:: Eden :: Rajskie miasto




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 4 z 20 Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 12 ... 20  Next   

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Sro Sie 20, 2014 11:56 pm
Dłoń, która nadal bezwiednie zwisała nad kanapą uniosła się leniwym ruchem i podparła piegowaty policzek Growlithe'a, który przechylił się nieco na bok, aby móc, wsparty ręką i oparty łokciem o oparcie, przyglądać Nathairowi, w skupieniu chłonąc jego słowa. Prawdę mówiąc od dawna nie był zainteresowany jakąkolwiek rozmową. Słowa ludzi go męczyły, nużyły, usypiały lub irytowały. Niejednokrotnie odciął się od cudzej paplaniny, uciekając myślami do bardziej intrygujących tematów. Tym razem pozycja, w jakiej się usadził, była absolutnie nieadekwatna do stanu, jaki naradzał się gdzieś w środku ciała. Szarpanie narosło, sprawiając, że było mu... jakby... niedobrze? Zamrugał nagle, niemalże zaskoczony, po czym skrzywił się i uciekł zażenowanym wzrokiem na bok. Prawdę mówiąc sądził, że anioł sobie z niego żartuje. Teraz, gdy usłyszał pierwszy z „wielce ważnych” faktów o Nathanielu przed oczami stanął mu obraz, o który nigdy nie prosił.
Boże...
Jęknął w myślach, podrywając wolną rękę i przesunął paznokciami po lekko zaczerwienionym policzku, gdy wracał wzrokiem z powrotem do twarzy Nathaira, najwidoczniej ciesząc się w duchu, że ten błądzi spojrzeniem gdzieś po ścianach pokoju. Nie udało mu się do końca zdrapać bladych rumieńców, jakie przyprószyły jego twarz, ale odsunął ostatecznie dłoń i ponownie wsłuchał się w opowieści o Nathanielu. Zaskakujące... że nic praktycznie o nim nie wiedział. Pięć bitych lat. Od pięciu lat, dzień za dniem, budząc się i idąc spać, przed posiłkiem, w trakcie i po nim; za każdym razem zadawał pytania, obrzucał go toną niepotrzebnych informacji, łaknąc czegoś w zamian. Czegokolwiek. Czegoś nawet tak prostego jak alergia na owoce morza, jak nienawiść do zwierząt (która swoją drogą mocno uraziła Growa). Wkurzające. Jace zdał sobie właśnie sprawę, że ma pełne prawo do wypytywania innych o swojego stróża. W końcu Levittoux wiedział o nim wszystko, bynajmniej nie za sprawą gadatliwości Wilka. Faktycznie, Jace nigdy nie wzbraniał się przed dotykiem anioła, nawet po tym, gdy dowiedział się, że lekkie muśnięcie opuszkami palców, pozwala Nathanielowi ujrzeć przeszłość, ale to jeszcze nie oznaczało, że mógł wykorzystywać swoje atuty tak często.
- Serio? - parsknął, słuchając wywodu na temat wody.
I pomyśleć, że jego opierzony strażnik Teksasu wyrobił sobie styl pływania na kamienia. Growlithe odchrząknął, rozmywając chmurkę myśli, na której wrzucał Nate'a w środek głębin oceanu, a potem w bohaterskim geście... brew kolejny raz drgnęła nerwowo. Dlaczego Nathair urywał akurat w tak ważnym momencie, gdy zaczynał się temat podopiecznych? Na samo wspomnienie Tomomi spomiędzy ust Growa wyrwał się buntowniczy pomruk, łudząco przypominający trzask łamanej na pół gałęzi... lub warknięcie wilka.
- W porządku. Ale tylko dlatego, że Nate zwykle nic mi nie mówi - skłamał, mrużąc ślepia. Nate nigdy mu nic nie mówił. - Po pierwsze, Ryan to szowinistyczna świnia. Masz szczęście, że mimo ślicznej, dziewczęcej buźki, jesteś chłopcem. - Odchrząknął. - Mężczyzną. Nie mam pewności, czy jest jakakolwiek kobieta, którą jest w stanie tolerować. Zważ, że nie powiedziałem „lubić”. To nie ten typ. Nie jestem ani jego ojcem, ani matką, ale postawię na szali swoje życie, bo jestem pewien, że nie ma na świecie osoby, która przekonałaby go do tej płci. Z tym wiąże się całkiem ciekawa historyjka. - Zachichotał cicho. Na ułamek sekundy jego twarz pojaśniała. Dokładnie tak, jakby opowiadał o starym kumplu, z którym dorastał. - Tak czy siak, to żadna trauma z dzieciństwa, ani problemy wahania orientacji. Zwyczajnie sądzi, że są zakłamaną, niższą formą życia. A ty, Nath? Co sądzisz?
Zacmokał, krzyżując nagle nogi w kostkach. Ile wiedział o Grimshawie? Ile mógł zdradzić? Wymruczał cichutkie „hmmm”, w zasadzie samemu będąc zaskoczonym, jak sporo informacji przychodzi mu teraz na myśl. Wiedział o Ryanie więcej niż o Nathanielu, choć ich ranga była do siebie nieporównywalna. W dodatku Nate był rudy... Growlithe pokręcił głową, odpychając od siebie tę myśl. Musiał byś śliczny... Mózgu, proszę.
- Po drugie - podjął temat - pewnie już się zorientowałeś, że Ryan jest silny. Potrafi zapanować nad cieniami, zamienić się w wielkiego kociaka, jest też w stanie odbudować wyrwaną kończynę, stworzyć ją od podstaw. Ale co jakiś czas jego prawa ręka promieniuje obrzydliwym bólem. Staje się wtedy całkowicie bezużyteczna. Na szczęście skurwysyn jest samowystarczalny. Będąc oburęcznym, nawet coś takiego jak czasowy niedowład ręki zdaje się nie mieć znaczenia. Co do rąk, prócz tego, że są wiecznie skąpane we krwi, odcinają się nieprzyjemnym wręcz chłodem. Zawsze nienaturalnie lodowate. Pewnie zdążyłeś się o tym przekonać - rzucił złośliwie. - Oczywiście, niczego nie sugeruję, Nath. Po prostu Grimshaw sypia wyłącznie z mężczyznami. Nigdy nie widziałem, by się uśmiechał, ani żeby choć wydawał się zadowolony. Jak sądzisz? Jesteś w stanie uchronić jego szczęście, aniele? - Cmoknął w powietrze. - Szczerze wątpię. - Koniec. Przekwalifikuje się na bycie wróżką. Przepowiadanie przyszłości idzie mu zbyt świetnie, aby zignorować taki talent. - Co by tu jeszcze ci powiedzieć? Coś, za co by mnie nie zjadł... hm... właśnie. Jedzenie. Mięso. Niby warzywa też zje, ale jeśli przyrządzisz mu coś z groszkiem lub papryką, to zwiedzisz M1, M3 i M4... jednocześnie. Jeśli wiesz, co mam na myśli. Jest jeszcze jedno zabawne danie, które lubi, ale o tym może za chwilę. W końcu powiedziałem ci nawet o tym, że z nim sypiam, bo jest rewelacyjny w łóżku. - Znów zaśmiał się cicho, by zaraz jego ramiona uniosły się i opadły w obojętnym geście. - Dlatego wiem o każdej bliźnie na jego ciele, o każdym najdrobniejszym zranieniu, o tym, że jego dotyk nie zawsze sprawia ból. Ah, wiedziałeś o tatuażu ciągnącym się wzdłuż jego kręgosłupa? Znaki w kanie. Kiedyś powinienem się im bliżej przyjrzeć... - zakończył westchnięciem, by zaraz unieść jedną brew, jakby tym samym dał znać Nathairowi, że teraz jego kolej.
Ping-pong.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Czw Sie 21, 2014 1:34 am
Słuchał uważnie każde wypowiedziane słowo przez mężczyznę. Niemal chłonął je niczym gąbka wodę, starając się wryć wszystko w swoją pamięć. Chociaż o to nie było trudno. Wiedział, że akurat te informacje zapamięta, choćby niewiadomo co. W końcu tyle lat czekał na cokolwiek odnośnie Ryana, jakiegokolwiek skrawka informacji. Zdał sobie sprawę jak bardzo był do dupy do tej pory, jeśli chodzi o swoją rolę stróżowania nad nim. Powinien już wcześniej spróbować dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek, a nie liczyć na to, że coś samo wpadnie. Miał ochotę zdzielić się po gębie za swoją pieprzoną ignorancję. Dziesięć lat. Dziesięć cholernych lat, a on wiedział o Ryanie tyle co nic.
Kiedy Growlithe mówił, Nathair nawet na sekundę nie spuszczał z niego swojego spojrzenia, jakby w obawie, że nawet najdrobniejsze słowo może mu umknąć. Nieświadomie zaciskał coraz mocniej palce na łokietnikach fotela, jakby zaraz miał wbić w poszycie swoje palce. Nie wiedział ile Ryan zna się z Growem, aczkolwiek w pewien dziwny sposób czuł nieukrywany respekt do białowłosego. No bo tak naprawdę posiadać chociaż połowę wiedzy odnośnie ciemnowłosego to i tak sukces. Nathair nie karmił się złudzeniami, że dowie się wszystkiego, co możliwe. Z pewnością były takie rzeczy, o których nie powinien się dowiedzieć od osób trzecich, nawet za cenę wiecznej niewiedzy, aczkolwiek nie mógł powstrzymać narastającej ekscytacji na dowiedzenie się każdego faktu, nawet wydawać mogłoby się, że trywialnego. Ale dla anioła żadne informacje odnośnie Wymordowanego nie były trywialne.
Chociaż była jedna rzecz, o której Nathair wiedział. A mianowicie to, że Ryan niekoniecznie przepadał, choć to i tak bardzo eufemistyczne określenie, za kobietami. W zasadzie praktycznie nigdy też nie widział w jego obecności żadnej przedstawicielki płci pięknej. Oprócz Mio i Taihen, choć one były i tak w dość specyficzny sposób traktowane. Przechylił się bardziej w stronę mężczyzny, gdy ten napomknął coś o ciekawej historyjce, jednakże najwidoczniej nie było mu dane jej poznać. Przynajmniej nie w tej chwili, a chłopak nie chciał przerywać. Growlithe również nie wchodził mu w słowa, kiedy mówił, w miarę cierpliwie czekając na to, co padnie z ust rożowowłosego. Dlatego też nie odpowiedział na zadane pytanie, uznając je za retoryczne. Bo to, co sądził w tym momencie nie miało najmniejszego znaczenia. Nie spotkali się tutaj, żeby powymieniać poglądami jak dwie stare ciotki spotykające się każdej soboty przy herbatce i ciasteczkach cytrynowych. No, powiedzmy. Z letargu wyrwało go ciche „po drugie”, na co chłopak momentalnie spiął się bardziej powstrzymując przed pokazaniem jak bardzo chce wiedzieć jeszcze więcej. Może i był w tym momencie zachłanny, ale gówno go to obchodziło. Chciał więcej. Tyle, ile się da. Z ciekawości oraz innych pobudek, znanych tylko i wyłącznie jemu samemu. Och, temat mocy Ryana nie był mu obcy. Miał z nimi styczność już wtedy, kiedy po raz pierwszy go ujrzał. W momencie, gdy był zbryzgany krwią swoich ofiar a Nathair postanowił wybrać go na swojego… podopiecznego. Choć wciąż brzmiało to dość abstrakcyjnie.
Kolejna informacja, kolejny cios prosto w gębę. Jakim cudem przez tyle lat nie zauważył, że Ryan miewa problemy z prawą ręką. Poczuł się przez moment wręcz idiotycznie. Przecież takie rzeczy powinien wiedzieć, powinien… Zresztą, nieważne. Nie sądził jednak, że temat zejdzie na sprawy łóżkowe. Dopiero, gdy Growlithe wspomniał o zimnych dłoniach i że Nathair może coś o tym wiedzieć, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia wywodu odnośnie Ryana, anioł się wtrącił.
- N…nie wiem. Oczywiście, że nie wiem, skąd niby miałby wiedzieć? – jęknął zaprzeczając samemu sobie, czując jak jego policzki zaczynają go parzyć. Momentalnie wcisnął się bardziej w oparcie fotela, jakby chciał na moment zniknąć z pola widzenia Growlithe, podciągając bardziej kolana pod siebie i pozwalając niesfornym kosmykom włosów opaść bezwiednie na jego twarz. Co jak co, ale nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co zaszło między nimi w hotelu. Bo to, że został wzięty siłą to jedno, ale fakt, że często wracał do tamtego momentu myślami to druga sprawa, nie mogąc pozbyć się tamtego wspomnienia ze swojej głowy.
- Danie? – zapytał cicho, lecz jego pytanie zginęło w kolejnych słowach mężczyzny. Raptownie Nathair odczuł nieprzyjemny, chłodny uścisk w żołądku, który promieniował powyżej przepony. To uczucie chyba nazywało się zazdrością. Jednakże nie był zazdrosny o to, że Growlithe sypia z Ryanem. Nie, o coś zupełnie innego. Bo białowłosy mężczyzna zdawał się idealnie znać ciało Grimshawa, kiedy zaś wiedza Nathaira ograniczała się do blizny pod okiem i tej większej na klatce piersiowej, której trudno przegapić. Nie miał nawet możliwości przyjrzeć się jego ciału bliżej. Raptownie poczuł nieodpartą chęć zbadania zgrubień, które znaczyły jego ciało. Chociaż sam nie rozumiał skąd ta nagła potrzeba.
Z zamyślenia wyrwała go narastająca cisza. Chłopak uniósł głowę i spojrzał na twarz mężczyzny rozumiejąc, że to koniec. Teraz to jego kolej na przejęcie piłeczki. Miał ochotę warknąć przez zęby czując niedosyt, jednak wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość. W końcu Growlithe w tym momencie był w podobnej sytuacji co on. Też chciał informacji. Chłopak poprawił się na fotelu i odchrząknął, czując jak na moment zasycha w jego gardle.
- Nathaniel… Nathaniel jest, mimo wszystko, dość troskliwą… Nie. To złe słowo. Opiekuńczą osobą. Przynajmniej taki był w moim przypadku. W końcu zajął się czteroletnią sierotą. – wykrzywił się w grymasie, który zapewne miał być uśmiechem.
- W sumie to on zajął się moim wychowaniem. Nauczył mnie czytać, pisać i innych bzdet przydatnych w życiu. A powiem Ci, że jest całkiem dobrym i przede wszystkim cierpliwym nauczycielem. I nigdy nie wykopał mnie z łóżka, kiedy wślizgiwałem mu się pod kołdrę bo miałem koszmar, heh. O, nauczył mnie też gotować. Wiedziałeś o tym, że Nathaniel jest całkiem dobrym kucharzem? W sumie to można powiedzieć, że to jego hobby. Swego czasu bardzo dużo czasu spędzał w kuchni a i teraz zazwyczaj sam sobie gotuje. W sumie czasami do niego wpadam i załapuję się na coś dobrego. Lubi też słodycze. To chyba jego słabość. Daj mu kawałek czekolady a dosłownie odpływa. – mruknął i przyjrzał się twarzy mężczyzny. Uniósł jedną z dłoni i przysunął wskazujący palec do swojej dolnej wargi.
- Zabawną bliznę tu ma, prawda? To, jak ją zdobył jest jeszcze bardziej zabawne. Było to na jakimś Oktorbefeście. Nie pamiętam już którym. Wiesz, te dożynki piwne. W sumie jak na anioła to czasami sięgnie po alkohol. Kto wie czy nie będzie tam w piwnicy u siebie jakiegoś piwska czy innego winiacza. – uśmiechnął się dziwnie, choć ciężko było sprecyzować co ma przez to na myśli. Przesunął palcem wskazującym od wargi niżej, na swoją klatkę piersiową.
- Natomiast tej na klatce piersiowej nabawił jeszcze za czasów swojego pierwszego podopiecznego. Heroicznie osłonił go swoim ciałem, ratując od śmierci. Z ledwością co prawda, ale jednak. Nathaniel może tego nie okazywać, ale jest zdolny do sporych poświęceń, zwłaszcza dla bliskich. A skoro mowa o podopiecznych, to pewnie znasz Tomomi? – zapytał opierając brodę o dłoń, mówiąc cichym i nieco znużonym głosem, choć to raczej był powód rozmowy o jego drugiej podopiecznej, niż samej rozmowy.
- Widziałem ją raz. Nigdy jakoś dogłębniej nie interesowałem się tym, nad kim stróżuj Nathaniel. Tomomi była… jakby Ci ją opisać. Dość ładna, chociaż była wciąż dzieckiem, gdy zginęła. Drobna szatynka, raczej spokojna, acz uśmiechnięta. Nigdy nie znała swojego ojca, odszedł jak jej matka była z nią w ciąży. Potem prawie nigdy nie miała czasu dla dziecka. Wiesz, nocne zmiany, odsypianie w dzień i te sprawy. O, pamiętam, że miała zwierzątko domowe. Suma o imieniu Książę Wąsacz. Chwytliwe, co nie? Nie dam sobie ręki uciąć, ale możliwe, że mój ojczulek przyczynił się do tego imienia. Zginęła jak miała dziesięć czy tam jedenaście lat. Na imprezie urodzinowej Nathaniela. Cóż, to był spory cios dla niego. Wpadł w depresję i naprawdę długo się z niej zbierał. – powiedział cicho, na moment zawieszając się na samo wspomnienie tamtego wydarzenia. Przyjrzał się uważnie twarzy rozmówcy, chcąc wyłapać z niej praktycznie jakiekolwiek szczegóły i emocje. W końcu wyprostował się i wskazał brodą w stronę białowłosego, niemo dając mu do zrozumienia, że to jego kolej.


_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Pią Sie 22, 2014 7:46 pm
Uniósł brwi.
- Bingo.
Nie było tylko dźwięku wygranej w loterii i owacji na stojąco, ale nawet jeśli tego zabrakło, Growlithe gdzieś podświadomie usłyszał coś podobnego. Może to sprawka mar, może jego wyobraźni o szerokim zakresie. Czymkolwiek by to jednak było, podsyciło ogień zadowolenia. Czyżby, przypadkiem, trafił w czuły punkt? Oczywiście, mógł się tego spodziewać po Ryanie, tak samo, jak Ryan mógł spodziewać się podobnych rzeczy po nim, ale białowłosy wątpił, aby dowiedział się tego tak prostą i niewymagającą drogą. Reakcje Nathaira wystawiały wszystko na srebrnej tacy tuż przed pysk wygłodniałego bezpańskiego kundla. Głupio z jego strony, że tak łatwo dał się podejść.  
- Nie denerwuj się tak - rzucił lekko, z wyrazem autentycznego rozbawienia na twarzy. - Bo jeszcze sobie coś pomyśle. Aah, tobie też zrobiło się nagle tak gorąco? - zapytał, na ułamek sekundy odwracając przeszywające spojrzenie. Powachlował się nawet wolną dłonią, na której długie szramy zdawały się przybrać obraz obrzydliwych, wydrążonych koryt, dawniej pełnych wody, dziś wysuszonych przez żar Desperacji. Growlithe wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby, wydając z siebie ledwo słyszalny syk.
Opowiadanie o Ryanie nie wywoływało w nim żadnych wyrzutów sumienia, ale słuchanie o Nathanielu owszem. Tym bardziej, gdy kolejne zakazane tematy zostawały podjęte przez Nathaira. Growlithe wcale nie zdziwił się słysząc o heroizmie Levittouxa. To, że wobec niego był oschły, nie oznaczało, że wcześniej również taki był.
Co do gorąca, o którym tak niedawno wspominał białowłosy... cóż. Nie pozostała po nim nawet szczypta wspomnienia. Wokół zrobiło się wręcz lodowato, gdy zaroiło się od mar. Czarne, powyginane, połamane kształty przylgnęły do sufitu, ścian i podłogi, przeszywały meble, zalegały w naczyniach. Dłonie Growlithe'a trzęsły się coraz mocniej. Zwinął je więc w pięści, próbując zminimalizować ich drżenie. Ale ani to, ani zaciskanie zębów nie pomagało mu się uspokoić. Tomomi, ta pierdolona dziwka zesłała na Nathaniela wyłącznie przykrości. Nic o niej nie wiedział. To prawda. Ograniczał się tylko do wiedzy zdobytej całkowicie przypadkiem. Wtedy, gdy Nate po raz pierwszy powiedział mu cokolwiek o sobie i teraz, gdy Nathair uchylił rąbka tajemnicy, dotychczas strzeżonej przed całym światem. Za każdym razem słyszał to samo: że była śliczna, pogodna. Że zginęła, będąc dzieckiem. I że on nie zapobiegł temu, choć uważał to za swój obowiązek. Growlithe zaczął powolnymi ruchami rozmasowywać obolały nadgarstek, na którym czarne okręgi zdążyły się już zacieśnić. W pewnym momencie ułożył palce w charakterystyczny sposób i pstryknął, przerywając ciszę. Mary rozprysnęły się, długi język węża rozmył się tuż przed szyją Nathaira.
- To chyba nie była informacja, o której powinienem się dowiedzieć od ciebie - skwitował, patrząc na wciąż drżące dłonie. Skrzywił się na sam widok. Miał tylko nadzieję, że nitki zaciśnięte wokół gardła wytrzymają do końca, nie puszczając z uwięzi bestii, jaka trzęsła się z ekscytacji i zniecierpliwienia równie silnie co jego ręce. Trzęsła się gdzieś w środku, na samym dnie, uwięziona wewnątrz Jonathana. - Nie chciał, żebym o tym wiedział. - Uśmiechnął się krzywo. Nate mnie szczerze nienawidzi, co? Szkoda. Jego barki ponownie uniosły się i opadły.
- W porządku - Podniósł wreszcie głowę i spojrzał na Nathaira. - Miałem ci o tym nie mówić. W zasadzie miałem o tym nie mówić nikomu wkoło. To coś, za co mogę stracić łeb, więc słuchaj uważnie, bo na pewno nie powtórzę. Ryan nie jest typem, który na wszystkich patrzy spod byka, bo tak mu się podoba. Wierz mi, że taki się nie urodził. Okej, nie znałem go jeszcze wtedy, ale znam go teraz, jako Wymordowanego. Wiem też o rzeczach czy sytuacjach, o których jest święcie przekonany, że nikt nie wie. Dlaczego? - Wyprostował się i rozchylił ręce na boki. - Bo długo, bardzo długo go obserwowałem. Skurwysyński ze mnie stalker, skoro podpatruję nawet własnego kumpla. Pewnie tak o mnie myślisz, hm? Ale tylko dzięki temu mogłem się o nim czegoś dowiedzieć. Bo wiesz... Ryan ma pewną słabość. Nie obnosi się z nią, tak samo, jak nie obnosi się z niczym innym. Spójrz.
Growlithe kiwnął głową na bok. W drzwiach stał czarny kociak z wysoko uniesionym ogonem. Jego czarne, bezdenne oczy skierowane były w niewiadomą stronę, ale pyszczek zwrócony ku Nathairowi. Białowłosy mimo wszystko uśmiechnął się pod nosem.
Kotki?
- Mhm. Kotki, Nath. Słodkie, co? - Kociak pewnym, acz leniwym krokiem przesunął się bliżej anioła, by wskoczyć na podłokietnik fotela i oprzeć policzek o jego ramię. Naraz zaczął cicho mruczeć i ocierać się o niego, wpierw tylko głową, by zaraz przeciągnąć się aż po szyję, znów wracając czołem do tego samego punktu. - Ryan miał kiedyś takiego kociaka, ale nikt o tym nie wie. Desperacja mu go zabrała. - Jak na zawołanie rozległo się urwane pisknięcie. Kociak zniknął. - Wiesz... myślałem ostatnio, żeby sprawić mu prezent, ale teraz sądzę, że to ty powinieneś mu coś dać. Jest sporo rzeczy, o których mi opowiedział, a których nigdy nie powiedziałby tobie. Dasz wiarę, że uwielbia, gdy mu się czyta przed snem? - Parsknął nagle śmiechem. Krótko, szybko przywołując się do porządku. Ewidentnie wymuszony gest pozostawił na jego ustach ten sam, krzywy uśmiech. - Kiedyś chciałem... No wiesz. Wziąć jakąś książkę, ukraść ją z Miasta-3 czy cokolwiek innego, przynieść do nory i przeczytać mu jakiś fragment. Nigdy jednak nie było czasu, a teraz, gdy się spotykamy, jakoś zawsze okazuje się, że znów coś jest ważniejsze od snu. Swoją drogą, cierpi na bezsenność. Pewnie już się zorientowałeś, że nie sypia zbyt dobrze. Może faktycznie trzeba  było gwizdnąć komuś tę książkę. - Przewrócił oczami. Mówienie o Grimshawie w pewien sposób mu pomagało. Sam fakt, że mógł opowiedzieć o jakiejś osobie używając tylu prawdziwych informacji sprawiał, że na moment mógł zapomnieć o egzystencji Tomomi. - Ryan dużo czyta. Bardzo dużo. Niektóre książki przewijały się przez jego i moje dłonie. Nigdy nie opowiadał mi o tym, co czytał. Musiałem się o tym dowiedzieć sam. Mogę ci tylko podpowiedzieć, gdzie szukać. O ile chcesz, paniczu Czytaj Ze Mnie Jak Z Otwartej Księgi. - Skoro o książkach cały czas mowa. - Hm. Mogę podrzucić jeszcze informację o tym, że nie odczuwa żadnego wstydu, a jeśli już pali, to tylko papierosy smakowe. Nie jest jednak uzależniony. To samo tyczy się alkoholu. Pije głównie kawę, częściej jednak wodę. Nie zwykł jednak sięgać po trunek. W końcu nie jest byle oblechem, zapijaczonym kretynem spod „Przyszłości”. Myślę, że powinniśmy już kończyć, Nathairze. Plotkowanie chyba nie jest naszym hobby?

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Nie Sie 24, 2014 9:15 pm
Starał się ignorować docinki mężczyzny, bo doskonale wiedział, że sam mu się podkładał. Ale nic nie mógł na to poradzić. To samo przychodziło. Cholerne rumieńce, których najchętniej pobyłby się w tej chwili. Chociaż nie, w ogóle ich się pozbył. Jakże łatwiejsze byłoby w tedy dla niego życie. Przynajmniej nic ani nikt nie byłby w stanie nic wyczytać z niego poprzez zwyczajne rzucenie spojrzenia na jego twarz. Nathair ograniczył się jedynie do nieprzychylnego wzroku w stronę Growa, gdy ten stwierdził, że jest tutaj gorąco. Uśmiechnął się kąśliwie widząc jego piegowatą twarz, która raz po raz pokrywała się bladym rumieńcem. I kto to mówi, panie mądraliński.
Zauważył diametralną zmianę w zachowaniu mężczyzny, kiedy zaczął mówić o Tomimi. Atmosfera w pomieszczeniu momentalnie zrobiła się zimniejsza, wręcz namacalnie lodowata oraz ciężka, niemalże dławiąca. Trzeba przyznać, że anioł z pewną dozą zaciekawienia obserwował białowłosego, leniwie przesuwając swoim spojrzeniem po jego ciele, na trochę dłużej zatrzymując wzrok na drżących dłoniach, na ustach, które zacisnęły się w wąską linię. Aż tak go to ubodło? Owszem, chłopak nie znał relacji między nim a jego przyszywanym ojcem, aczkolwiek reakcje mężczyzny w tym momencie naprawdę wiele mu mówiły. Nawet nie trzeba było się domyślać i zgadywać w niektórych kwestiach. To dawało się wyczuć, było wręcz zakreślone grubymi i wyraźnymi liniami.
Nathair odetchnął cicho przez nos, gdy białowłosy pstryknął, zabierając ze sobą nieprzyjemnie panujący chłód. Ściągnął delikatnie brwi sprawiając wrażenie, jakby chciał przejrzeć mężczyznę na wylot. Bo rumieniącym się Nathairze nie było najmniejszego śladu, a zastąpił go ciekawiono osobnik, który mimo wszystko chciał poznać nieco więcej o relacji tamtej dwójki albinosów. Bo wydawała się dość interesująca.
„Nie chciał, żebym o tym wiedział.” Nie mógł powstrzymać się przed teatralnym wywróceniem oczu na jego słowa. Serio?
- Ależ Ty bystry jesteś. – rzucił kpiąco, poprawiając się na fotelu i nachylając nieco do przodu, opierając swoje łokcie o kolana. Przechylił nieco głowę i zagryzł na drobną chwilę dolną wargę.
- Nic, co tutaj zostało powiedziane nie powinno trafić do Twoich uszu. Żadna informacja, nawet ta najgłupsza i zdawałoby się najmniej istotna. Nie ode mnie. Ale nie wmówisz mi, że właśnie tego nie chciałeś usłyszeć. Bo widzę, że chciałeś. – dodał z lekkim błyskiem w oku w ostatniej chwili gryząc się w język, by nie zapytać, czy nie jest zazdrosny o Tomomi. W sumie to po niej Nathaniel zmienił się w pewnym stopniu. Była jego piętą Achillesową i to o niej najczęściej myślał, choć od tak dawna nie było jej wśród żywych. Oczywiście Nathair zachował wiele dla siebie odnośnie byłej podopiecznej Nathaniela. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na jeszcze więcej, i tak powiedział o niej wiele. W sumie sprzedawał swojego własnego ojca w zamian za informacje o Ryanie. No cóż, peszek.
Zamilkł, czekając na kolejne informacje, które nakarmią jego wygłodniały umysł. Już po pierwszych słowach mężczyzny wciągnął powietrze na drobną chwilę zapominając, jak się oddycha. Ryan i słabość? To było tak abstrakcyjne, tak niedorzeczne…. że aż prawdziwe. Paradoksalnie. Chociaż szczerze powiedziawszy nie spodziewał się TAKIEJ słabości. Jak zahipnotyzowany odwrócił głowę w bok jak Grow nakazał. Jego oczy rozszerzyły się minimalnie, gdy podążały za krokiem cienistego kota. Na moment, przelotnie spojrzał na białowłosego chcąc się upewnić, czy aby sobie nie kpi z niego. Nie kpił. Chłopak uniósł dłoń i przesunął przez cień, jakby chciał go pochwycić. W jego głowie momentalnie pojawił się obraz zimnego Ryana z małym kotkiem na ramieniu, który przesuwał swoim łebkiem wzdłuż chłodnego policzka Wymordowanego. Nie wiedział czemu, ale taki obraz wywołał na nim delikatny uśmiech. Jednakże ten zniknął równie gwałtownie co widmowy kociak. To dlatego ma taką słabość do…. Syknął cicho odganiając od siebie niepotrzebne myśli. Nie, to nie jest czas i miejsce na takie rozmyślania. Ba. Żaden moment nie jest dobry na to. Bo co go to obchodzi? No właśnie. Nic, a nic.
Skupił ponownie całą swoją uwagę na mężczyźnie, gdy ten zaczął kontynuować. Kolejne słowa, a twarz chłopaka stawała się nieco rozkojarzona i spowita delikatnym rumieńcem. I choć wyglądał na takiego, który nie słucha i wyłączył się kompletnie tonąc w swych sennych marzeniach, to wbrew temu słowa mężczyzny trafiały do niego. Wiedział, że nie powinien tego wszystkiego słyszeć, ale tak cholernie przyjemnie słuchało się rzeczy o Ryanie… No bo to, co lubił i czego nie lubił było abstrakcyjnie przyziemne. Nikt o zdrowych zmysłach ujrzawszy śmiercionośnego skurwiela nie pomyślałby, że uwielbia czytać czy też lubi koty. Albo, że nie przepada za papryką czy groszkiem. To wszystko tak do niego nie pasowało, że jednocześnie było cholernie ekscytujące i niesamowite w swojej prostocie. Rzeczy, których normalnie raczej nigdy nie dowiedziałby się sam albo przy odrobinie szczęścia sam mógłby zaobserwować.
- Chcę! – wyrwało mu się na pytanie mężczyzny, szybko jednak reflektując się i pospiesznie dodając, mamrocząc przy tym pod nosem.
- Znaczy się jak chcesz… bo nie interesuje mnie to. Nie tak bardzo. W ogóle. Może trochę. Ale odrobinę. Ale interesuje. Ale tylko trochę, nie myśl sobie. – burknął, kręcąc się w fotelu jakby raptownie dostał jakichś przeklętych owsików w dupie. Przez moment na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i rozczarowanie, że to już koniec. Domyślał się jednak, że i tak dowiedział się aż nadto. Nie mógł być przecież taki łasy i zachłanny…. A jednak czasami był.
- Ale co z tym daniem, o którym wspominałeś? – rzucił tonem, który mówił „miałeś mi powiedzieć, więc mów”. Jednak nie zaczął się dopytywać, przybrał za to zupełnie inną stronę zachowania.
- Jasne. Kończymy. W sumie szkoda, bo myślałem, że będziesz zainteresowany takimi błahostkami jak to, gdzie ma łaskotki, kiedy się wzrusza, co jest jego specjalnością w kuchni oraz gdzie lubi, jak się go dotyka. – zamilkł, unosząc nieco brwi ku górze i uważnie przyglądając się swojemu rozmówcy. Miał go w garści, czuł to podskórnie, dlatego też po chwili chciał dalej kontynuować, jednakże poczuł wibracje w kieszeni spodni. Sięgnął po telefon i bardzo szybko odczytał wiadomość. No proszę, tego się nie spodziewał.
- Heeh. A więc to Ty uciekłeś od niego. Interesujące. – mruknął pod nosem do tej pory zakładając, że między nimi nastąpił jakiś konflikt interesów, albo, że Nathaniel po prostu gdzieś się zaszył a Grow się najzwyczajniej w świecie o niego martwi. A tu proszę, było zupełnie inaczej.


_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Pon Sie 25, 2014 1:24 am
- Nie o to chodzi. Nie porównuj czegoś takiego z pieprzonym groszkiem - odwarknął natychmiast, obrzucając go rozeźlonym spojrzeniem. Był zły na słowa anioła, ale jeszcze bardziej wściekły za sam fakt, że ten miał rację. Owszem, chciał to usłyszeć. Pewnie większą satysfakcję sprawiłoby mu to, gdyby Nathaniel z własnej woli zdradził o sobie parę sekretów, ale jeśli przez tyle lat nie puścił pary z ust - jaką Grow miał mieć pewność, że powie mu coś kiedykolwiek? Desperacko liczył na to, że dzięki nowo zdobytym informacjom uda mu się jakoś podejść Levittouxa. Wywołać najdrobniejszą reakcję. Uśmiech? Złość? Każdy odzew byłby lepszy, niż chłodna obojętność, jaką go - łaskawie - raczył obdarzyć dotychczas.
- I co z tego? - sapnął, unosząc kącik ust w górę w pobłażliwym, wręcz złorzeczącym uśmiechu. Na chwilę obecną było mu już wszystko jedno, czy sekrety, jakie dotychczas zamykał pod kluczem, zostaną ujawnione przed kimś tak mało ważnym. Czy tajne akta rozsypią się na chłodną bezbarwność chodnika dostępne teraz dla każdego, kto zechce je podnieść, czy jednak nadal będzie ściskał w rękach tajemnice, jak dziecko, które nie chce pokazać starszemu koledze swojej zabawki. - Byłem tylko ciekaw - rzucił lżejszym tonem, podnosząc się z kanapy. Jego smukła sylwetka zdawała się zmizernieć przez te parę chwil jakie spędził u Nathaira. Nawet na twarzy, tuż pod oczami, zarysowały się ciemne kreski zmęczenia. Znów ta okropna ochota, jakaś nieprzemożona konieczność, drapiące go od środka uczucie, aby stąd odszedł, wymownie trzaskając drzwiami. Więc tak czuje się zwierzę uwięzione w ciasnej klatce? Potrzask był zaskakująco silny. Intrygujące doświadczenie. Szkoda, że niechciane. - Ciekaw, czy nie zdycha gdzieś pod jakimś kamieniem. To wszystko.
Nagle Growlithe drgnął. Uciekł? Hah. Idiotyzm.
- Tak ci napisał? - zapytał rozbawiony. W tym momencie przewalało się przez niego tyle skrajnych emocji, że sam nie był w stanie sprecyzować, co właściwie czuje. Pokręcił zaraz wolno głową. To było niedorzeczne. - Twój tatuś dość często stawia mnie w złym świetle, co? Często tak barwnie to ujmował? „Ten cholerny kundel znów gdzieś spierdolił” albo... hm... „sorry, odwołuję naszą herbatę, Nathairze, muszę biec zeskrobać tego idiotę z bruku Miasta-3”. Możesz mu przekazać, że vice versa. Też go nienawidzę. Jestem ciekaw, jak wyglądałaby twoja mina, gdybyś dowiedział się o Nathanielu to, co ja wiem. Ale ciebie to wcale nie obchodzi, bo... cóż. - Krótka pauza, w której Grow rozłożył dłonie na boki. - Wolisz sprzedać kogoś, kto tak się o ciebie troszczył w zamian za głupie wzmianki na temat faceta, który jest tylko twoją pracą. Co więcej, za informacje, o których mógłbyś się dowiedzieć sam, gdybyś tylko ciut bardziej się postarał. Przyglądałeś się Ryanowi, Nath? Naprawdę nie dostrzegłeś zmian w jego oczach, gdy znów ukrywał ból? Gdy kolejny raz nie jadł czegoś, gdy znikał nagle, ogarnięty wewnętrznym szałem? Agh, jesteś beznadziejny.
Po tym krótkim pokwitowaniu ruszył przed siebie. Przeszedł obok stoliku zaopatrzonego w miskę z owocami i stanął przed fotelem, na którym usadowił się anielski pomocnik. Ciepły oddech owiał szyję Nathaira, gdy wsparty ręką o oparcie mebla Growlithe pochylił się nad aniołem. Jego wzrok padł od razu na ekran komórki, by zaraz skomentować to, co było tam napisane, dość wymownym grymasem. Okropna krzywa morda wisiała teraz nad różową czupryną Nathaira.
- Pożyczam - oznajmił bez ogródek, wyrywając nagle telefon z rąk swojego rozmówcy. Niemalże jak poparzony odskoczył od niego, unosząc rękę na wysokość swojej twarzy, w każdej chwili gotów poderwać ją jeszcze wyżej, aby znalazła się poza zasięgiem prawowitego właściciela. Szczerze wątpił, że Nathair zacznie skakać, starając się odebrać komórkę, ale - jak mawiają górale - przezorny zawsze...
- Myślisz, że zorientuje się, że to nie ty z nim piszesz? - Uniósł wymownie brew, wciskając kolejne przyciski. - Może powinienem dać mu jakąś podpowiedź? Zwykle nie jest zbyt bystry. - Następne literki pojawiały się na ekranie, za sprawą szybkich ruchów kciuka. Nawet jego mina jakby pojaśniała [mina Growa, a nie kciuka]. Obiecał, że się do niego już nie odezwie. Że go zostawi w spokoju. Zamilknie akurat wtedy, gdy miał ochotę wrzeszczeć. Ale tego dnia, gdy złamał najwyższą zasadę uznał, że... przecież wszystko mu jedno. Ten drobny odzew na moment pozwolił mu się poczuć jak przed rozstaniem, gdy na każde jedno słowo mógł odpowiedzieć trzema kolejnymi.
- Wszystko, o czym wspominałeś... dałbym sobie za to rękę urwać... ale wiesz? - Wcisnął „wyślij”. - Kończą mi się pomysły na fakty o Ryanie w ramach zapłaty - skłamał i dało się to zobaczyć gołym okiem. Zerknął na Nathaira, podrzucając w dłoni jego komórkę. - Lubi frytki - palnął nagle, raz jeszcze zręcznie łapiąc brzeg telefonu, aż wreszcie oddał go aniołowi, rzucając przedmiot w jego stronę. - Z majonezem. Swoją droga, zgłodniałem. Masz coś innego niż mandarynki? Jesteś strasznie chciwy, jak na wysłannika bożego. Pewnie za jedzenie też będę musiał zapłacić?

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Pon Sie 25, 2014 1:01 pm
Growlithe powinien zreflektować się już na samym początku, że decydowanie lepiej byłoby, gdyby jednak powstrzymał kłapanie buzią. Niektórych rzeczy nie powinno wypowiadać się na głos, żeby uniknąć niepotrzebnych sporów. Oczywiście jeśli chciało zachować się w miarę neutralne stosunki, bo gdy było wszystko jedno… no cóż, można paplać to, co ślina na język przyniesie. Słuchał mężczyzny nawet nie starając się wejść mu w słowo. Z początku sądził, że po prostu potrzebuje wyrzucić z siebie te niedorzeczności o nienawiści Nathaniela do jego osoby, jednakże kiedy Wymordowany zaczął schodzić z tematu, ukierunkowując swoje zirytowanie czy co tam w tym momencie odczuwał na Nathaira oraz wspominając Ryana, anioł nie wytrzymał. Na jego twarzy wymalowało się nie tyle co zdenerwowanie, ale złość. Już nie chodziło tylko o to, że mężczyzna w pewnym stopniu miał rację, bo jakby na to nie spojrzeć sprzedawał własnego ojca w zamian za strzępki informacji o Ryanie, ale o to, że był pieprzonym hipokrytą. Wygarniał Nathairowi to, co sam zrobił parę chwil temu.
Zacisnął mocniej palce na telefonie, który trzymał w dłoni, nawet na sekundę nie spuszczając swojego spojrzenia  z twarzy białowłosego, tego, który jeszcze parę chwil temu z taką łatwością wprowadziło w błogi stan. A co zostało odebrane w ułamku sekundy, zastępującą nieprzyjemną i ciężką atmosferą, która wypełniała teraz pomieszczenie. Już zamierzał się odezwać, lecz Grow praktycznie w mgnieniu oka znalazł się przed nim. Gdy wyższy osobnik zaczął się nad nim nachylać, stopa chłopaka instynktownie oparła się na jego klatce piersiowej zatrzymując w pewnej odległości od siebie, chcąc w ten sposób niemo zaznaczyć granicę i odległość, na którą może się zbliżyć. Bez względu na to kim był, nie życzył sobie jego większego zbliżenia choćby o milimetr więcej.
Powietrze przecięło ciche warknięcie, gdy spomiędzy jego palców telefon wyślizgnął się za sprawą mężczyzny. Był szybki na tyle, by jego palce przesunęły się po szorstkiej skórze dłoni Growa, ale nie na tyle, by w ostatniej chwili go pochwycić. Powoli podniósł się z fotela, aczkolwiek nie podszedł do niego widząc, jak ten unosi telefon wyżej tak, żeby nie mógł po niego sięgnąć. A Nathair bynajmniej nie zamierzał skakać dookoła niego jak jakiś cholerny chomik w pogoni za kawałkiem orzecha. Czy co tam chomiki jadły. Czekał. Czekał spokojnie aż ten nacieszy się, zrobi co ma zrobić i łaskawie odda mu telefon. Właściwie to z niedowierzaniem przyglądał się jego zachowaniu, można rzec, że gówniarskiemu. Przeszywał go niemal na wylot nieprzyjemnym spojrzeniem, mając ochotę doskoczyć do niego i choćby za pomocą użycia siły zabrać swoja własność. Nie wiedział co ten napisał do Nathaniela, ale teraz już wiedział, że nie było to nic dobrego. I ten się dziwił, że Nathaniel ewentualnie go unikał? Kiedy tak się zachowywał?
- Usatysfakcjonowany? – wycedził przez zaciśnięte zęby łapiąc telefon, który wreszcie został mu zwrócony. Nie spojrzał na niego, nie interesował go teraz. Raptownie na twarzy chłopaka zawitała czysta kpina, spychając złość gdzieś na dalszy plan, pozostawiając po niej jedynie nikły cień.
- Przyganiał kocioł garnkowi. O sprzedawaniu informacji mówi mi facet, który właśnie sprzedał swojego dobrego kumpla, którego zna zapewne kilkaset lat. I na rzecz kogo? Kogoś, kto w ogóle nie powinien Cię interesować. Kogoś, kogo tak bardzo nienawidzisz i dla kogo jesteś tylko pracą.- – prychnął cicho i ruszył wolnym krokiem w jego stronę.
- Byłeś tylko ciekaw. Wiesz, ja osobiście mam w dupie tych, których nienawidzę i nie wypytuję innych o takie osoby. A może Ty go nie nienawidzisz? Tylko wmawiasz sobie jakieś wyssane z palca rzeczy, chcąc w ten sposób usprawiedliwić Twoje szczeniackie zachowanie? – zatrzymał się tuż przed nim i zadarł nieco głowę do góry z racji wzrostu, aczkolwiek nie chcąc nawet na sekundę tracić z nim kontaktu wzrokowego. Skrzywił się lekko, jakby zobaczył coś mało apetycznego, jednakże już po chwili uśmiechnął się chłodno, a w jego oczach błysnęło coś, co nie miało prawa pojawić się w anielskim spojrzeniu. Tak przynajmniej trąbiły stereotypy.
- Do Twojej wiadomości, Ty Wielki Obserwatorze, który najwidoczniej nic nigdy nie zauważył odnośnie swojego anioła stróża, Nathaniel NIGDY nie powiedział złego słowa na Twój temat. NIGDY nie skarżył się na Ciebie. Ale w sumie nie ma co mu się dziwić. W końcu sumiennie wykonuje swoje anielskie obowiązki. Nic o nim nie wiesz i zapewne nigdy nie dowiesz się więcej niż tyle, co dzisiaj ode mnie usłyszałeś. Nathaniel jest bystrzejszy, niż myślisz i najwidoczniej ma swój powód, być może który sam mu dałeś. Ale po co stawić temu czoła, lepiej uciekać z podkulonym ogonem między nogami. – warknął, zupełnie nie przejmując się ewentualnymi konsekwencjami. Mówił to, co w danej chwili myślał i skoro mężczyzna powiedział to, co mu ślina przyniosła na język to czemu i on ma się ograniczać? Dla Nathaira, choć miał jedynie w tym momencie zarys zaistniałej sytuacji, wszystko prezentowało się nieprzychylnie dla Growa. Wyglądało to tak, jakby miał syndrom ofiary, biednej i pokrzywdzonej przez Nathaniela, który rzekomo go nienawidził, a z tego co Nathair wiedział  z rozmów z Nathanielem wcale tak nie było. Szkoda tylko, że nie znał powodu jego zach--
Raptownie chłopak otworzył szerzej oczy a na jego twarzy zaczęło malować się autentyczne zdziwienie.
- Powiedz mi Growlithe, Ty chyba nie jesteś zazdrosny o Tomomi? – rzucił z nutą rozbawienia. Nie, to niedorzeczne. Czemu niby miałby być zazdrosny o zmarłą podopieczną Nathaniela? Chociaż pamiętał jego reakcję sprzed kilku chwil jak o niej opowiadał. Nie wiedział co jest na rzeczy, ale z tej krótkiej obserwacji białowłosego dałby sobie łapę uciąć, że coś było na rzeczy związanego z Tomomi.
- Oczywiście, że będziesz musiał zapłacić. W naturze. Myślę, że idealnie sprawdzisz się w roli mojego ogrodnika kopiącego bulwy ziemniaków w ogródku za domem. – dodał kąśliwie, choć oczywiście w tej kwestii żartował. Chyba.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Sro Sie 27, 2014 6:01 pm
Kiedy telefon przeciął powietrze zgrabnym łukiem i wylądował w dłoniach Nathaira, Growlithe był pewien, że to koniec rozmowy, po której miało pojawić się satysfakcjonujące przejście do drugiego aktu: jedzenia. Jedzenie jest dobre. Przy nim się nie mówi. Po prostu się je, mlaszcząc paszczą. Rzadko wynikają wtedy konflikty. Czemu oboje nie mogli zacząć tej znajomości od jedzenia? Być może w tym momencie siedzieliby naprzeciw siebie, z kubkami w zziębniętych dłoniach, śmiejąc się cicho pod nosem i wymieniając się kolejnymi historiami, ale zamiast tego nad nimi zawisła czarna, ciężka chmura, gotowa rozpruć się w każdym momencie. Negatywne emocje skotłowane na górze tylko czekały na to, by ostrym strumieniem chlusnąć na tę dwójkę przerywając ostatecznie pokłady dobrego wychowania.
Growlithe przyglądał się mu z rosnącym zobojętnieniem. Każda komórka jego ciała wołała, aby dał sobie spokój (choć równie dobrze mogły to być mary). Nathair był tylko szczeniakiem. Nawet jeśli miał rację w wielu sprawach i z pewnością uraziło go zaczepne stwierdzenie Growlithe'a, ten coraz bardziej sądził, że anioł chce mu teraz jak najbardziej dopiec, próbując obronić się dostępnymi argumentami. Problem w tym, że to nie tak. Wybrał złą ścieżkę, używając słów, które, choć powinny ranić, nie zostawiały na Jonatanie najdrobniejszej rysy. Nic o nim nie wiedział, a psychoanalityk był z niego doprawdy marnej jakości, choć białowłosy zdradził się na tyle, aby móc zrozumieć, co naprawdę byłoby w stanie pozostawić ślad na duszy. Sprzedać dobrego kumpla? Usta prawie ponownie zadrżały, ale powstrzymał się przed krzywym grymasem, jaki śmiał nazywać „uśmiechem” w ostatnim momencie, bo odległość między nimi drastycznie się zmieniła. Jeszcze chwilę temu stopa anioła wbijała się w jego klatkę piersiową, a teraz sam ostrzem wściekłości ścinał dzielące ich centymetry? Znalazł się tak blisko, że Jace poczuł, jak wstrzymuje oddech, jak mięśnie ramion napinają się, ponownie gotowe na przyjęcie ataku. Może podświadomie liczył na to, że stróżowi Ryana puszczą nerwy do końca. Że podniesie dłoń, że zamachnie się, że za chwilę usta Growlithe'a zasmakują miedzianego, ohydnego smaku krwi. Nic takiego jednak się nie stało. Tylko słowa wciąż wypływały spomiędzy warg Nathaira, na których na moment spoczęło spojrzenie Jace'a. Dzięki temu był w stanie ujrzeć, jak te wyciągają się w zimnym uśmiechu. Odpowiedział mu równie chłodnym spojrzeniem prosto w oczy.
Naprawdę chcesz to ciągnąć, Nathairze?
Świadom był, że sam zaczął, ale rozdrapywanie tematu, gdy to zaczynało nie mieć sensu, zdawało się go tylko nużyć. I pewnie Nathair nic by nie wskórał, gdyby nie nagła wzmianka o Tomomi. Nie obraziła go ani kwestia ucieczki, ani tego, że nie wiedział nic o Levittouxie - wszak Nathair sam nie wiedział nic o Ryanie. Dopiero na dźwięk jej imienia dłonie ponownie zaczęły drżeć, a w głowie pojawiły się szmery. Narastające bzyczenie, które szybko przybrało kształty słów, zdań, nawet głośnych, składnych rozkazów. Zacisnął usta w wąską linijkę, marszcząc brwi i błądząc wzrokiem po twarzy anioła.
„Powiedz mi Growlithe, Ty chyba nie jesteś zazdrosny o Tomomi?”
Nie było opcji, aby był o nią zazdrosny. Jak miałby być, skoro ta dawno temu zdechła, nie będąc nawet na tyle silną, by...
„Wpadł w depresję i naprawdę długo się z niej zbierał.”
„Tomomi była… jakby Ci ją opisać. Dość ładna...”
Poczuł lodowate muśnięcie na karku. Zjeżył się cały na wspomnienie tych słów.
„Chwytliwe, co nie?”
Przegryzł dolną wargę, hamując jej drżenie.
„Na imprezie urodzinowej Nathaniela.”
„Cóż, to był spory cios dla niego.”
Nagle zacisnął powieki.
„... za domem”.
To ostatnie słowa, jakie udało się wypowiedzieć bożemu posłannikowi. Instynkt pchnął Jace'a do działania, nim umysł zdążył zarejestrować radykalność czynów. To, jak nie wiadomo skąd i kiedy w lewej dłoni pojawiła się broń o czarnej barwie, jak ręka wystrzeliła przed siebie, klingą uderzając z głuchym trzaskiem zębów w szczękę Nathaira. Stopa okuta w ciężki but półkolem przesunęła się po ziemi, podcinając mu nogi, a gdy upadł, Wilczur z rozmachu wymierzył cios ostrzem i bez chwili zawahania wymierzył prosto w jego głowę.
Trzask drewna rozległ się ćwierć sekundy przed dźwiękiem, jaki wydał z siebie upadający na kolana Growlithe. Usiadł na biodrach, warcząc głośno, przerywając ostrzegawczy sygnał tylko wtedy, gdy zmuszony był zaczerpnąć nowej dawki powietrza. Brakowało tylko śliny kapiącej z ust... spomiędzy zaciśniętych, odsłoniętych kłów toczonej piany agresji. Puścił rękojeść sztyletu, który wbił tuż przy głowie Nathaira w zamian przygniatając jego szyję dłonią. Druga dłoń wbiła się boleśnie w prawe przedramię anioła, wsuwając pazury w materiał koszulki i tym samym docierając do delikatnej skóry skrzydlatego.
Przygnieciony do podłogi Nathair był pod stałym ostrzałem dwukolorowych tęczówek Wilczura. Łypały na niego ślepia pełne zezwierzęcenia i nienazwanej pasji. Czegoś czarującego i obrzydliwego zarazem, drobnej cząstki hardości bezcelowo poszukiwanej wśród martwych, bezdennych oczu istot Desperacji oraz błysk niebezpieczeństwa, szaleństwa, jakiejś zarazy. Mimo chęci nie dało się sprecyzować, o czym teraz myślał.
- Zacznijmy... - wydyszał centymetr od Nathaira. Tak blisko, tak niemoralnie niedaleko, że lada chwila, a musnąłby szorstkimi wargami kącik malinowych ust anioła. - Od początku. - Głos miał niski i charczący, niewiele różniący się od zwykłego, skundlonego powarkiwania kolejnej ulicznej przybłędy. Wszystkie mięśnie na jego twarzy stężały, ukazując jego oblicze w iście wściekłym egzemplarzu. Wydawać by się mogło, że jeszcze odrobina, a uśpiony głęboko w środku Growlithe'a wulkan wybuchnie, roztaczając wokół siebie gorącą lawę negatywnych emocji. Jeszcze tylko ta odrobina... centymetr... pół... - Wyjaśnijmy sobie coś, skretyniały wykolejeńcu. Mojego dobrego... kogo? Kumpla? Naprawdę przeszło ci to przez gardło? Sądzisz naiwnie, że Ryan jest moim dobrym kumplem? Że sprzedałbym kogoś, kogo sekrety są dla mnie ważne? Pudło, przegrałeś.
Palce oplatające gardło Nathaira ścisnęły się mocniej. Czuł pod całą ich powierzchnią buzujące adrenaliną żyły pełne krwi, a mimo to uścisk nie poluźnił się ani na moment. Uniósł się na kolanach.
- Pracą - rzucił z przekąsem powtarzając za Nathairem jak przeklęte echo. - I? Naprawdę uważasz, że nie powinieneś wiedzieć nic o osobie, którą darzysz nienawiścią, głupia owco? Czy nie lepiej znać swego wroga bardziej, niż przyjaciół? Hm? Zarzuciłem ci, że nie znasz Ryana. Zważ, że Ryan jest twoją pracą, ale Nathaniel moją nie. Twoim zakichanym obowiązkiem jest obserwowanie go i wysuwanie wniosków. U mnie zainteresowanie Nathanielem to wyłącznie dobra, kurwa, wola.
Przycisnął go bardziej do podłogi z głośnym warknięciem, aż w końcu dłoń puściła, całkowicie przestając dotykać Nathaira. Growlithe spuścił głowę tak nisko, że anioł mógł poczuć, jak miękkie kosmyki włosów muskają jego policzek, jak usta wtulają się w materiał bluzki, jaką dziś na siebie założył. Growlithe ewidentnie wykorzystywał to, że jest silniejszy, a jego ciało zyskało doskonalszą wytrzymałość.
- Powiedz mi, Nathair... - odezwał się wtem, lekko odsuwając się od ramienia Nathaira, aby ten mógł go w ogóle zrozumieć. Użył dokładnie tych samych słów, które wcześniej zastosował anioł. - Ty chyba nie jesteś zazdrosny o Ryana? - Wraz z tym pytaniem, pognieciony materiał koszulki, jaki dotychczas  znajdował się idealnie na swoim miejscu podsunął się ku górze, odsłaniając brzuch stróża. Growlithe opuszkami palców musnął skórę tuż pod jego pępkiem, przechylając głowę odrobinę na bok, tak, by usta znalazły się przy uchu rozmówcy. Tego cholernego... pieprzonego... Palce zahaczyły się o brzeg spodni. - Bardzo bolało, gdy mój dobry kumpel cię rżnął? Jak sądzisz, powinienem pokazać ci, gdzie go dotykać? Nie mam nic do stracenia, bo zdradziłeś mi wystarczająco dużo wad Nathaniela. Przy okazji spłacę swój dług... w naturze... Jak widzisz, już skopałem to co miałem, mój panie. Może teraz powinienem zająć się wyplenianiem błędów, jakie notorycznie popełniasz? Albo zasiać racjonalność w twojej impulsywnej osobie? Jak sądzisz, kto więcej stracił: ja, który pisnąłem ci słowo na temat osoby, wedle mojego scenariusza mogącej nawet nie istnieć, czy ty, który zdradziłeś swojego opiekuna?

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Sro Sie 27, 2014 11:50 pm
Tak, Nathair był jeszcze młody. Małe pisklę, które zdawałoby się, że dopiero co opuściło rodzinne gniazdo i nic nie wie o życiu. Niestety, anioł opuścił rodzinne grono już dawno, nie zdążywszy tak naprawdę nigdy zaznać jego ciepła. I chociaż wciąż jego doświadczenie było dość ubogie w porównaniu chociażby do obecnego tutaj mężczyzny, to jednak nie był głupi. Nie na tyle, jak nietórzy mogli go postrzegać. Był po prostu zbyt narwany i pyskaty. I kiedy w jego żyłach zaczynała buzować krew wypełniona adrenaliną, i kiedy nerwy przejmowały nad nim kontrolę, bardzo często kłapał dziobem bez ładu i składu, wyrzucając z siebie zlepki zdań, które nie zawsze miały wiele wspólnego z głównym, podjętym tematem. Zaiste niezwykle gówniarskie zachowanie, ale co poradzić, taki już był. Wciąż był gówniarzem nie nauczonym jak powinien zachowywać się w danej sytuacji, nie kalkulował  ewentualnych konsekwencji, jakie mogą go spotkać, nie rozważał, że czasami lepiej najpierw pomyśleć a dopiero potem otwierać usta. Gdyby Growlithe nie podjął tematu zahaczającego niebezpiecznie o dwie bliskie osoby dla Nahaira, dla których potrafił zrobić naprawdę wiele, gdyby ugryzł się prędzej w język, to i anioł z pewnością odpuściłby. I kto wie, ich spotkanie mogłoby zakończyć się niezwykle miło, by późnymi wieczorami wspominać ich plotkarski wieczorek, tylko, że bez kawy i ciastek. Ale nie zrobił tego. Ani jeden ani drugi nie odpuścili. I Nathair nie zamierzał nadal dać za wygraną. Mawiają, że głupszym się ustępuje. No cóż, anioł najwyraźniej nie znał tego przysłowia.
Oczywiście gdzieś wewnątrz po cichu przypuszczał, że reakcja białowłosego może być aż nadto przesadna oraz agresywna, aczkolwiek starał się nie dopuszczać tego do siebie, wciąż sądząc, że mężczyzna zamiast wdawać się w dalsze słowne przepychanki z młodym i głupim aniołem, zignoruje go i po prostu sobie pójdzie. Mylił się i skutki tego miał już za chwilę odczuć dość boleśnie na swoim ciele.
Zareagował zdecydowanie za wolno, by w jakikolwiek sposób zasłonić się czy nawet odskoczyć. Uderzenie w szczękę przyszło szybko i niespodziewanie. Zęby zgrzytnęły, gdy nieprzyjemne o siebie uderzyły, cudem pozostając na swoim miejscu a nie rozsypując się po podłodze niczym upuszczone perły przez jakąś białogłową. Z głuchym hukiem runął na podłogę, wydając z siebie stłumiony jęk bólu, gdy jego plecy miały spotkanie pierwszego stopnia z drewnianą podłogą. Na drobną chwilę zamroczyło go, jednakże bardzo szybko zorientował się, że to nie koniec. Sapnął głośno czując jak nieprzyjemny ciężar przyciska go do drewnianych i zjedzonych przez lata paneli. Instynktownie się szarpnąć, chcąc zrzucić z siebie Growa, jednakże w tym momencie ponownie wyszedł na jaw jego brak większej siły fizyczny. Frustrujące, doprawdy, by nie potrafić nawet zrzucić z siebie oponenta. Ujrzawszy nad sobą rozwścieczoną twarz mężczyzny, jego serce zabiło zdecydowanie szybciej, aczkolwiek nie odczuł fali strachu. Zapewne przez nadmiar adrenaliny, jednakże dzięki temu nie zaczął drżeć jak osika targana szałem wiatru.
Ostatnie agresywne szarpnięcie, gdy szorstka dłoń zacisnęła się na jego gardle, niemal je miażdżąc. Takie przynajmniej miał w danej chwili chłopak. Mała dłoń owinęła się w okół ciepłego nadgarstka szarpiąc za niego, by oddalić od swojej skóry. Na nic, wiec pozostało jedynie wbijanie paznokci w skórę mężczyzny w cichej nadziei, że wreszcie zabierze swoją łapę od niego. Zagryzł mocniej wargę, gdy pazury pochwyciły jego ramię, ale nie zamierał okazywać jakichkolwiek strachu, wręcz przeciwnie, wściekłość Growa odbijał swoją własną wściekłością. Choć z ich dwóch to Nathair w tym momencie znajdował się na zdecydowanie gorszej pozycji.
” Zacznijmy...”
- Pieprz się… – wycharczał chłopak czując, jak bardzo ma trudności w mówieniu, od razu wchodząc w słowa Growlithe’a już na samym początku. Uniósł jedną nogę, próbując przywalić kolanem w ciało mężczyzny, jednakże uderzenie było na tyle mocne, że można było je porównać to przyjacielskiego klepnięcia przez znajomego. Z równą zawziętością co on, odpowiadał swoim spojrzeniem na jego, nie zamierzając nawet na sekundę uciec wzrokiem. Mężczyzna przypominał w tym momencie rozwścieczone zwierzę, a w obcowaniu z takimi stworzeniami nigdy nie powinno odwracać się wzroku. Świadczyłoby to o uniżeniu i okazaniu strachu. A Growlithe nigdy nie doczeka się tego ze strony chłopaka. Mocniejszy ścisk na gardle wydobył z jego ciała nieprzyjemny dla uszu dźwięk przypominający zardzewiały traktor. Wbił jeszcze mocniej swoje palce w jego skórę na nadgarstku, pociągnąwszy nimi i zostawiając wgłębienia po paznokciach, które bardzo szybko wypełniły się krwią.
Tak, wiedział, że dał dupy. Nigdy nie powinien nawet pisnąć maleńkiego słówka na temat Nathaniela. Nie komuś takiemu, jak Grow. Zawalił sprawę a tylko dlatego, że był złakniony informacji o Ryanie, niczym małe dziecko, które dostało lizaka i za wszelką cenę chciało go polizać. Ale musiał ponieść konsekwencje swojej zachłanności oraz naiwności.
- Nie rozśmieszaj mnie żałosna kanalio.. – wysyczał z trudem łapiąc powietrze oraz formułując jakiekolwiek słowa.
- Nienawidzisz? Dobra wola? Przychodząc… Przychodząc tutaj nie wyglądałeś na kogoś, kto go nienawidzi. Wręcz przeciwnie. A Twoja reakcja na Tomomi to potwierdziła. Wściekłeś się, bo… bo co? Bo Nathaniel obdarzył ją takimi uczuciami, o jakich nawet w połowie Ty nigdy nie będziesz mógł pomarzyć? – wysilił się na krzywy uśmieszek, chociaż ten naprawdę przychodził mu z trudem. Coraz ciężej oddychało mu się. Nie tylko ze względu na ściskanie gardła, ale fakt, że o wiele cięższa osoba właśnie go zgniatała.
- I złaź ze mnie Ty kupo mięcha. – warknął zabierając dłoń z jego nadgarstka i wsuwając ją między nich, przycisnął do jego klatki piersiowej po czym zaczął naciskać na jego ciało, z zamiarem odsunięcia od siebie nieprzyjemnego ciężaru. W końcu ręka puściła, a chłopak mógł wreszcie zaczerpnąć większej ilości powietrza. Zaniósł się krótkim kaszlem, czując jak w gardle wszystko mu zaschło. Bolało go, aczkolwiek nie to było w tym momencie ważne. Growlithe zaczął powoli przekraczać barierę przyzwoitości, a Nathair nie zamierzał drugi raz dopuścić, by komukolwiek to się udało.
Drgnął niespokojnie czując jak kosmyki włosów łaskoczą jego policzek. Automatycznie odwrócił głowę w bok, odsuwając swoją skórę najdalej, jak tylko mógł od niego. A w myślach powtarzał sobie jak jakąś mantrę „odsuń się, odsuń się, odsuń się”. Jego ciałem wstrząsnęło niekontrolowane drżenie, gdy szorstkie opuszki palców przesunęły się po jego ciele, by finalnie zahaczyć o spodnie. Nie wiedział, na ile mężczyzna żartuje, na ile chce go nastraszyć, ale…
- Nie dotykaj mnie! – warknął nieprzyjemnie, wyciągając jedną rękę w bok, macając palcami po podłodze. Nie powinien wspominać Ryana. Nie w tym momencie. Nie w ten sposób, sprawiając wrażenie, jakby wszystko wiedział.
- To nie Twój zasrany interes. Zaraz Ciebie zaboli, jak ja Ci pokażę jak nie powinieneś mnie dotykać. Wiesz, może i masz rację. Może i to ja więcej straciłem, ale bez względu na to, ile się dowiedziałeś, to te informacje w Twoich rękach są po prostu bezużyteczne. – sunące palce po podłodze wreszcie napotkały upuszczony wcześniej telefon. Pochwycił go pewnie, a druga dłoń wsunęła się pomiędzy jasne włosy mężczyzny. Gwałtownie szarpnął jego głową odchylając ją nieco do tyłu, a drugą ręką z całej siły uderzył w bok głowy roztrzaskując telefon na mniejsze części, które zapewne poorały skórę mężczyzny. Szarpnął nim w bok, mając nadzieję, że uda mu się zrzucić jego cielsko z siebie, jednocześnie próbując dosłownie wypełznąć spod niego.
- Zabieraj te łapska ode mnie. Nie masz najmniejszego prawa mnie dotykać. – wyrzucił z siebie, niemalże rozpaczliwie walcząc o odzyskanie przestrzeni osobistej.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Czw Sie 28, 2014 10:16 pm
Przychodząc tutaj nie wyglądał na kogoś, kto go nienawidził..? Śmiech ugrzązł w gardle. To prawda. Ciężko się było nie zgodzić z nowym kolegą. Sęk w tym, że jak miał niby wyglądać? Wleźć do środka razem z drzwiami, zacząć go szarpać i rozkazywać na prawo i lewo, domagając się informacji o Nathanielu? Szczerze wątpił, by Nathair w takiej chwili po prostu zrobiłby to, czego Wilk od niego oczekiwał.
A teraz to i tak nie ma znaczenia.
Nie, gdy coś zostało złamane.

- Woaaah, Jace. Znów rysujeeesz? - pisnął ciemnowłosy, napierając na plecy swojego przyjaciela. Objął go za szyję, zmuszając wyższego chłopaka do pochylenia się przed siebie. Od razu zajrzał mu przez ramię na ogromny rysownik. - Co takiego?
- Nie twój interes, Levi. Zjeżdżaj - odwarknął Jace, próbując zepchnąć natarczywy ciężar łokciem.
- Nie bądź taki! Wow, wow, co on trzyma w dłoni, co? To serce?
- No. Może. - Poddał się białowłosy, przygarniając do siebie rysownik z marudnym wyrazem twarzy. Wciąż czuł mocny uścisk Gareta, jakby ten nadal bał się, że zostanie zepchnięty.
- Aha - powiedział Garet, opierając brodę o jego bark. - A czemu było zielone?
- Nie wiem.
- Może zgniło?


Coś tu cuchnęło. Anioł mógł poczuć, jak pod ostrzałem ostatniego pytania ciało Growlithe'a drgnęło. Ba. Na moment nawet zatrzymało się, zawieszone w świecie bez czasu i konieczności oddychania. Jace odnosił wrażenie, jakby coś przylgnęło do jego pleców i szybko zrozumiał, że to jedna z mar, przywarła do niego, przytulając się delikatnie. Czuły gest przerodził się w surowy ścisk. Czuł, jakby naprawdę ktoś wsunął dłonie w jego ciało, jakby rzeczywiście zimne palce ujęły serce, przez chwilę trzymając je obojętnie, a potem...
Warknął, gdy ręce zmiażdżyły uczucia. Zgniłe, zadrapane, ale cudem trzymające się dotychczas uczucia. To one wydzielały ten nieprzyjemny zapach. Powinien się ich pozbyć wcześniej, nim zaczęły się rozkładać. Ich obecność... zwyczajnie zawadzała. Śmiech, niby wiosenne dzwoneczki, odbił się od jego uszu, gdy przycisnął mocniej Nathaira do podłogi. Nie chciał go teraz puszczać. Chciał go zabić... nie... zamordować. Zajebać z zimną krwią. I zrobiłby to. Z pewnością. Jednak ręka musnęła grdykę anioła... i to tyle.
Zaskoczenie pojawiło się nagle w jego oczach, które zaraz przykryły powieki. Poczuł tylko jeszcze, jak czarna maź spływa po jego nadgarstku, wprost na klatkę piersiową Nathaira. A potem piorun przeciął ciało. Impuls bólu. CZUJESZ, JACE? Sapnął wściekle, odrywając „lepkie” palce od ciała Nathaira, w zamian obejmując dłońmi obolałą głowę. Czuł. Cholernie czuł. Zamroczyło go na wystarczająco długi czas, by puścić ofiarę, przestać się nią interesować. Pewnie runąłby na bok, jak burzony wieżowiec, gdyby nie ręka, która uczepiła się stołu. - Ty kurewski... - zaczął, otwierając jedno ślepie. Poczuł, jak pieką go oczy, jak w ich kącikach gromadzą się łzy. Żałosne. Pomyślał, że to żałosne, jak ciekawość przeradza się w nienawiść, jak jeden ruch zmusza do wykonania kolejnego kroku wbrew własnym zasadom i chęciom. Wierzchem dłoni starł krew ze skroni i przyjrzał się jej krytycznie, oceniając coś, co miało być cenne, ale okazało się zwykłą fałszywką, plagiatem, falsyfikatem.
Usłyszał coś histerycznego. Gdzieś blisko niego, tuż obok. Dopiero po chwili zorientował się, że to on sam. Wredny, koci uśmiech na dobre przylgnął do jego ust, a z gardła wyrwał się wstrętny chichot. Wsparł się o udo i podniósł. Niemalże od razu ciało straciło grunt pod nogami, a on zachwiał się, w ostatnim momencie łapiąc równowagę. Stabilnie stanął na ziemi i zlokalizował Nathaira, wciąż leżącego na podłodze.
Leżącego głównie dlatego, że przygniatał go ciężki, czarny łańcuch, jeszcze przed chwilą będący tylko paroma kroplami maziowatej substancji. Nie oplótł całego ciała. Ot. Z obu stron hakami wbił się w podłogę, parę drzazg pojawiło się na ziemi i tyle. Wydostanie się spod niego nie było awykonalne, ale uciążliwe.
Jace słyszał nad uchem posapywania wilków, zniecierpliwione skomlenie Larsa i szelest skrzydeł Livai'a. To, jak mary zaczęły się o niego ocierać, powodując nieprzyjemne (i paradoksalnie pożądane) drżenie, spowodowane kontrastem do gorąca ciała.
Coś czarnego zakotłowało się za jego plecami. Kłębek nitek. Splątane gryzmoły zaczęły się wiercić, rozrastały się, próbując rozplątać z nieprzyjemnego ścisku. Te, którym się udało, nagle odginały się na boki i wzrastały, wznosząc ponad Jonathana. Falowały i wiły się jak wodne rośliny, drżąc z każdą sekundą coraz bardziej. Może wyczuwając wściekłość właściciela i zbliżający się wybuch? Brakowało tylko mgiełki tuż nad głową białowłosego, gdy zgrzytając zębami, ogarniał spojrzeniem Nathaira. To wszystko, całe przedstawienie, trwało... ile? Dwie sekundy? Cztery? Ledwie mrugnięcie oczami. Machnięcie ręką. Niektóre z długich, czarnych linii oplotło się wokół ramion, torsu, ud, nawet gardła Wilka, gdy ten zmrużył oczy i zmarszczył nos, otwierając swe obłąkańcze obrzydzenie przed Nathairem.
Powoli. Przecież i tak nie musiał się spieszyć. Był pewien swojego zwycięstwa. Widać to było w jego oczach, w których do teraz tańczyły jasne kurwiki. Cóż. Prawda wyszła na jaw. Wszystkie słowa Nathaira coś w sobie miały, ale właśnie ona - prawda - leżała gdzieś pośrodku tych stwierdzeń. Na samym, cholera, środku. Może dlatego tak zawadzała?
Ubranie Grow'a zatrzepotało. Cienki, miękki materiał koszulki na moment zaszeleścił, odsłaniając zabliźnioną skórę, targany ostrym podmuchem, jaki wywołały mary. Wszystkie dziesięć, rozrośniętych języków ognia, które leniwie tańczyły dotychczas za białowłosym, teraz zgięły się z trzaskiem łamanych kości, główkami do celu. Jak węże, przez sekundę wijące się w miejscu, oceniające sytuację, po drugiej chwili wystrzeliły do ataku. Przecięły powietrze niczym noże, celując nagle ostrymi jak igły końcówkami prosto w ciało stróża.
Wokół zrobiło się nieprzyjemnie lodowato od obecności zmor, ale Growlithe nie miał zamiaru pozostać bierny. Naznaczony czarnymi tatuażami, które - o, ironio - niczym ogień wiły się po jego skórze, skoczył przed siebie, chcąc chwycić Nathaira za ciuchy lub ramię, nawet jeśli któreś z wycelowanych pnączy o trójkątnej końcówce wbiło się w ciało anioła - nie zwracał na to w ogóle uwagi. Usłyszał tylko trzask... nie, nie kości. Łamanego drewna. Pękły deski stołu, owoce poturlały się po ziemi z bębniącą nutą w tle. I dźwięk rozpruwanego materiału, gdy jedno z „ostrzy” wgryzło się na oślep w oparcie kanapy.
Natarł na anioła, materializując w lewej ręce nóż, którym od razu zamachnął się z góry na dół i o centymetr przebiegł przed nosem Nathaira... za to zahaczając o materiał koszulki.
DRUGI RAZ NIE SPUDŁUJ.
- ODDAWAJ MI TO, CO ZNISZCZYŁEŚ - warknął, podnosząc niespodziewanie głos, wraz z tym, jak uniósł uzbrojoną dłoń i wymierzył cios prosto w klatkę piersiową Nathaira.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Pią Sie 29, 2014 2:39 pm
Nathair może i wyglądał na słabego i kruchego, którego z łatwością można złamać. Właściwie bardzo wiele było w tym prawdy. Wszakże anioł był dosyć łamliwy a jego siła fizyczna jak na przedstawiciela płci męskiej pozostawiała wiele do życzenia. Ale… no właśnie. Był aniołem. A skrzydlate istoty zostały obdarzone jedną z silniejszych mocy, dzięki którym były w stanie zawładnąć żywiołami wypełniającym ten plugawy świat. Co prawda chłopak nie lubił używać żadnej ze swych trzech boskich mocy. Był pyskaty i w gorącej wodzie kąpany. Często mówił zanim pomyślał, jednakże prawie zawsze starał się jednak nie sięgać po ostateczność. W tym przypadku było tak samo, dlatego też Growlithe wciąż nie został połaskotany elektrycznością czy nakarmiony jakąś przeraźliwą iluzją. Ale im dłużej zwlekał, tym bardziej jego życiu zagrażało niebezpieczeństwo.
Dzikie zwierzę jest niebezpieczne i lepiej nie zbliżać się do niego niż jest to wymagane. Ale wściekłe i rozjuszone dzikie zwierzę jest niemal nie do powstrzymania. A Wymordowany właśnie wyglądał jak takowe stworzenie. Brakowało jeszcze piany na ustach świadczące o nabytej wściekliźnie, próbując rozerwać delikatne gardło anioła. Chociaż z tym ostatnim to była prawda. Tylko cudem Nathair do tej pory miał gardło w całości.
Atak telefonem przyniósł ze sobą zamierzony skutek. Chłopak był w stanie dosłownie wyczołgać się spod ciężkiego cielska mężczyzny, zyskując tym nie tylko upragniony dystans, ale też wolność. Choć ta nie trwała zbyt długo, gdy ciężki łańcuch opadł na jego klatkę piersiową, przyciskając go do ziemi. W ostatniej chwili Nathair zdążył przekręcić się na plecy, by móc mieć swego oponenta w zasięgu wzroku. Wycedził coś cicho przez zaciśnięte zęby. I choć nie było to zrozumiałe, łatwo można było się domyślić, że gardło Nathaira opuściło słowo, które nie przystoi aniołom. Czuł, jak jego serce boleśnie przyspiesza, widząc stan, w jakim znajdował się aktualnie Growlithe. Wręcz namacalnie wyczuwał niebezpieczeństwo, jakie niosły ze sobą ciemne wzory przesuwające się agresywnie po jasnej skórze mężczyzny. Absurdalnie odczuwał przyjemność z tego widoku. W normalnej sytuacji, gdzie jego życiu nic by nie zagrażało, z pewnością zachwyciłby się nad tym zjawiskiem uznając je po prostu za coś pięknego. Lecz w tym momencie nie miał nawet czasu podrapać się po przysłowiowej dupie, a co dopiero rozprawiać się nad jakimś pięknem.
Szarpnął się mocniej, chcąc zerwać z siebie łańcuch. Nie puścił, chociaż niebezpiecznie drgnął, co świadczyło, że trochę więcej siły a Nathair będzie w stanie wyswobodzić się z niego całkowicie. Ale nie miał czasu, gdyż kątem oka dostrzegł pędzące ku niemu mary, które przebrały postać pnączy (Prawie jak w hentaiu z tentacle). Dosłownie w ostatniej chwili chłopak zdążył wyciągnąć przed siebie jedną rękę, prostując ją w łokciu i rozsuwając szeroko palce dłoni. Maziste, grube nitki odbiły się od półprzezroczystej bariery, która otoczyła chłopaka dając mu chwilowe bezpieczeństwo. Zdawało się, że cieniutka, niemal niewidoczna bariera nie powinna w żaden sposób wytrzymać naporu pnączy, które uderzały i wiły się po niej niczym robactwo toczące martw truchło. A każde uderzenie wydobywało z siebie nieprzyjemny dla ucha dźwięk, jakby ktoś umyślnie przesuwał pazurami po tablicy, chcąc doprowadzić swojego słuchacza do szaleństwa. Bariera jednak nie pękała, trzymając się mocno i stabilnie z racji kompletnej koncentracji anioła na niej.
Ale zrobił błąd, który kosztował go wiele.
Growlithe nie zamierzając grzecznie czekać na efekty swoich małych „towarzyszy’, przystąpił do ataku, na drobną chwilę dekoncentrując anioła. Różowe oczy skupiły się na niebezpiecznej sylwetce, jednocześnie tworząc małą wyrwę w półprzezroczystej kopule. Cichy trzask rozbitego szkła, gdy bariera roztrzaskała się na drobne kawałki, powoli przemieniając się w mgliste obłoczki z każdą kolejną chwilę oddalające się i rozpływające w powietrzu. Cichy świst tuż nad uchem Nathaira, gdy ten spróbował uniknąć nieprzyjemnego spotkania z jednym z pnączy Growlithe. Niestety, zahaczyło o delikatną skórę policzka anioła, pozostawiając na nim krwawą, poziomą smugę, choć nie na tyle głęboką, by przeszkodziła mu w czymkolwiek, wciąż jednak bolesną i wydzielającą z siebie nienaturalne uczucie zimna. Drugie pnącze miało więcej szczęścia, wbijając się wprost w lewe przedramię Nathaira. Z jego gardła wydobyło się ciche, acz rozdarte warknięcie, gdy nieprzyjemny ból przeszył go praktycznie na wylot.
Jednakże przez cały czas wzrok miał utkwiony w mężczyźnie, który w ciągu dwóch, może trzech sekund znalazł się przy nim. I można powiedzieć, że tylko to ocaliło najprawdopodobniej jego życie. Ostre sztyletu przecięło powietrze zahaczając o skórę szyi i rozdarło aż po samą żuchwę z lewej strony. Metaliczny zapach krwi uderzył w nozdrza anioła, wywołując nieprzyjemny ścisk w żołądku. Ale w tym momencie pojawiła się szansa dla samego Nathaira do kontrataku, od którego zapewne zależało bardzo wiele. Najpewniej nawet życie różowowłosego.
- Wal się powaleńcu! – krzyknął Nathair zachrypniętym głosem i wyciągnąwszy dłoń, przycisnął ją do prawego boku mężczyzny. Głośny, wręcz syczący trzask rozdarł powietrze, gdy błysk, który pojawił się między nimi, mógł oślepić na chwilę nawet najlepszego wzrokowca. Porażenie prądem było niebezpieczne, ale jeszcze gorsze było uderzenie błyskawicą. A tym właśnie Nathair poczęstował Growlithe’a. Siłą elektryczności, która poraził mężczyznę nie była na tyle mocna, by zabić, ponadto specjalnie zaatakował z prawej strony, ale nie była na tyle delikatna, żeby nieprzyjemny ból nie opanował ciała przeciwnika. Na dodatek w powietrzu dało się wyczuć świąd spalonego ludzkiego mięsa. Uderzenie powinno odrzucić Growa kawałek od Nathaira. Powinien również pozbawić go przytomność, bądź w najlepszym przypadku na chwilę zamroczyć. Ale anioł nie wiedział jak bardzo jest wytrzymały Wymordowany. Równie dobrze mogło zdekoncentrować białowłosego na krótką chwilę. Jeśli ten najgorszy scenariusz dla Nathaira okaże się prawdą, był gotowy pogłaskać mężczyznę kolejną dawką niebezpiecznych woltów. Jednego mogli być pewni. Tego dnia zarówno Growlithe, jak i Nathair, jeśli oczywiście przeżyją, wyjdą z tego z bliznami, które będą towarzyszyć im do końca życia, za każdym razem przypominając do czego doprowadziła ich zachłanność i impulsywność.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Arcanine on Sro Wrz 03, 2014 12:02 am
(Tak. Hentai bardzo.)
Podskórnie odczuł satysfakcje. Przyjemne, wręcz błogie mrowienie ogarnęło całe jego ciało, gdy jedno z pnączy wbiło się w ramię Nathaira. Tak. Doskonale. Perfekcyjnie. Liczył, że będzie więcej krwi, więcej złamanych kości, siniaków, zapachu strachu... ale tyle wystarczy... na drobny początek. W końcu to tylko niewinna zabawa. Kuksaniec w bok za niepoprawne stwierdzenie kolegi, bo kolejny raz uraził dumę albo coś równie niewymagającego, po czym obaj i tak staną naprzeciw siebie i będą w stanie spojrzeć sobie w oczy.
Nie była to jednak satysfakcja, jaką powinien odczuwać w tej chwili. Nie wobec kogoś, kto - siłą argumentu - powinien być dla niego „istotny”. Jeśli od lat próbował praktykować zasadę „przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem” tak w tej chwili złamał wszystkie idee, jakie były zawarte w podobnej dewizie. Nie mógł jednak - może nie chciał? - doszukiwać się w Nathairze cząstki Nathaniela. Ani jego oczy, ani głos, ani nawet styl bycia nie przypominał Levittouxa.
Nie musiał się hamować.
Ręka okuta w sztylet raz po raz podnosiła się i ze świstem spadała na ziemię, czasami drąc skórę anioła, innym razem wbijając się ostrzem w deskę podłogi, bo ciało pod nim dość skrupulatnie próbowało pokazać, że wcale nie chce zostać poszatkowane, tym samym spychając rękę na inny tor.
I kiedy raz jeszcze chciał zaatakować - już na oślep, nie bacząc nawet na to, czy trafi, czy spudłuje - grzęznąc sztyletem w piersi anioła, przed oczami zrobiło się czarno...
Wrzask był tragiczny.
I krótki.
Jak nagle przerwane połączenie, tak głos zaklinował się w gardle, a Growlithe, prócz tego, że odskoczył jak poparzony, odrzucając sztylet w eter, dodatkowo zachwiał się i runął bokiem na ścianę, osuwając się wzdłuż niej aż do siadu. Pech chciał (nie... on tego desperacko pragnął), że bliskie spotkanie z ową ścianą przeżyło zranione ramię. Swąd sfajczonej skóry i ubrania, strużki krwi, ciągnące się jak węże wokół spalonego ramienia i wściekła, choć nieobecna mina Wilka sprawiały, że każdy - szczególnie kto go nie znał - mógł pomyśleć, że lada moment podniesie się i nie bacząc na to, co miało miejsce jeszcze sekundę temu, ponownie naprze na Nathaira. Jak znani wszystkim niscy, przygrubi dziadowie, którzy żyją tak długo tylko dlatego, że karmią się nienawiścią do świata, tak i Jace zdawał się być tym, który przeżyje nawet własną śmierć.
Nic takiego się jednak nie stało. Skulony w rogu drżał krótszą chwilę, mocno zaciskając palce, nim wszystko ustąpiło. Ot. Jedno pstryknięcie palcami. Głowa opadła drastycznie do przodu, ciągnąc za sobą resztę wątłego ciała, które osunęło się niewygodnie na podłogę. Drugie pstryknięcie. Policzek uderzył o ziemię, nim został przysłonięty przez białe kosmyki, a (trzecie pstryknięcie) spomiędzy rozchylonych ust wyrwał się przeciągły, charczący wydech.

Czarne, zwierzęce ścierwa zamarły.
Pnącza dotychczas wijące się w pobliżu Nathaira nagle skurczyły się do niewiarygodnie żałosnych rozmiarów, formując parę dzikich mord. Wilk, lis, jastrząb, gepard... Każde z tych zwierząt zatrzymało się w czasie z wysoko uniesionymi łbami, a każda para bezkresnych ślepi utkwiona była w nieruchomym ciele właściciela artefaktu.
Właściciela, który powinien wstać i podjąć się dalszej walki. Który robił to zawsze, beznadziejnie złoszcząc rywali, wściekając los, buntując się Bogu. A teraz leżał nieruchomo, tak samo jak mary stały, sparaliżowane nie tylko zaskoczeniem, ale i czymś w rodzaju... strachu. Może nawet wewnętrznej agonii, wymieszanej z pretensją. Jednocześnie smutkiem i złością.
Ale nie zniknęły.
Ich obecność świadczyła o tym, że Jonathan - ku chwale ojczyzny - wciąż trzymał się przy życiu.

Dłoń drgnęła. Zaraz za nią w kolejce drgnęły powieki, mocno się zaciskając. Nic nie czuł. Bynajmniej nic, co powinien. Nie było bólu, ani zmęczenia. Może coś podobnego, ale to nadal nie było to uczucie. Najwidoczniej był zbyt wykończony, aby takim się czuć. I choć minęło może z pół minuty, Growlithe miał wrażenie, jakby „przespał” co najmniej tydzień (bez przerw na toaletę i coś na ząb). Prawie zdążył się zdziwić z powodu braku odczuwania - w zasadzie - czegokolwiek, gdy jak jeden brat wszystko zwaliło mu się na głowę.
Od razu syknął, zaciskając kły. Ta cholerna świadomość - kto to w ogóle wymyślił? - powróciła, przynosząc z wakacji masę rozrywającego bólu. Dokładnie tak się czuł: jakby ktoś wpierw odrobinę naciął mu skórę, a potem z impetem wsunął palce i rozdarł ranę, zdarł skórę, wycisnął krople krwi. Właśnie. Ten ohydny odór posoki drażnił czuły węch. Również wtedy, gdy chłopak podniósł się do siadu od razu lecąc na bok. Nagły ból głowy trafił go jak niewidzialny pocisk, uderzeniem powalając ponownie na ścianę, na której chwilę temu wymalował abstrakcyjne dzieło.
Dyszał ciężko. Palce zdrowej ręki zaciskały się bezlitośnie na prawym ramieniu, co było wręcz idiotyczne, zważywszy na okoliczności. Mary poruszyły się niespokojnie, szepcząc coś niezrozumiale między sobą.
Jedyne co uległo zmianie - jakiejkolwiek - to oczy Jace'a. Przybrały głębszy, rozumny blask... ale nadal biła od nich chęć mordu. Nienawiść niemalże wypływała z wściekle zmrużonych ślepi, gdy lustrował Nathaira od góry do dołu, oceniając go i najwidoczniej próbując domyślić się, jaki będzie jego kolejny ruch. Gdy spróbował wstać, nogi zadygotały.
Ale to jeszcze nie koniec. To chory początek.
Ledwo się uniósł, a już wydał niemy rozkaz. Gepard wyszczerzył kły i skoczył w stronę Nathaira, przebiegając zgrabnie po kanapie, która była istotną przeszkodą w drodze do celu. Reszta zmor ulotniła się, gdy Growlithe przylgnął plecami do ściany, spuszczając głowę i łapiąc powietrze. W ogóle nie czuł ręki.
Na ile nie będzie mógł nią poruszać?

@Grow: kurde. KOMPLETNIE nie mam weny, pomysłu, chęci, sił, czegokolwiek, co tylko można wymienić. Ale nie chcę blokować, bo wiem, że to bardziej nam zaszkodzi, niż pomoże. Następny post na bank będzie lepszy.

----
Paraliż ręki ustąpi po 20 postach. 1/20

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 22787

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 4 z 20 Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 12 ... 20  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Eden :: Rajskie miasto