Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next   

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Nove on Czw Wrz 22, 2016 2:17 pm
Po ostatnich wydarzeniach na Babelu działo się tyle, że Włoszka praktycznie połowę ominęła. Ta, jasne. Rumcajs dławił się dymami, Ryan biegał bez ręki, w ogóle szacun, że wszyscy dożyli dojścia do tej cholernej kryjówki. To było tak zajebiste, że nigdy w życiu już się nie odważy na przyjazną przechadzkę do Edenu. Nie bez ciężkiej artylerii i znajomych aniołów. W życiu, kurwa.
Niemniej to już było i minęło, a więc można było wrócić do zwykłego trybu życia Bernardyna - równie przyjemnego co tamta balanga. Nie no, było trochę lepiej, bo przynajmniej nie wnoszono nikogo na tarczy. Zazwyczaj bitki na Desperacji kończyły się niewielkimi zadrapaniami, więc Fede wystarczyło grzać dupę w pokoju medycznym.
Bo zadziwiająco mocno jej się dzisiaj ruszać nie chciało.
Włoszka przeciągnęła się po raz kolejny, ziewając. Spojrzała niepewnie na butelkę, którą ustawiła zaraz przy swojej nodze jeszcze niecałe 5 sekund temu, aby po raz kolejny podziwiać, jak jest pusta. Kolejne wino jej się skończyło, a nie chciało jej się ruszać czterech liter po kolejne - choćby z tego względu, że było za daleko, za wysoko, a tak w ogóle to jesteś na służbie, jak będziesz tak chlać, to nikogo nie połatasz.
Pierdolenie. W gorszych warunkach się działało.
Nie zdziwiłaby się jednak, gdyby zerwała się nieco wcześniej ze swojej małej dziupli dla biednych Bernardynów, bo nudno było. Coś te psy się ostatnio chyba uspokoiły...? A może jej unikali, cholera wie. Dlatego złapała za butelkę i zaczęła kręcić dzikie piruety, uważając na wszystko, co nie było podłogą ani jej nogą. Siara by była, jakby na coś wpadła, nie.

~ o ~

A potem wypiła do końca, zakręciła się i wyszła znudzona, bo nikogo nie było. Nic tylko cisnąć pustą w bawoła, który miał się pojawić. Albo może się jej tylko zdawało... Cholera jasna wie.

[z/t]

_________________

Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.



Nove
-----------
Bernardyn     Opętana

avatar

Liczba postów : 438
GODNOŚĆ : Federica Vanessa Carramusa.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Gość on Nie Lut 19, 2017 9:24 pm
Nie pamiętał kiedy ostatnio szedł tak szybko.
Każdy krok stawiał szybko i chaotycznie, naprawdę się spieszył. Nawet nie rozglądał się na boki, po prostu parł przed siebie, z łatwością pokonując wszystkie przeszkody, które napotykał na swojej drodze. Kilka razy zachwiał się, uderzając butem w jakiś wystający kamień lub inną nierówność terenu — złośliwość rzeczy martwych. Ale uparcie szedł przed siebie, nawet jeśli w trakcie jego wędrówki pojawiło się kilka chwil słabości. Chciał jak najszybciej dotrzeć do kryjówki, by zabrać z niej kilka przydatnych przedmiotów, które mógłby pożyczyć Sabbathowi. Przy okazji fajnie by było gdyby udało mu się znaleźć któregoś z Bernardynów, bo miał kilka pytań odnośnie wirusa. Niebieskowłosy sam posiadał garstkę przydatnych informacji, ale potrzebował ich znacznie więcej, by pomóc chłopakowi, którego uwolnił z cyrkowej klatki. Źle się czuł z tym, że musiał go zostawić, ale przecież nie mógł go zabrać ze sobą, nie do kryjówki.
W drodze zastanawiał się czemu właściwie postanowił wesprzeć Juna, przecież był on jedynie kolejnym, niczym nie wyróżniającym się desperatem. Ale nie, Jarle dostrzegł w nim samego siebie, i to zapewne było głównym impulsem ku podjęciu jakichkolwiek działań. W jakiś dziwny sposób utożsamiał się z tym przestraszonym i zagubionym chłopakiem. Wydawało mu się, że kiedyś był w bardzo podobnej sytuacji, o ile nie w takiej samej. Czyżby odezwało się w nim szczere, ludzkie współczucie? Czy w słowniku topielca występowało jeszcze takie słowo? Możliwe. Na chwilę obecną sam nie potrafił powiedzieć co właściwie czuje.
Było mu zimno, bo kamizelka, którą wcześniej miał na sobie podarował Sabbathowi. Uznał, że on będzie jej potrzebował dużo bardziej. Dość szybko pożałował tej decyzji, bo mroźny wiatr przeszywał jego ciało, rozprowadzając zimno po każdej możliwej komórce. Drżał, ale starał się ignorować ten chłód i szedł dalej przed siebie. Chwilę później nawet zaczął biec, wypuszczając powietrze ustami. Dobrze, że do kryjówki nie było wcale tak daleko. Przebieżka trochę go rozgrzała, chociaż zimno znów ogarnęło jego ciało.

***

Nareszcie udało mu się dotrzeć do kryjówki.
Gdzieś w tunelach strzepał z siebie drobną warstwę białego puchu i szybkim ruchem dłoni odgarnął na bok lekko wilgotne od śniegu włosy. Zastanawiał się gdzie najpierw powinien pójść. Czasu nie miał zbyt wiele, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zostawił Juna w jednym z rozwalonych budynków, prosił go, by ten się nie ruszał z miejsca, ale mimo wszystko wolał wszystko załatwić dość szybko.
Najpierw ruszył w stronę swojej nory, by wziąć pobrudzony koc i jakąś kurtkę, którą niemalże od razu narzucił na swoje ramiona. Jakoś nie miał pomysłu co jeszcze przydałoby się, by pomóc Sabbathowi, dlatego też postanowił ruszyć prosto do pokoju medyków. Szukał medyków, więc to właśnie w pomieszczeniu medycznym powinien znaleźć któregokolwiek z nich. Logiczne.
Przed wejściem wściubił nos do środka, chcąc upewnić się czy w środku nie jest przeprowadzany żaden zabieg. Wolał nie przeszkadzać w ratowaniu życia innych. Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu, mrugając kilkukrotnie ślepiami. W środku nie było nikogo, a przynajmniej tak mu się wydawało. No chyba, ze ktoś chował się pod stołem, albo za tymi materacami, ale w to raczej wątpił.
Ostrożnie postąpił krok do przodu, przekraczając próg pomieszczenia. Potem zrobił kilka kolejnych kroków. Rozejrzał się na boki, jakby w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu się przydać. Jakieś leki? Zioła? Sam nie był pewny, bo przecież się na nich nie znał. Ledwo udało mu się opanować jakieś podstawy pierwszej pomocy, ale za znajomość roślin nigdy się nie brał. Za dużo gatunków, za dużo zapamiętywania.
Zaczął krzątać się po pomieszczeniu, ale niczego nie mógł znaleźć. Zrezygnowany usiadł na krześle, które przeraźliwie zaskrzypiało pod jego ciężarem. W pierwszej chwili miał wrażenie, że mebel zaraz się rozkraczy, a on wyląduje dupskiem na ziemi, ale na szczęście się tak nie stało, choć pojedyncze skrzypnięcia wciąż przypominały o tym, na jak bardzo starym krześle się powalił.
Oblizał sine, szorstkie usta, by po chwili wytrzeć je dwoma palcami, zahaczając nimi o bliznę. Dosłownie kilka sekund później powstał, bo uznał, że siedzenia to ostatnia rzecz, którą powinien teraz robić. Miał pomóc Sabbathowi, dlatego też po raz drugi zaczął krzątać się po pokoju.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Jekyll on Wto Lut 28, 2017 3:58 pm
Jekyll rzadko przebywał w pokoju medycznym, dlatego też jego wizyta w nim należało do rzadkości, zresztą o istnieniu tejże pomieszczenia przypominał sobie jedynie wówczas, kiedy cierpiał na chroniczny brak albo bandaży, albo innych wspomagających jego prace narzędzi. Zdarzało się to prawda stosunkowo często. Głównie przez zwierzęcy instynkt Hyde, które non stop wracał do kryjówki w opłakanym stanie, tylko i wyłącznie przez swoją nieskończoną głupotę. Wolał natomiast trzymać się z dala od wypełnionego różnościami magazynu, co by go za bardzo ręce nie świerzbiły, bo akurat wierzył w tej materii, że znajdowała się w nim kolekcja niesamowitych, wzbudzających zainteresowanie przedmiotów, obok których nie dało się przejść obojętnie. Jego ciekawość i dociekliwość robiły w tej materii swoje.
Tym razem nie było mowy o żadnych odstępstwach od reguły. Dr zmierzał w kierunku pomieszczenia, które prowizorycznie pełniło rolę gabinetu lekarskiego, choć jego wyposażenie i także pozorna funkcjonalność nie spełniała w minimalnym stopniu może aż nazbyt wygórowanych oczekiwań Bernardyna. Wiedział jednak, że w tych warunkach nie mógł liczyć na nic więcej.
Zacisnął dłoń na klamce, lecz załamanie jej nie było koniecznie. Drzwi do pokoju były uchylone, o czym świadczyła wątła stróżka światła tworząca cień na ścianie. Usłyszał w nim również minimalny hałas, jednoznacznie świadczący o czyjeś obecności. Miał więc nadzieję, że nie trafił akurat na dyżurującego medyka, bo niewątpliwie nawet tacy nadgorliwi tutaj się zdążali. Pociągnął zatem za tę nieszczęsną klamkę, a raczej jej marną imitację. Drzwi zaskrzypiały charakterystycznie, a na wąskich ustach doktora mimowolnie pojawił się blady uśmiech, gdy dostrzegł krzątającą się po pomieszczeniu sylwetkę. Znajomą sylwetkę.
Jarle był jedną z nielicznych osób, które zagwarantowały sobie u lekarza z znanego tylko mu powodu nutę sympatii, choć prawdopodobnie posiadacz rybich genów nie był tego nawet świadom. Z drugiej zaś strony "nuta sympatii" też byłaby lekkim wyolbrzymieniem faktów. Jekyll czuł do niego minimalną fascynację. Nie do niego jako osoby, a raczej specyficznej mutacji, którą posiadał.
Co cię tu sprowadza Jarle? — zapytał. Emanował od niego spokój, ale jednocześnie w głosie pobrzmiewała ledwo wyczuwalna nuta drwiny. Jeden nielicznych członów DOGS, którego imię lekarz znał. Niewątpliwe wyróżnienie. — Potrzebujesz konsultacji medycznej? — zapytał, szybko pokonując dystans dzielący go od Rybki. Jego Rybki, jak czasem tytułował kundla w myślach, bo w końcu przepisywał sobie w pełni zasługę skrócenia mu cierpień przy przemienia w Wymordowanego, nawet jeśli kosztem paru blizn, w tym jednej, artystycznej, przecinając lewą stronę warg. Z tego również ten nieszczęśnik nie zdawał sobie sprawy. Biedna, nieświadoma rybka zagubiona w ocenie okrucieństwa.
Ta, jasne.
Jarle pełnił rolę ciekawego obiektu obserwacji. Był swego rodzaju ewenementem wśród tych wszystkich kotowatych i psowatych mutacji, i Jekyll w zasadzie bardzo chętnie znów przyjrzałby mu się z bliska. Oczywiście pod kątem czysto biologicznym.
Przesunął dłoń wzdłuż jego twarzy, muskając palcami jego skórę, na której gdzieniegdzie były rozsypane łyski. Czuł wyraźnie ich specyficzną strukturę pod ich wrażliwymi na dotyk opuszkami.
Uśmiech na jego ustach się rozszerzył.
Pobladłeś — stwierdził z niebezpiecznym błyskiem w zielonej tęczówce, która w tym świetle bardziej wpadła w szarość.
Doktor nie posiadał ani grama empatii, toteż był przekonany, że Jalla wpadł w niełaskę jakieś złośliwej bakterii. Może przeziębienia, choć temperatura jego ciała była w normie. Może czegoś znacznie złośliwszego. Mniej jednak Jekyll miał zamiar się temu przyjrzeć.
Podświadomie jednak wiedział, że wiele osób reagowało w podobnym sposób na jego obecność. Ciekawe dlaczego…

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1512
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Gość on Sro Mar 01, 2017 7:36 pm
Ostatni raz przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu, tym razem dostrzegając kilka zabrudzonych bandaży i trochę krzywo podartego materiału, który również mógł posłużyć jako prowizoryczny opatrunek. W pierwszej chwili chciał po prostu zgarnąć te tkaniny i zniknąć, niezauważenie wymknąć się, ale dosłownie chwilę później odezwał się z nim wewnętrzny głos rozsądku.
Podszedł do półki bliżej, chcąc dokładniej ocenić jak dużo zapasów udało się zgromadzić w tej izbie medycznej. Palcami złapał za bandaże, przeliczył je szybko, a następnie westchnął głośno. Medyczny „arsenał” nie zachwycał, ba, można by pokusić się o stwierdzenie, że był po prostu biedny. Rozsądnie byłoby zostawić wszystko na swoim miejscu i niczego nie podkradać, a dopiero po konsultacji z którymkolwiek z medyków — działać.
Pogrążył się w myślach, składając ręce na klatce piersiowej, jakby w bezradnym geście. I pewnie myślałby tak jeszcze przez długi czas, a potem ruszyłby w poszukiwaniu Bernardynów, ale z zamyślenia wyrwało go przeraźliwe skrzypnięcie drzwi, które przez kilkanaście następnych sekund odbijało się echem w głowie niebieskowłosego. Z lekkim opóźnieniem odwrócił się w stronę, z której chwilę wcześniej zaatakowała go porcja niemiłego dla uszu dźwięku, odruchowo zaciskając pięść i wbijając długie, twarde pazury w dłoń, niemalże przerywając ciągłość skóry.
Mrugnął kilkukrotnie oczami, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Stał przed nim Jekyll — jeden z medyków gangu. Pojawił się w najodpowiedniejszym momencie. Jalla aż przetarł wolną dłonią swoje oczy, jakby chciał się upewnić, że sylwetka Doktora nie jest jedynie wymysłem jego wyobraźni. Był prawdziwy, stał tuż przed nim. Mógł pomóc, wiedział o tym.
Na twarz topielca mimowolnie wstąpił delikatny uśmiech, który był jedynie skromnym uniesieniem się lewego kącika ust ku górze. Zmianie mimiki twarzy towarzyszyło lekkie drganie górnej wargi, która wydawała się być nieco bardziej sina niż zazwyczaj. Niebieskooki zlustrował sylwetkę Jekylla, zakańczając swoje „obserwacje” na jego twarzy, na której finalnie zatrzymał wzrok.
Na pierwsze pytanie Doktora nie zareagował. W głowie wciąż nie miał gotowej odpowiedzi. Mimo tego, że w kontaktach z innymi zwykle bywał bezpośredni tym razem wolał jakoś ostrożniej podejść do tematu. Choć z drugiej strony nie miał zbyt wiele czasu, w końcu zostawił Sabbatha samego, a w momencie gdy od niego odchodził chłopak był już w złym stanie. Teraz mogło być tylko gorzej.
„Potrzebujesz konsultacji medycznej?”
Nie, nie, ja tylko... — zamilkł, jakby reszta wypowiedzi ugrzęzła mu w gardle. Nie było to spowodowane tym, że Jekylla się jakoś panicznie bał, chodziło raczej o to, że nie potrafił się wysłowić, a jego wciąż drgająca warga wcale nie ułatwiała mu zadania. Odruchowo przejechał dwoma palcami — wskazującym i środkowym — po bliźnie przecinającej jego usta, jakby to miało pomóc zniwelować uczucie dyskomfortu, którego doświadczał.
Zamknął oczy na dosłownie kilka sekund, a gdy je otwarł ponownie medyk stał niebezpiecznie blisko. Stał jak sparaliżowany, gdy ciepła dłoń doktora musnęła jego zimny policzek. Potrzebował chwili, by obdarzyć Duncana nikłym uśmiechem.
„Pobladłeś.”
Wyd... — chciał powiedzieć coś w stylu wydaje Ci się, lecz w porę się opamiętał. Uznał, że takie słowa mogłyby być potraktowane jako jawne zwątpienie w umiejętności lekarskie Jekylla. — Miałem właśnie do Ciebie iść — rzucił, odgarniając na bok pasmo niebieskich włosów, z słabo widocznym zielonym akcentem. Wziął głębszy wdech, a potem wypuścił powietrze z charakterystycznym świstem. Wbił swoje chłodne spojrzenie w twarz Bernardyna. — Potrzebuję Twojej pomocy, ale nie chodzi o mnie — zaznaczył na samym początku, nie chcąc wprowadzić Doktora w jakikolwiek błąd. — Podczas dzisiejszej wędrówki natknąłem się na klatkę cyrkową. W środku był chłopak, a obok niego rozbebeszone truchło niedźwiedzia. Założyłem, że dzieciak spędził w swojej „celi” sporo czasu i z głodu rzucił się na mięso miśka. — Zrobił krótką przerwę, bo nagle zdrętwiała mu lewa strona ust. Oczywiście natychmiast uniósł dłoń i kulistym ruchem rozmasował twarz. Przy okazji podrapał się również po policzku. Ogarnął się dość szybko, dlatego zaraz po tym mógł dalej mówić. — Zjedzenie zatrutego mięsa jest praktycznie równoznaczne z zarażeniem się wirusem, nieprawdaż? Potem wypuściłem go z klatki, trochę porozmawialiśmy i znalazłem mu jakieś schronienie. Był w opłakanym stanie, mam wrażenie, że wirus kompletnie spustoszy jego ciało. — Przeniósł rękę na swoje biodro i odchylił ją nieco w bok. — Chciałbyś może na niego spojrzeć? Jakoś mu pomóc? — walnął prosto z mostu, nie siląc się na delikatniejsze przekazanie tych informacji. O ile kilka minut wcześniej starał się kombinować i wmawiał sobie, że łagodniejsze podejście do Jekylla będzie o wiele lepsze, tak teraz uznał, że proste postawienie swoich „żądań” będzie skuteczniejsze. Nie było czasu na wymyślanie „sposobu na Jekylla”. Nie w tych okolicznościach.
Często spotykasz wymordowanych z niedźwiedzimi genami? — Jego słowa miały podziałać na Doktora jak przynęta, a przynajmniej chciał, by tak na niego podziałały. — Nie proszę o zbyt wiele — dopowiedział, postępując krok w przód i w tym samym czacie kładąc dłoń na jego ramieniu. Obdarował go również nieco szerszym i szczerszym uśmiechem.
No dalej, Jek, połknij haczyk.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Jekyll on Nie Mar 05, 2017 1:52 am
Nakłonienie do czegokolwiek tego Bernardyna było rzeczą często wykraczającą poza kompetencje kogokolwiek. Taki zaszczyt dotykał głównie osób, do których on sam ze znanego tylko sobie powodu czuł swego rodzaju słabość. Ówże krąg był wąski, jednakże tak się szczęśliwie (lub nieszczęśliwie) złożyło, że akurat w stosunku do Ryby takową posiadał. To jednak nie oznaczało, że jednogłośnie przyjął jego ofertę, dla lepszego efektu merdając ogonem wystającym ze spodni. Uległość, jak i zarówno przesada emocjonalność i okazywanie w widowiskowy sposób własnych emocji zdecydowanie nie była w jego stylu. W tym zakresie był ograniczony przez swoją powściągliwość i trudny charakter, a także brak empatii i wyczucia uśmierconej na przestrzeni tych wszystkich lat.
Jekyll nie prowadził w końcu fundacji charytatywnej, zatem pod wpływem słów Jarle'a zmarszczył czoło, czego oznaką była pojedyncza, niezbyt atrakcyjna zmarszczka na nim. Do jego obowiązków nie należała pomoc każdemu napotkanemu Desperatowi, mimo że wykonywany przez niego zawód przynajmniej teoretycznie zobowiązywał go do udzielanie interwencji medycznej każdej istocie, która takowej potrzebowała. Elastyczny kręgosłup moralny, czy chociażby jego obojętny stosunek do życia już nie. Zresztą tak samo (a może przede wszystkim) przynależność do gangu DOGS, o którym świadczyła i chusta zaczepiona o szlufki paska u spodni, jak i ślad po pazurach Wilczura przecinający jeden z boków Jekylla. Zresztą te dwie rzeczy wykluczały się wzajemnie, lecz ostateczna decyzja w tej materii i tak spoczywała na obciążonych przez pryzmat doświadczenia barkach lekarza.
W milczeniu kontemplował słowa Rybki, rozważając wszystkie za i przeciw. Trybiki w jego głowie działy na pełnych obrotach - analizowały sytuacje, przetwarzały informacje. Wraz z tym lekarzowi towarzyszyła świadomość, że, jeśli faktycznie przyjaciel Jalla był w tak opłakanym stanie, na jaki wskazywały słowa drugiego Wymordowanego, to właśnie ważyły się jego losy. W najlżejszym scenariuszu jego wyczerpany organizm zaakceptuje obecność zwierzęcych genów i w efekcie czego zacznie z nimi współżyć, w najgorszym – obce DNA zostanie odrzucone, w związku z czym umrze, trawiony przez agonie. Halliwell nie czuł z tego tytułu obciążenia psychicznego, ani też presji, która być może powinna mu towarzyszyć podczas takowych rozważań, wręcz przeciwnie. Los tego człowieka był mu całkowicie obojętny, mimo iż tego samego nie mógł powiedzieć o swoimi rozmówcy, który najwyraźniej usiłował wpłynąć na jego decyzje.
Czy niedźwiedzia mutacja była dla kogoś pokroju Jekylla odpowiednią motywacją? Otóż nie. Miał poniekąd już dość drapieżników. Interesowały go głównie rzadko spotykane w obecnych czasach mieszanki genetyczne. Z drugiej zaś strony na przestrzeni minionych lat, podczas swojej długoletniej podróży, widział zdecydowanie zbyt wiele i równie często zerkał samej Śmierci prosto w oczy (sam był przyczyną kilkudziesięciu), by teraz zadręczać się pojedynczymi, nieznanym mu przypadkami. Jedno było pewne - wirus X pustoszył człowieczeństwo w tempie ekspresowym w najbardziej paskudny i prymitywny sposób, więc w końcu Jekyll zaczął rozpatrywać istnieje tego nieuleczalnego na tym etapie rozwoju medycyny skurwysyństwa w innych, szerszych kategoriach. Być może pandemia, która wstrząsną wszystkimi kontenty wzdłuż i wrzesz, nie pozostawiając suchej nitki na ludzkości, była kolejną fazą w żmudnym, ciągnący się na przestrzeni wieków procesie ewolucji. Nieprzystosowane do diametralnych zmian organizmy, prędzej czy później zostaną wyeliminowane zgodnie z teorią Karola Darwina, co było nieuniknione. Czy w takim układzie powinno się przeciwstawiać temu procesowi?
Na ustach lekarza mimowolnie pojawił się delikatny, chytry uśmiech, jakby właśnie podjął decyzje.
Postawię sprawę jasno, by uniknąć jakikolwiek nieporozumień. Trudno jednoznacznie oszacować rozwój mutacji, jakie zachodzą w organizmie podczas przemiany. Każdy przypadek jest indywidualny, więc istnieje też prawdopodobieństwo, że twój przyjaciel jej nie przeżyje, a jeśli przeżyje – może stać się kompletnie inną osobą. Dodatkowo, z twoich słów wynika, że znajduje się w zaawansowanym stadium zarażenie, zatem, zanim tam dotrzemy, może być już za późno na jakąkolwiek interwencje — oświadczył poważnie, obserwując z uwagą twarz Jallii. Jekyll był osobą nad wyraz ambitną i nie tolerował porażek. Czy powinien w takim wypadku brać się za tak beznadziejny w swojej opinii przypadek? Zdecydowanie! Opuszczając swoją zniszczoną przez terroryzm apokalipsy ukochaną ojczyznę, wyznaczył sobie cel w życiu, zatem nie miał zamiaru iść na skróty, ani tym bardziej wycofać się ze swoich postanowień. — Pomogę mu, jednakże nie mniej żadnych złudzeń, Jarle. Z obecną wiedzą, którą posiadam — do tego przyznał się z odczuwalną w tonie głosu, jak i mimice twarzy niechęcią — nie jestem w stanie go wyleczyć, mogę co najwyżej ulżyć mu w cierpieniu, minimalnie zniżając poziom natężenie wirusa we krwi. — Wyzwaniem. Właśnie tym był znajomy posiadacza rybich genów w oczach lekarza, a Jekyll nie byłby sobą, gdyby go nie przyjął i nie starał się mu sprostać. —  Nie mamy ani chwili do stracenia. Prowadź mnie do niego. Na miejscu zdecyduję czy warto mu pomóc, czy też nie.
Apteczka, stanowiąca nieodłączony element ekwipunku mężczyzny, była wyposażona w opracowane przez niego serum na obniżenia poziomu natężenia wirusa X we krwi. O jego skuteczności był pewny. Sam sobie go aplikował dwa razy dziennie, by nie stracić kontroli nad własnym ciałem i nie zniżyć się do poziomu E. Jednakże jeszcze nie miał okazji  w pełni przetestować go na osobie zarażonej, więc teraz nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja, o czym sam Jarle wiedzieć nie musiał.
Odprowadził Jarle'a wzrokiem do wyjścia, by zaraz pójść w ślad za nim.
Eksperyment czas zacząć.

zt2

_________________


Exitus acta probat.
Paranoia, out to get me.



Jekyll
-----------
Bernardyn     Opętany

avatar

Liczba postów : 1512
GODNOŚĆ : Dr Jekyll

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Fucker on Pią Maj 26, 2017 1:07 pm
Wieść o kasynie rozniosła się po kryjówce w dynamicznym tempie od momentu, w którym wpadli na domagającą się wyjaśnień Rainbow. Nie było ich od kilku godzin, a dziewczyna – już wcześniej świadoma tego, że udali się odbijać Kirina w kasynie – zamartwiała się wynikiem tej wyprawy. Na jej twarzy dało się dostrzec przebłysk ulgi, gdy Grimshaw zdawkowo zakomunikował jej, że budynek był już tylko przeszłością.

A co z resztą?
Przyjdą.
Sceptycyzm na twarzy wymordowanej był całkiem zrozumiały w chwili, gdy najpierw zahaczyła wzrokiem o przewieszonego przez ramię Rottweilera Pudla, a następnie zerknęła na pokiereszowanego Rumcajsa, by na koniec zawiesić spojrzenie kolorowych tęczówek na ciemności tunelu za nimi. Na razie nie było tam niczego ani nikogo poza nią.
Albo się doczołgają ― poprawił zaraz, wypierając przy tym wszelką empatię. Dla szarookiego był to tylko suchy fakt, a jednocześnie nikt nie mógł oczekiwać, że będzie taszczył tutaj każdego z osobna. Mimowolnie wyminął dziewczynę, niespiesznym krokiem kierując się w stronę gabinetu medycznego. ― Wyślij dwie osoby do pomocy. Powinni być już w drodze. Możliwe, że całkiem niedaleko. Zwołaj też każdego Bernardyna, jakiego spotkasz. Mają stawić się w gabinecie teraz.
Słyszalny nacisk świadczył o tym, że kwestia nie podlegała żadnej dyskusji. Tego dnia medycy mieli mieć pełne ręce roboty, a Jay mógł tylko cieszyć się, że uniknął jakichkolwiek obrażeń i jednocześnie konieczności tłoczenia się ze wszystkimi w jednym pomieszczeniu. Rainbow na szczęście od razu zrozumiała przekaz i zasalutowawszy niedbale, puściła się pędem przez korytarz.


Chryste!
Przebywająca w gabinecie Sana poderwała się z miejsca, gdy pchnięte drzwi zaniosły się głuchym hukiem. Spojrzenie Bernardynki natychmiast padło na przybyłe-- trójkę przybyłych. Chociaż widok takich tłumów nie był codziennością, nie był także rzadkością, ale jej nadal ciężko było przyzwyczaić się do większej ilości pacjentów na dzień niż przewidywała to ustawa. Przez moment w osłupieniu przyglądała się, jak zastępca odsuwa się od Wyżła, który już bezpiecznie mógł wesprzeć się o skrzypiące już łóżko polowe i odkłada Chrisa na osobnym. Choć odkładanie było tu wyjątkowo subtelnym określeniem, biorąc pod uwagę, z jaką chęcią Ryan pozbył się niepotrzebnego ciężaru.
Ostrożnie! ― upomniała wymordowanego, który niewiele zrobił sobie z jej ostrzeżenia. Był zbyt zajęty rozmasowywaniem zdrętwiałego barku, przez co Skoczek właśnie naciągnął u niego dożywotni dług. ― Czy on...?
Nie dokończyła, dość pospiesznie zbliżając się do nieprzytomnego Skoczka. Po drodze rzuciła przepraszające spojrzenie Rumcajsowi – w odróżnieniu od Black'a nadal był przytomny, chociaż na pierwszy rzut oka jego stan także nie był za ciekawy.
Jeszcze żyje. ― A „jeszcze” było tu kluczowym słowem. ― Zajmij się nimi, zanim zjawi się reszta.
Westchnęła ciężko, jakby tym samym już komunikowała, że nie ma większego wyboru. Chwyciła za szmatę owiniętą dookoła rany i dosłownie odkleiła ją od ciała, odrzucając gdzieś na bok. Już sam wyraz jej twarzy potwierdzał, że ten widok nie należał do najprzyjemniejszych.
Nie wygląda to dobrze. Cud, że jeszcze oddycha ― podsumowała, natychmiast zabierając się do pracy. ― Rozbierz się ― odparła rzeczowo w stronę Rumcajsa, chcąc jakoś pogodzić ze sobą konieczność opieki nad obydwojgiem z nich. Gdy napełniała miskę wodą, kątem oka przyuważyła, że Ryan już kierował się do wyjścia z gabinetu. ― A ty?
W normalnych warunkach i przy innej osobie, już wyrwałaby się, żeby zatrzymać delikwenta, jednak ciemnowłosy nie od dziś roztaczał dookoła siebie aurę, która była doskonałym hamulcem dla tak narwanych działań – przynajmniej dla osób, które nie trzymały się z nim szczególnie blisko. Sana była w stanie przyznać, że nie wiedziała o nim niczego poza tym, co udało jej się wyłapać z krążących dookoła plotek.
Ani zadrapania ― mruknął, zanim drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.

___z/t.
Jak możecie się spodziewać, nie będę tutaj z wami siedział, skoro moja postać nie potrzebuje opieki. W dodatku możecie poprowadzić Sanę i na pewno to wy musicie skontaktować się z Bernardynami, żeby przyszli się wami zająć, bo nie będę umawiał wam fabuły. *parsk* W założeniu każdy z nich powinien zostać poinformowany przez Rainbow o tym, że jest kryzys.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5363

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Ourell on Nie Maj 28, 2017 11:49 pm
Zdyszany, mokry od potu i z wyraźną trwogą na ustach wylał się z pokoju przywódcy, wsparty dłonią o nierówną, wilgotną ścianę. Przekazał wieść o zaginięciu jednego z Psów najszybciej jak potrafił, tempo swojej misji przypłacając jak zwykle tym, czego i tak nie miał w nadmiarze - zdrowiem. Bieg po Desperacji z jawnym zmęczeniem na barkach nie był najlepszym pomysłem, o czym teraz przypominał aniołowi nie tylko rozpruwający ból w płucach, ale też pieczenie w nogach, drżenie rąk... ciążyła mu głowa.
Widział, że mijał krążących po korytarzach chętnych, którzy zaraz mieli wysypać się z siedziby i pognać w miejsce, zgodne z jego wytycznymi: do kasyna. Modlił się w duchu, by Kesil, osoba bardzo bliska jego sercu, a przy tym przypadkowy informator Psów, miał rację, co do podawanych danych, bo inaczej podopieczni anioła tylko stracą cenny dla nich - a jeszcze cenniejszy dla Kirina - czas. Rozmasował bolącą głowę, w której kotłowało się dużo za dużo myśli, w efekcie ciążących na nim jeszcze bardziej. Czuł, że chyba przekroczył własny limit, nareszcie zgadzając się z własnym ciałem, że potrzebuje wypoczynku.
Wpadł do dużego salonu, który nagle opustoszał, gdy wydano rozkaz do wymarszu po jednego z nich. Normalnie pewnie odszukałby w tej pustce kolejny powód do niepokoju, wróć, normalnie poszedłby prosto do lecznicy i zaczął układać bandaże, ścielić puste łóżka, albo robić jakiekolwiek notatki w prywatnym notesie, nawet nie myśląc o tym, by zahaczyć o salon. A jednak - legł jak długi na wytartą kanapę, niemal natychmiast pogrążając się w długo niezaznanym śnie.


{ ... }

- Ourell!
Blondyn poruszył się niespokojnie na kanapie, przez dłużącą się chwilę nie potrafiąc całkowicie rozbudzić się z błogiego stanu. Mając wciąż zamknięte oczy, dźwignął z lekkim zawahaniem łeb, kierując go ku zasłyszanemu imieniu.
- Ourell, jesteś potrzebny, natychmiast!
Napięcie wyczuwalne w głosie dziewczyny dało mu dodatkową motywację, by ponownie włączyć się do gry i podnieść o dziwo całkiem wypoczęte ciało do pozycji siedzącej. Będąc wciąż na wpół trzeźwym, otworzył oczy, oblewając błękitnym spojrzeniem poruszoną do granic możliwości Rainbow. Wydawała się wrzeć równie mocno, co całe otoczenie. Jakim cudem nie obudziły go te szmery w tle? Te szepty, głośne szczekania, tupoty stóp? Przecież wszyscy wiedzieli, że Psy wróciły do budy. Momentalnie ogarnął go stres. Nie musiał dopytywać się o przebieg wydarzenia. Jego wzrok skłonił Dobermankę, by sama wszystko mu streściła.

{}

- Chryste…
To zadziwiające, jak byli zgodni z Saną, co do sposobu reagowania na widok pokoju medycznego. Zachariel, teraz już całkowicie rozbudzony wpadł do lecznicy z tym samym zimnym zawzięciem, które towarzyszyło mu podczas wbijania się w wir pracy. Zachowywał zimną krew i pomimo poruszonych słów, twarz wydawała się nieugięta.
W rzeczywistości stres właśnie pożerał go od środka.
Nie witając się z nikim – nietaktownie, ale należy tu samemu przyznać: czy warto było marnować czas na powitania? – natychmiast podleciał do sekretarza, trafnie zauważając, że choć stan obojga pacjentów był zły, tak ten Pudla był zdecydowanie gorszy. Sana ustąpiła miejsca przy Skoczku, podarowując całą swoją uwagę Rumcajsowi. Uporawszy się z miską pełną wody, postawiła ją tuż u jego stóp, samej z przejęciem próbując pomóc mu pozbyć się ubrania i lepiej przyjrzeć obrażeniom.
- Rozumiesz co do ciebie mówię? Słyszysz mnie? – rzuciła mu pytania, nim w ogóle dotknęła skóry. Chciała sprawdzić czy poprzez otwarte oczy Wyżła patrzył w miarę trzeźwo myślący człowiek czy wycieńczona kukła, która ledwie trzymała się przytomności. – Opowiedz mi co ci się stało. – poprosiła, a uporawszy się z odzieniem – o ile uporać się zdołała, a Rumcajs nie stawiał oporu – zaczęła oczyszczać ranę szmatą zamoczoną w wodzie.
Tymczasem Ourell pochylony nad Skoczkiem, oczywiście w pierwszym odruchu przyłożył mu palce do szyi – mądrze do tej mniej rozszarpanej części ciała – i sprawdził czy chłopaka w ogóle należy nazywać jeszcze pacjentem czy przy okazji nie przemianował się na trupa. Odetchnął z ulgą, gdy Chris po raz kolejny okazał się wielkim szczęściarzem. Co innego mógł powiedzieć o samym sobie, gdy doskonale wiedział, że dzisiaj może po raz kolejny wylądować bez energii na ziemi. Obrażenia sekretarza, jak i jego mizerny stan skłoniły Zachariela do podjęcia dość szybkiej decyzji – użycia mocy.
Bez najmniejszego wstrętu ostrożnie przyłożył dwa palce do rozpłatanej szyi i barku Pudla, skupiając swoją moc na właśnie tym fragmencie. Trudno powiedzieć, by zadziałała bajecznie szybko i niemal magicznie skutecznie, jednak bez wątpienia zatamowała krwawienie, a nawet podreperowała znaczną część całej rany. Chwała Kreatorowi, że tego samego dnia uciął sobie drzemkę, bo inaczej już leżałby bez życia na ziemi, wycieńczony zużyciem mocy. W istocie poczuł, że energię znacznie z niego uciekła, jednak poza lekkim zachwianiem i wszechobecnymi mroczkami, nawet zdołał utrzymać się w pionie. Być może nie tylko sen, ale okrojona dawka zawdzięczała mu podtrzymanie własnej przytomności. Nie chciał lecieć na całość, czując, że istniała możliwość przybycia kolejnych rannych, a nikomu by nie pomógł, gdyby ogarnęła go niedyspozycja.
Skoczek wciąż był w stanie zdecydowanie złym. Żaden siniak mu nie zniknął, żadne zadrapanie nie zbladło, nie wyprzystojniał. Za to nabrał odrobinę koloru oraz oczywiście, przestał balansować na granicy życia i nieżycia, poprzez podreperowania rozszarpanego boku. Być może nagły, niespodziewany przypływ energii od anioła, która teraz zaczęła pobudzać i motywować ciało sekretarza do walki o przetrwanie, zmusi go do odzyskania przytomności.
Ponownie się zachwiał, w ostatniej chwili łapiąc się o metalową ramę łóżka. Sana obrzuciła go rozgniewanym spojrzeniem – nie lubiła, gdy kolega po fachu sobie mdlał, zostawiając jej cały burdel do posprzątania. Sam Ourell nie wydawał się tym przejęty. Przetarł szybko twarz, chcąc nabrać sił do dalszych procedur związanych z opatrywaniem.
- Rumcajsie, czy Kirin został uratowany? Gdzie są pozostali? – pozwolił sobie na kontrolne pytanie, nim chwiejnym krokiem nie cofnął się po pudełko z igłami i nićmi.
Tymczasem Sana burcząc coś nieprzyjemnie pod nosem, wciąż drażniła Wyżła zimną wodą. Niemniej, rana zaczynała wyglądać lepiej, to jest… bardziej estetycznie. Bez tynku, piachu i kurzu.
- Co wyście tam robili… - rzuciła wyżynając po raz któryś czarną od brudu szmatę.

|| Wybaczcie ewentualne błędy – część pisałam na telefonie. W razie jakichkolwiek pytań, zastrzeżeń czy próśb, uderzajcie śmiało na PW Ailena. Jakbym zapomniała o jakichś obrażeniach (nie tylko w tym pierwszym poście, ale ogółem), to też dajcie mi znać.

× Ourell nie będzie w stanie po raz drugi użyć mocy leczenia na tej fabule. Jeżeli jednak się zdecyduje: straci przytomność.
× Skoczek może powoli się rozbudzać, czuć ból, może nawet się odezwać. Zachariel nie poleciał na całość, ale przelał Ci tej energii dość dużo.
× Rum, mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że założyłam, że Sanie udało się rozebrać Adama. Jeżeli uznasz, że Twoja postać nie pozwoli na któreś z jej ruchów (lub w ogóle padnie gdzieś nieprzytomna po drodze) śmiało ignoruj moje opisy i pisz co uważasz za słuszne.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Skoczek on Pon Cze 05, 2017 11:13 pm
......Szczęśliwy dzień? Chyba jednak niekoniecznie. Chrisa prędzej można było nazwać największym pechowcem, jakiego widziała ziemia, niż szczęściarzem. Nie dość, że Kirin i Hemofilia nieźle go poobijali, to dodatkowo w kasynie porobił jeszcze za ścierkę. Nie, żeby miał to za złe Ryan'owi (w sumie i tak było mu to obojętne), ale ewidentnie miał powody do bycia niezadowolonym. Pewnie z pojedynczą jednostką dałby sobie radę, ale rozszalały poziom E z jednej strony i rozjuszona Hemofilia... cóż, Pudel nie spodziewał się ataku ze strony sojuszników, stąd też jego dość fatalny stan. Zresztą, ostatnimi czasy obrywał głównie od swoich, co powoli zaczynało być męczące. Dodatkowo teoretycznie właśnie zaliczył nadprogramową drzemkę w godzinach pracy, a jak zna już swoje szczęście - Growlithe pewnie go z tego rozliczy. Zakładając, że będzie go z czego rozliczać, bo jak na razie stan sekretarza zdecydowanie był nie do pozazdroszczenia. Był całkowicie bezwładny, zdany na różnego rodzaju decyzje zastępcy Wilczura. Może to i dobrze, że odebrało mu świadomość - przynajmniej nie musiał zaciskać zębów i udawać, że wszystko jest w porządku. Z drugiej strony wracanie jako jedyny nieprzytomny... hmh, była to dość nieprzyjemna, w pewnym sensie zawstydzająca myśl. Póki co jednak Pudel nie miał jak się tym przejmować - nieprzytomny nie miał nawet słowa do powiedzenia. Przynajmniej bólu nie czuł, to było jedyną zaletą obecnej sytuacji. Za to widać było, że jego organizm nie czuje się najlepiej, oddech miał płytki, ale przyspieszony, dodatkowo jego ciało było rozgorączkowane - trudno powiedzieć, czy przez odniesione obrażenia, czy też raczej przez gorąc, który panował w kasynie.
Cóż, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Teoretycznie więc powinno być tak samo z tym, co złe, prawda?
Nagłe przebudzenia Pudla ciężko było zakwalifikować do którejś z tych kategorii. Z jednej strony odzyskał dzięki Ourell'owi przytomność co powinno być jakimś pozytywem, ale z drugiej ponownie zaczął odczuwać cały nagromadzony dotychczas ból. Niebieskie ślepia sekretarza otworzyły się szybko, a on sam obiegł dzikim spojrzeniem całe pomieszczenie. Ponownie podskoczyło mu tętno, jednak dość szybko rozpoznał główny gabinet medyków oraz znajome twarze. Wypuścił z sykiem powietrze, próbując podźwignąć się do siadu, co z kolei sprawiło, że wszystkie rany i zadrapania dały o sobie znać. Szczęka Chrisa zadrgała, a w jego oczach zamiast lęku widoczna była złość. Pudel zadygotał - stara oznaka schodzącego stresu, ale jednocześnie zacisnął jedną dłoń w pięść.
Po raz pierwszy od dawna sekretarz Psów był wściekły. I nie w ten udawany, teatralnie dramatyczny sposób, a naprawdę porządnie rozzłoszczony. Był na tyle wściekły, że na chwilę jego oczy rozbłysły charakterystycznym drapieżnym błyskiem, a skóra gwałtownie napięła się. Jeszcze chwila, a wybuchnie. Zmieni się. Trafi go jasny szlag.
Wziął głęboki wdech. Wypuścił nagromadzone powietrze. Przymknął ślepia, czekając na moment, w którym świat przestanie się kręcić. Uniósł dłoń do barku, chcąc sprawdzić jego stan. Przestał krwawić. Generalnie czuł się nieco lepiej, ale nie potrzebował lustra by wiedzieć, że wygląda tragicznie.
- Rumcajs - ochrypły głos Chrisa był ledwo słyszalny.
Tym razem naprawdę dźwignął się do siadu, a na ewentualne karcące spojrzenie odpowiedział pustym wzrokiem.
- Raport - nie proszę, nie "hej, co się działo", żadnego słowotoku, żartów, kpin, czy rozbawienia. - Albo po prostu powiedz mi, czy wszyscy przeżyli i czy ranni dotargają się do medyków. Jeśli od ostatniego momentu nic się nie zmieniło, Kirin powinien być żywy, a akcja jest... u d a n a.
Nie zamierzał wstawać, ale w najbliższym czasie planował wybrać się do Łowców. Od dawna miał porozmawiać z Marcus'em na temat pewnych nowinek, sojuszu i całej reszty. Nie, żeby chciał odpocząć od Psów. Po prostu powoli miał dość tego, że atakują go tylko i wyłącznie jego sojusznicy - na dłuższą metę zaczynało być to irytujące. A jeszcze jak zna Wilczura - to jemu trafi się reprymenda.
- Ourell. Kiedy będę w sta - zakuła go klatka piersiowa, ślady po wektorowych strzałach, więc sekretarz przez chwilę po prostu wgapiał tępo w ścianę. - Kiedy będę w stanie urządzić sobie dłuższą wycieczkę?
Był cały obolały, czuł się tragicznie, a w dodatku nie miał pełnego obrazu zaistniałej w kasynie sytuacji. To wszystko sprawiało, że generalnie miał fatalne samopoczucie, co ewidentnie było po nim widać. Zapewne przejdzie mu po krótkim odpoczynku, ale na razie lepiej byłoby nie konfrontować go ze zbyt dużą ilością Psów. Najwyraźniej pewna granica (która u wymordowanego i tak była bardzo elastyczna) została naruszona zdecydowanie bardziej, niż powinna.
Pod wpływem własnych myśli Pudel z jękiem uderzył o łóżko, co znowu było nie najlepszym pomysłem. W gruncie rzeczy, ta utrata przytomności wcale nie była taka zła.
- Dzięki, Ou - jednak nie było w tym ironii, sekretarz doskonale zdawał sobie sprawę, że część bólu nie odeszła sama z siebie... po prostu w końcu to do niego dotarło.

|| Obrażenia - częściowo wyleczony:
X Oderwany płat mięśnia na przestrzeni szyi i barku - struktura mięśnia odnowiona (jest on jednak "miękki", bardzo osłabiony), rana zabliźniona, automatycznie więc krwotok jest zatrzymany. Skóra jest opuchnięta, blizna mocno zaczerwieniona, duża bolesność, jak na razie wysoko ograniczona sprawność kończyny. Nieostrożne ruchy odnowią uraz.
X Guz z tyłu głowy
X Rozdrapana klatka piersiowa + rany po wektorowych strzałach - poobijany cały korpus, dzięki Ourell'owi nie krwawi, blizny po ranach są zaczerwienione, skóra wokół niech opuchnięta i posiniaczona. Duża bolesność, ograniczona ruchomość.
X Poobijany i posiniaczony.

_________________

Gorąca krew, ten dziki bieg.
Lepka pajęczyna myśli, nie istnieje żaden lek,
Na ten ptasi w sercu lęk, gdy usłyszysz wilka szept.


Ale przecież to akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek.
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka.



Skoczek
-----------
Pudel     Opętany

avatar

Liczba postów : 1138
GODNOŚĆ : Christopher Alexander Black

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Gość on Sro Lip 26, 2017 2:08 pm
Walka w kasynie przebiegła dość szybko i gwałtownie. Niewiele miała wspólnego z taktownym planem Rumcajsa, ale taka forma też była w porządku - rozpierdolić wszystko dookoła, łącznie ze swoim ciałem. Było to jak najbardziej w stylu DOGS, dlatego nawet nie kwapił się, aby upominać się o "trzymanie planu". Nawet jeśli miał on sens, to z charyzmą Psów tracił on na barwie. Poza tym sam Rumcajs lubił poszaleć, a skutkiem jego szaleństwa były rany na ciele. Nie wyróżniał się nimi na tle innych towarzyszy. Jedynie tym, że był z tych niewielu, którzy nie byli wstanie stać o własnych siłach na nogach. Dlatego po zakończeniu odbijania Kirina, musiał zdać się na łaskę któregoś Psa, a na jego szczęście lub nieszczęście był to nikt inny jak  Ryan. Jeden z niewielu, któremu udało się stamtąd wyjść bez szwanku. Spojrzał jedynie na niego kątem oka, kiedy zgarniał go z podłogi Kasyna, nie mając już siły rzucać jakimś suchymi żartami, które i tak w żaden sposób nie rozbawią Rottweilera. Nie był jednak na tyle umierający, aby kompletnie nic nie robić, dlatego wsparł się o niego, starając się robić jak najmniej problemu - w końcu Rumcajs do lekkich nie należał, a taka podróż z dwoma Psami na głowie może być po jakimś czasie męcząca. Nie czepiał się również o braku delikatności, koniec końców panienką nie był. Skoczek również przeżyje ten transport. Powinien się cieszyć, że był nieprzytomny i nie odczuwał tego irytującego bólu.  
Nim się obejrzał, czuł, ze stracił hektary krwi ze swojej rany, ale również znaleźli się w pokoju medycznym w ich kryjówce. Dziękował losowi, że mimo wszystko podróż minęła dość szybko i bez żadnych przeszkód. I generalnie chyba misja sama w sobie poszła sukcesem - Kasyno było kompletnie zrujnowane po ich wizycie i chyba oto im chodziło, czyż nie? Czując, że mógł się oprzeć o coś innego niż sam Ryan, mimowolnie wyciągnął rękę w stronę łóżka, kiwając głową w podzięce za przytaszczenia ich obu w to miejsce. Na nic innego nie było go obecnie stać. Pozwolił sobie usiąść i wyjątkowo nie poczuł się zbytnio ignorowany, kiedy Bernardynka skakała wokół Skoczka - koniec końców to on był nieprzytomny. Przynajmniej miał ładne widoki. Uśmiechnął się do niej lekko, widząc to przepraszające spojrzenie. Na zdanie "rozbieraj się", mimowolnie uśmiechnął się szerzej, ale szybko minęło mu uśmiechanie się do kogokolwiek, kiedy poczuł falę bólu przy ściąganiu zakrwawionej już koszulki. Nie było to nic przyjemnego, ale jako facet zacisnął zęby, aby przy damie nie pokazać, że go w ogóle coś boli. Tak bardzo typowy Rumcajs. Oblizał spierzchnięte usta, spoglądając zza mglonych oczy na Sanę. Może nie był w najlepszym stanie, ale jeszcze potrafił kontaktować. Jeszcze.
- Słyszę ślicznotko, słyszę - wymamrotał, przez co jego słowa mogły tracić na wartości. Pewnie gdyby miał więcej doświadczenia bycia na Desperacji, potrafiłby wytrzymać dłużej w takim stanie. Był jednak młodym Wymordowanym, przez co wiele mu brakuje. Jak chociażby takiej wytrzymałości. Ponownie oblizał swoje usta, dalej starając się utrzymać spojrzenie na kobiecie. W zasadzie nawet nie zauważył jak tutaj wszedł Ourell, więc kiedy kątem oka zerknął na nieprzytomnego Skoczka, mocno się zdziwił jego obecnością. Chyba nie było z nim aż tak źle, nie? - Cóż, walczyłem, zostałem przecięty, potem dach Kasyna na mnie runął. Wystarczy czy mam to powiedzieć bardziej szczegółowo? - spytał z widocznym zmęczeniem w jego oczach. Mało brakowało, a zacząłby ujadać przez pulsujący ból. A przecież tak nie można.
Nagle swoje spojrzenie skupił na wyczynach Ourell'a. Mrużył oczy i rozszerzał je, obserwując w ten sposób co wyprawia mężczyzna. Nie wiedział teraz, czy zazdrościć Skoczkowi, kiedy został obdarowany mocną anioła - chociaż rany mu nie znikły, to z pewnością poczuje się o niebo lepiej. Przynajmniej będzie pewność, że nie wykituje tutaj w przeciągu najbliższych paru godzin. Jak nie minut. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że Sekretarz jednak będzie żył, ale uśmiech znowu szybko mu zbladł jak Anioł zachwiał się o był na granicy omdlenia.
- Wow, może mu pomożesz? - oczywiście nieważne w jakim stanie będzie Rumcajs, on i tak będzie się martwił o zdrowie innych. Trochę nierozsądne i naiwne, ale właśnie taki był. W końcu sam może oczyścić sobie ranę, nie jest to takie trudne, prawda? A drugiego zemdlałego w tej sali na pewno nie chcą mieć. Odetchnął jednak z ulgą, kiedy Ourell jedynie ich nastraszył. Pytanie do niego utrzymało go w przekonaniu, że jednak nie padnie tutaj i będzie mógł pomóc Bernardynce. Syknął jednak przed odpowiedzią, bo jednak oczyszczanie rany nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy.
- Ta, chyba żyje. Tak jak każdy. Możliwe, że są w drodze do siedziby. Daj mi sekundkę - rzucił, aby wziąć oddech i chwilę pomyśleć nad tym, co się stało z całą resztą bandy. W końcu żyli, nie? Wilczur wychodził... Ale gdzie? Kirin był pod gruzami Kasyna, Fenrin go mentalnie wspierał. Oni teraz są tutaj. O kimś zapomniał? A tak, Hemofilia. Skąd ona się tam wzięła, skoro jej nie było tyle czasu w siedzibie?
W tym samym momencie Pudel zaczął się wybudzać. Nic dziwnego, że przykuł uwagę Wyżła, jak i nie tylko. Widział jak starał się podnieść, a złość w jego oczach była jak najbardziej uzasadniona. Tym razem nawet nie miał zamiaru mu w żaden sposób dokuczać, choć odruchowo parę żartobliwych słów cisnęło mu się na język. Ale nie. Chociaż ten jeden raz trzeba zachować powagę. W końcu nie na co dzień widuje wkurwionego Blacka. Wziął głęboki wdech, który przyprawił go o kolejną falę bólu.
- Tak, wszyscy żyją. Przynajmniej żyli jak opuszczaliśmy zrujnowane kasyno - tutaj zrobił chwilę pauzy. Rana w brzuchu nie była wygodna, tym bardziej jak wszytko każdemu musiałeś mówić - Sądzę, że udało im się wygrzebać spod kupy gruzu i belek i pewnie są już w drodze do kryjówki lub gdzie indziej wylizują swoje rany. Oto raczej nie musisz się martwić, poradzą sobie - odparł dość spokojnie. Miał jedynie lekkie obawy co do Wilczura, a przez to, że był zmęczony, dało się dostrzec jego zmieszanie na twarzy. Wręcz niepewność słów, które właśnie wypowiedział.

|| Post może zawierać masę błędów, gdyż nie chciało mi się go sprawdzać. Mam tylko nadzieję, że chociaż częściowo zgadza się z waszymi postami.
- Rumcajsowi odnawia się moc piasku, nie chce mi się teraz tego pisać, ile mu zostało, bo raczej i tak jej w tych postach nie będzie używać
- jest ranny na boku, rana cięta, wydaje się być oczyszczona, pamiętajmy o jego niewinnym krwiaku na plecach i drobnych zadrapaniach i takie tam



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Ourell on Nie Wrz 24, 2017 3:13 am
Bernardynka nie należała do kobiet specjalnie wstydliwych, a już na pewno nie czerpała przyjemności z wysłuchiwania jakichkolwiek zwrotów, które nie zamykały się w jej imieniu, medyku bądź „potrzebna pomoc!”. Toteż na „ślicznotkę” zareagowała zmarszczeniem ładnego, kształtnego nosa, wyraźnie walcząc z ochotą odpowiedzenia Rumcajsowi w nieco mniej przyjemny sposób. Była wyraźnie zestresowana okolicznościami, chociaż z całych sił próbowała nie dawać tego po sobie poznać. Prawdą było jednak, że pomimo określenia, którego nie potrafiła skojarzyć z niczym miłym, cieszyła się, że chociaż Wyżeł wydawał się zdatny do rozmowy, nawet jeśli ciążyło na nim poważne zmęczenie.
- Dach kasyna? Zburzyliście cały budynek?! – Sana na dwie sekundy zawiesiła szmatę w powietrzu, wpatrując się z wyraźnym przerażeniem w zamglone ślepia mężczyzny. Tkwiła w DOGS tyle lat, a wciąż wyczyny niektórych jej kolegów potrafiły wywołać u niej osłabienie. Najprawdopodobniej dlatego, że była lekarzem, a lekarze mieli w tej organizacji przekichaną robotę. Już wyobrażała sobie zmiażdżone ciała Psów, gdy zaraz odegnała od siebie czarne myśli, na nowo zajmując się pacjentem. – Doskonała strategia, panie Wyżeł. Ty to zaplanowałeś? – rzuciła z irytacją i poruszeniem. Kiedy zrobiła się tak nieprzyjemna? Kobiety…
Tymczasem Ourell nie wykazał specjalnego poruszenia, zasłyszaną informacją. W dużej mierze z powodu wcześniejszych napomknięć Rainbow, które choć były krótkie i nie przedstawiły mu pełnego obrazu sytuacji, zawierały w sobie informacje o tym, że są pacjenci, którzy zostali nimi właśnie przez ten nieszczęsny kasynowy dach. Chociaż wydawał się znacznie spokojniejszy od Sany, nie oznaczało to, że wiadomość przeszła przez niego bez echa. On również odczuwał stres.
Anioł odegnawszy od siebie mroczki, rzucił Rumcajsowi spokojne, a nawet uprzejme – choć nieco jeszcze skołowane – spojrzenie, niemo dając mu do zrozumienia, że nie wymagał pomocy od nikogo. Zaraz jednak skupił swoją uwagę na sekretarzu, którego przepełniony złością wzrok wcale mu się nie podobał.
- Chris, proszę. – zdążył z siebie wyrzucić, gdy wrócił do pacjenta z pudełkiem igieł i nici. Nim jednak zabrał się za dalszą pracę, pokusił się o poświęcenie uwagi blondynowi w nieco inny sposób, niż zabiegi lekarskie. Główną rolą nie odegrało tu osłabienie Ourella, ani tym bardziej skłonności do ociągania się, których anioł w żadnym wypadku nie posiadał. Wolał przede wszystkim stłumić gniew sekretarza, będąc przekonanym, że złość w jego stanie nie była zalecana. Niemniej bardziej od jego szczerej irytacji, chciał zabić w nim wszelką ochotę do podnoszenia się, wiercenia czy zmieniania pozycji na inną, niż leżąca. Dlatego Skoczek, gdy tylko uniósł się do siadu, zaraz poczuł na piersi delikatny dotyk anioła, który ostrożnie, acz z tą swoją specyficzną stanowczością, pchał go ku dołowi. – Proszę, abyś się położył i nie ruszał. Sprawisz sobie tylko ból. – głos miał napełniony cierpliwością, swego rodzaju ciepłem i troską. Zawsze wypadał szczerze z prośbami i chociaż niewiele było Psów, które były w stanie to docenić, Ourell przy każdym pacjencie wykazywał  wiarygodne zaangażowanie w sytuację.
- Całe szczęście… - wyrzuciła z siebie Sana, która pomimo pauzy Rumcajsa i braku oficjalnego potwierdzenia żywotności reszty bandy, już przyjęła do siebie pozytywny scenariusz. Zrzuciła szmatę z głośnym pluskiem do wody, odsuwając się na nieznaczną odległość, by ocenić stopień zabrudzenia rany. Wniosek: mocne trzy plus, można zszywać. Cofnęła się do Ourella i podebrała mu jeden zestaw z pudełka, zaraz wracając do Rumcajsa. Przedstawiła mu krótki instruktaż jak ma się ustawić, by było jej wygodnie zszywać poraniony bok  + by zrobiła to jak najszybciej.
Tymczasem Zachariel, zabrawszy się za nawlekanie igły na nić, zrobił beznadziejną minę, słysząc pytanie sekretarza. Dłuższe wycieczki? Dla niego to jak zapytać: „hej, Ou, kiedy będę mógł na żywca wyżłobić sobie szlaczki nożem?”. Nawet nie waż mi się o tym myśleć, Chris…
- Obawiam się, że nieprędko. – odparł z delikatną nutą współczucia, choć bez żadnego zwątpienia. Nawet jeśli starał się być uprzejmy i miły w tak trudnej dla Skoczka chwili, był gotów wykłócać się o jego odpoczynek, jak prawdziwy lew. Nie chcąc marnować czasu, wziął się za zszywanie ze standardowym, wcześniejszym uprzedzeniem pacjenta, co zamierzał zrobić. Szybko jednak wrócił do poruszonej przez Blacka kwestii. – Niestety w najbliższych dniach jedynym na co prosiłbym cię, abyś się nastawił, jest odpoczynek. Zatrzymam cię w lecznicy przez ten czas. Zrobię wszystko co w mojej mocy, być szybko wrócił do sił, jednak nie mogę obiecać, że będzie to szybko.
Na podziękowania po prostu uśmiechnął się delikatnie pod nosem, nie przerywając pracy. Nie oczekiwał wdzięczności, choć milej było mu tego słuchać od narzekań, które tak często przewijają się w trakcie jego zabiegów.
Dopełnienie zdawanego raportu przez Rumcajsa jedynie poprawiło nastroje - przynajmniej samych Bernardynów, którzy jak na zawołanie wydali się o jeden stopień spokojniejsi. Gdyby ktoś wszedł teraz do pokoju, mógłby odnieść wrażenie, że wylądował w kółku krawieckim, z tą różnicą, że obszywało się ludzi, nie materiały. Sana kończyła złączanie ze sobą rozpłatanego boku Adama, wiążąc dokładnie nić. Zaraz zaczęła się rozglądać za ewentualnym obiektem zdatnym do jakiejkolwiek dezynfekcji – nie zapomniała bowiem o pomniejszych ranach Wyżła, które wypadałoby choćby porządnie oczyścić. Najbliżej stojąca woda była brudna, toteż dziewczyna ruszyła się z miejsca i podeszła do stojącego przy ścianie stolika, rozglądając się choćby i za kaukaskim granatem.
- Również zalecałabym Ci wypoczynek, Rumcajsie. Gdy skończę cię opatrywać, pomogę ci dojść do własnego pokoju, chyba, że życzysz sobie pozostać tutaj i dotrzymać towarzystwa Pudlowi.


|| W razie jakichkolwiek zastrzeżeń - uderzać na Pw Ailena.

_________________

Just say the word and I will follow.
I will...



Ourell
-----------
Bernardyn     Anioł

avatar

Liczba postów : 326
GODNOŚĆ : Zachariel; Ourell Archangel.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Skoczek on Sob Wrz 30, 2017 1:01 pm
......Chris miał nadzieję, że już wyczerpał swój zapas pecha na najbliższe parę lat. Chociaż prawdę powiedziawszy wszystko wskazywało na to, że po prostu urodził się pod bardzo nieszczęśliwą gwiazdą. Zakompleksioną, nienawidzącą wymordowanych i generalnie wredną gwiazdą. W inny sposób Pudel niespecjalnie potrafił wytłumaczyć, dlaczego ostatnimi czasy przytrafiało mu się tyle... nieprzyjemności. Nie, żeby uważał Desperację za miejsce pełne potulnych i uroczych stworzeń, ale to był już kolejny raz, gdy nie atakował go wróg, tylko potencjalny sojusznik. Najwyraźniej najwyższy czas, by trzymać się z daleka od poziomów E przynajmniej do czasu, aż w końcu się jako tako wykuruje. Tudzież przestanie potykać o własne nogi, ale akurat to było mało prawdopodobne. Trochę to przykre, ale nie zamierzał narzekać. Taki już mu się trafił los, a przecież mógł skończyć gorzej. Powiedzmy, że mógł.
- Ogólnie spalenie kasyna i zawalenie dachu nie było planowane - mruknął cicho, wlepiając wzrok w sufit. - W gruncie rzeczy przeciwnicy nie sprawili nam aż tak dużo problemów. Po prostu stężenie wirusa niebezpiecznie podskoczyło w niektórych jednostkach. W skrócie, wystąpiły pewne problemy z samokontrolą. Niemniej,
pozostałych przy życiu osób z kasyna nie można ignorować, hmh. Psy pewnie niedługo będą musiały wyjść na polowanie,
coś za dużo wrogów ostatnio zachowuje się przy życiu.

Może trochę brutalne, ale taka była prawda. Co prawda Chris naprawdę wzbraniał się przed przemocą, ale ostatnio ilość niedokończonych konfliktów robiła się dość duża. A to w przyszłości mogło zaowocować naprawdę nieciekawymi kłopotami, zupełnie jakby gang nie miał ostatnio dostatecznie wiele problemów. Pudel aż westchnął cicho, starając się za wszelką cenę ignorować ból... właściwie wszystkiego. Łącznie z głową. A to chyba najbardziej go drażniło.
Obawiam się, że nieprędko.
Och. Co za kusząca okazja. Mógłby wypełnić raporty. Mieć spokój. O rany, spokój, jak to dobrze brzmi. Mimowolnie jednak uśmiechnął się krzywo, ponieważ nie oszukiwał się specjalnie w tym względzie. Na pewno jego pechowy los już mu szykował kolejną paskudną niespodziankę, a co za tym idzie - Pudel spodziewał się niedługo kolejnych kłopotów. Chyba powoli się do tego przyzwyczajał.
- Byłoby miło - rzucił tylko, koncentrując już nieco przytomniejsze spojrzenie na Ourell'u.
Niestety, kwestia zszywania i opatrywania podobała mu się znacznie mniej, ale cóż... takie życie. Zacisnął po prostu zęby i wpatrzył się w jakiś punkt na ścianie.
- W ogóle - odezwał się nagle, odwracając głowę w stronę Rumcajsa. - Ostatnio sporo cię nie widziałem. Dłuższa wycieczka?
Nie było to nic specjalnie dziwnego na Desperacji, czy też wśród Psów, ale cóż - Pudel lubił mieć aktualne informacje. Odpowiednio ułożone. A najlepiej to jeszcze zapisane, ze sporządzoną kopią na wszelki wypadek.

_________________

Gorąca krew, ten dziki bieg.
Lepka pajęczyna myśli, nie istnieje żaden lek,
Na ten ptasi w sercu lęk, gdy usłyszysz wilka szept.


Ale przecież to akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek.
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka.



Skoczek
-----------
Pudel     Opętany

avatar

Liczba postów : 1138
GODNOŚĆ : Christopher Alexander Black

Powrót do góry Go down

Re: Pokój medyczny    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics