Ale opuszki musnęły materiał koszulki, a potem, powoli, wręcz niespiesznie, zacisnęły się na nim, marszcząc go nieznacznie. Powieka drgnęła. Czuł go. Był żywy. Ciepły. Prawdziwy.
- P...aw...iwy. - wycharczał, a dolna warga zadrżała.
- Pawiwy.... om. - był w domu, chociaż nie wiedział jak. Przyszedł po niego? Znalazł go i zabrał do domu? Jego?
Słowa, które usłyszał będąc torturowanym uderzyły w niego ze zdwojoną siłą, a ramiona zaczęły drżeć. Ciężko było stwierdzić z tej perspektywy czy płakał, czy też się śmiał. A może jedno i drugie?
- ...om. - powtórzył znowu i westchnął cicho, ponownie na niego spoglądając, tym razem z niemą prośbą malującą się w oku.
- Wo...y. Ph...hoe. - wycharczał zanosząc się kaszlem. Nie pamiętał kiedy ostatnio miał, jakkolwiek to nie zabrzmi, coś mokrego w ustach. Chciał się tylko napić, spokoju i móc spać. Nic więcej nie potrzebował. Może jeszcze to, żeby już tak nie bolało. Ale wtedy uderzyło w niego coś bardzo mocno. Rzeczywistość. Rozszerzył bardziej powiekę, delikatnie rozglądając się, jakby chciał się do końca upewnić, że to prawda, a nie igraszki jego umysłu i zacisnął bardziej palce na ubraniu białowłosego.
- ie powieaełem... ie powieaełem... ie aiłem... ie. - zaczął powtarzać jak mantrę zlepek niezrozumiałych, wybrakowanych słów, kręcąc przy tym lekko głową. Musiał wiedzieć. Musiał to powiedzieć. Nie zrobił tego. Nie zdradził.




Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before

avatar
Shion

Kundel     Poziom E






GODNOŚĆ :
Shion.

Liczba postów :
1231


Powrót do góry Go down





Re: Pokój medyczny Pisanie by Jekyll on 22/6/2018, 09:19
    
Przewrócił kolejną stronę książki, ale jego spokój szybko legł w gruzach. Nachalne puk, puk przekształciło się w łomot, zanim zdążył odpowiednio zareagować. Wtedy też odezwał się upiorny ból głowy. Wlókł się do lewego płata czołowego po samą potylicę. Złapał w palce kark, by go pomasować, ale nie odczuł nawet chwilowej ulgi. Oblizał koniuszkiem języka spierzchnięte zęby, w tym samym czasie ujmując w dłoni butelkę. Soczyste kurwa ujrzało światło dzienne. Była pusta. Wyrzucił ją pod nogi i zgniótł podeszwą buta.
  — Pali się? — wysyczał przez zęby, pewny, że ledwo trzymające się na zawisach drzwi zaraz runął, a wówczas dołoży wszelkich starań, by osoba odpowiedzialna za je wyważenie, zamontowała je z powrotem.
  Młoda kobieta, najwyraźniej zachęcona słowami Bernardyna, wtargnęła do środka. Dyszała ciężko, nierówno, w dłoni trzymając klamkę. Zanim cokolwiek powiedziała, załapał w usta nową dawkę tlenu i omal się nią zachłysnęła. Na twarzy Dr pojawił się cień uśmiechu, ale po napotkaniu jej spojrzenia szybko zelżał. Domyślał się po co przyszła, a on nie miał zamiaru ugiąć się pod ciężarem jej spojrzenia. Spojrzenia, które mówiło: „Zabiję cię, jeśli ona umrze. Przysięgam.”
  Wstał z kulawego stołka, by bardziej podkreślić swój upór. Odłożył tomiszcz na zdezelowany blat kredensu i wbił toksycznie zielone ślepia w twarz kobiety. Wiedział, że racjonalne argumenty do niej nie trafią. Wypowiedział ich wystarczająco wiele, by się o tym przekonać na własnej skórze.
  — Nie potrzebnie się fatygowałaś. Moja odpowiedź nadal brzmi „nie” — odparł stanowczo, energicznie. Nie miał zamiaru dać jej dojść do słowa. Naiwnie wierzył, że wtedy się odczepi. Uniósł brwi, dostrzegając, że kobieta drży na całym ciele, jakby stało się coś strasznego. Była blada jak ściana. Patrzyła na niego swoimi szklistymi, dużymi oczami. Po policzku pociekła łza w ramach kolejnej, niezbyt udanej próby złapania oddechu. Na ten widok poczuł gorzką satysfakcje, ale i ona szybko się ulotniła. — Nie patrz na mnie tak, jakbyś zobaczyła ducha. Nie nafaszeruje twojej matki środkami przeciwbólowymi, zapomnij — skwitował trochę zły, a trochę znudzony tym, że dziewczyna już drugi raz go nachodzi, by przekonać go, że jej matka potrzebuje dawki leków na uśmierzenie bólu, których mieli deficyt. Strach całkowicie przyćmił jej rozum, a przecież jej matce nie groziło niebezpieczeństwo. Jedyne co mogła stracić, to czucie w nodze. Niewielka strata na tle poniesionych obrażeń.
  Dziewczyna wreszcie ustabilizowała swój oddech. Łapczywie wciągnęła powietrze do płuc i otworzyła usta, by wreszcie się odezwać, ale Jekyll nie pozwolił na to, od razu przejmując inicjatywę.
  — Wracaj do niej. Potrzebuje twojego wsparcia — odparował, zanim na jej wargach ułożyły się jakiekolwiek słowa, które w chociaż najmniejszym stopniu mógł traktować jak oznakę protestu. — No już, już. — ponaglił, machając lekceważąco ręką w charakterze prymitywnego sio!. — Leki są zarezerwowane dla osób bardziej potrzebujących. Przecież wiesz — dodał w kolejnej próbie przemówienia jej do rozsądku.
  Czoło kobiety zostało przecięte przez zmarszczkę.
  — Zamknij się i mnie wreszcie posłuchaj — wydyszała. Mówienie nadal przychodziło jej z wyraźnym trudem, ale na jej twarzy pojawiła się wyraźna ulga, bo oto wreszcie przebiła się przez potok słów Bernardyna, który - o dziwo - dostosował się do jej polecenia, chociaż przez jego twarz przetoczył się cień dezaprobaty. — Wilczur po ciebie posłał — wydusiła w końcu. — Przywlekł do pokoju lekarskiego tego... tego... — wypuściła ze świstem powietrze z płuc — ...zakichanego zdrajcę. — wyszeptała cicho, niewyraźnie, z trudem wykrzesując z siebie te określenie, jakby właśnie poruszyła temat tabu. — Jest w opłakanym stanie — dodała takim tonem, jakby miała nadzieje, że niedługo zdechnie w najgorszych męczarniach, ale Dr jej nie słuchał. Nie słuchał jej od momentu, kiedy  z jego ust padło słowo Wilczur. Już wtedy wiedział, że coś musiało się stać. Herszt zwykle nie zawracał nikomu dupy błahostkami. Skoro po niego zawołał, sprawa nie cierpiała zwłoki.
  Doktor krzątał się przez chwilę po pokoju w celu skompletowania apteczki, a potem ruszył za kobietą wąskim korytarzem. Deptał jej po piętach, aż wreszcie wyminął ją w drzwiach, kiedy znaleźli się przed pokojem medycznym. Potoczył po nim wzrokiem, zatrzymując go dłużej na Wilczurze.  
  — Co się... — urwał w połowie zdania. Głos ugrzązł mu w gardle, bo wtedy spojrzenie zatrzymało się na zwijającym się w kącie smarkaczu. Treści żołądkowe podeszły mu do gardła, kiedy się do niego zbliżał, wyczuwając w powietrzu zapach stęchlizny. Odkąd wszedł na drogę abstynencji, żołądek przechodził okres buntu, a podświadomość krzyczała jak najęta — Jesteś popsuty Jekyll, popsuty do szpiku kości. Nawet jeśli zarwiesz z nałogiem, nie pozwolę ci o nim zapomnieć, cholerny alkoholiku. Nie myślisz, że to takie proste. Wiedział, że to nie było takie proste. W końcu był lekarzem i kto jak kto, ale on miał świadomość tego, co nałóg robił z człowiekiem, jednak musiał przyznać przed samym sobą, że nawet nie najgorzej mu to szło. Od paru tygodni w jego oddechu nie było czuć alkoholu. Suchość w ustach zabijał tylko i wyłącznie wodą, która pozostawiała cierpki posmak na języku, niemniej jednak dzięki temu się nie zataczał i nie tracił kontaktu z rzeczywistością. Epizod w kwaterze Wilczura ocucił go.
  — Siedź cicho — rzucił do dzieciaka, który mamrotał coś pod nosem, najwyraźniej chcąc przekazać im jakąś wiadomość, ale Jekyll nie był na tyle uprzejmy, by się pochylić i wyczytać ją z ruchu jego warg. — Nie próżnują. — Krótki komentarz, wypowiedziany niemal pod nosem, opuścił jego wargi, kiedy pochylił się nad pacjentem, wyłapując kilka priorytetów, wśród których znalazła się wypalona dziura w plecach. — Potrzebuję dużo czystych szmat i wiadro wody. Na już! — Odnalazł spojrzeniem dziewczynę, która nadal stała w progu. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale po chwili je zamknęła, w ostatniej chwili powstrzymując się od komentarza. Zniknęła w drzwiach. Dr nie próżnował. Wyciągnął z apteczki ampułkę z pigułkami. Czterema białymi tabletkami, które miały mu pomóc w wcale z bólem głowy. — Wyciągnij język — polecił Kundlowi, ale ten poszedł w zaparte i nie wyciągnął, więc Dr nabrał na palce dwie pigułki i wcisnął je w jego rozchylone wargi. Dopiero po chwili zrozumiał, dlaczego chłopak nie wykonał jego polecenia. Miał uszkodzony język.
  Kąciki ust Dr wzbiły się lekko ku górze. Robiło się ciekawie.

Post nie jest wysokich lotów. Na moje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że jestem zagoniony, a chciałem go dziś wstawić, bo i tak długo czekacie. Musicie mi to zatem wybaczyć.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar
Jekyll

Bernardyn     Opętany






GODNOŚĆ :
Dr Jekyll

Liczba postów :
2344


Powrót do góry Go down





Re: Pokój medyczny Pisanie by Arcanine Yesterday at 16:44
    
— Co się...
  Aż do teraz Growlithe się nie poruszył. Stał nieruchomo, jak rzeźba wyciosana z wyjątkową precyzją, ubrana w odpowiednie materiały i przybrudzona kurzem. Ręce skrzyżował na piersi, wzrok miał utkwiony w popękanych, suchych wargach, które co rusz bełkotały nowe słowa. Większość z nich zrozumiał, a mimo tego postanowił zachować stagnację. Trwał w tej pozie tak długo aż drzwi pokoju skrzypnęły żałośnie, a wraz z ich akompaniamentem, padło pytanie.
  Pół pytania.
  Wilczur zwrócił twarde spojrzenie prosto na Jekylla. Wzrok ślizgnął się po ścianach, półkach i filarach i wreszcie padł na obliczu medyka. Obaj byli wymęczeni. Ich twarze zarysowywały się bruzdami z każdym mocniejszym zaciśnięciem szczęk. Białka przekrwiły się i stanowiły czerwone pole z paroma różowymi żyłkami, liczniejszymi u kącikach ślepi. Powód wymęczenia był jednak całkowicie od siebie różny i kiedy Grow nie wyczuł w oddechu Jekylla cierpkiej woni alkoholu, przez krótką sekundę jakiś błysk rozświetlał jego spojrzenie. Zgasł równie prędko, znikając za powiekami. Gdy ponownie je uchylił patrzył ponownie na Shiona. Dzieciak oddychał szybko i nieregularnie, na jego czole wystąpiły perliste krople potu. Aż prosiło się, aby podać mu kubek z wodą albo przynajmniej przemyć rozgorączkowane ciało.
  — Siedź cicho.
  Jeżeli Shion umilkł — a lepiej, aby tak się stało — to jedynym dźwiękiem zakłócającym mroczne milczenie tego miejsca był jego przerywany oddech, ocierające się o siebie tkaniny ubrań Jekylla i jeden krok Wilczura, którym wycofał się, aby dać więcej przestrzeni medykowi.
  Teraz skupiał się na jego profilu. Gdzieś podskórnie, z głębi podświadomości, docierały do niego krzyki. On się NIGDY z tego nie uwolni. Musisz to zrozumieć. Sądzisz, że to takie proste, takie szybkie? Minie kilka dni, tygodni? Będzie normalnie? Nie będzie, Jace. Nigdy już nie będzie. Jest ZEPSUTY. Oddajesz Shiona w ręce kogoś, kto NIE DZIAŁA.
  Nie ufał Jekyllowi w sposób, w jaki ufa się kompanowi. Nie potrafił obdarzyć go wystarczająco szczerym oddaniem, aby mógł pozostać w swojej pracy sam. Oddał mu Kundla pod skalpel i nie zamierzał w to ingerować w żaden sposób. Jedynym zadaniem jakie nałożył sam na siebie, było zdobycie informacji. Zwykła, bierna obserwacja.
  — Nie próżnują.
  Przytaknął tylko, jakby od niechcenia. Na końcu języka miał słowa, które utknęły w gardle, a potem obiły się o zęby. Wilczur zacisnął szczęki i przeniósł wzrok ponad Jekyllem. W drzwiach stała szczupła dziewczyna o drżących rękach i z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Na polecenie aura wokół niej stała się jakby cięższa, prawie tak, jakby samymi słowami doktor włożył jej na ramiona przedmiot o wysokiej wadze. Szybko jednak obróciła się na pięcie i pomknęła w mrok korytarza.
  — Wyciągnij język.
  — Będzie jak z Gavranem? — rzucił to pytanie gdzieś w przestrzeń.
  Zdawało się, że nie patrzył na długowłosego, jednak — w rzeczywistości — kątem oka dostrzegł jego kąciki ust trzęsące się w przedsmaku uśmiechu. Było w nim coś psychicznego, co nadawało powietrzu duchoty i zimna. Sama jego obecność przywodziła na myśl obraz średniowiecznych lochów, gdzie noże obrastają rdzą, a kajdany dzwonią przy każdym desperackim ruchu więźniów.
  Wyplątał ręce i już podnosił jedną z dłoni, wyciągając ją w stronę Jekylla, ale zrezygnował, gdy do pokoju wpadła zdyszana dziewczyna. Trzymała pod pachą ciężki koc, w dłoniach metalowe wiadro z wodą, z przewieszonym przez nią trzema szmatami. Dwie następne przerzuciła sobie przez lewe ramię.
  — Przyniosłam — poinformowała zachrypniętym od biegu szeptem. Postawiła naczynie na stołku, koc rzuciła w nogi Shiona. Grow odebrał od niej materiały szmat.
  — Idź już.
  — Ale... — to już drugi raz, kiedy głos ugrzązł jej w gardle. Spojrzała na Wilczura z jakimś dziecięcym, niewinnym niezrozumieniem.
  — Poradzimy sobie.
  Jej wzrok mimowolnie padł na bok, przekierował się ku leżącej pod prześcieradłem, wciąż śpiącej matce. Nie zamierzała się jednak wykłócać. Kiwnęła tylko głową, a potem opuściła pokój.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
25910


Powrót do góry Go down





Re: Pokój medyczny Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 9 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Powrót do góry

- Similar topics

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach