Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Go down


Burdel

Pisanie by Nathair on 19.07.14 16:25
Burdel jak to burdel, musi być. Ten nie różni się praktycznie niczym od tych, które wszyscy znamy. Usytuowany w odbudowanym budynku, chociaż gdzieniegdzie widać jak odpada tynk. Do środka można dostać się przez sporej wielkości brązowe drzwi pilnowane przez dwóch dryblasów a we wnętrz… istny raj do koneserów seksu. Można tutaj wykupić usługi praktycznie u każdej z ras w każdym wieku. Płaci się z góry u przemiłej burdelmamy. No burdel jak się nie patrzy.






Ja ten opis kiedyś poprawię. Jak mi się zachce.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Nathair on 20.07.14 23:06
Był do dupy aniołem stróżem.
Nawet nie pamiętał momentu, kiedy dał się podejść jak dziecko. To była chwila. Właściwie nie powinno go tutaj być, aczkolwiek zachęcony nieprzyjemnymi głosami zboczył z obranego przez siebie celu, przypuszczając, że ktoś potrzebuje pomocy. Co prawda takie dźwięki w Desperacji były na porządku dziennym, ale jego anielska dupa nie pozwalała mu tego zignorować. A powinien to zrobić, po raz pierwszy olać kogoś potrzebującego.
Instynktownie sięgnął do tyłu i zacisnął palce w okół rękojeści broni, kiedy wkroczył w ciemny zaułek. To były sekundy, gdy poczuł przeszywający ból z tyłu głowy od uderzenia a przed oczami pojawiła się ciemność. Nawet nie zdążył zareagować jedną ze swoich mocy, nic. Dał się podejść jak jakieś cholerne dziecko.
Z początku, nawet wtedy kiedy się ocknął, nie rozumiał do końca co tak naprawdę się wydarzyło. Dopiero z czasem zrozumiał, że było to ustawione. Wiedzieli kim był, a raczej to, skąd pochodzi. Musieli obserwować go przez jakiś czas i wykorzystali jego słabość, by go dopaść. Tylko po co?
Ach, no tak. Idealny towar dla tych, co preferują chłopców. Wbrew pozorom naprawdę mało czasu mu zajęło poskładanie w całość tej układanki.
Najgorsza w tym była niemoc. Nie potrafił oponować, kiedy trzy kobiety obmywały go wodą a potem nacierały jego ciało jakimiś drażniącymi nos olejkami. Dotykały go wszędzie, gdzie tylko chciały. Próbował się wyślizgnąć, jednakże jego ciało zdawało się reagować z opóźnieniem. O ile umysł nadal pozostawał trzeźwy, to tak jakby utracił kontrolę nad swoją powłoką. Starał się wzrokiem ogarnąć jak najwięcej, by móc zapamiętać i ustalić ewentualny plan ucieczki. Przynajmniej tak postanowił na samym początku. Bo jeśli on sam się nie wydostanie, to zostanie tutaj na zawsze. A perspektywa takiej przyszłości niekoniecznie mu się uśmiechała.
Kobiety tutaj odznaczały się niezwykłą siłą. A może to on ważył po prostu tak mało, że bez najmniejszego problemu go podniosły we dwie i wytargały z pomieszczenia. Kiedy prowadziły go korytarzem widział wiele twarzy, które wyściubiały zaciekawione nosy zza drzwi, chociaż on sam nie potrafił się skupić na żadnej z nich. Światło lamp przy ścianach było nad wyraz oślepiające, albo to on był zbyt wrażliwy na nie. Wreszcie zatrzymali się przed obdrapanymi drzwiami. Tutaj podjął kolejną próbę ucieczki, co oczywiście zakończyło się niepowodzeniem. Sporej budowy kobita, która wyszła zza drzwi mówiła coś szybko i dla MĘSKIEGO Nathaira brzmiało to niezrozumiale, chociaż może powinien spróbować skupić się bardziej na tych słowach, wszakże mogły okazać się kluczowe dla niego. Ktoś złapał go za włosy i szarpnął w przód, by się nachylił, odsłaniając kark. Uczucie bólu i gorąca przeszyło jego ciało a z gardła wydobył się nieprzyjemny jęk bólu, chociaż nawet i on wydawał się dla anioła dość odległy. Dopiero potem miał dowiedzieć się, że właśnie został oznaczony jak jakieś cholerne bydło. Znak dziwki, na wypadek gdyby jednak jakimś cudem udało mu się uciec. Kobieta złapała za jego podbródek i niemal władczo zadarła go wyżej, by mogła spojrzeć w jego twarz. Musiała być kimś ważnym, skoro cała reszta tak potulnie się jej słuchała. Mówiła coś, ale jej słowa odbijały się od niego niczym od jakiejś niewidzialnej bariery. Posadzili go i pokazali coś, co okazało się prezerwatywą. Chyba powinien być im wdzięczny za przyspieszony kurs jak zadowalać ustami, jednakże zamiast tego czuł jedynie w ustach nieprzyjemny posmak lateksu oraz gumy.
Coraz bardziej było mu wszystko jedno.
Nawet się nie zorientował, kiedy zaprowadzono go do jednego z pokoi, ponowie rozebrano i założono w okół bioder marną, półprzezroczystą chustkę. Jakże łatwy i bezproblemowy dostęp. Na szyi zapięto obrożę z cieniutkim łańcuszkiem, którego koniec znikał między udami chłopaka. Przytrzymano go, gdy pod skórę wprowadzono igłę z jakimś specyfikiem. Szarpnął się, ale nic nie dało. Ponoć dali mu coś na uspokojenie, ale ciężko było mu w to uwierzyć. Zwłaszcza, że już po paru chwilach poczuł się wręcz niesamowicie. Jakby gdzieś odlatywał, przenikał sen oraz rzeczywistość. Położył się na łóżku i spojrzał w falujący sufit. Mógłby teraz odpłynąć a cała reszta nie miałaby już najmniejszego znaczenia. Właściwie to ciekawe ile czasu minęło kiedy się tutaj znalazł. W pewnym momencie stracił zupełnie rachubę czasu. Ale czy to było ważne? Przepadł, i tak naprawdę nikt po nim nie będzie płakał. Ba, niektóre osoby jeszcze się ucieszą z tego powodu.
Skrzypnięcie drzwi oznaczało, że ktoś wkroczył do pokoju. Chłopak leniwie przekręcił swoją głowę konfrontując się ze swoim pierwszym klientem, chociaż wtedy jeszcze do końca nie zdawał sobie z tego sprawy. Zorientował się o co chodzi w chwili, gdy poczuł ciepłe palce przesuwające się po jego wargach. Odepchnął rękę, starając się odsunąć od mężczyzny jak najdalej. Ale nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Ciężkie ciało zwaliło się na niego a dłonie obcego obłapiały go praktycznie wszędzie. Czuł się nimi praktycznie osaczony z każdej strony. Nie tak to wszystko sobie wyobrażał w dniu, kiedy przybył do Desperacji. Miał określony cel i zadania, w które bynajmniej nie wliczały się usługi seksualne. Z nikim. O ile z Ryanem było inaczej, bo chcąc czy nie wracał wspomnieniami do tamtego wydarzenia, gdzie go wziął siłą i za każdym razem czuł przyjemne mrowienie w ciele, tak teraz miał ochotę wymiotować z obrzydzenia. Nie chciał, żeby obce dłonie dotykały go tam, gdzie przedtem utarł szlak Wymordowany. Każdy pocałunek, każde ugryzienie i pozostawienie śladu na ciele anioła jednocześnie odbierało to, co pozostawił jakiś czas temu Ryan.
Nie potrafił walczyć, jego ciało nie potrafiło, odurzone fałszywą przyjemnością i chęcią na więcej. To wszystko było chemicznym kłamstwem. Gdy wylądował na brzuchu a obcy mężczyzna zmusił go do wypięcia i się uległej pozycji, chłopak zacisnął z całej siły powieki, pod którymi zebrały się łzy. Chciał zacząć myśleć o czymś innym, aż tamten wreszcie skończy. Próbował wszystkiego, od najmilszych wspomnień, aż po te najgorsze. Wreszcie spróbował wyobrazić sobie, że tym, który go właśnie rżnie jest sam Ryan. Ale za każdym razem, gdy przed jego oczami pojawiało się chłodne oblicze ciemnowłosego, to dotyk obcego skutecznie go rozmazywał. Był zupełnie inny. Gorszy i mniej przyjemny. Nie potrafił z tymi ciepłymi dłońmi połączyć twarzy Grimshawa. Odwrócił się przez ramię i spojrzał na mężczyznę, siląc się a krzywy uśmiech unosząc przygryzioną wcześniej do krwi wargę nieco ku górze.
- Jesteś już we mnie czy jeszcze nie? Bo w sumie nic nie czuję… – sarknął nieprzyjemnie drżącym głosem. No cóż, słowa najwyraźniej nie spodobały mu się, gdyż twarz anioła została momentalnie przygnieciona do łóżka, że ten z ledwością mógł oddychać, a potem wzdłuż jego kręgosłupa rozszedł się ostry ból, który po chwili został wzbogacony o uczucie ciepła. Kątem oka ujrzał drobne krople krwi, spływające na jasną pościel. Domyślił się, że tamten coś mu zrobić, ukarał go. Wszystko jedno.
A gdy było po wszystkim, wcisnął Nathairowi srebrną monetę w dłoń zapowiadając, że przyjdzie jeszcze raz, pozostawiając po sobie ten obrzydliwy, charakterystyczny zapach miętówek.
Dotrzymał słowa.
Przez kolejne dni przychodził i brał go tak, jak sobie tego chciał. Na przeróżne sposoby, pozostawiając coraz więcej śladów i swoich znamion na ciele anioła, robią sobie z niego prywatną dziwkę. A on się coraz bardziej poddawał, nafaszerowany coraz to większą dawką chemicznego świństwa. Czuł, że wnet zostanie złamany i nic ani nikt nie wyciągnie go z tego dna pełnego mułu.
Dzisiaj wyjątkowo szybko mu poszło, zostawiając go sponiewieranego na łóżku. Czuł, jak pulsują miejsca, gdzie pozostawił ugryzienia, jak jego ciało prosi o chwilę wytchnienia. Ale właściwie było mu wszystko jedno. Wnet przyjdą kobiety, zabiorą go i wymyją. Wcisną trochę papki, podadzą zastrzyk i zostawią, by czekał na swojego klienta, niczym posłuszna dziwka, która powinna wreszcie pogodzić się ze swym losem.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Fucker on 06.08.14 22:04
Był ostatnią osobą, która powinna się tu znaleźć. Nie. Był kimś, kogo nie powinno tu być w ogóle. Wielu powiedziałoby, że był osobą, która doskonale pasowałaby do tego miejsca. Koneser ludzkich ciał. Gdyby tylko miał ochotę, w każdej chwili mógłby zawitać w progach tego zapuszczonego burdelu i poprosić o najlepszą kurwę, jaką mieli, tylko po to, by zaspokoić żądze byle łatwym towarem. W dodatku na jedno pstryknięcie palcami każdy tu zrobiłby wszystko, czego tylko by sobie zażyczył. Mógłby zapewnić sobie kilkugodzinną zabawę, a wykupiona zabawka nie miałaby prawa do wyrażenia choćby najmniejszego sprzeciwu. Zabawkom nie można zabierać głosu. Symulowane jęki rozkoszy były jedyną wbudowaną opcją – to sprawiało, że pomimo wszelkich kombinacji, na które można było sobie z nimi pozwolić, były po prostu nudne. Ta wylęgarnia syfilisu była miejscem dla desperatów.
Nie był desperatem.
Chociaż teraz wydawało się, że niczym nie różnił się od żadnego z nich. Całkiem łatwo przyszło mu ukrycie całego niesmaku, jaki żywił do tych chodzących pustaków, które na życzenie rozkładały nogi przed kolejnymi klientami. Pewnie żaden z nich nie potrafił już zliczyć, ile razy został zerżnięty, ani ile procent z tego było seksem z całkiem znośnymi osobami, a ile z obleśnymi, choć ich martwe spojrzenia jasno oznajmiały, że było im już wszystko jedno. Rozmowa o tym, kto i w jaki sposób ich wziął przybierała ton, którym równie dobrze można byłoby opisać stan pogody na zewnątrz. Grunt, że mieli za co żreć, choćby zniewoleni do granic możliwości. Żadna praca nie hańbi, skwitował ironicznie w myślach, gdyby tylko potrafił, zdobyłby się na cyniczny uśmiech, który byłby kwintesencją tego, co sądzi o tym powiedzeniu. Przemykający przez jego umysł komentarz, doskonale zgrał się z jękiem prostytutki, której opasły klient zażyczył sobie uciech pod murem budynku, gdzie trudno było umknąć przed spojrzeniami przechodniów lub tych, którzy także postanowili zafundować sobie zabawę. Większość z nich z przyjemnością spoglądała na to przedstawienie, inni – ci, którzy z tym miejscem nie chcieli mieć nic wspólnego – odwracali spojrzenia i przyspieszali kroku, a on cały czas wpatrywał się w główne drzwi, wokół których na ogół tłoczyły się rozochocone panie, choć nie brakowało też kilku panów. Pomimo tego, że wyraźnie zmierzał w ich kierunku, srebrne oczy ciągle wpatrywały się w obdrapane drzwi burdelu, skąd znajomy zapach mieszał się z mdlącymi zapachami pachnideł i charakterystyczną wonią seksu, której było tu aż nadto. I pomyśleć, że znalazł się tu tylko przez to, że temu małemu ścierwu poprzewracało się w dupie. Wystarczyło, że oddalił się na chwilę i już zapominał, gdzie jego miejsce.
Może powinien poderżnąć mu gardło?
Czuł się, jakby nagle znalazł się w stadzie wygłodniałych lwów. Wystarczyło, że zbliżył się na niebezpieczną odległość, a pracownicy i pracownice od razu wyczuli okazję. Brzydził się nimi. Brzydził się, gdy obierali się o niego swoimi ciałami o mdlących zapachach, które – jak dla niego – bardziej odrzucały niż przyciągały. Brzydził się, gdy ich palce zaciskały się na jego ramionach, jakby miały uwięzić go na zawsze i już nie puścić. Brzydził się tych martwych oczu, w których tliła się błagalna nuta, jakby liczyli na to, że tym razem poczują cokolwiek. Brzydził się, gdy każdy z nich wypowiadał sprośne obietnice w nadziei, że wybierze właśnie jego. Brzydził się faktu, że przyjęliby za to wszelką zapłatę, choćby koniec końców miała się znaleźć w ich dupie. Gdy czyjeś wargi zahaczyły o płatek jego ucha, z trudem powstrzymał się od gwałtowniejszej reakcji. Miał ochotę rozjebać im wszystkim łby. I tak wiele w nich nie zostało. Ale jeśli nie chciał problemów już na wstępie, musiał zachować spokój. Odmówił im gestem głowy, zdając sobie sprawę z tego, że słowa, które przedarłyby się przez jego gardło, cięłyby niczym ostrza żyletek, które – choć niepozorne – potrafiły porządnie wgryźć się w skórę. Nie obchodził go zawód w ich oczach. Koniec końców musieli ustąpić mu drogę, a gdy wreszcie przekroczył próg, doskonale wiedział, gdzie ma się udać.
Ciemnowłosy ostentacyjnie poprawił ubranie, choć miało to na celu tylko daremną próbę pozbycia się niewidzialnego śladu, który pozostawiła po sobie ta banda jebanych kukieł do pierdolenia. Nie przyszedł tu dla nich. Przyszedł po coś, co już od dawna należało do niego, choć to najwyraźniej nie zdawało sobie z tego sprawy. Nie zareagował na kolejne propozycje reszty wymalowanych ladacznic. W milczeniu mijał kolejne pomieszczenia, z trudem zmuszając się do wdychania feerii zapachów, od których zdążyła rozboleć go głowa. Odruchowo przycisnął palce do skroni i przesunął po niej opuszkami, wiedząc, że to jednak marny lek. Wszystko po to, by wreszcie znaleźć się pod odpowiednimi drzwiami. Te otworzyły się z cichym skrzypnięciem, wpuszczając go do środka...
... by później zamknąć się za nim z wyraźnym hukiem, który z zewnątrz na całe szczęście został zagłuszony gwarem panującym w hodowli zdzir. Na jedną z nich właśnie spoglądał, a jego usta wykrzywiły się w nieskrywanym obrzydzeniu. Jeszcze chwilę temu mógł tylko wyobrażać sobie, co działo się tu z Nathairem, ale wtedy nie przypuszczał, że efekt tego będzie musiał oglądać na żywo. Srebrzyste tęczówki Ryana przemknęły po ciele, zahaczając o rozbryzgi świeżego nasienia na jego udach, jak i o czerwone ślady na skórze. Jeszcze jakiś czas temu podobne były jego dziełem, ale tym razem nie miał z nimi nic wspólnego.
Dlatego stróż miał przejebane.
I wreszcie twarz chłopaka. Wzrok, który wręcz usiłował wywiercić w niej niewidzialne dziury, krył w sobie coś z wyczekiwania. I z pewnością nie czekał na to aż posłusznie rozłoży przed nim nogi.
Nie lubił tkniętego towaru.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Nathair on 07.08.14 23:24
Właściwie to uczucie całkowitego otępienia i zobojętnienia na wszystko dookoła, miało w tym momencie poniekąd swoje dobre strony. Oderwaniu od rzeczywistości podlegał nie tylko umysł, ale przede wszystkim ciało chłopaka. Nie odczuwał żadnego dyskomfortu w związku z tym, co jeszcze kilkanaście minut temu nieznajomy mężczyzna robił z jego ciałem. Tak, jakby powłoka cielesna nie należała w tym momencie do anioła, a była jedynie jakąś obcą skorupą. Pulsujące do niedawna miejsca niczym za odjęciem magicznej różdżki ucichły, pozostawiając po sobie jedynie widoczne i nieprzyjemne ślady.
Od chwili, gdy został sam, nie ruszył się z miejsca. Leżał na boku, w bezruchu wpatrując się w martwy punkt na ścianie naprzeciwko, bez konkretnego celu. Jedyną oznaką, która sugerowała, że chłopak nadal żyje i jest żywą istotą a nie jakąś kukłą, była jego klatka piersiowa, która unosiła się i opadała w nierównym rytmie.
Nawet głośniejszy trzask drzwiami, oznajmiający, że chłopak już nie może nacieszyć się chwilą samotności, nie wywołał jakiegokolwiek ruchu czy też zainteresowania ze strony różowowłosego. Informacja, że ktoś stoi i wpatruje się w niego najwyraźniej w oczekiwaniu na coś, dotarła do jego umysłu z wyraźnym opóźnieniem. Wtedy też poruszył się nieznacznie, sprawiając wrażenie, że lada moment podniesie się spoglądając na swojego nowego gościa. Szybko jednak na powrót zastygł w bezruchu, wypuszczając ze swych płuc powietrze w westchnięciu pełnym zrezygnowania.
- Zapomniałeś czegoś? – zapytał cichym, nieco stłumionym i nieprzyjaznym głosem, który w tym momencie dla samego anioła wydawał się tak odległy, jakby słowa wypowiedział ktoś inny stojący obok. Jednakże nie oczekując na jakąkolwiek odpowiedź, wreszcie się podniósł, siadając na krawędzi łóżka i zawiesił na moment głowę, jakby chciał jeszcze zastanowić się czy warto wstawać z łóżka, czy jednak nie. Na oślep złapał nieco pościeli i przyciągnął ją bliżej siebie, by jej końcem przetrzeć swoje uda, zapewne z zamiarem starcia niedawno pozostawionego obcego nasiania. Jednakże jego ruchy były nie tyle co nieporadne, a spowolnione i opóźnione, że po paru próbach wytarcia wypuścił materiał wydając z siebie ciche cmoknięcie charakterystyczne dla niezadowolenia.
- Zresztą, to już nieważne. – dodał po krótkiej chwili praktycznie do siebie, jakby chciał sam siebie przekonać. I może właśnie tak było. Bo wszystko przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie, a on coraz bardziej wyłączał się na wszystko, dając nieme przyzwolenie do swojego ciała w tym miejscu. Wreszcie odwrócił głowę i spojrzał na swojego gościa nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami. Leniwie przesunął po nim wzrokiem, choć ten utrzymywał się praktycznie na poziomie jego klatki piersiowej, jakby Nathair nie był w stanie unieść wyżej oczu. Właściwie to czekał, aż ten podejdzie do niego, jak zawsze. Z drugiej zaś strony nie był pewny, czy osobnik stojący przed nim jest jego znajomym, który przez ostatnie dni tak ochoczo go odwiedzał. Twarz, jak i cała sylwetka mężczyzny rozmazywała się oraz zlewała się z tłem, a anioł sam nie był w stanie rozpoznać czegokolwiek charakterystycznego w tym osobniku, co mogłoby go nakierować na to, kim jest. W końcu wzruszył ramionami, dochodząc do wniosku, że może to nowy klient. Nieważne, niech zrobią to szybko. Skoro on nie chce podejść, to Nathair sam do niego podejdzie. Im szybciej zaczną, tym szybciej skończą.
Podniósł się z łóżka, z cichym sykiem, gdy świeże strupy rany znajdującej sie na jego plecach w niektórych miejscach popękały od napięcia skóry. Cieniutki łańcuch poruszył się niespokojnie, wydając cichy, charakterystyczny dźwięk, gdy chłopak ruszył w stronę mężczyzny. Ale nawet w sposobie jego chodu było coś innego i obcego, jakby ktoś zupełnie obcy poruszał jego ciałem ciągnąc za niewidzialne sznurki. Mała marionetka. Nawet sam anioł nie czuł, że idzie, nawet tego nie kontrolował. Po prostu się poruszał przed siebie.
Gdy znalazł się już blisko, na moment w matowym spojrzeniu pojawił się mały błysk, gdy w jego nozdrza uderzył znajomy zapach. Przywołał różne skojarzenia, zarówno te lepsze jak i gorsze, ale był pierwszym zapachem, który chłopakowi z czymś się kojarzył. I wywołał w nim tęsknotę za czymś nieokreślonym. Przynajmniej to nie była tak bardzo znienawidzona przez niego miętówka, która najpewniej będzie ciągnęła się za nim już do końca życia i będzie wywoływała mdłości.
Błysk, jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął, a na twarzy na powrót powróciło zobojętnienie, gdy Nathair przykucnął przed mężczyzną. Wszystko jedno, byle szybko to zrobić i mieć znowu spokój. A może, gdy uda mu się go zadowolić ustami to nie będzie chciał nic więcej i sobie pójdzie. Uniósł dłonie i złapał za guziki spodni, które zaczął odpinać powoli, choć w mniemaniu chłopaka to było szybkie. Co prawda nigdy nie zadowalał ustami, nie tak do końca, ale chyba przy tym nie było potrzeba jakiejś wymyślnej sztuczki. Jedno było pewne. Kiedy to zrobi, to oficjalnie i własnowolnie zostanie dziwką. Z tym, że nie będzie drogą dziwką należącą tylko do jednej osoby, a tanią dziwką, którą może mieć każdy.





Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Fucker on 11.08.14 10:41
„Zapomniałeś czegoś?”
Pewnie zdrowego rozsądku. Musiał wylecieć mu po drodze, zanim jeszcze zorientował się, dokąd prowadziły ostatnie ślady anioła. Rzecz w tym, że zawsze wiedział, co robi. To, że i tym razem wiedział, od wewnątrz napawało go czymś w rodzaju irytacji, która nie skupiała się tylko wokół Nathaira, ale i jego samego. Wystarczyłoby, żeby zmienił kurs, zapomniał o wszystkim i chociaż raz ustąpił, a jego oczy już nie musiałyby znosić tego żałosnego widoku. Niby banalne rozwiązanie, ale on nigdy nie ustępował. Myśl, że za niedługo być może rozniesie szczątki różowowłosego po całym pokoju, przestała mu przeszkadzać. Wiedział, że nawet śmierć będzie dla niego lepsza, niż stanie się jednym z nich. Jeżeli całe to przedstawienie miało być przejawem buntu w związku z tym, co stało się jakiś czas temu, źle wybrał. W skali od jeden do dziesięć... Nie. On przekroczył pewne granice, przez co sam w sobie miał już przejebane. Po prostu źle trafił. Powinien słuchać swoich anielskich przyjaciół, gdy ci z całą pewnością namawiali go, żeby wybierał dobrze, a nie pchał się niepotrzebnie w bagno. Bagno, w które Ryan zdawał się wciągać go, jakby widok tego, jak dusi się błotem, był przednią zabawą.
Milczał.
„Zresztą, to już nieważne.”
No pewnie. Mógłby się położyć i rozłożyć nogi przed kimkolwiek, udawać, że sprawia mu to przyjemność, przecież to już nie było nic takiego. Pozwalał okładać się byle klientowi, którego imienia nawet nie poznał. I vice versa. Chłopak pewnie zdążył zyskać sobie osobisty pseudonim. Równie chujowy, co pseudonimy jego kolegów i koleżanek z pracy. Jay przypuszczał też, że jego reklama w tych stronach brzmiała tak tandetnie, że aż dziw brał, że tym wszystkim obleśnym świniom stawał, zanim jeszcze znaleźli się w wyznaczonym pomieszczeniu.
Mała dziwka.
Mężczyzna szybko zorientował się, że Nathair nie był tylko małą dziwką. Był małą, naćpaną dziwką. Martwe spojrzenie nie umknęło jego uwadze. Rozszerzone źrenice, sam fakt, że odwróciwszy się, nadal nie skojarzył faktów... Ciemnowłosemu nadal nie podobało się, że młodzieniec zaczął się do niego zbliżać, ale pozwolił mu na to, szczątkowo wierząc w to, że w którymś momencie zorientuje się, że powinien się zatrzymać, nawet cofnąć. A później błagać o przebaczenie, jeżeli chciał mieć jeszcze cokolwiek wspólnego z szarookim, który wbrew pozorom nie odczułby żadnej straty w związku z nagłym zniknięciem swojego domniemanego opiekuna.
Szkoda, że skrzydlaty trochę się zapomniał.
Spoglądając na niego z góry, Grimshaw miał ochotę wbić go spojrzeniem w podłogę. Gdyby nie to, że jeszcze nie potrafił zabijać samym wzrokiem, różowooki już teraz stałby się krwawą miazgą na posadzce. I tak w obecnej chwili nie był niczym więcej, niż tylko kupą mięsa, które rozpoczęło już swój proces gnilny. Jeżeli wyglądałby równie brzydko, nikt by go już nie tknął. Nawet Ryan, choć on aktualnie z niechęcią wplótł palce w różowe kosmyki. Gest ten był pozornie delikatny, chociaż ostrożność zawarta w nim była kwestią wewnętrznej walki z samym sobą. Nie chciał go teraz dotykać. Wiedział, że gdy tylko nadarzy się okazja, umyje ręce, by zbyć z siebie brud nie tylko stróża, ale i wszystkich, którzy go dotykali. Miał też nadzieję na to, że jeżeli mimo wszystko wyjdzie stąd z aniołem, ten przy pierwszej lepszej okazji wyszoruje się tak dokładnie, że na jego ciele wykwitną świeże rany, aż wreszcie będzie wyglądał, jakby kąpał się we własnej posoce.
Zostaw.
Nathair ― ton jego głosu był opanowany, ale stanowczy na tyle, by odczuć, jak niewidzialne, lodowate igiełki wbijają się w uszy. Nigdy nie nazywał go po imieniu, jednak teraz sytuacja zdawała się tego wymagać. Jakby wystarczyło wypowiedzenie tego, a chłopak już miał domyślić się, o co chodzi. Jak niesforne dziecko, które pomazało pisakiem ścianę i wie, że reprymenda zakończy się nieprzyjemnym uderzeniem pasem. Tu, w akompaniamencie charakterystycznego tonu, zacisnął palce na jego włosach i szarpnął za nie, brutalnie zadzierając jego głowę, by jeszcze raz uważnie przyjrzał się jego twarzy. Niejeden na sam widok poczułby ból w karku. Teraz jedynym problemem stały się narkotyki, które na pewno podziałały na niego znieczulająco. ― Chyba cię popierdoliło, jeżeli myślisz, że sobie na to pozwolę. Aż tak spodobało ci się branie chujów do pyska? Zadziwiające, skoro ostatnio jęczałeś, że nie masz na to ochoty. ― Kąciki jego ust ściągnęły się w zdegustowanym wyrazie. Raz jeszcze szarpnął go za włosy, jednak tym razem po to, by odepchnąć go do tyłu i wreszcie puścić. Szybko zapiął guziki spodni, które aniołowi udało się odpiąć. ― Jak sądzisz, co mam z tobą zrobić?
Jakby w ogóle obchodziło go jego zdanie.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Nathair on 12.08.14 2:09
Ryan praktycznie nigdy nie zwracał się do niego po imieniu. Właściwie chłopak mógłby założyć się o cokolwiek, że ani razu nie usłyszał swego imienia padającego z jego ust. Przywykł już do tego i po jakimś czasie zaniechał przypominania Wymordowanemu jak ma na imię, za każdym razem, kiedy ten używał krótkiego sformułowania „aniele”. Gdyby nie otumanienie narkotykami, krążącymi w jego żyłach i wypalającymi go od środka, oraz od sytuacji w jakiej się aktualnie znajdował, z pewnością spojrzałby na swojego podopiecznego jak na jakiegoś wariata i rzucił żartobliwie, że wreszcie sobie przypomniał jak jego anioł stróż miał na imię. W końcu. Ale atmosfera w pokoju bynajmniej nie nadawała się do wszelakich żartów.
Nathair nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo stąpa po cienkim lodzie. Wystarczył jeden zły ruch, a wszystko dookoła niego pęknie, pozwalając ciemnej otchłani go pożreć. Niestety, z każdym kolejnym ruchem oraz słowem pogrążał się coraz bardziej, kopiąc pod sobą swój własny grób. A fakt, że robił to nieświadomie, że winę za to ponosi żrąca trucizna w jego żyłach, nie był jakimkolwiek usprawiedliwieniem.
- Nie chcesz…? – zapytał z niewinnością dziecka, które w tym momencie nie rozumiało swojego złego postępowania. Bo nie rozumiał. Kiedy tu trafił przed paroma dniami, już na wstępie został poinformowany, że ustami można ugłaskać praktycznie każdego klienta. I kiedy w końcu przełamał się i pogodził ze swoim losem, chciał spróbować tego to spotkał się z odmową. Tak więc jedynym pytaniem, które aktualnie urodziło się w jego głowie, to głupie: dlaczego?
”Nathair”
Cicho wwiercało się pod jego czaszkę, coraz bardziej docierając do jego zatrutej podświadomości. Ciężko powiedzieć, czy to wpływ narkotyków powoli zaczynał przestawać działać, czy słowa mężczyzny dobiły się wreszcie do chłopaka, aczkolwiek Nathair coraz bardziej zaczynał kontaktować. Albo był to wpływ obu rzeczy na raz. Oczy rozszerzyły się nieco bardziej, a wargi poruszyły w niemych słowach, by wreszcie wydobył się z nich głos.
- Znam Twoją twarz. – stwierdził cicho, w tym samym czasie lecąc do tyłu na ziemię, gdy mężczyzna odepchnął go od siebie. Powoli zebrał się do pozycji siedzącej, podciągając pod siebie kolana o które oparł łokcie i wsunął dłonie w swoje włosy, ukrywając tym samym twarz. Jego ciało poruszyło się gwałtowniej w krótkiej fali śmiechu, choć śmiech ten bynajmniej nie był radosny. Nie wiedział, czy jego własny umysł w tym momencie płata mu figle podsuwając to, co chciał ujrzeć, czy to, że stał przed nim jego podopieczny było namacalną rzeczywistością.
- Przyszedłeś zobaczyć, jak bardzo żałośnie wygląda Twój anioł stróż? – sarknął cicho unosząc nieco głowę, by móc spojrzeć na niego z dołu. Szybko jednak opuścił wzrok, czując na sobie ciężkie i lodowate spojrzenie srebrnych tęczówek, które zdawały się w tym momencie ważyć z tonę i wgniatać jego ciało w popękane deski podłogi.
- Czego chcesz? To nie Twoja sprawa. I nie patrz na mnie w ten sposób. Nie prosiłem się o to. Ja… – zamilkł, czując jak coś ciężkiego siada na jego szyi. Przesunął jedną dłoń na obrożę i zacisnął na niej swoje palce. Raptownie czuł, jak się zaciska na jego szyi jeszcze bardziej. Z każdym kolejnym wypowiedzianym przez niego słowem.
„Jak sądzisz, co mam z tobą zrobić?” To było oczywiste. Nic. Odwrócić się i wyjść. Nathair nie potrzebował go. Ze wszystkich osób na świecie to właśnie Ryan musiał ujrzeć go w takim stanie. Wstydził się tego, jak bardzo żałośnie wygląda. A przecież to jego rolą była ochrona Wymordowanego i ratowanie jego dupska, a nie na odwrót. Niepotrzebnie tutaj przychodził.
Nathair zaczął powoli zbierać się z ziemi, dzwoniąc cicho łańcuchem, który obijał się o jego roznegliżowaną klatkę piersiową. Zrobił krok do przodu i zatrzymał się przed podopiecznym ze spuszczoną głową, wyglądając niczym zbity pies.
- Kłamałem. – powiedział cicho i wyciągnął jedną dłoń, zaciskając palce na materiale bluzy Wymordowanego, jakby obawiał się, że ten tak naprawdę nie jest prawdziwy i lada moment zniknie.
- Kłamałem, kiedy mówiłem, że nie chcę nigdy więcej widzieć Twojej twarzy. Za każdym razem, gdy tamten przychodził, to starałem sobie wyobrazić… – uciął nagle, zaciskając jeszcze mocniej palce drugiej dłoni na obroży, napierając na nią chcąc ją zerwać.
- Walczyłem. – mruknął niewyraźnie, z pewnością nie chcąc się usprawiedliwić, aczkolwiek powiedzieć, że nie chciał oddać skóry tanio. Jego ramiona zadrżały od niekontrolowanego dreszczu, kiedy poczuł jak pod powiekami zaczyna go piec.
- Ryan. Zabierz mnie stąd. Zabierz mnie do domu. – powiedział cichym, proszącym głosem, czując, że mężczyzna jest jego jedynym ratunkiem z tego miejsca w tym momencie.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Fucker on 13.08.14 20:47
Nie chciał.
Nawet nie sądził, by było w tym coś innego, ale zdążył już zrozumieć, że postrzeganie świata przez Nathaira, na tę chwilę było lekko skrzywione. Ba! Nawet nie tak lekko. O ile każdy inny na miejscu Ryana pomyślałby sobie, że w tej chwili powinno mu się wybaczyć to małe niedopatrzenie, sam zainteresowany nie był każdym. Nie zamierzał poklepać go po głowie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, a na koniec wynieść z burdelu jak księżniczkę, nie licząc się z protestami innych pracowników czy osób, które rządziły tym miejscem. Jedynym, co mogło uratować teraz skrzydlatego było natychmiastowe wytrzeźwienie. Grimshaw nie liczył na to, że chłopak na pstryknięcie palcami wróci do stanu normalności, ale że przynajmniej przestanie widzieć w nim kolejnego klienta, biorąc pod uwagę, że nie przespałby się z nim, gdyby dla odmiany to jemu zapłacono. Nie teraz. Istniało też wysokie prawdopodobieństwo, że już nigdy.
„Znam Twoją twarz.”
Brawo, Kapitanie Oczywisty.
Tylko tyle miał mu do powiedzenia? Jay machinalnie ściągnął brwi, a wyraz jego twarzy stał się jeszcze bardziej przytłaczający. Na pierwszy rzut oka dało się spostrzec, że to nie to chciał usłyszeć. Anioł nie pomagał w pchnięciu spraw do przodu. Nadal tkwili w jednym punkcie, a transparent nad nim głosił: „Powiedz mi coś, czego nie wiem, kretynie”. Pewnie nie było wielu Ryanów, którym robił za stróża. Chyba że miał pod opieką wszystkich Ryanów świata, jednak nawet wtedy musiałby zapamiętać ich twarze, byleby przypadkiem nie pomóc jakiemuś Peterowi. Pewnie w środowisku aniołów to uszłoby za ujmę i niezmywalną plamę na honorze. Znam twoją twarz, powtórzył w myślach z domieszką kpiny, a z jego ust wyrwało się ociekające goryczą prychnięcie, oznajmiające, jaki w tym momencie miał stosunek do jego jakże ciepłego powitania. Obserwując różowowłosego, powoli dochodził do wniosku, że wcale nie musiał pomagać mu w zespoleniu się z gruntem, on sam ściągał siebie na dno, wieszając sobie na szyi ciężki kamień.
Więcej.
Oczywiście ― potwierdził tonem, który wyciągnął na wierzch cały jego brak skrupułów. Choć Nath nie miał do czynienia z obelgą, to zwyczajne słowo zdawało się na tę krótką chwilę przyjąć jej formę, kumulując w sobie wszystko, co miał mu do powiedzenia. ― Niewiele różni się od oryginału. ― Kolejny gwóźdź do trumny. Problemem w Opętanym było to, że zawsze wyglądał na kogoś, kto zawsze dobierał słowa po uprzednim ich przemyśleniu. Choć był w stanie udzielić szybkich odpowiedzi, nadal miało się tę świadomość, że wiedział, co mówi. Nie działał impulsywnie, a jego opanowanie tylko pogarszało sprawę. Czegokolwiek złego by nie powiedział, ciężko było machnąć na to ręką i z rozbawieniem stwierdzić, że na pewno tak nie myśli. Każdy wiedział, że tak myślał, a zatem naprawdę uważał, że jego opiekun był żałosny i bez potarganych włosów, i bez tej tandetnej obroży z łańcuszkiem, i bez spermy jakiegoś grubasa w sobie i na udach. Był. Oczywiście, że był. Dzieciak, który sądził, że może porwać się z motyką na słońce. Tym, co różniło – jak to ciemnowłosy ujął – „oryginał” od tego, co właśnie miał przed oczami, był fakt, że pierwotna wersja nie była odrażająca.
Co z twoją czystością, głupi aniele?
I jeszcze kazał mu nie patrzeć na siebie w TEN sposób.
Niedoczekanie. Lśniące oczy nadal wbijały chłopaka w ziemię, ich tęczówki wyglądało, jakby osiadł na nich szron, który teraz wręcz odczuwalnie chciał dać do zrozumienia Nathairowi, jak niska temperatura panowała w świecie, który ulokowany został w powłoce cielesnej wymordowanego. Nie wyglądało na to, by szatyn zamierzał udzielać mu jakiejkolwiek odpowiedzi, choć z drugiej strony po prostu nie wcinał mu się w słowa, gdy dostrzegł, że różowooki mimo wszystko miał do powiedzenia coś jeszcze. Obserwował jak gramoli się z podłogi i jak powoli zaczyna się zbliżać. Wtedy miał ochotę się cofnąć, uświadamiając młodzieńcowi, że ma trzymać się z dala od niego. Na szczęście – rzecz jasna, dla skrzydlatego – pozostał na miejscu i pozwolił, by drobna dłoń dosięgnęła jego bluzy w akompaniamencie przyznania się do kłamstwa.
Reszty zdecydowanie nie chciał usłyszeć.
Nie obchodziło go, co sobie myślał ani to, że walczył, bo walka najwidoczniej nie była taką z całych sił. Gdy Nath wypluwał z siebie słowa, niezrozumiała irytacja wzbierała w nim i osiadała ciężko na jego płucach, jakby chciała wymusić na nim przyspieszony oddech ze złości. Przez całe swoje życie nauczył się radzić sobie z podobnymi odruchami, jednak gdy tylko jego stróż zamilkł, rozłożona dłoń mężczyzny uniosła się w sądzącym go geście, by chwilę później zderzyć się z policzkiem młodzieńca. Z brakiem przejęcia przyjrzał się czerwonemu śladowi, który po sobie pozostawił, wiedząc, że pomimo tego, że cios był silny i na pewno przyniósł ze sobą silne pieczenie, potraktował go delikatnie.
Od kiedy jesteś taki pobłażliwy, Ryan?
Ostatni raz.
Po tym wszystkim te słowa brzmiały, jak cholerne zbawienie.
A może i nie?
Bez słowa wyjaśnienia ściągnął bluzę przez głowę, co wyglądało tak, jakby nagle zmienił zdanie i zamierzał wpakować mu się do łóżka, a ostatni raz miał oznaczać właśnie ich ostatni wspólny stosunek. Akurat. Zbyt duży ciuch opadł na głowę stróża, skrywając jego żałośnie zaczerwienioną twarz, jednak nie miała spełnić roli maski. To oczywiste. Była na tyle duża, by skryć intymne partie ciała drobnego chłopaka. Srebrnookiemu wcale nie uśmiechało się dzielenie się swoimi ubraniami, ale chyba jeszcze bardziej nie uśmiechało mu się wyprowadzenie go stąd w... tym. Cokolwiek to, kurwa, było. Ktoś tu zapomniał, że ściąganie ubrań, to jednak też frajda, ale – fakt faktem – ktoś, kto płacił za seks, pewnie nie zdążył zdobyć odpowiedniego doświadczenia.
Zakładaj. ― Tak, to był rozkaz. Nie zapomnij też pozbierać swojej cholernej godności z podło-- A fakt, już jej nie ma. Jak reagują na ucieczki? ― spytał, odwracając się tyłem do chłopaka i podszedł do drzwi, uchylając je lekko. Wolał być przygotowany na ewentualną falę niezadowolenia.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Nathair on 15.08.14 23:30
Nie wiedział, czego może spodziewać się po mężczyźnie. Nie w takiej sytuacji jak ta, choć i w normalnych warunkach ciężko było zgadywać, co chodzi mu po głowie. Był nieprzewidywalny i praktycznie nigdy nie było wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Właściwie to obecność Wymordowanego w tym miejscu zakrawała praktycznie o cud. Ale Nathair w tym momencie nawet nie był w stanie zastanowić się nad tym głębiej, jego mózg nie funkcjonował tak, jak powinien. Plus nie wiadomo, czy przeżyje to spotkanie. Ryan równie dobrze mógł się tutaj pojawić tylko po to, żeby rozszarpać jego dziwkarskie gardło i pozostawić w agonii, duszącego się własną krwią. I w sumie nie zaskoczyłoby anioła coś takiego. Gdzieś głęboko w nim cichy głosik podpowiadał mu, że taki los byłby o wiele lepszy, niż ujrzenie oddalających się pleców ciemnowłosego, który postanowiłby pozostawić go na pastwę zwierząt z burdelu o niekończącym się libido. I chociaż teraz każde spojrzenie mężczyzny przeszywało go na wskroś, wywoływało nieprzyjemne dreszcze na jego ciele i okropne poczucie winy, to nawet to byłoby lepsze.
Organizm chłopaka w tym momencie nie funkcjonował tak, jak powinien, przez co Nathair pozwalał sobie na czyny oraz słowa, które normalnie zachowałby dla siebie. Nie był w stanie trzeźwo określić swojej pozycji i tego, na co może sobie pozwolić. Dlatego też było niemal pewne, że gdy jego organizm oczyści się z toksycznych narkotyków i kiedy wreszcie dojdzie do niego to, co się stało, co w tym momencie sobą prezentował i słowa, które wypowiadał, sprawi, że nie będzie w stanie przez jakiś czas spojrzeć w oczy swojego podopiecznego. O ile w ogóle kiedykolwiek będzie to możliwe. Bo będzie mu najzwyczajniej w świecie wstyd. I już nie tylko dlatego, że role w ratowaniu dupska zostały odwrócone, ale dlatego, że Nathair został ujrzany w jednej z najbardziej upokarzających człowieka chwil. O ile Ryan zabierze go z tego miejsca.
Czekał.
Na cokolwiek. Słowo, odepchnięcie, uderzenie. Jakąkolwiek reakcję ze strony Wymordowanego. A ta przyszła szybciej, niż zakładał. Uderzenie było mocne, gdy chłodna dłoń przecięła powietrze i zderzyła się z policzkiem chłopaka. Pod wpływem siły odwrócił gwałtownie głowę w bok, czując jak skóra momentalnie zaczyna go piec. Choć i tak został nad wyraz łagodnie potraktowany, biorąc pod uwagę siłę mężczyzny, z którą bez większych problemów mógł pozbawić anioła głowy. Zaskoczenie, które na drobną chwilę zawitało na jego twarzy szybko zostało wypchnięte przez obojętność. Zrozumiał przekaz. Jak na rozkaz zabrał swoją dłoń, która przez ten cały czas tak rozpaczliwie chwytała się bluzy mężczyzny. Nawet nie drgnął na kolejne jego słowa, nie chcąc pozwolić sobie na ułudną nadzieję, gdyż pod ich powłoką mogło kryć się naprawdę wiele. Dopiero w chwili, gdy ciemna bluza opadła na jego głowę, serce chłopaka zabiło o wiele mocniej. Bo to oznaczało, że nie zostawi go tutaj.
Naciągnął na siebie za duże ubranie, które okrywało jego ciało do połowy ud, ukrywając to, co powinno, po czym zaciągnął szeroki kaptur na swoją głowę, chcąc przy tym ukryć twarz. Nie odpowiedział, a jedynie skinął głową na znak, że rozumie i słowa Wymordowanego dotarły do niego.
Mimo jego kąciki ust drgnęły nieposłusznie nieco ku górze, gdy do jego nosa uderzył zapach mężczyzny, szybko jednak opadły, gdy Ryan zwrócił się do niego z pytaniem, na które chłopak nie był w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Znowu.
- Nie wiem. – odparł w końcu cicho, robiąc krok do przodu nie chcąc w żaden sposób zostać w tyle. Bo drugiej szansy już nie dostanie. Właściwie TO było jego drugą szansą, której nie mógł zaprzepaścić.
W momencie, gdy dłoń mężczyzny pchnęła drzwi uchylając je nieco bardziej, bo drugiej strony niczym z ziemi wyrosły dwie kobiety o dość ładnej urodzie i ubrane równie egzotycznie co Nathair, choć w ich przypadku materiał zasłaniał zdecydowanie więcej. Jedna z nich trzymała w obu dłoniach miskę z wodą, druga strzykawkę z jakąś białą cieczą. Najwidoczniej o tym anioł również zapomniał wspomnieć, że bardzo często miewał tego typu gości. Wesołą rozmowę obu kobiet przerwało spojrzenie, które utkwiły w twarzy Ryana przez moment nie rozumiejąc, co on tu robi. Być może przez chwilę wzięły go za niezapowiedzianego klienta, a być może stwierdziły, że pomyliły pokój, gdyż jedna z nich zaczęła się cofać chcąc spojrzeć na drzwi. Wzrok drugiej z kobiet przesunął się zza ramię mężczyzny i utkwiło w aniele. Widząc zaskoczenie a potem przerażenie na jej twarzy łatwo można było wyczytać, że zaczyna rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Wypuściła z dłoni miskę wylewając wodę na podłogę i zaczęła coś krzyczeć w niezrozumiałym języku. Najwidoczniej jej krzyki były skutecznie, bo już po paru sekundach w obskurnym korytarzu pojawiło się dwóch, dość rosłych i krzepkich mężczyzn. Najpewniej robiących tutaj za ochronę czy coś w tym stylu. Co prawda posiadali broń przy pasie, ale najwyraźniej postanowili wziąć Ryana siłą, gdyż nie tylko wzwyż ale i wszerz byli więksi. Prawie jak zmutowane buldogi, które ruszyły ciężko w jego stronę.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Fucker on 16.08.14 15:44
„Nie wiem.”
No tak. W końcu na co innego mógł liczyć? Nic dziwnego, że ta odpowiedź nie zadowoliła go w najmniejszym stopniu i to wcale nie dlatego, że nie naprowadziła go na przygotowanie sobie jakiegokolwiek planu wydarzeń. Był na tyle elastyczny w kwestii pakowania się w kłopoty, że ewentualne starcie nie przyprawiało go o chęć nagłego wycofania się. Chodziło tu raczej o samego Nathaira. Skoro nie wiedział nawet tego, stawało się jasnym, że nawet nie próbował uciekać. Mógł zrzucić to na wpływ narkotyków, ale nie wiedział, co działo się z chłopakiem przez ten cały czas. Musieli fundować mu jakieś chwile wytchnienia, chociaż w obecnych czasach nikt nie pamiętał już o humanitarnym traktowaniu. A już na pewno nie było o nim mowy w takim miejscu. Ktoś zdechnie, to zdechnie. Niektórych klientów podniecają zwłoki, nie? Można korzystać póki ciepłe, a później wypierdolić i zostawić na pastwę losu wygłodniałych zwierząt.
No trudno, mruknął w myślach naciskając na klamkę mocniej i wreszcie otworzył drzwi, które rozchyliły się na całą szerokość w akompaniamencie cichego skrzypnięcia, świadczącego o tym, że zawiasy miały już za sobą lata świetności. Na twarzy srebrnookiego pojawiło się lekkie skrzywienie, jednak nie było ono efektem nieprzyjemnego dźwięku. Niezadowolony grymas okazał się być prezentem powitalnym dla dwóch kobiet, które właśnie zamierzały wejść do pokoju. Spojrzenie mężczyzny zahaczyło o strzykawkę, a w następnej kolejności o miskę, która – jak szybko się okazało – wylądowała na ziemi. Dość spora część wylanej wody znalazła się na jego butach. Wydawałoby się, że w tej sytuacji pracownica powinna była go przeprosić, ale zdaje się, że niezrozumiałe krzyki wcale nie świadczyły o poczuciu skruchy.
B ł ą d.
Narastający odgłos zbliżania się przez kogoś sprawił, że Ryan zareagował bez większego zastanowienia. Silna dłoń zdecydowanym ruchem dosięgnęła szyi wrzeszczącej dziwki, sprawiając, że jej koleżanka pisnęła z przerażenia i gwałtownie odsunęła się, przez co spektakularnie potknęła się o własne nogi i upadła na ziemię. Strzykawka wypadł jej z rąk i wylądowała tuż obok nogi ciemnowłosego, który właśnie dusił jej znajomą. Nie. Wróć. Nie dusił jej – to, co widziała było w dosłownym znaczeniu miażdżeniem jej szyi. Istotnie, palce zaciskały się na jej ciele, jakby próbowały się w nim zatopić, ale prócz tego kurtyzana została przyciśnięta do ściany z tak dużą siłą, że wydawało się, że gdyby nie napotkana przeszkoda, kręgi i krtań przebiłyby się przez jej kark i ujrzały światło dzienne. Trzask, który towarzyszył ich łamaniu przyprawiłby o mdłości osobę o słabszych nerwach. Trwało to zaledwie krótką chwilę, tak krótką, że nawet ciche „Proszę” wypowiedziane przez drugą kobietę, wyrwało się z jej ust, gdy było już za późno. Jej droga przyjaciółka osunęła się na ziemię w akompaniamencie łamiącego się plastiku, gdy podeszwa buta nastąpiła na strzykawkę przepełnioną zdradliwym narkotykiem. Wybałuszone, przekrwione oczy martwego ciała wpatrywały się przed siebie. Tak, że gdy Grimshaw odsunął się, wyglądała jakby właśnie z przerażeniem i jakimś cichym wyrzutem wpatrywała się właśnie wprost w anioła. Niełatwo zapomnieć o takim widoku. Chyba że jest się bezdusznym skurwielem, którego ów nawet nie zadziwił. A Jay'a na pewno nie zadziwił. Nie wspominając o tym, że miał teraz inne sprawy na głowie. Innymi sprawami byli oczywiście dwaj mężczyźni zbliżający się do niego. Jeden z nich krzyknął niezadowolony. Żaden nie próbował sięgnąć po broń, chociaż mogli próbować ustrzelić swój problem.
Prawdziwe marnotrawstwo.
Może zostałby na dłużej, gdyby nie to miejsce. Może zatrzymaliby go na dłużej, gdyby byli sprytniejsi. Ale nie byli, a Opętany tego dnia nie zamierzał bawić się w podchody. Chciał stąd wyjść. Tak cholernie miał dość mdlącego zapachu, widoku tych zużytych ciał, pustych spojrzeń, że był gotów rozpierdolić całe to miejsce. Tym sposobem wyświadczyłby przysługę im wszystkim, bo nie dało się nie zauważyć, że większość trzymano tu na siłę. Nie był jednak na tyle dobry, by uratować ich wszystkich, a i wystarczyło niewiele, by zapałali strachem i rozsunęli się na boki. Dwaj goryle, którzy sprawowali pieczę nad tym miejscem, szybko pożegnali się ze swoimi życiami. W tej jednej chwili stracili swoją drugą szansę. Najpierw dwa podłużne cienie wyrosły zza ich pleców, kołysząc się niczym zaklinane węże. I podobnie jak w przypadku węży – wystarczył niewłaściwy ruch, by jadowite gady zaatakowały. Z truciznami było różnie. Czasem potrzeba było kilku minut, by jad powalił żywą istotę na łopatki, czasami była to kwestia sekund albo dosłowna chwila. Tu wystarczyła chwila. kołyszące się wstęgi nagle zastygły nieruchomo, formując się w ostre szpikulce, które – choć nie błyskały w słabym świetle – wyglądały na takie, które bez problemu mogły przebić się przez ciało, a nawet ugrzęznąć w kości, co dość ostentacyjnie zademonstrowały, gdy nagle z impetem wystrzeliły wbijając się w potylice mężczyzn i, niczym wystrzelony z lufy przystawionej do jeden skroni pocisk, przebiły się na drugą stronę, by później rozmyć się w powietrzu niczym papierosowy dym, pozostawiając po sobie krwawiące otwory w głowach, które widoczne były jeszcze zanim dwa ciała upadły na ziemię, jakby chciały złożyć niski pokłon nowemu władcy.
Dookoła zapadła absolutna cisza. Chłodne spojrzenie zawisło na drzwiach wyjściowych, w stronę których skierował się wymordowany, już nawet nie zachęcając stróża, by poszedł za nim. Wiedział, że chłopak zrobi to mimo wszystko. Ominął ciała leżące na jego drodze, jakby brzydził się dotknąć je choćby butem. Dopiero po paru sekundach za plecami rozległ się cichy płacz kobiety, a niepewne szepty zdawały nieść się echem. Musiał już tylko odprowadzić skrzydlatego, zostawić go w domu i już nigdy więcej tu nie wracać. Na tę chwilę wystarczyło mu to, że wyszedłszy z burdelu mógł odetchnąć świeższym powietrzem.

    z/t + Nathair.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Gość on 11.01.15 13:43
Pogoda na zewnątrz nie sprzyjała spacerom, nic więc dziwnego, że postanowiła zajrzeć do przybytku rozkoszy. Dziewczyny posyłały jej przyjazne spojrzenia, a sama burdelmama spoglądała na nią przychylnie, gdy siedziała przy barze, sącząc drinka. Po śmierci Eveline spędziła tu całkiem dużo czasu, pomagając rozkręcić interes. Wtedy jeszcze medalion działał tak, jak powinien, więc z łatwością potrafiła zadowalać klientów, spełniając każde ich zachcianki, a gdy nie mogła sama tego zrobić, wskazywała odpowiednią dziewczynę, która dzięki niej zgarniała dodatkowy napiwek. Tak, burdelmama była z Tiago wyjątkowo zadowolona.
Mimo że było jej tak dobrze tutaj, musiała stąd uciec, gdy tylko zaczęły się problemy z medalionem. Nie potrafiła poradzić sobie ze świadomością, że nagle jakość jej usług spadła. Mimo że podopieczna prostytutek nigdy jej stąd nie wyrzucała, dziewczyna sama odczuła potrzebę ucieczki, zanim znów zacznie być wyzywana od najgorszych. Coś jej mówiło, że prędzej czy później i tak by do tego doszło, nieważne, ile razy usłyszałaby, że jest inaczej.
Tak więc teraz siedziała, sącząc słabego drinka i popalając swoją fajkę, chłonąc na nowo atmosferę tego przybytku. Dla niej drzwi wciąż pozostawały otwarte, wciąż traktowana była jako członek zespołu. Dobrze się z tym czuła, mimo że wciąż nie czuła się na siłach, by wrócić. Szczególnie, że medalion nadal był bezużytecznym, sentymentalnym świecidełkiem...
- I jak, radzisz sobie? - Barman, młody chłopak, nieco starszy od niej, zagaił rozmowę, wycierając kieliszki. Ruch o tej porze był niewielki, więc nie miał wiele do roboty. Znając tajemnice Tiago i tak darzył ją sympatią, choć po części wywołana ona była litością. Dziewczyna była wyjątkowo tragiczną postacią, nawet jak na Desperację.
- Nie narzekam. Ostatnio trafiłam do kościoła... Muszę przyznać, że było całkiem przyjemnie. Może nawet zostałabym tam na dłużej... - Zaciągnęła się dymem, by powoli wypuścić go ustami. Wbijając zamyślone spojrzenie gdzieś w dal, wyciszyła się, ciesząc się z tych krótkich chwil, kiedy osobowości nie walczyły ze sobą. Czuła się tu naprawdę jak w domu.
- Poważnie? Czyżby Ao do ciebie przemówił? - Spytał ironicznie, wcale się z tym nie kryjąc. Od lat było wiadomo, że kpi z kościoła i całej tej wiary, ale jakoś nikt się tym nie przejmował.
- Coś ty. Ale miałabym swój kąt, ciepłe łóżko, pełny brzuch... No i nie musiałabym się bać, że... No wiesz.
- Tu miałaś dokładnie to samo. Wiesz, wciąż jest dla ciebie miejsce, jeśli tylko chcesz.
- Nie. Nie mogłabym i doskonale wiesz, dlaczego.
- Och, tak... Zapomniałem... Wciąż nie działa? - Spytał, zabierając jej pustą już szklankę i zastępując nową. Dziewczyna tylko pokręciła głową, upijając łyk nowego drinka. Na wspomnienie o bezużytecznym medalionie, w momencie spochmurniała. To było dla niej wyjątkowo bolesne...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Gość on 11.01.15 16:08
Pogoda była do dupy. Tragicznie. Ale przyzwyczaił się. W takiej chujowej okolicy pogoda musiała odpowiadać realiom tej okolicy, więc zgodnie z tym, również taka była. Mimo tego, że okolica była jaka była, czuł się tutaj dobrze. W końcu wystarczyło spojrzeć na jego ubiór nawet. Idealnie wtapiał się tutaj w tło, wyglądał, jakby to tutaj był od zawsze. Płaszcz wtapiał się w szare, brudne tło okolicy, lekko go maskując co było efektem niezamierzonym tak na prawdę. Z rękoma w kieszeni i narzuconym na głowę kapturem, szedł sobie powoli przed siebie, mijając kolejne budynki. Bar, jakieś domy. Bar. W sumie dobry pomysł, ale tam zawsze było tłoczno, a on nie lubił tłoku. Zresztą, znał ten bar. I sam Corel nie był tam zbyt miło widziany, ot awantura. Dał komuś po pysku, pobił się, poszedł w ruch nóż, no i cóż... Facet był lekko ranny a Corel się zmył, zanim ktokolwiek pomyślał o złapaniu go czy coś. I tak go nikt nie rozpoznał. No, pewnie większość obecnych zapamiętała ten jego charakterystyczny płaszcz. Ale to wszystko. Wzruszył ramionami. Gdyby chciał to bym tam wszedł jeszcze raz i by znowu spuścił łomot komuś kto by się napatoczył. O to nie ciężko, u Corela łatwo sobie załatwić bójkę, wystarczy słowo wręcz. Albo mniej, czasem nawet gest, a on już załatwiał resztę. Zwłaszcza, jeżeli był pod wpływem alkoholu, którego, jak to najemnik, lubił się napić.
No ale nic, kontynuował swoją drogę, no i na co się natknął? Aaa, na całkiem zacny budynek! Mianowicie burdel. Miejsce w którym można było robić wiele ciekawych rzeczy. Od picia, po równie ciekawe... Niee, ciekawsze rzeczy. Po coś to tam są te wszystkie dziwki. A Corel, no cóż. Płeć przeciwną do swojej bardzo lubił, głównie w łóżku. Poza nim, zresztą też, zwłaszcza jak było na co patrzeć. Przy sporych wielkości brązowych drzwiach stało dwóch dryblasów strzegących wejścia do środka. Wzruszył ramionami. Chyba nie miał wyboru, nie chciało mu się iść do najbliższego baru który i tak stąd był chwilę drogi. No nic. Niech będzie. Ruszył ku drzwiom i nawet nie racząc dwóch ochroniarzy spojrzeniem, otworzył drzwi i wszedł do środka. Nie było tłumów, idealnie. Pewnie albo większość gdzieś się pieprzyła, albo po prostu o tej porze było tu mało istotek. Ale, to dla niego było mało istotne. Brak tłumu i tyle, reszta go nie obchodziła. Przy barze była jakaś drobna istotka, zapewne jedna z tutejszych pań. Rozmawiała z barmanem. Podszedł do baru, po drodze zrzucając z głowy kaptur. Usiadł przy ladzie.
- Ej, młody. Nalej coś mocniejszego. - rzucił rzucając krótkie spojrzenie najpierw barmanowi, później jego rozmówczyni. Zlustrował ją uważnym spojrzeniem. Młoda, wyglądała na jakieś piętnaście lat. I już się puszczała. Prychnął pod nosem. Takie realia, co poradzić?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Burdel

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Powrót do góry

- Similar topics