:: Eden :: Las Życzeń

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Skoczek on Czw Kwi 27, 2017 7:54 pm
    
......Zerknął kątem oka na Łowcę, unosząc przy tym teatralnie jedną brew. Nie miał zamiaru zaprzeczać, tym bardziej, że w sporej mierze była to prawda.
- Od razu pacyfistą - mruknął, wzruszając przy tym lekko ramionami. - Po prostu przejawiam brak wybitnych zdolności bojowych. No, może faktycznie nie najlepiej reaguję na konflikty, ale to sporna kwestia.
Nie kłamał. Bardziej naginał nieco prawdę. Radził sobie świetnie z walką na bardzo bliski dystans, czy też bronią palną, ale w innych dziedzinach przejawiał zerowy talent. Pomijając fakt jego zaburzonego poczucia równowagi i faktycznej niechęci do walki. Tchórzostwa. Nerwowości. Gadulstwa. Może jednak nie był to dobry temat do rozmów. Niebieskie ślepia Chrisa ponownie przesunęły się po całym tym towarzystwie. Anioły po próbie Sądu Ostatecznego nieco straciły na swojej reputacji, a jej odbudowywanie zajmie pewnie trochę czasu. Widząc uśmiech prowadzącego zmieszał się, nieprzyzwyczajony do tego rodzaju zachowania i po prostu skinął sztywno łbem. Generalnie był nieco obolały, a także zdawał się ograniczać swoje ruchy do niezbędnego minimum. Powiedzmy, że w ten sposób prościej było zachować równowagę.
- Wątpię, by kwalifikowało się to jako przerażająca broń, ale niech będzie - podał Ian'owi swój niewielki scyzoryk, z którym notabene był stosunkowo mocno związany; niełatwo jest utrzymać przy sobie coś tak wielofunkcyjnego na Desperacji. - Moje imię jest już raczej znane. Ewentualnie można mnie nazywać Skoczkiem, nie obrażę się.
Przyzwyczaił się do tego specyficznego pseudonimu, chociaż ostatnio rzadko kto do niego zwracał się w ten sposób. "Chris" zdobyło najwięcej głosów i najczęściej właśnie w ten sposób nazywano go. Tudzież pewnymi mniej eleganckimi słowami, ale to raczej była kwestia, którą lepiej przemilczeć.
Po zdaniu "broni" Pudel w gruncie rzeczy czekał na dalszą decyzję. Jak miał iść - to szedł, jak czekać - to czekał. Był stosunkowo cierpliwy. A przynajmniej czasami. Właściwie czasami działał na zasadzie pewnych sprzeczności, ale o tym również nikt nie musiał wiedzieć.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka




Nie drażnij Psów, bo cię pogryzą
Wyrwą SERCE, kły obliżą
Twój oddech to ich porażka
Padnij na kolana to może czeka cię ŁASKA
Ha, ha, ha!

avatar
Skoczek

Pudel     Opętany






GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black

Liczba postów :
1314


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Malakh on Czw Kwi 27, 2017 8:00 pm
    
Uprzejmie proszę nie zostawiać odpisów na ostatni dzień/godzinę. Mistrz gry chciałby odpisywać szybko i sprawnie, ale im mocniej przeciągacie złożenie swoich odpisów, tym mnie więcej zajmuje napisanie odpowiedzi.
Ze względu na odbywający się konwent (przez który  zapewne wielu z Was nie było w stanie odpisać), termin zostaje  przedłużony do 02.05.2017, godzina 20.00.
Posty wysłane po wyznaczonym czasie nie będą brane pod uwagę.
Kolejność odpisów dowolna.



A to przykazanie mamy od niego,
aby ten, kto miłuje Boga,
miłował i brata swego.

_______________________________1 Jana 4,21
avatar
Malakh







Liczba postów :
11


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Malakh on Pon Maj 08, 2017 8:26 pm
    
Nie przedstawił się? Naprawdę? Cały ten czas mówił do nich jako bezosobowy anioł? Kropelki potu wstąpiły na skroń Malakha, ręce zaczęły delikatnie drżeć. Uśmiechnął się nerwowo, zanim uścisnął prawicę Sleipnira.
- Malakh, bardzo miło mi poznać. - Przedstawił się na tyle głośno, aby inni też go usłyszeli. Zaraz po tym przeniósł wzrok na Skoczka i Ismaela, który najwyraźniej odpłynął myślami dość znacząco. Na tyle, by nie zwrócić uwagi na gościa. Nie zignorowała jednak Ismaela niewielka wiewiórka, która w poszukiwaniu pożywienia wbiegła między zgromadzonych na ścieżce. Szczególnie zainteresowała się stopami anioła. Nawet odważyła się ugryźć Ismaela w palec, zanim uznała, iż jest zgoła niejadalny i uciekła.
Malakh nie zauważył gryzonia. Nabrał powietrza w płuca, nim wysłuchał, co do powiedzenia mają Łowca ze Skoczkiem.
- Rozumiem i cieszy mnie to niezmiernie. Przybyliśmy tu wszyscy bawić się, nie daj Bóg walczyć. Czas spędzony w Edenie upłynąć ma nam wszystkim pod znakiem radości ze zmartwychwstania Pańskiego. - Powtarza się? Zaczął mieć wrażenie, że się powtarza.
- Nie spieszmy się tak jednak z osądami, bo wysnuję wniosek, iż reszta obecnych tylko burd tu szuka. - Zażartował lekko, chociaż w wydaniu podenerwowanego i niezbyt wysokiego anioła, brzmiało to raczej jak nerwowe wyrażanie najskrytszych obaw.
- Cele pacyfistyczne nie będą konieczne. - Zaczął ostrożnie. - Nasi goście nie muszą się o nic martwić. Ich bezpieczeństwa pilnuje sam zastęp. - Bardziej bezpieczeństwa Edenu. Ale na te kilka dni wymordowani stali się jego częścią, więc i o ich życia każdy anioł będzie się martwił.
Odwrócił się, gotów wydać kolejne polecenia oraz pokierować wesołą gromadką wgłąb lasu. I w tym właśnie momencie wyłapał spojrzenie Liriella. Wzrok przepełniony niepewnością odnośnie... Aż na usta Malakha wpłynął lekki uśmiech, kiedy niemy przekaz doń dotarł. Wyciągnął dłoń, kładąc ją na ramieniu Liriella.
- Przyjacielu, miecz twój powierzył ci sam Pan. Kimże jestem ja, aby decydować, czy powinieneś go odpasać? Bóg zaufał twemu osądowi, ufam więc i ja. - Zapewnił, delikatnie ściskając ramię anioła, zanim jego uwagę przykuł Yoshi. Zauważalnie zbladł na twarzy, gdy zobaczył, cóż wymordowany zamierza.
- Nie! - Uniósł głos, zbliżając się i łapiąc mężczyznę za dłonie.
- Nie. - Powtórzył spokojniej, wzdychając cicho. - Twój brak zaufania jest zrozumiały. Mogę jednak na własne życie przysiąc, iż twa wspaniała katana wróci do twych rąk w stanie nienaruszonym, jak tylko podejmiesz decyzję o opuszczeniu Edenu. - Zabrał łagodnym gestem broń spomiędzy palców Yoshiego i podał ją Ianowi. Przy czym nie omieszkał obdarzyć Iana ciepłym uśmiechem i pogładzić go lekko po głowie. Nawet pomimo tego, że był niższy od rudzielca, przez co musiał nieco wyciągnąć rękę.
- Czy wszystko już gotowe? - Rozejrzał się raz jeszcze, zanim zachęcił towarzyszy do podróży ścieżką.

W czasie drogi Malakh zerkał co jakiś czas na wilczą wymordowaną, idąc nieopodal Yoshiego.
- Racz mi wybaczyć ten nietakt, lecz czy los obdarzył cię zdolnością przemiany? - Spytał Inu, chcąc przy tym wyciągnąć dłoń i podrapać ją za uchem. Powstrzymał się jednak, nie będąc pewnym, czy aby nie zostanie przez to pozbawionym palców.
- Jeśli na przeszkodzi ku zmianie formy stoi brak odzienia, nie masz powodów do zmartwień. Znajdziemy odpowiednie szaty. - Zapewnił wilczycę, nie chcąc, aby ktokolwiek czuł się w jakikolwiek sposób skrępowany. Zależało mu, aby każdy był szczęśliwy.
Liriellowi daleko jednak było do radości. Stopniowo cichy szept natury przechodził w narastający krzyk bólu. Anioł czuł, ze coś niedobrego dzieje się z lasem. Coś niezbyt daleko i coś niezwykle gwałtownego.
Wymordowani za to mogli wyczuć lekką woń... Spalenizny? Wyostrzone zmysły pozwalały im wyłapać unoszący się w powietrzu zapach pożaru.
Nieświadomi pozostawali tylko Sleipnir, Ismael i sam Malakh. Przynajmniej do momentu, aż w oddali nie rozległ się donośny, ptasi skrzek. Anioł-przewodnik oderwał wzrok od Inu i spojrzał po lesie.
- Oh, czyżby to już była pora na toki? - Rzucił pytanie w eter.
Kto nie rozglądał się za źródłem hałasu, mógł dostrzec ciemne deski chatki, majaczące między krzakami.

Termin odpisu: 14.05.2017, godzina: 20:00
Kolejność dowolna.


A to przykazanie mamy od niego,
aby ten, kto miłuje Boga,
miłował i brata swego.

_______________________________1 Jana 4,21
avatar
Malakh







Liczba postów :
11


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Ian on Wto Maj 09, 2017 12:00 am
    
Wyglądało na to, że początki nowych znajomości zapowiadały się wprost świetnie. Nie, żeby rudowłosy szczególnie starał się dotrzeć do przybyszów, jednak już z miejsca obdarzył Sleipnira nieco zdystansowanym wzrokiem, którego, rzecz jasna, nie można było w pełni dostrzec przez opadającą na oczy grzywkę, jednak wygięte w niezadowoleniu usta nie cieszyły się już aż taką dyskrecją. Był tu prawdopodobnie jedyną osobą, która stojąc po stronie Edenu, nie próbowała zrobić na innych dobrego wrażenia, jednak był pewien, że wymordowani – a przynajmniej ich większość – zdążyli wyczuć, że nie był przedstawicielem skrzydlatych.
Poczuwszy lekki dotyk na ramieniu, zerknął ukradkiem na Liriella. Wydawało mu się, że w tej sytuacji gest był raczej cichym upomnieniem przed zrobieniem jakiejś głupoty, dlatego ze znaną sobie buntowniczością po prostu wywrócił oczami, nie mogąc pojąć, dlaczego w ogóle powinien silić się na uprzejmość względem jakichś cwaniaczków. Jednocześnie obecność czarnowłosego powstrzymywała Sawyersa przed uczynieniem z tego święta istnej katastrofy. Ponadto nie wszyscy wydawali się być aż tak źli, co przemknęło mu przez myśl, gdy tylko odbierał scyzoryk od Skoczka.
Zdziwiłbyś się ― stwierdził, machnąwszy pojedynczo złożonym scyzorykiem. ― Te małe cholerstwa potrafią być wyjątkowo ostre. Gdy byłem mały, moja ręka przeżyła nieciekawe spotkanie z ostrzem. Całe szczęście tylko ona. ― Wsunął niewielką broń do kieszeni. Nie wiadomo, ile prawdy było w jego krótkiej historii z życia, bo nie pokusił się o wyeksponowanie blizny, jednak gdyby tak się stało, Chris z pewnością dostrzegłby dwie niezbyt duże szramy – jedną po wewnętrznej, a drugą z wierzchniej strony jego dłoni.
Chwilę później Ian złapał za rękojeść kolejnego narzędzia zbrodni – tym razem podanego mu przez Malakha. W zamian za taszczenie cudzego ekwipunku nie oczekiwał żadnych słów pochwały, a już tym bardziej przymilnych gestów, od których miałby poczuć się lepiej. Rudowłosy wiedział, że te wywołałyby efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego, a anioł, który przewodniczył całej wyprawie, w ułamku sekundy miał okazję przekonać się, że jego spoufalanie się było błędem. Raven, nie bacząc na spojrzenia osób postronnych, mimowolnie uderzył wolną dłonią w nadgarstek skrzydlatego, chcąc odepchnąć jego rękę od swojej głowy już w chwili, gdy ta jej dotknęła.
Nie zapędzaj się, staruszku.
Nie jestem psem ― rzucił mrukliwie, jednak paradoksalnie do tych słów, górna warga wymordowanego uniosła się nieznacznie, eksponując lekko wydłużone kły. Trwało to jednak zaledwie ułamek sekundy, zanim zreflektował się i zerknął na Liriella, jakby tylko jego reakcja była dla Ian'a wyznacznikiem tego, czy przypadkiem się nie zapędził. Nie miał na celu wszczynania burdy. Chciał tylko nakreślić swoją przestrzeń osobistą, a nie sądził, by ze względu na swoją rasę posiadał niższy status i to na tyle, by traktowano go pobłażliwie.
Potarłszy nasadę nosa, poruszył ustami, które wypuściły z siebie ledwo słyszalny szept skierowany w stronę Liriella:
Następnym razem mu przywalę.
Wypuścił ciężko powietrze ustami i ruszył dalej zaraz za grupą. Z początku nie przywiązywał szczególnej uwagi do otoczenia, jakby za punkt honoru obrał sobie obserwowanie obcych. To na ich plecach skupiał się wzrok chłopaka, dopóki do jego nosa nie wdarła się gryząca woń spalenizny. Chód rudzielca drastycznie zwolnił, gdy zaczął rozglądać się dookoła, widocznie wciągając powietrze nosem.
Lir ― rzucił tylko i to na tyle znacząco, że wystarczyło tylko krótkie spojrzenie w stronę anioła, by ten zauważył, że coś jest nie tak. Już po chwili spojrzał w stronę całej reszty. ― Czujecie to?
Wiedział, że w takiej grupie mógł pozwolić sobie na podobne pytanie.
avatar
Ian

Opętany






Liczba postów :
41


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Liriell on Nie Maj 14, 2017 2:07 am
    
Chwil... – Coś go chwyciło za gardło, a oczy otworzyły się szerzej. Zresztą, tak samo jak usta, przez co na kilka ułamków sekund czas zamarł, zastygając jego twarz w komicznym wyrazie czegoś pomiędzy czystym szokiem a kulą do kręgli z burzą włosów i trzymającymi się nosa okularami. Chciał zareagować, dorzucić trzy grosze. „To zły pomysł, Malakhu”. Ian czasami gryzł. Bywało, że gryzł mocno i do krwi, do mięsa, kości... Liriell machinalnie złapał palcami za przedramię wymordowanego. Nie silnie i nie na tyle, aby go szarpnąć w swoją stronę, ale wystarczająco, by Ian poczuł jego dotyk i wiedział, że ma utrzymać gardę.
Nie wymagał od niego przyjaznych uśmiechów, dziecięcego optymizmu, ani tym bardziej, nie daj Boże, szczebiotania i pozwalania na wszystko, co komukolwiek przyjdzie na myśl, ale nie chciał też, by był powodem do kłótni.
Ja to będę załatwiał. – Szept niemal został zagłuszony przez wiatr; mimo tego Liriell wiedział, że słowa dotarły do towarzysza, a jego czujne ucho wychwyciło ton bezproblemowo.
Z ręką wciąż opartą o Iana powiódł spojrzeniem ku prowadzącemu. Kiwnął lekko głową na znak, by prowadził ich dalej, bo sam wyczuwał zniecierpliwienie – nie tylko od wymordowanego, którego znał najlepiej z całego towarzystwa, ale od reszty gości. Też nie mogli się doczekać wszystkich atrakcji, jakie zostały przygotowane? Jedzenia, modlitw, opowieści? A to wszystko na młodej trawie, miliardem miękkich igieł wyglądającej spod czystej gleby, z drzewami otaczającymi polany, z zapachem lasu i cichym dźwiękiem wydawanym przez przyglądające się z ukrycia zwierzęta.
Liriell nagle zacisnął zęby.
Szedł już za grupą, trzymając się na samym końcu – z przyzwyczajenia, wszak niejednokrotnie rolą Zastępu było zabezpieczanie reszty, nie pozwalając sobie na stracenie ich z oczu – ale gdy serce się ścisnęło, w połowie kroku przystanął.
Jeszcze przed chwilą wyczuwał coś nieśmiałego. Jak lekka bryza muskająca w rozgrzany do czerwoności kark. Ale teraz? Teraz skórę mógłby ciąć najgorszy wicher, a Liriell wciąż nie byłby w stanie wskazać momentu, w którym niegroźne muśnięcia zmieniły się w bicz.
— Lir.
Dźwięk jego głosu uniósł głowę anioła; wraz z zadarciem brody, podniosło się również spojrzenie. Spod ściągniętych brwi błyszczały oczy, w których szalało rozdarcie.
Ian – powtórzył przez zęby, postępując krok ku niemu.
Niewidzialna pięść nie tylko nie przestała ściskać serca, które jak uwięzione w za małej klatce napierało na wszystkie ścianki, zbyt słabe, by zniszczyć kraty, ale coraz bardziej utwierdzała w przekonaniu, że jest źle. Skronie zapulsowały, zmuszając Liriell do uniesienia dłoni i wplecenia jej palców we włosy.
Jest źle. – Usta ledwo mu się poruszyły, jednak prędko przywołał się do porządku. Wyprostował plecy i mimo bólu, jaki mącił myśli, wyprężył pierś. — Muszę iść. Na litość boską, przepraszam!
Nie czekał na ich reakcje, choć kusiło, by spojrzeć w oczy wilczycy. Jej uśmiech w tamtej chwili, gdy stali jeszcze blisko obrzeży Edenu, wywołał w nim wewnętrzne, irracjonalne rozbawienie. Nie takie, jakie odczuwa się, gdy ktoś palnie głupotę. To była dziecięca radość kogoś, kto dostał do rąk coś cennego od losu i miał się tym zaopiekować „na jakiś czas”. Teraz nie było jednak na to czasu, bo Liriell zdążył jedynie pochylić głowę w przeprosinach, a potem obrócił się na pięcie i zbaczając ze ścieżki wskoczył prosto w las.
Natura wrzeszczała.
A on nie mógł pozwolić, by jej krzyk pozostał głuchy.
avatar
Liriell

Anioł Zastępu






Liczba postów :
183


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on Nie Maj 14, 2017 10:31 am
    
Główny mówca ze strony aniołów postanowił w końcu wyjawić swoje imię. W takim razie wszyscy już się znali, choć Inu zapomniała już z połowy imion, dawno nie była w tak licznym gronie. Malakh ponownie wygłosił swoją mowę, w której zaznaczał iż wszyscy tutaj zebrani mieli pokojowe zamiary, bowiem liczyło się głównie świętowanie zmartwychwstania pańskiego. Przez jej myśli ukradkiem przełknęło kilka obrazów wyciętych z przeszłości, kiedy to z rodziną w podobny sposób radowała się z powodu święta Wielkiej nocy. Nie pamiętała jednak szczegółów, w zasadzie nie potrafiła sobie przypomnieć choćby twarzy swoich bliskich...W Desperacji również nigdy nie obchodziła żadnych świąt, to było jej pierwsze takie wydarzenie od 10ciu lat. Czuła się nieswojo. Powinna była pamiętać wszelkie uroczystości z bliskimi w mieście, nie powinno być to dla niej obce jednakże w tym momencie miała wrażenie, że nigdy niczego w życiu nie celebrowała.
Malakh miał tremę, to było do zauważenia. Zapewne niecodziennie musiał przemawiać do garstki wymordowanych, w których życiu panowała brutalność. Jak inni przyjęli do siebie jego słowa? Rozejrzała się po raz kolejny, tym razem znacznie śmielej. Wszyscy wydawali się dość...sympatyczni, jeżeli można było tak określić Wymordowanych. Z kolejnymi chwilami uspokajała swoje strwożone serce, zaczynała się przyzwyczajać, wszystko szło w dobrym kierunku.
Niemal wszyscy oddali swój ekwipunek. Yoshi miał zamiar po prostu złamać swój miecz. Ku jej zdziwieniu Malakh zareagował bardzo gwałtownie. Złapał Czerwonego za rękę by powstrzymać go od zamierzanych czynów. Inu była zdumiona i zaskoczona, dawno nie spotkała się z kimś tak...troskliwym. Nadstawiła uszów uważnie spoglądając na całą scenę, w duszy zaczęła się po prostu śmiać, kiedy tylko dostrzegła minę Yoshiego. Zapewne się tego nie spodziewał. Zabrał miecz i podał go Ianowi. Zaraz potem mniejszy anioł chciał pogłaskać wymordowanego, lecz ten zareagował dość gwałtownie odpychając jego dłoń. Wilczyca spojrzała z wyraźnym współczuciem na Malakha, który mimo zakręcenia, wydawał się godnym zaufania aniołem.

Ostatecznie cała gromada ruszyła. Inu trzymała się blisko Yoshiego ani myśląc oddalić się od niego. Jej uszy były ruchliwe, namierzały każdy najmniejszy szelest, bystre oczy zaś lustrowały otoczenie z największą dokładnością. Nosem starała się wyczuć wszystkie zapachy i z zaskoczeniem większości z nich tutaj nie znała. Wtem usłyszała głos skierowany w jej stronę. Uniosła łeb jak również ustawiła uszy w sztorc spoglądając na Malakha z wyraźnym zaskoczeniem. Odniósł się on do jej zdolności przemiany, którą wielu wymordowanych posiadało. Zastanowiła się przez krótką chwilę nad jego słowami. Nagość nie była problemem. Problemem była bezbronność. Jej ludzka postać nie miała tylu zdolności co jej obecna, na dodatek przez długi okres czasu nie umiała się przemienić z wilczej postaci, bardzo się do niej przyzwyczaiła.
- Dzięki. Wezmę to pod uwagę - Odpowiedziała aniołowi uśmiechając się nieco krzywo, po czym przeniosła pytający wzrok na Yoshiego zawierając w nim jasne pytanie. Czy miała to zrobić? Przemienić się? Czy był w tym jakiś sens?
W trakcie wędrówki do jej nosa doszła woń spalenizny. Uniosła wysoko łeb i zaczęła węszyć by się upewnić. Malakh wydawał się nieświadomy, zwykły skrzek ptaka przykuł jego uwagę. Wilczyca utwierdziła się w przekonaniu, że lepiej jednak zostać w bezpieczniejszej postaci zwierzęcia. Po krótkiej chwili padło pytanie ze strony Iana. Również czuł ten smród spalenizny. Działo się coś niedobrego. W tym samym momencie Liriell przeprosił wszystkim zadziwiająco donośnym głosem i tym samym ukłonił się. Inu stuliła uszy spoglądając na niego z lekkim współczuciem. Czyżby ta woń spalenizny go zaniepokoiła? Czy anioły są aż tak dobre i troskliwe, że dbali nawet o roślinność w Edenie? Można by powiedzieć, że dla kogoś urodzonego w Desperacji wydawałoby się to po prostu nienormalne. Wilczyca jednak urodziła się w mieście, była w stanie zrozumieć wiele, choć od wielu emocji odgrodziła się stalowymi drzwiami bez zamku. Liriell zniknął, popędził w stronę, z której przybywał przykry zapach. Interweniował więc w obronie drogocennego domu. Czy to miejsce było warte takich poświęceń? Jej czujność wzrosła, zmysły zaczęły pracować na wyższych obrotach. Czy ten pożar zwiastował coś niedobrego?

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on Nie Maj 14, 2017 3:15 pm
    
Anioł miną zaczął wyrażać wyraźne zaciekawienie. DOGS. Wiele styczności z nimi nie miał, poza faktem siedzenia przez chwilę w głowie ich przywódcy. Przez chwilę Ismael nawet chciał zapytać o zdrowie Wilczura, ale w porę zdążył zrezygnować z pomysłu. W sumie przecież nawet nigdy się nie spotkali, a do tego nie chciał ewentualnie urazić sekretarza. Bądź co bądź, ale to anioły poturbowały jego szefa, a wątpliwe było to, żeby ktoś zauważył, by jakiś anioł zastępu próbował zatrzymać piekło rozgrywające się w sądowej sali. Wolał zresztą osobiście spotkać się kiedyś z przywódcą, z sobie tylko znanych powodów.
Zanim jednak zdążył odpowiedzieć zgodą na zawieszenie broni, Malakh wyjaśnił resztę reguł dotyczących uzbrojenia. Vex zerknął więc na niego, wskazując wzrokiem odpowiedź na pytanie Skoczka. Nie miałby nic przeciwko temu, by zatrzymali wszelkie niebezpieczne przedmioty, ale to nie od niego zależało. No i nie będzie musiał podejrzliwie patrzeć na każdego, mając świadomość, iż zostawili wszystko w strzeżonym miejscu. Sam zresztą miał przy sobie tylko dwa wachlarze wyglądające bardziej jak ozdoba niż broń, ale domyślał się, że raczej nie będzie musiał ich oddawać. Kto by się spodziewał, że umiałby czymś takim pokaleczyć każdego dookoła?
Z wiosennego zamyślenia wyrwała go wiewiórka. Drgnął nieznacznie, z trudem powstrzymując syknięcie. Może nie użarła mocno, ale odczuwalnie. Miodowe ślepia odprowadziły rudą kitę, zanim ta nie zniknęła z pola widzenia. Przez chwilę zastanawiał się nawet czemu wiewiór pomylił go z orzechem czy innym przysmakiem, ale w końcu powrócił spojrzeniem do całego zgromadzenia. Nie mógł pozwolić myślom biegać za szybko, nie był kwitnącym krzewem tylko aniołem. W dodatku zastępu. Skupienie było ważne.

Idąc za Malakhem, rozkoszował się leśnym powietrzem, szeptami natury, patrzył na roślinność ożywającą po długim śnie zimowym. Zorientował się dość szybko, iż obok ma Skoczka. Teraz, gdy nie był narażony tak bardzo na podsłuchy, a większość gromadki zajęta była rozmową, postanowił jednak zagadać. Ciekawość za bardzo gryzła go w pięty, jeszcze bardziej niż wiewiórka w palec.
- Christopherze - zaczął nieco cicho. - Chciałbym zapytać o może nieco delikatną sprawę... - dodał, wyraźnie mając problem z wykrztuszeniem z siebie sedna sprawy. Wciąż miał wątpliwości czy nie wywoła zaraz wojny. Ale musiał wiedzieć. Po prostu musiał. - Czy Wilczur czuje się lepiej? Nie wyglądał za dobrze po przymusowych odwiedzinach w Edenie...
Zaraz po tym, zauważył reakcję Liriella. Sam Ismael nie rozmawiał z przyrodą, co najwyżej z roślinami, które kontrolował podczas korzystania z mocy. Nie słyszał krzyków o pomoc, właściwie w tym momencie mógł zdać się tylko na przeczucie, że coś jest nie tak. Dogonił szybko Malakha, zostawiając niestety Skoczka.
- Biegnę za nim - oznajmił, ze zmartwieniem wymalowanym na bladej twarzy. Nie czekał na ewentualne protesty, poleciał za Liriellem, próbując po drodze nawiązać kontakt z drzewami i prosić je o informacje. Jeśli działo się coś złego, to nie mógł bezczynnie się przyglądać.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Gość on Nie Maj 14, 2017 7:13 pm
    
Oddając ostrze w ręce nieznajomej osoby, czuł jak zostaje pozbawiony czegoś, co od zapomnianych lat jest jego częścią. Czuł się jak gdyby ktoś właśnie sięgał brudną, zimną dłonią prosto w stronę jego nie tak dawno zmartwychwstałego serca, targając przy pomocy zakrzywionych przez złudne słowo "bezpieczeństwo" paznokcie, pod którymi w postaci brunatnej sadzy ukrytych intencji, wyrywa jedną większą garść, która mimo tego iż całe serce dudniło od wypełnienia krwią, tak ten skrawek nie został nią uzupełniony, dawne uczucie, które już nie wróci, a mimo to jego brak spowodował niezbyt przyjemne uczucie pustki... Choć nie dało się tego po nim poznać, to jednak Czerwony Król rzucił komentarz w stronę Yoshiego.
-Nie dość, że to kurwa oddałeś, to jak przyjdzie co do czego to czym kurwa będziesz chronił Inu? Swoim owłosionym kutasem? Zobaczysz... Bajki takie jak ta świetnie się zaczynają, ale w pewnym momencie już nie będzie tak kolorowo. -Yoshi pozostawił to bez komentarza, ruszając po chwili za wszystkimi...

Szkarłatne ślepia skakały po otaczającej go przyrodzie, od bardzo dawna nie wiedział czegoś takiego. Ostatnie sto, jak nie więcej lat spędził na Desperacji, oddając się jej w całości, wykonując wszelkiego rodzaju zlecenia, za które za pewne Inu straciłaby do niego część zaufania... Ale przeszłość pozostanie przeszłością, a Wymordowany od momentu poznania po raz drugi swojej ukochanej zmienił się...
Ćwierkot ptaków otaczający go ze wszystkich stron był niczym prawdziwy kojący wszystkie zmysły dotyk, delikatnie łechtający każde zakamarki uszu, wbijający w hipnotyczny trans sprawiający, iż zapomnieć można było na krótką chwilę o świecie, w którym było niespełna kilka kroków temu. A choć orkiestra była cudowna i czarowała, to jego świadomość pozostawała trzeźwa. To nie on przyszedł się tutaj bawić, a przynajmniej nie tak by zrzucać z siebie czujność. Toteż zauważył niemal od razu jak przewodni Gołąb spogląda raz po raz na Wymordowaną, ale nim zdążył rzucić myślą w kierunku Czerwonego Króla, z ust Malakh wyfrunęły ciekawe słowa, zmieniające się natychmiast w pytanie. Inu odpowiedziała w pewnym sensie, dało się wywnioskować iż może, a jednak w prost tego nie powiedziała, a potwierdzając mogło to spojrzenie, które rzuciła prosto na Najemnika, jakby prosząc o zezwolenie. Ich ślepia na moment skrzyżowały się, prawy kącik delikatnie uniósł się w niezbyt śmiałym uśmiechu.
-Uznajmy, że w Edenie możesz robić co chcesz. -jego dłoń położyła się na czubku jej głowy, delikatnie przykrywając jej sterczące uszka, by to zaraz opuszkami palców powoli pogłaskać ją pod włos.
Szepczące w około dymne korony drzew, komentowały czy rzucały tematami we własnym języku, skupiając się jakby na przechodnich czy być może jakimś innym temacie... Wdychający raz za razem czyste powietrze Yoshi, czuł jak jego płuca wypełnia powietrze, którego nie istnieje w Desperacji, wraz z każdym kolejnym wydawało mu się nawet, że papierosy stają się zbędne... Nagle w nozdrza wpadł charakterystyczny ostry zapach, choć nie był on silny to jednak należał do tej grupy, którą nawet przy jednym hauście da się rozpoznać. Gryzący podmuch, szarpiący wszystkie naczynia, sprawiający iż płuca wykrzywiają się z grymasu zniesmaczenia.
-Kurwa! Nie dotarliśmy nawet do celu, a tutaj już się coś odpierdala!? CZY TY NAPRAWDĘ SĄDZIŁEŚ, ŻE TYM RAZEM BĘDZIE INACZEJ!? -rozległ się miażdżący wszystkie inne myśli krzyk w głowie Yoshiego.
-Spokojnie, to jesz... -jego słowa zostały przerwane niemal natychmiast.
-Zamknij się! KURWA! Jeśli znów się jej coś stanie, przez CIEBIE, to obiecuje Ci, że choć nie mam tyle siły co Ty, to i tak przejmę kontrole nad tym ciałem! -w głowie Wymordowanego zaczynała się ostra wymiana zdań, ale w świecie prawdziwym, odbijające się postacie w szkarłatnych ślepiach znikały raz po raz... Najpierw Liriell, a zaraz za nim Ismael. Obydwoje czym prędzej ruszyli w kierunku woni spalenizny, a tym samym ukazały się białe kły Czerwonowłosego, który z istną ironią podsumowywały to co się dzieje.
-Heh, kilka kroków w las i wilków stad kilka... -Eden nie zmienił się od tamtych czasów w ogóle, a przynajmniej w jego odczuciu, tak więc od teraz być może zacznie się coś ciekawego.

Gość

Gość







Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Skoczek on Nie Maj 14, 2017 7:29 pm
    
......Cóż, aktualne towarzystwo zdawało się być... interesujące, a przynajmniej w oczach Pudla. Był raczej przyzwyczajony do pewności siebie, często przechodzącej w arogancję oraz szorstkich wyrazów przywiązania (o ile w ogóle się takowe zdarzały), niż tej specyficznej aury zakłopotania. Chris uważnie obserwował wszelkie interakcje zachodzące w utworzonej grupie; w końcu każda informacja była na wagę złota. Nie zamierzał jednak skupiać się tylko na tym, w końcu mogłoby to dziwnie wyglądać.
- Och. Cóż, teoretycznie w odpowiednich dłoniach nawet wykałaczka jest zabójczą bronią - rzucił sekretarz, obdarzając Ian'a nieco zakłopotanym uśmiechem... jemu na pewno brakowało takich umiejętności, ale o tym akurat nieznajomi nie musieli wiedzieć. - Osobiście preferuję źdźbła trawy, są poręczniejsze.
Czyżby żart? Raczej bardzo dziwny, a sekretarz po wypowiedzeniu tych słów uciekł spojrzeniem, krzywiąc się jednocześnie nieznacznie. Dlaczego czasem nie mógł po prostu ugryźć się w zęby? Zamiast tego musiał potem odwracać się bokiem do wszystkich, by nie zauważyli, że czerwienią mu się policzki. Idiotyczna twarz łatwo buchająca gorącem. Jednak to dziwne, że DOGS go jeszcze nie zażarło.
1017 lat, czy też coś w tym stylu. Pięknie, po prostu pięknie.
Potrząsnął z zażenowaniem łbem i ruszył do przodu, trzymając się blisko zaprzyjaźnionego łowcy. Dwa razy potknął się i zapewne tylko szybka reakcja Slei'a, tudzież bezpardonowe oparcie się o niego zapobiegło gwałtownemu zderzeniu się z ziemią. Teoretycznie powinien się już do tego przyzwyczaić, w praktyce w dalszym ciągu było to dla niego nieprzyjemne. Chodzenie było czynnością, na której ciężko było mu się skoncentrować, a gdy już mu się to udało - najczęściej zawsze coś potrafiło go zdekoncentrować. A najwyraźniej automatyzm nie działał w tym wypadku.
"Christopherze".
Pudel drgnął i zwolnił kroku, zwracając spojrzenie niebieskich ślepi na Ismaela. Musiał zadrzeć dość wysoko głowę, ale w gruncie rzeczy nie było to dla niego żadną nowością. Niemniej pytanie anioła sprawiło, że górna warga Chrisa drgnęła, a on sam westchnął cicho z wyraźną rezygnacją. Nie spodziewał się, że którykolwiek ze skrzydlatych poruszy ten temat, choć w gruncie rzeczy nie miał nic przeciwko temu. Co innego, że nie darzył Wilczura specjalną sympatią, ale w sumie to też nie powinno wyjść na jaw. Jednak zanim zdążył odpowiedzieć, nagle do jego nozdrzy wdarł się zapach dymu.
"Oh, czyżby to już była pora na toki?"
- Nie - rzucił krótko Pudel. - To inny ton, niż przy tokach.
No tak, jakby nie było - Chris był blisko związany z ptakami. Poza tym coraz wyraźniej czuł specyficzną woń spalenizny... aż odzywały się nieprzyjemne wspomnienia z kasyna, ale nie było teraz na to czasu. Sekretarz zadarł łeb do góry, poszukując nie tylko dymu, ale też ptaków, które mogłyby mu pomóc w określeniu kierunku zbliżającej się (potencjalnej) katastrofy.
- Jeśli to większy pożar, zwierzęta będą od niego uciekać. Wątpię, by żyły tu same sarenki, a raczej lepiej uniknąć staranowa  - urwał, widząc jak dwaj skrzydlaci praktycznie już są w lesie. - Stratowania przez spłoszone stworzenia.
Skrzywił się wyraźnie i niepewnie pociągnął za bandanę na szyi. Gdyby zmienił się w harpię, prościej byłoby mu określić miejsce, w którym rozpoczął się pożar. Chociaż w sumie zdziwił się, że żaden anioł nie wzbił się jeszcze w górę.
- Z góry jest lepszy widok - zwrócił spojrzenie ku Malakh'owi.
Nie bardzo wiedział, na co się teraz zdecydować, chociaż jego myśli automatycznie zaczęły podążać paręnastoma torami naraz.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka




Nie drażnij Psów, bo cię pogryzą
Wyrwą SERCE, kły obliżą
Twój oddech to ich porażka
Padnij na kolana to może czeka cię ŁASKA
Ha, ha, ha!

avatar
Skoczek

Pudel     Opętany






GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black

Liczba postów :
1314


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Venceslaus on Sro Mar 14, 2018 6:53 pm
    
Niejedna osoba stwierdziłaby, że grzechem byłoby dokonywać mordu w
takim miejscu jak to. Obwiniało go i zastraszało. Eden — tak proste słowo o tak wielkim znaczeniu. Kiedy ostatnio tu był? Dosyć dawno. Nie miał zwyczaju wracać do miejsc, w których nie chciał nigdy więcej już być. Niemniej pewne okoliczności zmuszały go do tego, aby przezwyciężyć swoją niechęć i wrócić do miejsc, które nosiły za sobą pewne konsekwencje. Miał powód, dla którego nie chciał się tu pojawiać. Wiedział, że jeśli tylko przekroczy te święte miejsce, w pięćdziesięciu procentach spotka tutaj kogoś, kogo nie chciał widzieć. Może ze strachu, może z powodu poczucia odpowiedzialności? Po co więc ryzykować ten procent? Czasami nie było warto. Ale tylko czasami.
Był to chłodny, ponury i deszczowy dzień. Idealna sceneria do tego, aby zrobić coś niemożliwego. Zwierzyna i wszelakie bestie schowały się w miejsca schronu, byleby tylko nie zostać narażonym na mokre i zimne krople deszczu. W końcu nikt nie lubił, kiedy bywało brzydko i ponuro, nie licząc przypadków, które wolały dni deszczowe od tych bardziej suchych. Na Desperacji byłby to dość duży plus, ale w Edenie? Deszcz pewnie był czymś często spotykanym. Na tyle, że mieszkańcy tutaj byli przygotowani na coś takiego. Łatwo więc było zauważyć, że Venceslaus mógłby być zwykłym turystą, który najprawdopodobniej zagubił się w tutejszych lasach. Stwarzanie takich pozorów było dość wygodne, zważywszy na to, że nie chciał być w tym momencie zauważony przez nikogo. Szczególnie przez osobę, którą musiał zabić. Proces ten nie odwlekał się zbyt długo. Szybko doszło do konfrontacji między nimi aż ostatecznie zwycięstwo należało się po stronie Białego Kła, który to po raz kolejny dał popis swoim wspaniałym umiejętnościom. I mimo tego, że walka była trudna i ciężka, bo oponent za wszelką cenę nie chciał dać za wygraną, to i tak miał nadal siły na to, aby stać na nogach, trzymając się zakrwawionej ręki na ramieniu. W końcu kto powiedział, że za każdym razem jest wstanie zabić kogoś cicho i bez większego szmeru?
avatar
Venceslaus







GODNOŚĆ :
Mówią na niego Vencelaus. Również jest znany jako Biały Kieł.

Liczba postów :
29


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Liriell on Sob Mar 17, 2018 2:51 am
    
Był prawdopodobnie ostatnią osobą, która powinna nazywać się „mieszkańcem Edenu”, bo choć deszcze bywały tu częstsze niż na Desperacji, Liriell wciąż nie nauczył się zabierać tego, co najpotrzebniejsze. Nie tylko nie posiadał parasolki, którą jakiś czas temu otrzymał od przeuroczej Aeno — anielicy na co dzień zajmującej się tkaniem, ale kompletnie wypadło mu z głowy, aby ubrać się... po prostu stosowniej. Choć materiały kimona były ciężkie, to bose stopy chłonęły zimno ziemi i każdy krok wydawał się teraz aż nazbyt bolesny. Sam jego widok kruszył serca, choć prawda była taka, że najbardziej roztrzaskane serce miał właśnie Liriell.
I nie rozumiał dlaczego.
Przylgnął ramieniem do pnia drzewa, nabierając świszczącego wdechu. Czuł ścisk, niewyobrażalnie mocny chwyt na wnętrznościach, jakby jakaś niewidzialna ręka przeniknęła przez jego mięśnie i zakleszczyła się na żołądku, płucach, na krtani...
To uczucie towarzyszyło mu od kilkunastu minut, może dłużej. Nie był w stanie skonkretyzować powodu, zbyt zamroczony irracjonalnym uczuciem bólu, lęku, ale też pewnej arogancji. Lub czegoś, co sam określiłby tym mianem. Słaniał się na nogach, co z punktu widzenia osoby trzeciej musiało wyglądać nieprawdopodobnie. Anioł nie wyglądał w końcu na kogoś, komu coś dolegało. Jego twarz była kredowobiała, ale nie nosiła żadnych oznak tygodniowego zmęczenia, a gdyby rozchylić poły kimona, z pewnością nikt nie znalazłby choćby jednego zadrapania. Jedynie na stopach pojawiły się krwawe nacięcia, ale nie było szans, aby kilka otarć i smagnięć wywołało taką reakcję organizmu.
A Liriell miał wrażenie, że umiera.
Osunął się na kolana, przyciskając skrzyżowane w ramionach ręce do brzucha. Kiedy dotknął czołem wilgotnej ziemi, cały świat mu zawirował, dlatego cieszył się z jednej myśli — że w porę ukląkł, nim stracił przytomność.

Musiał ocknąć się niedługo po tym. Świadomość powróciła niemal tak gwałtownie, jak gwałtownie przytłoczyło go uczucie strachu i osaczenia. Uchylił powieki, wbijając lodowe spojrzenie prosto w glebę tuż przed swoim nosem. Odliczył do pięciu. Następnie rozplątał przedramiona i powoli oparł dłonie na ziemi, aby wyprostować plecy. Czuł mdłości i coś wciąż ściskało jego trzewia, ale nie był to chwyt tak brutalny jak wcześniej — co Liriell przyjął z ulgą.
Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund zwłoki, nim nie ściągnął łopatek i nie usiadł prosto na piętach. W kimono wsiąkała mu woda z ziemi, wchłaniał się brud.
Muszę wstać — uzmysłowił sobie z krzywym grymasem, który nawet w najlepszym świetle nie przypominałby uśmiechu. Dobra mina do złej gry towarzyszyła mu przez cały proces gramolenia się na nogi, które wskutek zimna zdążyły skostnieć. Poruszanie się na nich stanowiło nie lada wyzwanie; krew odpływała, tracił więc czucie. Samo ciało wydawało się dla Liriella niemożliwym do okiełznania darem, a teraz, gdy szwankowało bardziej niż zwykle, był bliski desperacji na myśl, że będzie musiał poradzić sobie z trudnościami.
W tym wszystkim najgorszy był jednak fakt, że przecież nie wybiegł z mieszkania „tak po prostu”. Rzeczywiście nie należał do szczególnie zaadaptowanych aniołów i daleko mu było do kogoś, kto rozumie ludzi, ich żądze i możliwości, ale chociażby sam instynkt nie pozwoliłby mu na wybiegnięcie bez butów w sam środek lodowatego deszczu.
Więc co?
Co, na miłość boską, pchnęło go w paszcze tej sytuacji? Stawiał chwiejne kroki, zaciskając szczęki aż do bólu i myślał gorączkowo, dlaczego wpakował się w podbramkową akcję. Miał zresztą wrażenie, jakby — aż do teraz — trwał w jakimś... jakimś transie. Biegł w półśnie przed siebie, absolutnie nie zważając na gałęzie haczące o jego ubrania albo liście smagające go po twarzy, a potem nagle ktoś pstryknął i wyłączył ten stan, wrzucając go w sam środek wydarzeń, o których nie miał najmniejszego pojęcia. Parł więc przed siebie z miną, która jasno mówiła, że nie wiedział ani gdzie jest, ani tym bardziej dlaczego się tu znajduje.
Jednak byłby w stanie zaakceptować obie te niewiadome.
Ale nie potrafił przyjąć do wiadomości tego, co ujrzał, gdy odbił się od jednego z drzew i przedarł przez gęste zarośla. Ledwie udało mu się unieść głowę (a wraz z głową spojrzenie), a stanął jak wryty z szeroko otwartymi oczami. Usta Liriella rozchyliły się, jakby ktoś wysunął bolec z zawiasów jego szczęki. Żuchwa dosłownie opadła w niemal komicznym ruchu, ale prawda była taka, że aniołowi daleko było do śmiechu.
W pierwszej sekundzie ujrzał po prostu krew. Tłustą czerwień, której kałuża moczyła nieruchome ciało czegoś, co być może było kiedyś człowiekiem. Powieki drgnęły, kiedy żołnierz Edenu dostrzegł kolejny detal.
Coś ty... — Głos ledwo przeciskał mu się przez zgniecione od zdenerwowania gardło. Był aniołem Zastępu — owszem. U pasa nosił ciężką broń, której ostrze cięło skórę, mięśnie i kości z równą łatwością, co zrobiła to oręż należąca do sprawcy. Ale między nim a agresorem różnica była kolosalna. Liriell by nie zabił. Być może dlatego tak nim wstrząsnął widok zastygłego w groteskowej pozie ciała i oddalającego się już przeciwnika. — Ani drgnij — zazwyczaj ciepły ton przybrał ostrzejszej, beznamiętnej nuty, kiedy Liriell ruszył do przodu. Nieznajomy stał do niego tyłem, co jeszcze bardziej mu się nie podobało — patrząc komuś w twarz w nielicznych wypadkach był w stanie rozgryźć intencje.
Teraz chciał się jednak zbliżyć do ciała.
Może oddychało?
Była jeszcze szansa..?
avatar
Liriell

Anioł Zastępu






Liczba postów :
183


Powrót do góry Go down





Re: Roziskrzona ścieżka Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Powrót do góry


 :: Eden :: Las Życzeń

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach