:: Eden :: Las Życzeń

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on 14/5/2017, 10:31
    
Główny mówca ze strony aniołów postanowił w końcu wyjawić swoje imię. W takim razie wszyscy już się znali, choć Inu zapomniała już z połowy imion, dawno nie była w tak licznym gronie. Malakh ponownie wygłosił swoją mowę, w której zaznaczał iż wszyscy tutaj zebrani mieli pokojowe zamiary, bowiem liczyło się głównie świętowanie zmartwychwstania pańskiego. Przez jej myśli ukradkiem przełknęło kilka obrazów wyciętych z przeszłości, kiedy to z rodziną w podobny sposób radowała się z powodu święta Wielkiej nocy. Nie pamiętała jednak szczegółów, w zasadzie nie potrafiła sobie przypomnieć choćby twarzy swoich bliskich...W Desperacji również nigdy nie obchodziła żadnych świąt, to było jej pierwsze takie wydarzenie od 10ciu lat. Czuła się nieswojo. Powinna była pamiętać wszelkie uroczystości z bliskimi w mieście, nie powinno być to dla niej obce jednakże w tym momencie miała wrażenie, że nigdy niczego w życiu nie celebrowała.
Malakh miał tremę, to było do zauważenia. Zapewne niecodziennie musiał przemawiać do garstki wymordowanych, w których życiu panowała brutalność. Jak inni przyjęli do siebie jego słowa? Rozejrzała się po raz kolejny, tym razem znacznie śmielej. Wszyscy wydawali się dość...sympatyczni, jeżeli można było tak określić Wymordowanych. Z kolejnymi chwilami uspokajała swoje strwożone serce, zaczynała się przyzwyczajać, wszystko szło w dobrym kierunku.
Niemal wszyscy oddali swój ekwipunek. Yoshi miał zamiar po prostu złamać swój miecz. Ku jej zdziwieniu Malakh zareagował bardzo gwałtownie. Złapał Czerwonego za rękę by powstrzymać go od zamierzanych czynów. Inu była zdumiona i zaskoczona, dawno nie spotkała się z kimś tak...troskliwym. Nadstawiła uszów uważnie spoglądając na całą scenę, w duszy zaczęła się po prostu śmiać, kiedy tylko dostrzegła minę Yoshiego. Zapewne się tego nie spodziewał. Zabrał miecz i podał go Ianowi. Zaraz potem mniejszy anioł chciał pogłaskać wymordowanego, lecz ten zareagował dość gwałtownie odpychając jego dłoń. Wilczyca spojrzała z wyraźnym współczuciem na Malakha, który mimo zakręcenia, wydawał się godnym zaufania aniołem.

Ostatecznie cała gromada ruszyła. Inu trzymała się blisko Yoshiego ani myśląc oddalić się od niego. Jej uszy były ruchliwe, namierzały każdy najmniejszy szelest, bystre oczy zaś lustrowały otoczenie z największą dokładnością. Nosem starała się wyczuć wszystkie zapachy i z zaskoczeniem większości z nich tutaj nie znała. Wtem usłyszała głos skierowany w jej stronę. Uniosła łeb jak również ustawiła uszy w sztorc spoglądając na Malakha z wyraźnym zaskoczeniem. Odniósł się on do jej zdolności przemiany, którą wielu wymordowanych posiadało. Zastanowiła się przez krótką chwilę nad jego słowami. Nagość nie była problemem. Problemem była bezbronność. Jej ludzka postać nie miała tylu zdolności co jej obecna, na dodatek przez długi okres czasu nie umiała się przemienić z wilczej postaci, bardzo się do niej przyzwyczaiła.
- Dzięki. Wezmę to pod uwagę - Odpowiedziała aniołowi uśmiechając się nieco krzywo, po czym przeniosła pytający wzrok na Yoshiego zawierając w nim jasne pytanie. Czy miała to zrobić? Przemienić się? Czy był w tym jakiś sens?
W trakcie wędrówki do jej nosa doszła woń spalenizny. Uniosła wysoko łeb i zaczęła węszyć by się upewnić. Malakh wydawał się nieświadomy, zwykły skrzek ptaka przykuł jego uwagę. Wilczyca utwierdziła się w przekonaniu, że lepiej jednak zostać w bezpieczniejszej postaci zwierzęcia. Po krótkiej chwili padło pytanie ze strony Iana. Również czuł ten smród spalenizny. Działo się coś niedobrego. W tym samym momencie Liriell przeprosił wszystkim zadziwiająco donośnym głosem i tym samym ukłonił się. Inu stuliła uszy spoglądając na niego z lekkim współczuciem. Czyżby ta woń spalenizny go zaniepokoiła? Czy anioły są aż tak dobre i troskliwe, że dbali nawet o roślinność w Edenie? Można by powiedzieć, że dla kogoś urodzonego w Desperacji wydawałoby się to po prostu nienormalne. Wilczyca jednak urodziła się w mieście, była w stanie zrozumieć wiele, choć od wielu emocji odgrodziła się stalowymi drzwiami bez zamku. Liriell zniknął, popędził w stronę, z której przybywał przykry zapach. Interweniował więc w obronie drogocennego domu. Czy to miejsce było warte takich poświęceń? Jej czujność wzrosła, zmysły zaczęły pracować na wyższych obrotach. Czy ten pożar zwiastował coś niedobrego?

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on 14/5/2017, 15:15
    
Anioł miną zaczął wyrażać wyraźne zaciekawienie. DOGS. Wiele styczności z nimi nie miał, poza faktem siedzenia przez chwilę w głowie ich przywódcy. Przez chwilę Ismael nawet chciał zapytać o zdrowie Wilczura, ale w porę zdążył zrezygnować z pomysłu. W sumie przecież nawet nigdy się nie spotkali, a do tego nie chciał ewentualnie urazić sekretarza. Bądź co bądź, ale to anioły poturbowały jego szefa, a wątpliwe było to, żeby ktoś zauważył, by jakiś anioł zastępu próbował zatrzymać piekło rozgrywające się w sądowej sali. Wolał zresztą osobiście spotkać się kiedyś z przywódcą, z sobie tylko znanych powodów.
Zanim jednak zdążył odpowiedzieć zgodą na zawieszenie broni, Malakh wyjaśnił resztę reguł dotyczących uzbrojenia. Vex zerknął więc na niego, wskazując wzrokiem odpowiedź na pytanie Skoczka. Nie miałby nic przeciwko temu, by zatrzymali wszelkie niebezpieczne przedmioty, ale to nie od niego zależało. No i nie będzie musiał podejrzliwie patrzeć na każdego, mając świadomość, iż zostawili wszystko w strzeżonym miejscu. Sam zresztą miał przy sobie tylko dwa wachlarze wyglądające bardziej jak ozdoba niż broń, ale domyślał się, że raczej nie będzie musiał ich oddawać. Kto by się spodziewał, że umiałby czymś takim pokaleczyć każdego dookoła?
Z wiosennego zamyślenia wyrwała go wiewiórka. Drgnął nieznacznie, z trudem powstrzymując syknięcie. Może nie użarła mocno, ale odczuwalnie. Miodowe ślepia odprowadziły rudą kitę, zanim ta nie zniknęła z pola widzenia. Przez chwilę zastanawiał się nawet czemu wiewiór pomylił go z orzechem czy innym przysmakiem, ale w końcu powrócił spojrzeniem do całego zgromadzenia. Nie mógł pozwolić myślom biegać za szybko, nie był kwitnącym krzewem tylko aniołem. W dodatku zastępu. Skupienie było ważne.

Idąc za Malakhem, rozkoszował się leśnym powietrzem, szeptami natury, patrzył na roślinność ożywającą po długim śnie zimowym. Zorientował się dość szybko, iż obok ma Skoczka. Teraz, gdy nie był narażony tak bardzo na podsłuchy, a większość gromadki zajęta była rozmową, postanowił jednak zagadać. Ciekawość za bardzo gryzła go w pięty, jeszcze bardziej niż wiewiórka w palec.
- Christopherze - zaczął nieco cicho. - Chciałbym zapytać o może nieco delikatną sprawę... - dodał, wyraźnie mając problem z wykrztuszeniem z siebie sedna sprawy. Wciąż miał wątpliwości czy nie wywoła zaraz wojny. Ale musiał wiedzieć. Po prostu musiał. - Czy Wilczur czuje się lepiej? Nie wyglądał za dobrze po przymusowych odwiedzinach w Edenie...
Zaraz po tym, zauważył reakcję Liriella. Sam Ismael nie rozmawiał z przyrodą, co najwyżej z roślinami, które kontrolował podczas korzystania z mocy. Nie słyszał krzyków o pomoc, właściwie w tym momencie mógł zdać się tylko na przeczucie, że coś jest nie tak. Dogonił szybko Malakha, zostawiając niestety Skoczka.
- Biegnę za nim - oznajmił, ze zmartwieniem wymalowanym na bladej twarzy. Nie czekał na ewentualne protesty, poleciał za Liriellem, próbując po drodze nawiązać kontakt z drzewami i prosić je o informacje. Jeśli działo się coś złego, to nie mógł bezczynnie się przyglądać.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on 14/5/2017, 19:13
    
Oddając ostrze w ręce nieznajomej osoby, czuł jak zostaje pozbawiony czegoś, co od zapomnianych lat jest jego częścią. Czuł się jak gdyby ktoś właśnie sięgał brudną, zimną dłonią prosto w stronę jego nie tak dawno zmartwychwstałego serca, targając przy pomocy zakrzywionych przez złudne słowo "bezpieczeństwo" paznokcie, pod którymi w postaci brunatnej sadzy ukrytych intencji, wyrywa jedną większą garść, która mimo tego iż całe serce dudniło od wypełnienia krwią, tak ten skrawek nie został nią uzupełniony, dawne uczucie, które już nie wróci, a mimo to jego brak spowodował niezbyt przyjemne uczucie pustki... Choć nie dało się tego po nim poznać, to jednak Czerwony Król rzucił komentarz w stronę Yoshiego.
-Nie dość, że to kurwa oddałeś, to jak przyjdzie co do czego to czym kurwa będziesz chronił Inu? Swoim owłosionym kutasem? Zobaczysz... Bajki takie jak ta świetnie się zaczynają, ale w pewnym momencie już nie będzie tak kolorowo. -Yoshi pozostawił to bez komentarza, ruszając po chwili za wszystkimi...

Szkarłatne ślepia skakały po otaczającej go przyrodzie, od bardzo dawna nie wiedział czegoś takiego. Ostatnie sto, jak nie więcej lat spędził na Desperacji, oddając się jej w całości, wykonując wszelkiego rodzaju zlecenia, za które za pewne Inu straciłaby do niego część zaufania... Ale przeszłość pozostanie przeszłością, a Wymordowany od momentu poznania po raz drugi swojej ukochanej zmienił się...
Ćwierkot ptaków otaczający go ze wszystkich stron był niczym prawdziwy kojący wszystkie zmysły dotyk, delikatnie łechtający każde zakamarki uszu, wbijający w hipnotyczny trans sprawiający, iż zapomnieć można było na krótką chwilę o świecie, w którym było niespełna kilka kroków temu. A choć orkiestra była cudowna i czarowała, to jego świadomość pozostawała trzeźwa. To nie on przyszedł się tutaj bawić, a przynajmniej nie tak by zrzucać z siebie czujność. Toteż zauważył niemal od razu jak przewodni Gołąb spogląda raz po raz na Wymordowaną, ale nim zdążył rzucić myślą w kierunku Czerwonego Króla, z ust Malakh wyfrunęły ciekawe słowa, zmieniające się natychmiast w pytanie. Inu odpowiedziała w pewnym sensie, dało się wywnioskować iż może, a jednak w prost tego nie powiedziała, a potwierdzając mogło to spojrzenie, które rzuciła prosto na Najemnika, jakby prosząc o zezwolenie. Ich ślepia na moment skrzyżowały się, prawy kącik delikatnie uniósł się w niezbyt śmiałym uśmiechu.
-Uznajmy, że w Edenie możesz robić co chcesz. -jego dłoń położyła się na czubku jej głowy, delikatnie przykrywając jej sterczące uszka, by to zaraz opuszkami palców powoli pogłaskać ją pod włos.
Szepczące w około dymne korony drzew, komentowały czy rzucały tematami we własnym języku, skupiając się jakby na przechodnich czy być może jakimś innym temacie... Wdychający raz za razem czyste powietrze Yoshi, czuł jak jego płuca wypełnia powietrze, którego nie istnieje w Desperacji, wraz z każdym kolejnym wydawało mu się nawet, że papierosy stają się zbędne... Nagle w nozdrza wpadł charakterystyczny ostry zapach, choć nie był on silny to jednak należał do tej grupy, którą nawet przy jednym hauście da się rozpoznać. Gryzący podmuch, szarpiący wszystkie naczynia, sprawiający iż płuca wykrzywiają się z grymasu zniesmaczenia.
-Kurwa! Nie dotarliśmy nawet do celu, a tutaj już się coś odpierdala!? CZY TY NAPRAWDĘ SĄDZIŁEŚ, ŻE TYM RAZEM BĘDZIE INACZEJ!? -rozległ się miażdżący wszystkie inne myśli krzyk w głowie Yoshiego.
-Spokojnie, to jesz... -jego słowa zostały przerwane niemal natychmiast.
-Zamknij się! KURWA! Jeśli znów się jej coś stanie, przez CIEBIE, to obiecuje Ci, że choć nie mam tyle siły co Ty, to i tak przejmę kontrole nad tym ciałem! -w głowie Wymordowanego zaczynała się ostra wymiana zdań, ale w świecie prawdziwym, odbijające się postacie w szkarłatnych ślepiach znikały raz po raz... Najpierw Liriell, a zaraz za nim Ismael. Obydwoje czym prędzej ruszyli w kierunku woni spalenizny, a tym samym ukazały się białe kły Czerwonowłosego, który z istną ironią podsumowywały to co się dzieje.
-Heh, kilka kroków w las i wilków stad kilka... -Eden nie zmienił się od tamtych czasów w ogóle, a przynajmniej w jego odczuciu, tak więc od teraz być może zacznie się coś ciekawego.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Skoczek on 14/5/2017, 19:29
    
......Cóż, aktualne towarzystwo zdawało się być... interesujące, a przynajmniej w oczach Pudla. Był raczej przyzwyczajony do pewności siebie, często przechodzącej w arogancję oraz szorstkich wyrazów przywiązania (o ile w ogóle się takowe zdarzały), niż tej specyficznej aury zakłopotania. Chris uważnie obserwował wszelkie interakcje zachodzące w utworzonej grupie; w końcu każda informacja była na wagę złota. Nie zamierzał jednak skupiać się tylko na tym, w końcu mogłoby to dziwnie wyglądać.
- Och. Cóż, teoretycznie w odpowiednich dłoniach nawet wykałaczka jest zabójczą bronią - rzucił sekretarz, obdarzając Ian'a nieco zakłopotanym uśmiechem... jemu na pewno brakowało takich umiejętności, ale o tym akurat nieznajomi nie musieli wiedzieć. - Osobiście preferuję źdźbła trawy, są poręczniejsze.
Czyżby żart? Raczej bardzo dziwny, a sekretarz po wypowiedzeniu tych słów uciekł spojrzeniem, krzywiąc się jednocześnie nieznacznie. Dlaczego czasem nie mógł po prostu ugryźć się w zęby? Zamiast tego musiał potem odwracać się bokiem do wszystkich, by nie zauważyli, że czerwienią mu się policzki. Idiotyczna twarz łatwo buchająca gorącem. Jednak to dziwne, że DOGS go jeszcze nie zażarło.
1017 lat, czy też coś w tym stylu. Pięknie, po prostu pięknie.
Potrząsnął z zażenowaniem łbem i ruszył do przodu, trzymając się blisko zaprzyjaźnionego łowcy. Dwa razy potknął się i zapewne tylko szybka reakcja Slei'a, tudzież bezpardonowe oparcie się o niego zapobiegło gwałtownemu zderzeniu się z ziemią. Teoretycznie powinien się już do tego przyzwyczaić, w praktyce w dalszym ciągu było to dla niego nieprzyjemne. Chodzenie było czynnością, na której ciężko było mu się skoncentrować, a gdy już mu się to udało - najczęściej zawsze coś potrafiło go zdekoncentrować. A najwyraźniej automatyzm nie działał w tym wypadku.
"Christopherze".
Pudel drgnął i zwolnił kroku, zwracając spojrzenie niebieskich ślepi na Ismaela. Musiał zadrzeć dość wysoko głowę, ale w gruncie rzeczy nie było to dla niego żadną nowością. Niemniej pytanie anioła sprawiło, że górna warga Chrisa drgnęła, a on sam westchnął cicho z wyraźną rezygnacją. Nie spodziewał się, że którykolwiek ze skrzydlatych poruszy ten temat, choć w gruncie rzeczy nie miał nic przeciwko temu. Co innego, że nie darzył Wilczura specjalną sympatią, ale w sumie to też nie powinno wyjść na jaw. Jednak zanim zdążył odpowiedzieć, nagle do jego nozdrzy wdarł się zapach dymu.
"Oh, czyżby to już była pora na toki?"
- Nie - rzucił krótko Pudel. - To inny ton, niż przy tokach.
No tak, jakby nie było - Chris był blisko związany z ptakami. Poza tym coraz wyraźniej czuł specyficzną woń spalenizny... aż odzywały się nieprzyjemne wspomnienia z kasyna, ale nie było teraz na to czasu. Sekretarz zadarł łeb do góry, poszukując nie tylko dymu, ale też ptaków, które mogłyby mu pomóc w określeniu kierunku zbliżającej się (potencjalnej) katastrofy.
- Jeśli to większy pożar, zwierzęta będą od niego uciekać. Wątpię, by żyły tu same sarenki, a raczej lepiej uniknąć staranowa  - urwał, widząc jak dwaj skrzydlaci praktycznie już są w lesie. - Stratowania przez spłoszone stworzenia.
Skrzywił się wyraźnie i niepewnie pociągnął za bandanę na szyi. Gdyby zmienił się w harpię, prościej byłoby mu określić miejsce, w którym rozpoczął się pożar. Chociaż w sumie zdziwił się, że żaden anioł nie wzbił się jeszcze w górę.
- Z góry jest lepszy widok - zwrócił spojrzenie ku Malakh'owi.
Nie bardzo wiedział, na co się teraz zdecydować, chociaż jego myśli automatycznie zaczęły podążać paręnastoma torami naraz.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka




Nie drażnij Psów, bo cię pogryzą
Wyrwą SERCE, kły obliżą
Twój oddech to ich porażka
Padnij na kolana to może czeka cię ŁASKA
Ha, ha, ha!

avatar
Skoczek

Pudel     Opętany






GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black

Liczba postów :
1313


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Venceslaus on 14/3/2018, 18:53
    
Niejedna osoba stwierdziłaby, że grzechem byłoby dokonywać mordu w
takim miejscu jak to. Obwiniało go i zastraszało. Eden — tak proste słowo o tak wielkim znaczeniu. Kiedy ostatnio tu był? Dosyć dawno. Nie miał zwyczaju wracać do miejsc, w których nie chciał nigdy więcej już być. Niemniej pewne okoliczności zmuszały go do tego, aby przezwyciężyć swoją niechęć i wrócić do miejsc, które nosiły za sobą pewne konsekwencje. Miał powód, dla którego nie chciał się tu pojawiać. Wiedział, że jeśli tylko przekroczy te święte miejsce, w pięćdziesięciu procentach spotka tutaj kogoś, kogo nie chciał widzieć. Może ze strachu, może z powodu poczucia odpowiedzialności? Po co więc ryzykować ten procent? Czasami nie było warto. Ale tylko czasami.
Był to chłodny, ponury i deszczowy dzień. Idealna sceneria do tego, aby zrobić coś niemożliwego. Zwierzyna i wszelakie bestie schowały się w miejsca schronu, byleby tylko nie zostać narażonym na mokre i zimne krople deszczu. W końcu nikt nie lubił, kiedy bywało brzydko i ponuro, nie licząc przypadków, które wolały dni deszczowe od tych bardziej suchych. Na Desperacji byłby to dość duży plus, ale w Edenie? Deszcz pewnie był czymś często spotykanym. Na tyle, że mieszkańcy tutaj byli przygotowani na coś takiego. Łatwo więc było zauważyć, że Venceslaus mógłby być zwykłym turystą, który najprawdopodobniej zagubił się w tutejszych lasach. Stwarzanie takich pozorów było dość wygodne, zważywszy na to, że nie chciał być w tym momencie zauważony przez nikogo. Szczególnie przez osobę, którą musiał zabić. Proces ten nie odwlekał się zbyt długo. Szybko doszło do konfrontacji między nimi aż ostatecznie zwycięstwo należało się po stronie Białego Kła, który to po raz kolejny dał popis swoim wspaniałym umiejętnościom. I mimo tego, że walka była trudna i ciężka, bo oponent za wszelką cenę nie chciał dać za wygraną, to i tak miał nadal siły na to, aby stać na nogach, trzymając się zakrwawionej ręki na ramieniu. W końcu kto powiedział, że za każdym razem jest wstanie zabić kogoś cicho i bez większego szmeru?
avatar
Venceslaus







GODNOŚĆ :
Mówią na niego Vencelaus. Również jest znany jako Biały Kieł.

Liczba postów :
21


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Liriell on 17/3/2018, 02:51
    
Był prawdopodobnie ostatnią osobą, która powinna nazywać się „mieszkańcem Edenu”, bo choć deszcze bywały tu częstsze niż na Desperacji, Liriell wciąż nie nauczył się zabierać tego, co najpotrzebniejsze. Nie tylko nie posiadał parasolki, którą jakiś czas temu otrzymał od przeuroczej Aeno — anielicy na co dzień zajmującej się tkaniem, ale kompletnie wypadło mu z głowy, aby ubrać się... po prostu stosowniej. Choć materiały kimona były ciężkie, to bose stopy chłonęły zimno ziemi i każdy krok wydawał się teraz aż nazbyt bolesny. Sam jego widok kruszył serca, choć prawda była taka, że najbardziej roztrzaskane serce miał właśnie Liriell.
I nie rozumiał dlaczego.
Przylgnął ramieniem do pnia drzewa, nabierając świszczącego wdechu. Czuł ścisk, niewyobrażalnie mocny chwyt na wnętrznościach, jakby jakaś niewidzialna ręka przeniknęła przez jego mięśnie i zakleszczyła się na żołądku, płucach, na krtani...
To uczucie towarzyszyło mu od kilkunastu minut, może dłużej. Nie był w stanie skonkretyzować powodu, zbyt zamroczony irracjonalnym uczuciem bólu, lęku, ale też pewnej arogancji. Lub czegoś, co sam określiłby tym mianem. Słaniał się na nogach, co z punktu widzenia osoby trzeciej musiało wyglądać nieprawdopodobnie. Anioł nie wyglądał w końcu na kogoś, komu coś dolegało. Jego twarz była kredowobiała, ale nie nosiła żadnych oznak tygodniowego zmęczenia, a gdyby rozchylić poły kimona, z pewnością nikt nie znalazłby choćby jednego zadrapania. Jedynie na stopach pojawiły się krwawe nacięcia, ale nie było szans, aby kilka otarć i smagnięć wywołało taką reakcję organizmu.
A Liriell miał wrażenie, że umiera.
Osunął się na kolana, przyciskając skrzyżowane w ramionach ręce do brzucha. Kiedy dotknął czołem wilgotnej ziemi, cały świat mu zawirował, dlatego cieszył się z jednej myśli — że w porę ukląkł, nim stracił przytomność.

Musiał ocknąć się niedługo po tym. Świadomość powróciła niemal tak gwałtownie, jak gwałtownie przytłoczyło go uczucie strachu i osaczenia. Uchylił powieki, wbijając lodowe spojrzenie prosto w glebę tuż przed swoim nosem. Odliczył do pięciu. Następnie rozplątał przedramiona i powoli oparł dłonie na ziemi, aby wyprostować plecy. Czuł mdłości i coś wciąż ściskało jego trzewia, ale nie był to chwyt tak brutalny jak wcześniej — co Liriell przyjął z ulgą.
Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund zwłoki, nim nie ściągnął łopatek i nie usiadł prosto na piętach. W kimono wsiąkała mu woda z ziemi, wchłaniał się brud.
Muszę wstać — uzmysłowił sobie z krzywym grymasem, który nawet w najlepszym świetle nie przypominałby uśmiechu. Dobra mina do złej gry towarzyszyła mu przez cały proces gramolenia się na nogi, które wskutek zimna zdążyły skostnieć. Poruszanie się na nich stanowiło nie lada wyzwanie; krew odpływała, tracił więc czucie. Samo ciało wydawało się dla Liriella niemożliwym do okiełznania darem, a teraz, gdy szwankowało bardziej niż zwykle, był bliski desperacji na myśl, że będzie musiał poradzić sobie z trudnościami.
W tym wszystkim najgorszy był jednak fakt, że przecież nie wybiegł z mieszkania „tak po prostu”. Rzeczywiście nie należał do szczególnie zaadaptowanych aniołów i daleko mu było do kogoś, kto rozumie ludzi, ich żądze i możliwości, ale chociażby sam instynkt nie pozwoliłby mu na wybiegnięcie bez butów w sam środek lodowatego deszczu.
Więc co?
Co, na miłość boską, pchnęło go w paszcze tej sytuacji? Stawiał chwiejne kroki, zaciskając szczęki aż do bólu i myślał gorączkowo, dlaczego wpakował się w podbramkową akcję. Miał zresztą wrażenie, jakby — aż do teraz — trwał w jakimś... jakimś transie. Biegł w półśnie przed siebie, absolutnie nie zważając na gałęzie haczące o jego ubrania albo liście smagające go po twarzy, a potem nagle ktoś pstryknął i wyłączył ten stan, wrzucając go w sam środek wydarzeń, o których nie miał najmniejszego pojęcia. Parł więc przed siebie z miną, która jasno mówiła, że nie wiedział ani gdzie jest, ani tym bardziej dlaczego się tu znajduje.
Jednak byłby w stanie zaakceptować obie te niewiadome.
Ale nie potrafił przyjąć do wiadomości tego, co ujrzał, gdy odbił się od jednego z drzew i przedarł przez gęste zarośla. Ledwie udało mu się unieść głowę (a wraz z głową spojrzenie), a stanął jak wryty z szeroko otwartymi oczami. Usta Liriella rozchyliły się, jakby ktoś wysunął bolec z zawiasów jego szczęki. Żuchwa dosłownie opadła w niemal komicznym ruchu, ale prawda była taka, że aniołowi daleko było do śmiechu.
W pierwszej sekundzie ujrzał po prostu krew. Tłustą czerwień, której kałuża moczyła nieruchome ciało czegoś, co być może było kiedyś człowiekiem. Powieki drgnęły, kiedy żołnierz Edenu dostrzegł kolejny detal.
Coś ty... — Głos ledwo przeciskał mu się przez zgniecione od zdenerwowania gardło. Był aniołem Zastępu — owszem. U pasa nosił ciężką broń, której ostrze cięło skórę, mięśnie i kości z równą łatwością, co zrobiła to oręż należąca do sprawcy. Ale między nim a agresorem różnica była kolosalna. Liriell by nie zabił. Być może dlatego tak nim wstrząsnął widok zastygłego w groteskowej pozie ciała i oddalającego się już przeciwnika. — Ani drgnij — zazwyczaj ciepły ton przybrał ostrzejszej, beznamiętnej nuty, kiedy Liriell ruszył do przodu. Nieznajomy stał do niego tyłem, co jeszcze bardziej mu się nie podobało — patrząc komuś w twarz w nielicznych wypadkach był w stanie rozgryźć intencje.
Teraz chciał się jednak zbliżyć do ciała.
Może oddychało?
Była jeszcze szansa..?
avatar
Liriell

Anioł Zastępu






Liczba postów :
183


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Powrót do góry


 :: Eden :: Las Życzeń

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach