Strona 6 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 10, 11, 12  Next

Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Shion on Sro 15 Cze - 23:23
Skrzywił się nieznacznie, kiedy kobieta posłała go na powrót na poduszkę. Jasne, czuł się jakby przebiegło po nim stad bawołów, ale z drugiej strony nie był jakimś kaleką i zaczynał czuć się w miarę dobrze. Na tyle, by doczołgać się do swojego legowiska. Problemem jednak pozostawała obecność Wilczura, który z pewnością…
- Nie jestem malutki. – wybełkotał marszcząc przy tym brwi. Może i mierzył te swoje metr sześćdziesiąt parę i był wychudzonym chuchrem, ale określanie go takim mianem było dla niego wręcz uwłaczające. I chociaż kobieta była miła, to Shion zaczął odczuwać przy niej dziwne skrępowanie, którego źródła sam nie był w stanie do końca określić. Mimo to nie obraził się, kiedy pomogła mu napić się wody, choć nadal był zdania, że poradziłby sobie sam. To co, że z pewnością rozlałby dookoła wodę. Odchrząknął cicho i przesunął wierzchem dłoni po ustach, które poczuły ulgę, kiedy zostały nawilżone. Nie spuszczał swojego spojrzenia nawet na moment z kobiety, i chociaż ktoś z boku mógłby chcieć pokusić się o stwierdzenie, że chłopakowi wpadła w oko członkini gangu, to nie było w tym ani krzty ziarenka prawdy. Potrzebował informacji. I tylko tyle.
- N-nie. – pokręcił ledwo zauważalnie głową, a jego jasne policzki oblał niekontrolowany rumieniec wstydu. - Nie wołaj go. Zdam mu raport później. To nawet lepiej, jak tu nie przyjdzie. No bo… mogłabyś mu nic nie mówić? Znaczy się… że tu leżałem. I byłem ranny. – odwrócił wzrok, jakby chciał ukryć ogniki żałości i wstydu, które pojawiły się w jego brązowych oczach.
Boisz się, że cię wyśmieje?
Zacisnął mocniej usta, aż powstała wąska linia.
Chcesz, by nie patrzył na ciebie jak na niedorajdę przystało, co nie?
Tak. Tak właśnie było. I co w tym złego? Że chciał usłyszeć pochwałę, że dobrze się spisał. Że chciał poczuć jego zadowolenie i…
Uniósł jedną dłoń i bezwiednie musnął opuszkami swoje rude kosmyki.
… A zamiast tego pewnie spotka się z kpiną w jego oczach, że nawet z wyjścia do baru ledwie uszedł z życiem.
Był słaby.
Cholernie słaby.
Chcę mu się na coś przydać.
- Po prostu mu nie mów, dobrze? I sam mogę sobie zmienić opatrunki. – bąknął niczym dziecko, które zaraz ma paradować z gołą dupą przed swoimi rodzicami. Co to, to nie. Nie będzie nikomu świecił swoim bladym dupskiem. Nawet przed nią. Nawet, jakby okazała się najmilszą kobietą w gangu. Ba, nie tylko kobietą, ale i osobą. Nie i już. Ma swoją godność.




Sometimes I feel this anger changing, slowly into
A monster that keeps on creeping under
And I don't think that I can take anymore
I need to kill like never before

avatar





Shion
Kundel     Poziom E
GODNOŚĆ :
Shion.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Arcanine on Wto 21 Cze - 3:28
ABY TO BYŁO JASNE – DODAJĘ POST KOŃCZĄCY FABUŁĘ SHIONA, KTÓRA Z RACJI BRAKU WCZEŚNIEJSZEGO MISTRZA GRY „TROCHĘ” SIĘ PRZECIĄGNĘŁA. CHRONOLOGICZNIE SKOCZEK (I OURELL?) NIE MAJĄ PRAWA GO SPOTKAĆ. CZASOWO KUNDEL ZNAJDUJE SIĘ W LECZNICY KILKA DOBRYCH TYGODNI PRZED WYDARZENIAMI Z GÓRY BABEL.

- To nie tak, że chcę ci robić na złość – mruknęła pod nosem, przechylając się nieco do przodu.
Wyjrzała przed siebie, rozglądając się po ciasnym pomieszczeniu. Wszędzie panowała cisza.
- Ale obowiązuje mnie pewna... pewna umowa. Mogę nie zacząć tematu, ale jeżeli ktoś zapyta wprost – odpowiem. Przykro mi, że nie ma innej opcji.
Zgarnęła niesforny kosmyk w kolorze popiołu i zatknęła go za ucho ozdobione nausznicą w kształcie smoka. Przez chwilę wpatrywała się w upchniętego w rogu pokoju pacjenta i liczyła w myślach jego oddechy. Dopiero, gdy miała pewność, że wszystko jest w porządku, podniosła się z materaca Shiona i spojrzała na niego z góry.
- Nie. - Uśmiech spłynął z jej ust. - Nie możesz „sam”. Przyniesiono cię tu nieprzytomnego i podziurawionego. Byłeś odwodniony i wciąż masz niedowagę. Myślisz, że kogoś obchodzi w tym momencie twoje zdanie? Twoje szczeniackie próby radzenia sobie na własną rękę?
Znów miękkim krokiem zaczęła przemierzać pomieszczenie. Dotarła do niskiej komody z wiecznie zacinającą się szufladą – otworzenie jej napsuło jej krwi – a gdy wreszcie ustąpiła, dziewczyna wyjęła z niej nowe opatrunki.
- Trafiłeś tutaj tylko dlatego, że ktoś postanowił cię przytargać. Nie musiał. Miej szacunek do jego roboty, do tego, że odwalił ją za ciebie, gdy nie byłeś w stanie. Oddano cię pod naszą opiekę i mamy zamiar spełnić swój obowiązek. Wywiązać się z układu. Myślisz, że jak to wygląda?
Zeszła do szeptu, gdy dotarła do jego łóżka. Widocznie nie chciała już nękać innych pacjentów i wyrywać ich z i tak niespokojnych snów.
- Gdybyś, mimo naszych zaleceń, zaczął działać na własną rękę i przez to – splunęła w bok – doprowadziłbyś się do ponownej ruiny, to myślisz, że kto miałby wyrzuty sumienia? Ty czy my? Ty czy osoba, która zadbała, byś trafił pod dobre skrzydła? Przecież nie zrobimy ci krzywdy. Ale nie jesteśmy też twoją służbą, by słuchać rozkazów. Jeżeli nie chcesz być dla nas ciężarem, pozwól nam cię podreperować.
Wsunęła dłoń za szorstki, sztywny materiał koca i odgarnęła go nieco, odsłaniając nagą, poszatkowaną ranami pierś Shiona. Bystre spojrzenie jej oczu przemknęło po obrażeniach, bez krzty zażenowania docierając do sfer, przy których każda inna „niewiasta” odwróciła wzrok.
- Straciłeś dużo krwi, ale krew uzupełnia się bardzo szybko. Nawet na następny dzień.  - Poinstruowała, rozwijając bandaż. - Dwa dni i cię wypuścimy. Ale musisz przestać zgrywać maczo, bo namówię Ourella i będziesz tu kisnąć tydzień. Rozumiemy się?


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


To była faktycznie kwestia dwóch dni, w czasie których Shion nabrał energii, odzyskał siły i jasność umysłu. Choć medyczka DOGS skrupulatnie powarkiwała za każdym razem, gdy próbował – chociażby – chwycić za naczynie służące do jego wykarmienia, to po upływie terminu jej matczyne nastawienie nieco zelżało. Wsunęła tylko dłonie o długich palcach na jego barki i każąc spojrzeć sobie prosto w oczy powiedziała, by nie wracał do nich zbyt prędko.
Nie do czasu, aż nie zechce zmienić opatrunku na nodze.

|| [Shion zt]


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sro 6 Lip - 2:40
Miał całkiem dobre uzasadnienie swojej niewiedzy. W końcu chyba każdy pokiwałby głową ze zrozumieniem, gdyby dowiedział się, że Ourell ostatni tydzień spędził na ganku Kościoła, próbując wylizać rany. Co prawda przed nikim nie pochwaliłby się jak bardzo niebezpieczne było pchanie się w sam środek tych szaleńców ze skrzydłami wywalonymi na wierzch, ale chyba większość zadowoliłaby się samą historią o tym, jak o mało nie rozszarpały go diabelne wilki, gdy próbował kosztem życia uratować życie jakiegoś nieznanego dzieciaka, a później jego opiekuna. Jeżeli to nie chwyciłoby ludzi za serca, mógłby dodać, że omal nie wyzionął ducha próbując wrócić do siedziby, bo… opiekun z podopiecznym o nim zapomnieli.
Czy czuł urazę? Absolutnie nie. To było dla niego oczywiste, by pomóc potrzebującym bez oczekiwania niczego w zamian. Było mu jednak piekielnie przykro, że przypłacił to niewiedzą o tym, że jego bracia i siostry omal nie rozczłonkowali mu Psów.
To chyba słaby tydzień, Ou.

- Wy! – zdążył jedynie wysapać, gdy natknął się na człapiących po korytarzu podopiecznych. Niemożliwe, że dostał zadyszki po zaledwie kilkunastu metrach od dużego salonu, skąd wracał. Przynajmniej nie musiał tłuc się po Desperacji w tak mizernym stanie. Zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto odnalazł tego, kogo szukał... po przypuszczalnie długiej wędrówce, ponieważ nie zdążył przebrać się z podartego, brudnego odzienia. Niemal natychmiast spróbował pomóc im bezpiecznie przetransportować się do lecznicy. – Oczywiście, że mam czas! Całe życie mam czas na takie przypadki. – wydawał się zdecydowanie bardziej napięty, niż zazwyczaj, choć wystarczyła mu chwila, by przestawić się na chłodny profesjonalizm i natychmiast bez żadnych skrupułów spenetrować przybyłą dwójkę wzrokiem. – Na Boga… Kto wam to wyrządził? – być może pytanie brzmiało retorycznie, ale w głębi duszy oczekiwał doprecyzowanej odpowiedzi. Z imienia, nazwiska i peselu. Układając Skoczka na jednej z leżanek, jak to zwykle miał w zwyczaju, dostał się w swoje prywatne tornado kolejnych czynności. Pomimo tempa, zdążył jeszcze delikatnie ułożyć Rainbow na brzuchu. Później wystrzelił po kartonowe pudełko smutno postawione na krzywo wiszącej półce i przytachał je bliżej rannych.
- Trzymam cię za słowo, Rain. Tobie, Skoczku, odradzam dalsze brnięcie w stronę tej kariery. – wysilił się na łagodniejszy ton, choć krytyczność jego spojrzenia nie mogła zakamuflować oczywistej troski o zdrowie przybyłych. – Postarajcie się nie ruszać. A ty ani się waż coś mówić. – zwrócił się naprędce w stronę chłopaka ze stanowczym, acz całkiem uprzejmym tonem. – Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi za złe, że zajmę się nim jako pierwszym. – formalnie przeprosił Dobermankę, choć chyba wiedział, że nie bardzo miał za co. Nikomu nie ubliżając, Pudel wyglądał okropnie. – Nie wierzgaj się, może trochę boleć. Trzeba ci to wszystko wyjąć. – lojalnie uprzedził, streszczając pokrótce co zamierzał zrobić.
Rozpoczął procedurę od usunięcia wszystkich ciał obcych z organizmu chłopaka, krzywiąc się pod nosem na trudności związane z ich formułą. - Rain, dasz radę opowiedzieć mi co się właściwie stało? Szczegółowo. Dopiero co przyszedłem i dostałem w pysk informacją, że poszliście na jakąś misję, bo Wilczur został porwany. - te diabelstwa topniały mu w palcach, ale zręczność i lata praktyki pozwoliły oszczędzić Skoczkowi trochę bólu. Trochę. – Nie muszę chyba mówić jak wielki mam w tej chwili mętlik w głowie. Poza tym kto jeszcze wyruszył na misję?... teraz uważaj, może piec… I są już w drodze powrotnej? – po zdezynfekowaniu ran Pudla – ubogim zdezynfekowaniu, bo asortyment zawsze nam płacze – zaczął z niezwykłą ostrożnością i możliwą delikatnością zszywać powstałe rany. Robił to możliwie jak najszybciej. – Zaraz skończę… - troskliwie zapewniał ( i może pocieszał?) maltretowanego chłopaka, nasłuchując wyjaśnień ze strony Dobermanki.
Po zszyciu i zabandażowaniu wszystkich obrażeń Pudla – co zajmie mu na pewno chwilę – zająłby się drugim pacjentem.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Skoczek on Pią 22 Lip - 22:34
......Christopher nie zamierzał zgłaszać jakichkolwiek obiekcji co do poleceń wydawanych przez Ourella. W sumie dopiero teraz do niego dotarło, że on – tchórzofretka pospolita wzięła udział w misji ratunkowej i przez wkurwiającą irytującą postawę chwilowego dowódcy zapomniał o strachu. Jak widać, zarówno rola rycerza na białym koniu jak i manekina do ćwiczeń nie służyła dobrze jego zdrowiu. Chociaż najbardziej drażnił go fakt, że nie mógł mówić. Przyzwyczaił się już do tego, że gadanina stanowiła skuteczną metodę obronną, a poza tym relacjonowanie takich wydarzeń pomagało mu spojrzeć na nie z innej perspektywy i odkryć błędy, jakie popełnił, tudzież popełniła cała grupa. Na razie jednak z powodu skomplikowania się sytuacji pozostał na leżance, a dodatkowo siedział cicho, obserwując jedynie uważnie Ourella spod rozczochranej grzywki.
Tymczasem Rainbow w milczeniu przypominała sobie przebieg wydarzeń, a na przeprosiny medyka machnęła w lekceważącym geście ręką. Była Dobermanem, więc nie zamierzała skarżyć się na pewne… niedogodności związane z jej obrażeniami. Gdyby nie kostka, latałaby teraz z jednego końca siedziby na drugi, próbując zdobyć więcej informacji.
- Dzięki Ev dowiedzieliśmy się, że Wilczur został porwany przez anioły, a powodem całego tego bałaganu miał być Sąd Ostateczny – zaczęła mówić Rainbow, podczas gdy Skoczek usilnie próbował nie ruszać się podczas „operacji”. – Początkowo mieliśmy problem z ogarnięciem sytuacji, ponieważ zabrakło również Rottwailera. Żywiołowa dyskusja przerwana przez… hm, pewnego nieznajomego. W końcu Rumcajs skutecznie nas podzielił na 3 drużyny. Ja wylądowałam razem ze Skoczkiem, Edge i naszym urokliwym chwilowym dowódcą. Nie marszcz się tak, Christopher. Wiem, że niekoniecznie spodobał ci się ten osobnik. W każdym razie rozdzieliliśmy się i każda grupa osobno wdarła się do Edenu. Żeby było zabawniej, jedną odrębną grupę stanowili Łowcy, ale my nie mieliśmy z nimi kontaktu. W końcu dotarliśmy do podnóża gór, gdzie natknęliśmy się na grupę Fenrira. Cóż, tam rozpoczęła się lekka rzeź, a w międzyczasie Rumcajs i jego ekipa odbijali Wilczura. Po zakończeniu naszego krwawego boju Fenrir, Kirin i Jinx poszli dalej robić rozróbę. My nie bardzo byliśmy w stanie, więc w miarę możliwości ubezpieczaliśmy wyjście. W końcu ruszyliśmy razem ze Skoczkiem z powrotem, ale szybko zgarnął nas Fenrir i dostarczył do siedziby. Aktualnie czekamy na zwołanie jakiegoś zebrania, a przynajmniej według naszego uroczego Pudla jakieś powinno być zorganizowane ze względu różnego rodzaju komplikacje. No i przede wszystkim trzeba w końcu określić, co dokładnie dzieje się teraz z Growem.
Po zakończeniu tej przemowy Rainbow wzięła głębszy wdech i spojrzała się na Ourella. W sumie zdziwiona była, że oprócz paru syknięć Skoczek siedzi cicho, ale z drugiej strony... nie mógł być aż tak miękką kluchą, skoro należał do jednych z najstarszych wymordowanych. O tym, że nic oprócz ostatnich paru lat nie pamiętał, to już inna kwestia i tej informacji nie podawał publicznie. Jakieś resztki pragnienia prywatności mu zostały.
- Tak czy owak, póki co jesteśmy z lekka odcięci od informacji. Trzeba kogoś z grupy Rumcajsa zapytać, co dokładnie się wydarzyło w środku, bo ponoć zakończyło się... krwawo.
avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Wto 16 Sie - 0:52
W skupieniu obserwował tańczącą po skórze igłę i nitkę, chcąc jak najszybciej ukrócić cierpieniom Pudla. Niestety nie dysponował sprzętem, który pozwoliłby mu na zmniejszenie odczuwanego przez chłopaka dyskomfortu, dlatego normalnym było, że choć zszycie całości zajmowało Ourell’owi zaledwie kilka minut, pacjent mógł czuć, że zapluwa się pieczącym bólem przez dobrych kilka wieków.
W międzyczasie przez uszy blondyna przepływały kolejne informacje, które co jakiś czas powodowały nieprzyjemny grymas na twarzy anioła. Z racji wykonywanej czynności, Skoczek miał doskonały wgląd na wszelkie anomalie mimiczne Archangela. Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby oblały go wątpliwości czy to całe opatrywanie idzie pomyślnie, skoro jego medyk tak się marszczy.
- Mnóstwo ludzi. – podsumował w końcu, nie odrywając wzroku od Pudla. Choć nie doczekał się oficjalnego tytułu stróża członków organizacji, to i tak uważał się za samozwańca, na którego barkach spoczywały wszelkie zadania i obowiązki wspomnianego stanowiska. Słuchanie o tym, że jego podopieczni wplątali się w jakąś krwawą bijatykę powodowało u niego chęć wymiotów, choć twarz nie wyrażała niczego więcej, poza oczywistym zatroskaniem. Względny spokój to jego specjalność. Tak jak nieprzesypianie nocy z powodu stresu. Tak czy siak powtórzył sobie w głowie wszystkie wymienione przez Rain imiona i już doskonale wiedział, kogo będzie nawoływać i szukać po siedzibie, gdy skończą mu się bernardyńskie godziny pracy. – Koniecznie trzeba będzie zwołać to zebranie… - w tym momencie zauważalnie się zamyślił. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż jedyne co mu pozostało w sprawie Skoczka, to umiejętne zawiązanie nici, a to było już dla niego proste. - … nie rozumiem dlaczego anioły wykonały tak agresywny ruch.
Skończył.
Oddalił głową od twarzy Pudla i z zadowoleniem przyjrzał się efektom. Jego delikatny, łagodny  uśmiech mógł dawać jakąś nadzieję, że Christopher prezentował się dobrze. W mniemaniu Ourell’a – każda opanowana sytuacja to doskonała sytuacja. Nawet jeśli ta sytuacja prezentowała się, jak rozorany czarny, odznaczającą się nitką policzek.
- Skończone. Mam nadzieję, że nie było tak źle. Staraj się gwałtownie nie zmieniać wyrazu twarzy i odzywaj się wyłącznie, gdy będzie to konieczne. – odparł uprzejmie, sprzątając po sobie ekwipunek. – Po około dwóch tygodniach będzie można ściągnąć szwy. Mam nadzieję, że blizny całkowicie się zagoją. Będąc jednak szczerym, muszę powiedzieć, że rana była bardzo głęboka i szanse są niewielkie. – odparł już mniej wesoło, aczkolwiek tonem, który zdecydowanie nie miał na celu nikogo załamywać. Odwrócił się w stronę dziewczyny. – Dziękuje za informacje. Reszty postaram dowiedzieć się sam, a póki co ostrożnie przybliż się w moją stronę i….

{}

Dokończył wykonywanie swoich obowiązków i delikatne ułożył Rainbow na leżance, co jakiś czas zerkając bacznym okiem na Pudla.
- Odpoczywajcie i jeżeli ktokolwiek spróbuje mi wstać, nim pojawi się tu Bernardyn… bójcie się Boga. – pogroził im palcem, by następnie z delikatnym, sympatycznym uśmiechem odwrócić się w stronę wyjścia. – Poszukam innych. Spróbujcie zasnąć.
Wyszedł, pozostawiając pacjentów na łasce kolejnego niedługo przybyłego Bernardyna, pod którego opieką zostali wypuszczeni po odpowiednim czasie.

{ z.t + Skoczek }





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Nove on Czw 22 Wrz - 14:17
Po ostatnich wydarzeniach na Babelu działo się tyle, że Włoszka praktycznie połowę ominęła. Ta, jasne. Rumcajs dławił się dymami, Ryan biegał bez ręki, w ogóle szacun, że wszyscy dożyli dojścia do tej cholernej kryjówki. To było tak zajebiste, że nigdy w życiu już się nie odważy na przyjazną przechadzkę do Edenu. Nie bez ciężkiej artylerii i znajomych aniołów. W życiu, kurwa.
Niemniej to już było i minęło, a więc można było wrócić do zwykłego trybu życia Bernardyna - równie przyjemnego co tamta balanga. Nie no, było trochę lepiej, bo przynajmniej nie wnoszono nikogo na tarczy. Zazwyczaj bitki na Desperacji kończyły się niewielkimi zadrapaniami, więc Fede wystarczyło grzać dupę w pokoju medycznym.
Bo zadziwiająco mocno jej się dzisiaj ruszać nie chciało.
Włoszka przeciągnęła się po raz kolejny, ziewając. Spojrzała niepewnie na butelkę, którą ustawiła zaraz przy swojej nodze jeszcze niecałe 5 sekund temu, aby po raz kolejny podziwiać, jak jest pusta. Kolejne wino jej się skończyło, a nie chciało jej się ruszać czterech liter po kolejne - choćby z tego względu, że było za daleko, za wysoko, a tak w ogóle to jesteś na służbie, jak będziesz tak chlać, to nikogo nie połatasz.
Pierdolenie. W gorszych warunkach się działało.
Nie zdziwiłaby się jednak, gdyby zerwała się nieco wcześniej ze swojej małej dziupli dla biednych Bernardynów, bo nudno było. Coś te psy się ostatnio chyba uspokoiły...? A może jej unikali, cholera wie. Dlatego złapała za butelkę i zaczęła kręcić dzikie piruety, uważając na wszystko, co nie było podłogą ani jej nogą. Siara by była, jakby na coś wpadła, nie.

~ o ~

A potem wypiła do końca, zakręciła się i wyszła znudzona, bo nikogo nie było. Nic tylko cisnąć pustą w bawoła, który miał się pojawić. Albo może się jej tylko zdawało... Cholera jasna wie.

[z/t]



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar





Nove
Bernardyn     Opętana
GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Nie 19 Lut - 21:24
Nie pamiętał kiedy ostatnio szedł tak szybko.
Każdy krok stawiał szybko i chaotycznie, naprawdę się spieszył. Nawet nie rozglądał się na boki, po prostu parł przed siebie, z łatwością pokonując wszystkie przeszkody, które napotykał na swojej drodze. Kilka razy zachwiał się, uderzając butem w jakiś wystający kamień lub inną nierówność terenu — złośliwość rzeczy martwych. Ale uparcie szedł przed siebie, nawet jeśli w trakcie jego wędrówki pojawiło się kilka chwil słabości. Chciał jak najszybciej dotrzeć do kryjówki, by zabrać z niej kilka przydatnych przedmiotów, które mógłby pożyczyć Sabbathowi. Przy okazji fajnie by było gdyby udało mu się znaleźć któregoś z Bernardynów, bo miał kilka pytań odnośnie wirusa. Niebieskowłosy sam posiadał garstkę przydatnych informacji, ale potrzebował ich znacznie więcej, by pomóc chłopakowi, którego uwolnił z cyrkowej klatki. Źle się czuł z tym, że musiał go zostawić, ale przecież nie mógł go zabrać ze sobą, nie do kryjówki.
W drodze zastanawiał się czemu właściwie postanowił wesprzeć Juna, przecież był on jedynie kolejnym, niczym nie wyróżniającym się desperatem. Ale nie, Jarle dostrzegł w nim samego siebie, i to zapewne było głównym impulsem ku podjęciu jakichkolwiek działań. W jakiś dziwny sposób utożsamiał się z tym przestraszonym i zagubionym chłopakiem. Wydawało mu się, że kiedyś był w bardzo podobnej sytuacji, o ile nie w takiej samej. Czyżby odezwało się w nim szczere, ludzkie współczucie? Czy w słowniku topielca występowało jeszcze takie słowo? Możliwe. Na chwilę obecną sam nie potrafił powiedzieć co właściwie czuje.
Było mu zimno, bo kamizelka, którą wcześniej miał na sobie podarował Sabbathowi. Uznał, że on będzie jej potrzebował dużo bardziej. Dość szybko pożałował tej decyzji, bo mroźny wiatr przeszywał jego ciało, rozprowadzając zimno po każdej możliwej komórce. Drżał, ale starał się ignorować ten chłód i szedł dalej przed siebie. Chwilę później nawet zaczął biec, wypuszczając powietrze ustami. Dobrze, że do kryjówki nie było wcale tak daleko. Przebieżka trochę go rozgrzała, chociaż zimno znów ogarnęło jego ciało.

***

Nareszcie udało mu się dotrzeć do kryjówki.
Gdzieś w tunelach strzepał z siebie drobną warstwę białego puchu i szybkim ruchem dłoni odgarnął na bok lekko wilgotne od śniegu włosy. Zastanawiał się gdzie najpierw powinien pójść. Czasu nie miał zbyt wiele, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zostawił Juna w jednym z rozwalonych budynków, prosił go, by ten się nie ruszał z miejsca, ale mimo wszystko wolał wszystko załatwić dość szybko.
Najpierw ruszył w stronę swojej nory, by wziąć pobrudzony koc i jakąś kurtkę, którą niemalże od razu narzucił na swoje ramiona. Jakoś nie miał pomysłu co jeszcze przydałoby się, by pomóc Sabbathowi, dlatego też postanowił ruszyć prosto do pokoju medyków. Szukał medyków, więc to właśnie w pomieszczeniu medycznym powinien znaleźć któregokolwiek z nich. Logiczne.
Przed wejściem wściubił nos do środka, chcąc upewnić się czy w środku nie jest przeprowadzany żaden zabieg. Wolał nie przeszkadzać w ratowaniu życia innych. Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu, mrugając kilkukrotnie ślepiami. W środku nie było nikogo, a przynajmniej tak mu się wydawało. No chyba, ze ktoś chował się pod stołem, albo za tymi materacami, ale w to raczej wątpił.
Ostrożnie postąpił krok do przodu, przekraczając próg pomieszczenia. Potem zrobił kilka kolejnych kroków. Rozejrzał się na boki, jakby w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu się przydać. Jakieś leki? Zioła? Sam nie był pewny, bo przecież się na nich nie znał. Ledwo udało mu się opanować jakieś podstawy pierwszej pomocy, ale za znajomość roślin nigdy się nie brał. Za dużo gatunków, za dużo zapamiętywania.
Zaczął krzątać się po pomieszczeniu, ale niczego nie mógł znaleźć. Zrezygnowany usiadł na krześle, które przeraźliwie zaskrzypiało pod jego ciężarem. W pierwszej chwili miał wrażenie, że mebel zaraz się rozkraczy, a on wyląduje dupskiem na ziemi, ale na szczęście się tak nie stało, choć pojedyncze skrzypnięcia wciąż przypominały o tym, na jak bardzo starym krześle się powalił.
Oblizał sine, szorstkie usta, by po chwili wytrzeć je dwoma palcami, zahaczając nimi o bliznę. Dosłownie kilka sekund później powstał, bo uznał, że siedzenia to ostatnia rzecz, którą powinien teraz robić. Miał pomóc Sabbathowi, dlatego też po raz drugi zaczął krzątać się po pokoju.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Jekyll on Wto 28 Lut - 15:58
Jekyll rzadko przebywał w pokoju medycznym, dlatego też jego wizyta w nim należało do rzadkości, zresztą o istnieniu tejże pomieszczenia przypominał sobie jedynie wówczas, kiedy cierpiał na chroniczny brak albo bandaży, albo innych wspomagających jego prace narzędzi. Zdarzało się to prawda stosunkowo często. Głównie przez zwierzęcy instynkt Hyde, które non stop wracał do kryjówki w opłakanym stanie, tylko i wyłącznie przez swoją nieskończoną głupotę. Wolał natomiast trzymać się z dala od wypełnionego różnościami magazynu, co by go za bardzo ręce nie świerzbiły, bo akurat wierzył w tej materii, że znajdowała się w nim kolekcja niesamowitych, wzbudzających zainteresowanie przedmiotów, obok których nie dało się przejść obojętnie. Jego ciekawość i dociekliwość robiły w tej materii swoje.
Tym razem nie było mowy o żadnych odstępstwach od reguły. Dr zmierzał w kierunku pomieszczenia, które prowizorycznie pełniło rolę gabinetu lekarskiego, choć jego wyposażenie i także pozorna funkcjonalność  nie spełniała w minimalnym stopniu może aż nazbyt wygórowanych oczekiwań Bernardyna. Wiedział jednak, że w tych warunkach nie mógł liczyć na nic więcej.
Zacisnął dłoń na klamce, lecz załamanie jej nie było koniecznie. Drzwi  do pokoju były uchylone, o czym świadczyła wątła stróżka światła tworząca cień na ścianie. Usłyszał w nim również minimalny hałas, jednoznacznie świadczący o czyjeś obecności. Miał więc nadzieję, że nie trafił akurat na dyżurującego medyka, bo niewątpliwie nawet tacy nadgorliwi tutaj się zdążali. Pociągnął zatem za tę nieszczęsną klamkę, a raczej jej marną imitację. Drzwi zaskrzypiały charakterystycznie, a na wąskich ustach doktora mimowolnie pojawił się blady uśmiech, gdy dostrzegł krzątającą się po pomieszczeniu sylwetkę. Znajomą sylwetkę.
Jarle był jedną z nielicznych osób, które zagwarantowały sobie u lekarza z znanego tylko mu powodu nutę sympatii, choć prawdopodobnie posiadacz rybich genów nie był tego nawet świadom. Z drugiej zaś strony "nuta sympatii" też byłaby lekkim wyolbrzymieniem faktów. Jekyll czuł do niego minimalną fascynację. Nie do niego jako osoby, a raczej specyficznej mutacji, którą posiadał.
Co cię tu sprowadza Jarle? — zapytał. Emanował od niego spokój, ale jednocześnie w głosie pobrzmiewała ledwo wyczuwalna nuta drwiny. Jeden nielicznych członów DOGS, którego imię lekarz znał. Niewątpliwe wyróżnienie.  — Potrzebujesz konsultacji medycznej?  — zapytał, szybko pokonując dystans dzielący go od Rybki. Jego Rybki, jak  czasem tytułował kundla w myślach, bo w końcu przepisywał sobie w pełni zasługę skrócenia mu cierpień przy przemienia w Wymordowanego, nawet jeśli kosztem paru blizn, w tym jednej, artystycznej, przecinając lewą stronę warg. Z tego również ten nieszczęśnik nie zdawał sobie sprawy. Biedna, nieświadoma rybka zagubiona w ocenie okrucieństwa.
Ta, jasne.
Jarle pełnił rolę ciekawego obiektu obserwacji. Był swego rodzaju ewenementem wśród tych wszystkich kotowatych i psowatych mutacji, i Jekyll w zasadzie bardzo chętnie znów przyjrzałby mu się z bliska. Oczywiście pod kątem czysto biologicznym.
Przesunął dłoń wzdłuż jego twarzy, muskając palcami jego skórę, na której gdzieniegdzie były rozsypane łyski. Czuł wyraźnie ich specyficzną strukturę pod ich wrażliwymi na dotyk opuszkami.
Uśmiech na jego ustach się rozszerzył.
Pobladłeś — stwierdził z niebezpiecznym błyskiem w zielonej tęczówce, która w tym świetle bardziej wpadła w szarość.
Doktor nie posiadał ani grama empatii, toteż był przekonany, że Jalla wpadł w niełaskę jakieś złośliwej bakterii. Może przeziębienia, choć temperatura jego ciała była w normie. Może czegoś znacznie złośliwszego. Mniej jednak Jekyll miał zamiar się temu przyjrzeć.
Podświadomie jednak wiedział, że wiele osób reagowało w podobnym sposób na jego obecność. Ciekawe dlaczego…



Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Gość on Sro 1 Mar - 19:36
Ostatni raz przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu, tym razem dostrzegając kilka zabrudzonych bandaży i trochę krzywo podartego materiału, który również mógł posłużyć jako prowizoryczny opatrunek. W pierwszej chwili chciał po prostu zgarnąć te tkaniny i zniknąć, niezauważenie wymknąć się, ale dosłownie chwilę później odezwał się z nim wewnętrzny głos rozsądku.
Podszedł do półki bliżej, chcąc dokładniej ocenić jak dużo zapasów udało się zgromadzić w tej izbie medycznej. Palcami złapał za bandaże, przeliczył je szybko, a następnie westchnął głośno. Medyczny „arsenał” nie zachwycał, ba, można by pokusić się o stwierdzenie, że był po prostu biedny. Rozsądnie byłoby zostawić wszystko na swoim miejscu i niczego nie podkradać, a dopiero po konsultacji z którymkolwiek z medyków — działać.
Pogrążył się w myślach, składając ręce na klatce piersiowej, jakby w bezradnym geście. I pewnie myślałby tak jeszcze przez długi czas, a potem ruszyłby w poszukiwaniu Bernardynów, ale z zamyślenia wyrwało go przeraźliwe skrzypnięcie drzwi, które przez kilkanaście następnych sekund odbijało się echem w głowie niebieskowłosego. Z lekkim opóźnieniem odwrócił się w stronę, z której chwilę wcześniej zaatakowała go porcja niemiłego dla uszu dźwięku, odruchowo zaciskając pięść i wbijając długie, twarde pazury w dłoń, niemalże przerywając ciągłość skóry.
Mrugnął kilkukrotnie oczami, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Stał przed nim Jekyll — jeden z medyków gangu. Pojawił się w najodpowiedniejszym momencie. Jalla aż przetarł wolną dłonią swoje oczy, jakby chciał się upewnić, że sylwetka Doktora nie jest jedynie wymysłem jego wyobraźni. Był prawdziwy, stał tuż przed nim. Mógł pomóc, wiedział o tym.
Na twarz topielca mimowolnie wstąpił delikatny uśmiech, który był jedynie skromnym uniesieniem się lewego kącika ust ku górze. Zmianie mimiki twarzy towarzyszyło lekkie drganie górnej wargi, która wydawała się być nieco bardziej sina niż zazwyczaj. Niebieskooki zlustrował sylwetkę Jekylla, zakańczając swoje „obserwacje” na jego twarzy, na której finalnie zatrzymał wzrok.
Na pierwsze pytanie Doktora nie zareagował. W głowie wciąż nie miał gotowej odpowiedzi. Mimo tego, że w kontaktach z innymi zwykle bywał bezpośredni tym razem wolał jakoś ostrożniej podejść do tematu. Choć z drugiej strony nie miał zbyt wiele czasu, w końcu zostawił Sabbatha samego, a w momencie gdy od niego odchodził chłopak był już w złym stanie. Teraz mogło być tylko gorzej.
„Potrzebujesz konsultacji medycznej?”
Nie, nie, ja tylko... — zamilkł, jakby reszta wypowiedzi ugrzęzła mu w gardle. Nie było to spowodowane tym, że Jekylla się jakoś panicznie bał, chodziło raczej o to, że nie potrafił się wysłowić, a jego wciąż drgająca warga wcale nie ułatwiała mu zadania. Odruchowo przejechał dwoma palcami — wskazującym i środkowym — po bliźnie przecinającej jego usta, jakby to miało pomóc zniwelować uczucie dyskomfortu, którego doświadczał.
Zamknął oczy na dosłownie kilka sekund, a gdy je otwarł ponownie medyk stał niebezpiecznie blisko. Stał jak sparaliżowany, gdy ciepła dłoń doktora musnęła jego zimny policzek. Potrzebował chwili, by obdarzyć Duncana nikłym uśmiechem.
„Pobladłeś.”
Wyd... — chciał powiedzieć coś w stylu wydaje Ci się, lecz w porę się opamiętał. Uznał, że takie słowa mogłyby być potraktowane jako jawne zwątpienie w umiejętności lekarskie Jekylla. — Miałem właśnie do Ciebie iść — rzucił, odgarniając na bok pasmo niebieskich włosów, z słabo widocznym zielonym akcentem. Wziął głębszy wdech, a potem wypuścił powietrze z charakterystycznym świstem. Wbił swoje chłodne spojrzenie w twarz Bernardyna. — Potrzebuję Twojej pomocy, ale nie chodzi o mnie — zaznaczył na samym początku, nie chcąc wprowadzić Doktora w jakikolwiek błąd. — Podczas dzisiejszej wędrówki natknąłem się na klatkę cyrkową. W środku był chłopak, a obok niego rozbebeszone truchło niedźwiedzia. Założyłem, że dzieciak spędził w swojej „celi” sporo czasu i z głodu rzucił się na mięso miśka. — Zrobił krótką przerwę, bo nagle zdrętwiała mu lewa strona ust. Oczywiście natychmiast uniósł dłoń i kulistym ruchem rozmasował twarz. Przy okazji podrapał się również po policzku. Ogarnął się dość szybko, dlatego zaraz po tym mógł dalej mówić. — Zjedzenie zatrutego mięsa jest praktycznie równoznaczne z zarażeniem się wirusem, nieprawdaż? Potem wypuściłem go z klatki, trochę porozmawialiśmy i znalazłem mu jakieś schronienie. Był w opłakanym stanie, mam wrażenie, że wirus kompletnie spustoszy jego ciało. — Przeniósł rękę na swoje biodro i odchylił ją nieco w bok. — Chciałbyś może na niego spojrzeć? Jakoś mu pomóc? — walnął prosto z mostu, nie siląc się na delikatniejsze przekazanie tych informacji. O ile kilka minut wcześniej starał się kombinować i wmawiał sobie, że łagodniejsze podejście do Jekylla będzie o wiele lepsze, tak teraz uznał, że proste postawienie swoich „żądań” będzie skuteczniejsze. Nie było czasu na wymyślanie „sposobu na Jekylla”. Nie w tych okolicznościach.
Często spotykasz wymordowanych z niedźwiedzimi genami? — Jego słowa miały podziałać na Doktora jak przynęta, a przynajmniej chciał, by tak na niego podziałały. — Nie proszę o zbyt wiele — dopowiedział, postępując krok w przód i w tym samym czacie kładąc dłoń na jego ramieniu. Obdarował go również nieco szerszym i szczerszym uśmiechem.
No dalej, Jek, połknij haczyk.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Jekyll on Nie 5 Mar - 1:52
Nakłonienie do czegokolwiek tego Bernardyna było rzeczą często wykraczającą poza kompetencje kogokolwiek. Taki zaszczyt dotykał głównie osób, do których on sam ze znanego tylko sobie powodu czuł swego rodzaju słabość. Ówże krąg był wąski, jednakże tak się szczęśliwie (lub nieszczęśliwie) złożyło, że akurat w stosunku do Ryby takową posiadał. To jednak nie oznaczało, że jednogłośnie przyjął jego ofertę, dla lepszego efektu merdając ogonem wystającym ze spodni. Uległość, jak i zarówno przesada emocjonalność i okazywanie w widowiskowy sposób własnych emocji zdecydowanie nie była w jego stylu. W tym zakresie był ograniczony przez swoją powściągliwość i trudny charakter, a także brak empatii i wyczucia uśmierconej na przestrzeni tych wszystkich lat.
Jekyll nie prowadził w końcu fundacji charytatywnej, zatem pod wpływem słów Jarle'a zmarszczył czoło, czego oznaką była pojedyncza, niezbyt atrakcyjna zmarszczka na nim. Do jego obowiązków nie należała pomoc każdemu napotkanemu Desperatowi, mimo że wykonywany przez niego zawód przynajmniej teoretycznie zobowiązywał go do udzielanie interwencji medycznej każdej istocie, która takowej potrzebowała. Elastyczny kręgosłup moralny, czy chociażby jego obojętny stosunek do życia już nie. Zresztą tak samo (a może przede wszystkim) przynależność do gangu DOGS, o którym świadczyła i chusta zaczepiona o szlufki paska u spodni, jak i ślad po pazurach Wilczura przecinający jeden z boków Jekylla. Zresztą te dwie rzeczy wykluczały się wzajemnie, lecz ostateczna decyzja w tej materii i tak spoczywała na obciążonych przez pryzmat doświadczenia barkach lekarza.
W milczeniu kontemplował słowa Rybki, rozważając wszystkie za i przeciw. Trybiki w jego głowie działy na pełnych obrotach - analizowały sytuacje, przetwarzały informacje. Wraz z tym lekarzowi towarzyszyła świadomość, że, jeśli faktycznie przyjaciel Jalla był w tak opłakanym stanie, na jaki wskazywały słowa drugiego Wymordowanego, to właśnie ważyły się jego losy. W najlżejszym scenariuszu jego wyczerpany organizm zaakceptuje obecność zwierzęcych genów i w efekcie czego zacznie z nimi współżyć, w najgorszym – obce DNA zostanie odrzucone, w związku z czym umrze, trawiony przez agonie. Halliwell nie czuł z tego tytułu obciążenia psychicznego, ani też presji, która być może powinna mu towarzyszyć podczas takowych rozważań, wręcz przeciwnie. Los tego człowieka był mu całkowicie obojętny, mimo iż tego samego nie mógł powiedzieć o swoimi rozmówcy, który najwyraźniej usiłował wpłynąć na jego decyzje.
Czy niedźwiedzia mutacja była dla kogoś pokroju Jekylla odpowiednią motywacją? Otóż nie. Miał poniekąd już dość drapieżników. Interesowały go głównie rzadko spotykane w obecnych czasach mieszanki genetyczne. Z drugiej zaś strony na przestrzeni minionych lat, podczas swojej długoletniej podróży, widział zdecydowanie zbyt wiele i równie często zerkał samej Śmierci prosto w oczy (sam był przyczyną kilkudziesięciu), by teraz zadręczać się pojedynczymi, nieznanym mu przypadkami. Jedno było pewne - wirus X pustoszył człowieczeństwo w tempie ekspresowym w najbardziej paskudny i prymitywny sposób, więc w końcu Jekyll zaczął rozpatrywać istnieje tego nieuleczalnego na tym etapie rozwoju medycyny skurwysyństwa w innych, szerszych kategoriach. Być może pandemia, która wstrząsną wszystkimi kontenty wzdłuż i wrzesz, nie pozostawiając suchej nitki na ludzkości, była kolejną fazą w żmudnym, ciągnący się na przestrzeni wieków procesie ewolucji. Nieprzystosowane do diametralnych zmian organizmy, prędzej czy później zostaną wyeliminowane zgodnie z teorią Karola Darwina, co było nieuniknione. Czy w takim układzie powinno się przeciwstawiać temu procesowi?
Na ustach lekarza mimowolnie pojawił się delikatny, chytry uśmiech, jakby właśnie podjął decyzje.
Postawię sprawę jasno, by uniknąć jakikolwiek nieporozumień. Trudno jednoznacznie oszacować rozwój mutacji, jakie zachodzą w organizmie podczas przemiany. Każdy przypadek jest indywidualny, więc istnieje też prawdopodobieństwo, że twój przyjaciel jej nie przeżyje, a jeśli przeżyje – może stać się kompletnie inną osobą. Dodatkowo, z twoich słów wynika, że znajduje się w zaawansowanym stadium zarażenie, zatem, zanim tam dotrzemy, może być już za późno na jakąkolwiek interwencje — oświadczył poważnie, obserwując z uwagą twarz Jallii. Jekyll był osobą nad wyraz ambitną i nie tolerował porażek. Czy powinien w takim wypadku brać się za tak beznadziejny w swojej opinii przypadek? Zdecydowanie! Opuszczając swoją zniszczoną przez terroryzm apokalipsy ukochaną ojczyznę, wyznaczył sobie cel w życiu, zatem nie miał zamiaru iść na skróty, ani tym bardziej wycofać się ze swoich postanowień. — Pomogę mu, jednakże nie mniej żadnych złudzeń, Jarle. Z obecną wiedzą, którą posiadam — do tego przyznał się z odczuwalną w tonie głosu, jak i mimice twarzy niechęcią — nie jestem w stanie go wyleczyć, mogę co najwyżej ulżyć mu w cierpieniu, minimalnie zniżając poziom natężenie wirusa we krwi. — Wyzwaniem. Właśnie tym był znajomy posiadacza rybich genów w oczach lekarza, a Jekyll nie byłby sobą, gdyby go nie przyjął i nie starał się mu sprostać. —  Nie mamy ani chwili do stracenia. Prowadź mnie do niego. Na miejscu zdecyduję czy warto mu pomóc, czy też nie.
Apteczka, stanowiąca nieodłączony element ekwipunku mężczyzny, była wyposażona w opracowane przez niego serum na obniżenia poziomu natężenia wirusa X we krwi. O jego skuteczności był pewny. Sam sobie go aplikował dwa razy dziennie, by nie stracić kontroli nad własnym ciałem i nie zniżyć się do poziomu E. Jednakże jeszcze nie miał okazji  w pełni przetestować go na osobie zarażonej, więc teraz nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja, o czym sam Jarle wiedzieć nie musiał.
Odprowadził Jarle'a wzrokiem do wyjścia, by zaraz pójść w ślad za nim.
Eksperyment czas zacząć.

zt2


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Fucker on Pią 26 Maj - 13:07
Wieść o kasynie rozniosła się po kryjówce w dynamicznym tempie od momentu, w którym wpadli na domagającą się wyjaśnień Rainbow. Nie było ich od kilku godzin, a dziewczyna – już wcześniej świadoma tego, że udali się odbijać Kirina w kasynie – zamartwiała się wynikiem tej wyprawy. Na jej twarzy dało się dostrzec przebłysk ulgi, gdy Grimshaw zdawkowo zakomunikował jej, że budynek był już tylko przeszłością.

A co z resztą?
Przyjdą.
Sceptycyzm na twarzy wymordowanej był całkiem zrozumiały w chwili, gdy najpierw zahaczyła wzrokiem o przewieszonego przez ramię Rottweilera Pudla, a następnie zerknęła na pokiereszowanego Rumcajsa, by na koniec zawiesić spojrzenie kolorowych tęczówek na ciemności tunelu za nimi. Na razie nie było tam niczego ani nikogo poza nią.
Albo się doczołgają ― poprawił zaraz, wypierając przy tym wszelką empatię. Dla szarookiego był to tylko suchy fakt, a jednocześnie nikt nie mógł oczekiwać, że będzie taszczył tutaj każdego z osobna. Mimowolnie wyminął dziewczynę, niespiesznym krokiem kierując się w stronę gabinetu medycznego. ― Wyślij dwie osoby do pomocy. Powinni być już w drodze. Możliwe, że całkiem niedaleko. Zwołaj też każdego Bernardyna, jakiego spotkasz. Mają stawić się w gabinecie teraz.
Słyszalny nacisk świadczył o tym, że kwestia nie podlegała żadnej dyskusji. Tego dnia medycy mieli mieć pełne ręce roboty, a Jay mógł tylko cieszyć się, że uniknął jakichkolwiek obrażeń i jednocześnie konieczności tłoczenia się ze wszystkimi w jednym pomieszczeniu. Rainbow na szczęście od razu zrozumiała przekaz i zasalutowawszy niedbale, puściła się pędem przez korytarz.


Chryste!
Przebywająca w gabinecie Sana poderwała się z miejsca, gdy pchnięte drzwi zaniosły się głuchym hukiem. Spojrzenie Bernardynki natychmiast padło na przybyłe-- trójkę przybyłych. Chociaż widok takich tłumów nie był codziennością, nie był także rzadkością, ale jej nadal ciężko było przyzwyczaić się do większej ilości pacjentów na dzień niż przewidywała to ustawa. Przez moment w osłupieniu przyglądała się, jak zastępca odsuwa się od Wyżła, który już bezpiecznie mógł wesprzeć się o skrzypiące już łóżko polowe i odkłada Chrisa na osobnym. Choć odkładanie było tu wyjątkowo subtelnym określeniem, biorąc pod uwagę, z jaką chęcią Ryan pozbył się niepotrzebnego ciężaru.
Ostrożnie! ― upomniała wymordowanego, który niewiele zrobił sobie z jej ostrzeżenia. Był zbyt zajęty rozmasowywaniem zdrętwiałego barku, przez co Skoczek właśnie naciągnął u niego dożywotni dług. ― Czy on...?
Nie dokończyła, dość pospiesznie zbliżając się do nieprzytomnego Skoczka. Po drodze rzuciła przepraszające spojrzenie Rumcajsowi – w odróżnieniu od Black'a nadal był przytomny, chociaż na pierwszy rzut oka jego stan także nie był za ciekawy.
Jeszcze żyje. ― A „jeszcze” było tu kluczowym słowem. ― Zajmij się nimi, zanim zjawi się reszta.
Westchnęła ciężko, jakby tym samym już komunikowała, że nie ma większego wyboru. Chwyciła za szmatę owiniętą dookoła rany i dosłownie odkleiła ją od ciała, odrzucając gdzieś na bok. Już sam wyraz jej twarzy potwierdzał, że ten widok nie należał do najprzyjemniejszych.
Nie wygląda to dobrze. Cud, że jeszcze oddycha ― podsumowała, natychmiast zabierając się do pracy. ― Rozbierz się ― odparła rzeczowo w stronę Rumcajsa, chcąc jakoś pogodzić ze sobą konieczność opieki nad obydwojgiem z nich. Gdy napełniała miskę wodą, kątem oka przyuważyła, że Ryan już kierował się do wyjścia z gabinetu. ― A ty?
W normalnych warunkach i przy innej osobie, już wyrwałaby się, żeby zatrzymać delikwenta, jednak ciemnowłosy nie od dziś roztaczał dookoła siebie aurę, która była doskonałym hamulcem dla tak narwanych działań – przynajmniej dla osób, które nie trzymały się z nim szczególnie blisko. Sana była w stanie przyznać, że nie wiedziała o nim niczego poza tym, co udało jej się wyłapać z krążących dookoła plotek.
Ani zadrapania ― mruknął, zanim drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.

___z/t.
Jak możecie się spodziewać, nie będę tutaj z wami siedział, skoro moja postać nie potrzebuje opieki. W dodatku możecie poprowadzić Sanę i na pewno to wy musicie skontaktować się z Bernardynami, żeby przyszli się wami zająć, bo nie będę umawiał wam fabuły. *parsk* W założeniu każdy z nich powinien zostać poinformowany przez Rainbow o tym, że jest kryzys.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Pokój medyczny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 10, 11, 12  Next

Powrót do góry