:: Eden :: Rajskie miasto




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 17 z 20 Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18, 19, 20  Next   

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Pon Lis 14, 2016 10:53 pm
W jasne tęczówki anioła wkradło się niepohamowane znudzenie.
Ich spotkania zawsze miały ten sam schemat. Zawsze wyglądały tak samo. Wpadało w rutynę, której już chyba nigdy nie zdołają przeskoczyć. Kiedy nie wykazywał jakiegokolwiek zainteresowania i wybierał drogę milczenia, było źle. Kiedy z kolei próbował czegoś się dowiedzieć, podtrzymać rozmowę – również. Wzrok spokojnie przesunął się po mocno zarysowanej szczęce wymordowanego, wyjątkowo, o dziwo, puszczając mimo uszu zgryźliwą odpowiedź. I był pewien, że na tym poprzestanie. Przecież tak było najłatwiej. Szybko i bezboleśnie ucinać rozmowę. Heather zdążył do tego przywyknąć. Po prostu.
Dlatego też w jego spojrzeniu pojawił się ognik zaskoczenia, kiedy Grimshaw zaczął kontynuować. Co prawda odpowiedź nie usatysfakcjonowała skrzydlatego, ale nie mógł narzekać. W końcu Ryan odpowiedział mu więcej, niż jednym zdaniem, a to była rzadkość.
Pewnie się nie znam, ale… – na drobnych ustach pojawił się nikły cień uśmiechu. – Zaskakująco łatwo prześlizgujesz się i przechytrzasz los. Zaskakująco łatwo zmieniasz ludzi w swoim otoczeniu. Nie szanujesz nikogo, nie masz żadnych wartości.  W końcu zepsute zabawki trzeba wyrzucić, co? Obyś jednak nigdy się nie potknął. Bo los to przewrotna dziwka, Jay. – mruknął spuszczając wzrok na, już pustą, szklankę, jakby w jej wnętrzu mógł dopatrzeć się czegoś nadzwyczajnego i zdecydowanie bardziej interesującego niż te wszystkie ckliwe rozmowy. Wreszcie spojrzał na niego i obdarzył go smutnym, i może trochę współczującym uśmiechem. Wreszcie odetchnął i wyprostował się na krześle, odchylając się do tyłu i spoglądając w sufit.
W głowie pluł sobie w twarz.
Że ze wszystkich osób akurat to musiał być on. O tak, los to zdecydowanie przewrotna dziwka. Musiał zabić to w sobie jak najszybciej. A najlepszym lekarstwem będzie….
Sam o tym zadecydujesz. – powtórzył za nim w lekkim zastanowieniu. Tylko że do tanga potrzeba dwoje. To już nie była tylko kwestia Grimshawa i jego prywatnych zachcianek. Nie od momentu, kiedy w tak parszywy sposób upokorzył go tamtego pamiętnego poranka. Choć Nathair nie pokazywał tego po sobie, to nadal skrywał wewnętrzną urazę do wymordowanego.
Więcej się nie odezwał. W milczeniu siedział i czekał, aż jego lewe ucho będzie zdobiła taka bzdeta, jaką był kolczyk. Zachcianka, głupia fanaberia anioła. Ale chciał. Nie skrzywił się, kiedy igła przekuła miękką tkankę płatka ucha, ale wydał za to ciche syknięcie, a mięśnie napięły się na te parę sekund. Ból przyszedł  szybko, ale w równym tempie zaczął ulegać  i oddalać się. Jak użądlenie jakiegoś piekielnego owada. Gdy Grimshaw odsunął się, chłopak uniósł dłoń i musnął opuszkami chłód biżuterii.
Przeżyję. – odpowiedział cicho, podnosząc się z krzesła. Położył dłoń na karku i poruszył nim, wywołując strzelanie przemęczonych kości.
Dzięki. I pójdę wziąć prysznic. A ty… rozgość się. – nie musiał prowadzić go za rączkę. Był już na tyle dużym chłopcem, że spokojnie mógł zająć się samym sobą. Uchylił jedną powiekę, kierując spojrzenie na wymordowanego.
Ale zawsze możesz do mnie dołączyć, Jay. – mruknął zaczepnie, unosząc lewy kącik ust.
Drażnił się.
To, co o tej pory w jego wykonaniu zdawało się być wręcz czymś abstrakcyjnym, teraz przychodziło mu zaskakująco łatwo. Wyminął go i niemal bezszelestnie opuścił kuchnię, kierując się miękko po schodach na górę, do drugiej łazienki. W środku zrzucił z siebie ubrania i od razu wsunął się do kabiny, odkręcając kurek. Woda była przyjemnie ciepła, jednocześnie ochładzając i ożywiając zmęczone ciało. Oparł przedramię o chłodną ścianę i stał pod wodą z dobre pięć minut, właściwie nic nie robiąc. Po prostu stał. Wyciszał się. Wyciszył umysł. Aż wreszcie jedna z dłoni zawędrowała pomiędzy jego uda.
Kretyn. – syknął, zagryzając dolną wargę w tym samym momencie, kiedy jego palce zacisnęły się na….

* * *

Wycierał pospiesznie włosy ręcznikiem, zerkając w swoje odbicie w lustrze. Jasne policzki wciąż nosiły znamię czerwonych rumieńców, choć to można było zwalić na gorącą kąpiel. Wzrok opadł na srebrny kolczyk w otoczeniu czerwonej skóry. Przyglądał mu się przez chwile, aż wreszcie wyszedł z łazienki, uderzając bosymi stopami o drewnianą podłogę. Po drodze wsunął na nos okulary, choć prawdę powiedziawszy miał przed tym opory. Do tej pory tylko Nathaniel i Laviah wiedzieli o jego wadzie wzroku. Wrócił na dół , choć zamiast od razu zawitać w salonie, zahaczył najpierw o kuchnię, skąd zgarnął plastikową butelkę z wodą. W takich momentach jak te, ceniło się relacje i pozytywne stosunki z aniołami, które władały hydrokinezą.
I co, znalazłeś coś ciekawego? – zapytał odkręcając butelkę, by upić parę łyków. Oczywiście, że miał na myśli książki. Jeżeli Ryan znalazł się w salonie, to z pewnością tym, co go najbardziej zainteresowało, były półki z różnymi książkami.
Polecam prze— – zamilkł w tej samej chwili, kiedy w całym domu zrobiło się ciemno. Nathair zastygł w bezruchu, nasłuchując. Serce zabiło mu gwałtownie, może aż za bardzo. Albo padł generator, albo… Odwrócił się gwałtownie na pięcie i wybiegł do przedpokoju, uprzednio odbijając się o ścianę, kiedy nie trafił w wyjście. Nim wzrok przyzwyczai się do ciemności, z pewnością nabije sobie parę siniaków na ciele. Zatrzymał się na środku i wpatrując się w miejsce, gdzie powinny znajdować się drzwi wyjściowe – nasłuchiwał. Jasne, to mógł być generator, ale… jeżeli ktoś się dowiedział, że Nathair aktualnie trzyma u siebie wymordowanego, ba, tego, który był zamieszany w śmierć archanioła, mógł mieć nalot na dom. A odcięcie prądu było pierwszą rzeczą, jaką zrobiliby, odcinając anioła od większego źródła swojej mocy. Ale minęły pierwsze minuty, i chłopak nie słyszał nic więcej, oprócz grzmotów, szumu wiatru i ciężkiego deszczu. Wreszcie odetchnął.
Generator. – odparł cicho, odwracając się, by wejść na powrót do salonu i powiódł wzrokiem, który już jako tako przywykł do ciemności, w stronę okna.
W taką pogodę nie ma sensu go ładować. – dodał po chwili, odpychając się od ściany i kierując w stronę jednej z komód.
No nic. – mruknął, a w jego głosie pojawiło się… rozbawienie. Złapał za szufladę i rozsunął ją, skąd wyciągnął kilka świeczek i zapałki. Rozstawił je, odpalił i już po chwili w pomieszczeniu pojawiło się nikłe światło, które ułatwiało jako takie poruszanie się. Przynajmniej dla skrzydlatego.
No widzisz jak zadbałem o romantyczny nastrój? – zamruczał parskając pod nosem. Zdmuchnął ostatnią zapałkę i skierował się w stronę kanapy, po drodze zgarniając jabłko w które się wgryzł.
Takie atrakcje tylko u mnie. – rzucił, siadając półdupkiem na oparciu kanapy, ponownie wgryzając się w jabłko.
To prawie jak romantyczna randka. Romantyczny spacer po lesie – odznaczone. Romantyczna kąpiel prawie-we-dwoje – odznaczone. Romantyczna kolacja – odznaczone. Co następne? – przechylił lekko głowę.
Bawi cię to, co?
Troszeczkę.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Lilo on Wto Lis 15, 2016 7:46 pm
WJAZD MG
(bez wpływu na aktualnie toczącą się fabułę)

Pewnego pięknego jesiennego dnia przed domem Nathaira pojawiła się tajemnicza paczka. W środku sfatygowanego kartonowego pudła można było znaleźć:
- zestaw kosmetyków (szampon, mydło i perfumy) o zapachu wędzonki
- książkę "Podryw dla początkujących" autorstwa Cacao DecoMorreno
- jedno opakowanie odżywki białkowej dla kulturystów

Radio gratuluje zwycięstwa w konkursie z audycji nr II! Życzymy miłego dnia i dobrego użytku z nagród~

WYJAZD MG

_________________
:



Lilo
-----------
Medyk     Anioł

avatar

Liczba postów : 3850
GODNOŚĆ : Liselotte Margaret Merricks

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Fucker on Sob Gru 03, 2016 3:11 pm
Nie czuł, że warto było współczuć mu jego podejścia. Żył z nim już od wieków i już nieraz te przekonania uchroniły go od wielu rzeczy, z którymi być może nie poradziłby sobie jako osoba słaba psychicznie. Lubił swoje trzeźwe myślenie i to, że nigdy nie sięgał po środki, które mogłyby to zaburzyć. Lubił spokój, który zachowywał, gdy inni unosili się swoimi emocjami i często popełniali błędy, których potem żałowali. Nic dziwnego, że z dokładnie tym samym spokojem przyjął do siebie opinię Nathaira, jak i sposób, w jaki na niego patrzył, uświadamiając chłopakowi, że robi to zupełnie na próżno. Grimshaw nie poczuł nawet cienia żalu ani nie spróbował zastanowić się, że być może gdzieś popełnił błąd.
Może był zbyt pewny siebie?
Może był po prostu chory?
To nie miało już większego znaczenia, gdy życie ograniczało się już tylko do przeżycia. To nie było już to, co kiedyś, gdy wszyscy gonili za karierą, pieniędzmi, założeniem rodziny i przebrnięciem przez swój krótki żywot w jak najwygodniejszych warunkach.
Po co żyjesz, Jay?
Najwidoczniej żył po prostu.
Ludzie, w których pokładasz nadzieję, są tymi, którzy rozczarują cię najbardziej. Często są też tymi, którzy zdają sobie sprawę, co zaboli albo wkurwi cię bardziej niż cokolwiek innego. Gdy nadejdzie odpowiedni moment – czyli kiedy już się komuś znudzisz albo zrobisz coś, co wcale nie musi być złe, ale im może się nie spodobać – nie zawahają się, by obrzucić cię tym gównem. Będą powoli ściągać cię na dno. To nas różni ― zaznaczył ostatnie zdanie, robiąc krótką pauzę. ― Łatwo się prześlizguję, bo nie kolekcjonuję sobie kłód pod nogami. Ty z kolei liczysz na to, że trafisz na kogoś, kto nią nie będzie. Ale to tak nie działa.
Nie zabrzmiał surowo, choć można było odnieść wrażenie, że jego słowa miały w sobie jakąś karcącą nutę. Nie zamierzał jednak pozbawiać Heathera własnych fantazji – nie jego sprawą było to, co zamierzał zrobić ze swoim życiem. Jay był pewien, że prędzej czy później chłopak i tak miał zrozumieć, że los był przewrotną dziwką dla wszystkich. Bez wyjątków.
„Dzięki. I pójdę wziąć prysznic.”
Kiwnął głową, sięgając po kubek z kawą, który jeszcze nie został w pełni opróżniony. Napój zdążył już nieco ostygnąć, ale nadal był na tyle ciepły, że wypicie go było czystą przyjemnością, nawet jeśli pozostawiało ten nieprzyjemny posmak w jego ustach. Obejrzał się za skrzydlatym, choć postanowił puścić propozycję mimo uszu, choć w głowie musiał przyznać, że różowooki stał się dużo bardziej pewny siebie niż wtedy, gdy widział go ostatnim razem.
Zepsułeś go.
Oderwał jeszcze jeden kawałek mięsa i wsunął go sobie do ust, przechodząc z kuchni do salonu. Odstawił resztę kawy na stół i rozejrzał się po pokoju, prędko namierzając półkę z rozłożonymi na niej książkami. Oczyściwszy palce z tłuszczu, podszedł bliżej i przemknął wzrokiem po grzbietach w różnych kolorach, o różnej szerokości. Wreszcie sięgnął po jedną ze średniej grubości książek w nieco podniszczonej, granatowej oprawie i usiadł na kanapie, osuwając się na niej wygodnie. Gdy tylko otworzył lekturę na pierwszej stronie, a zapach podstarzałych kartek wdarł się do jego nosa i kiedy tylko jego wzrok skupił się na treści, zdawało się, że nie potrzebował już niczego więcej.

-------------------------

„I co, znalazłeś coś ciekawego?”
Kolejna przerzucana kartka zaszeleściła, jakby sama postanowiła udzielić chłopakowi odpowiedzi. Ryan zdawał się być na tyle pochłonięty tekstem, że nie miał zamiaru sobie przerywać. Podczas nieobecności anioła zdążył przewertować już konkretną ilość kartek, jakby tajniki szybkiego czytania ze zrozumieniem nie były mu obce. Oderwał wzrok od lektury dopiero, gdy światło momentalnie zgasło. Wtedy też źrenice mężczyzny rozszerzyły się, całkiem szybko przyzwyczajając się do panujących dookoła ciemności. Czujnie rozejrzał się po pomieszczeniu, przy okazji skupiając się na oknach, jakby uznał, że całkiem prawdopodobnym było to, że ktoś właśnie postanowił się na nich przyczaić. Nawet w Edenie nie można było być w pełni bezpiecznym, a o tym przekonał się już na własnej skórze.
„Generator.”
Przerwał uważne nasłuchiwanie. Zresztą poza dudnieniem o szyby deszczu nie mógł usłyszeć niczego ponadto. O ile ciemność nie przeszkadzała mu aż nadto, tak czytanie mimo wszystko było dość utrudnione, nawet pomimo tak dobrze przystosowanego zmysłu wzroku. Na szczęście nawet słaby blask płomienia świecy dużo mu ułatwiał. W przeciwieństwie do różowowłosego, który niekoniecznie miał zamiar siedzieć cicho.
„No widzisz jak zadbałem o romantyczny nastrój?”
Zamiast powrócić wzrokiem do książki, przeniósł wzrok na Heather'a. O ile jeszcze przed momentem uznał, że przemawiała przez niego pewność siebie, tak teraz był skłonny zmienić zdanie i stwierdzić, że po prostu rzuciło mu się na głowę.
Romantyczny nastrój.
Uniósł brew, jakby potrzebował wyjaśnienia mu, co romantycznego było w całej tej sytuacji. Jedna świeczka randki nie czyniła, ale może to szarooki był w tej kwestii jakiś zacofany. Albo po prostu ten klimat nie robił na nim wrażenia
„Co następne?”
Znalezienie sobie dziewczyny, która na to poleci ― stwierdził, dostrzegając w tym pewne przejawy nastoletniego zachowania. Nie dało się zresztą ukryć, że ta rada była całkiem trafna – może nawet wreszcie by zaliczył. ― Ewentualnie chłopaka ― dodał zaraz z nieskrywaną aluzją. W końcu przeczuwał, że preferencje anioła wcale nie musiały być takie jednoznaczne. Zresztą opętany powinien wiedzieć to najlepiej. ― Nie powiesz mi chyba, że w ten beznadziejnie nieudolny sposób chcesz mi przekazać, żebym cię przeleciał? ― mruknął bezpośrednio, nie robiąc z tego niczego wielkiego i niszcząc cały klimat, który próbował zbudować Colin.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5364

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Wto Gru 06, 2016 11:17 pm
Przymknął na moment oczy, nie mogąc powstrzymać się przed krzywym uśmieszkiem, który zakwitł na jego ustach. Obecność wymordowanego zaburzała spokój i porządek dzienny w życiu Nathaira. Przywykł do swojej samotności. Ciszy, jaka panowała w całym domu, rzeczy, których nikt nie ruszał, nietkniętego kurzu piętrzącego się i zbijającego w kłęby na drewnianej, liczącej setkę lat podłogi. Co prawda nigdy jakoś szczególnie nie walczył o to, by nikt nie śmiał zaburzać jego prywatności, bezczelnie pchając się butami w jego prywatność, bo przecież nie miał nic przeciwko niespodziewanym wizytom świętej pamięci Nathaniela, Ourella czy Laviaha. Nawet wtedy, kiedy zatrzymywali się u niego na parę dni. Jednakże na dłuższą metę, jeśli czyjaś obecność niezdrowo przedłużała się, zaczynało go to drażnić, a sam nieświadomie pragnął powrotu do swojej samotności. Ale teraz czuł się inaczej. Z jednej strony już od samego początku obecność ciemnowłosego irytowała go, wdrapując się w jego żołądek i szarpiąc za wnętrzności, wywołując uczucie zimne aż po sam koniec kręgosłupa, z drugiej zaś strony ten przeklęty dreszczyk emocji podgryzał jego skórę i cichutko podszeptywał mu, że przecież właśnie tego chciał.
Ryan był jedyną osobą, z którą byłby w stanie zamieszkać. Tak naprawdę. Irytować się, że ruszył jego ulubiony kubek, jednocześnie dzieląc się z nim miejscem obok w łóżku i ukochaną kołdrę.
Sprzeczności miażdżyły go, wywoływały abstrakcyjne myśli i odczucia, wrzucając go na głęboką wodę własnego chaosu.
Może już sobie znalazłem. – mruknął cicho, unosząc do góry jedną rękę i przeciągnął się, czując jak kości przyjemnie wracają na swoje miejsce. – Mało o mnie wiesz. – dodał po chwili, wreszcie zsuwając się z podłokietnika i wstając, powoli kierując swoje kroki w stronę wyjścia, gdzie z kuchni dobiegały ciche, niezadowolone z życia dźwięki wydawane przez Shuyę. Położył dłoń na framudze i odwrócił się, wbijając wzrok w zaciemnioną sylwetkę na kanapie. W przeciwieństwie do niego, nie potrafił doskonale widzieć w ciemności. Ba. Jego wzrok od wielu lat szwankował i się buntował. Machinalnie poprawił okulary na nosie. I pomimo tych paru świeczek, nie potrafił w pełni dostrzec twarzy Grimshawa, a jedynie jej cień. Nie z tej odległości. Nie od tym kątem. Może to i lepiej.
Gdybym chciał, żebyś mnie przeleciał Jay, to bym ci o tym powiedział wprost. Wierz mi. – rzucił do niego, odwracając się i wychodząc z salonu, kierując się korytarzem od razu do kuchni. – A nie chcę. – dodał do siebie, kiedy pokonał małą przestrzeń docelowego pomieszczenia i otworzył szafkę, gdzie trzymał przeróżną mieszankę ziarna. Zgarnął go trochę i wsypał do miski ptaka. Ten zaskrzeczał gniewnie, jakby chciał zakomunikować głośno swoje żale z powodu tak późnego karmienia. Anioł musnął tylko opuszkami długie pióra Ikuary i podszedł do lodówki, którą otworzył. Wyciągnął drewnianą miseczkę ze świeżymi truskawkami od Laviaha i zamknął drzwiczki, uderzając w nie wąskimi biodrami. Wrócił do salonu i usiadł ciężko obok Grimshawa, przekręcił się tyłem i oparł plecami o jego ramię, wsuwając jednocześnie jeden owoc w swoje usta.
Truskawkę? – zagadnął podsuwając bliżej miskę.
Wygodnie ci?
Oczywiście.
Wiesz, że mu się to nie spodoba?
Zapewne.
W zamyśleniu wgryzł się w kolejną truskawkę, jednocześnie drapiąc się bosą stopą po łydce przez spodnie materiału, wpatrując w głuchą ciemność.
Zakochałem się w tobie. – to był impuls, złamanie zasady, którą sam sobie narzucił. Nie miał pojęcia dlaczego to zrobił. Tu i teraz. I szczerze powiedziawszy, mało go to obchodziło. Po chwili odsunął się od Ryana, by usiąść po turecku i oprzeć się o oparcie, sięgając po kolejną truskawkę.
Nic nie powiesz? Nie wyśmiejesz? – zerknął na niego. Tak, z tej odległości doskonale go widział.
Wgryzł się w słodki owoc zaskakująco spokojny jak na wyznanie, jakiego właśnie się dopuścił.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Fucker on Pią Sty 06, 2017 7:41 pm
Może ― przyznał bez jakiegokolwiek przebłysku zaskoczenia. Minęło sporo czasu, odkąd widzieli się ostatnim razem, więc wiele mogło się zmienić. Jedynym, co nigdy się nie zmieniało, z pewnością był wyraz jego twarzy, jak i podejście do tych kilku miesięcy tak, jakby były tylko paroma dniami. Jego świat pozostawał w idealnym porządku i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek miało go zaburzyć z tego prostego względu, że na to nie pozwalał. ― Dlatego – jak to ująłeś – budujesz „romantyczny nastrój” przy kimś innym ― z ust Grimshawa te dwa słowa nie brzmiały już aż tak kolorowo, choć nie było w tym nic dziwnego. W końcu zostały wypowiedziane przez niego – kogoś, kto nawet nie rozumiał takich idei i nawet nie próbował ich zrozumieć. Wolał skupić się na zaspokajaniu naturalnych potrzeb i choć emocje również znajdowały się na liście większości osób, jego zdołało to ominąć. Znaczące spojrzenie, które posłał Heatherowi miało uświadomić mu, że albo był kiepskim kłamcą, albo rzeczywiście nie był taki święty, chociaż jakkolwiek Jay by na niego nie spojrzał, definitywnie nie widział go w roli Casanovy.
Ale racja – mało o nim wiedział.
Wiedział tyle, ile powinien wiedzieć.
Odchylił głowę do tyłu i wsparł ją o oparcie kanapy, leniwym wzrokiem odprowadzając chłopaka w stronę drzwi do kuchni, zza których dobiegały jakieś dziwaczne odgłosy, i jednocześnie słuchając tego, co miał mu do powiedzenia. Akurat na ten temat mogliby sprzeczać się bardzo długo, ale wymordowany nie widział większego sensu w strzępieniu sobie języka. Jak zawsze – nie uśmiechało mu się mówienie więcej niż było to konieczne, a skoro Nathair był aż tak przekonany o swojej pewności siebie, aż szkoda było wyprowadzać go z błędu.
Może to nie błąd?
Nikt nie zmienia się aż tak.
Irytujący dzieciak ― rzucił w swoim ojczystym języku, niewiele robiąc sobie z tego, że Colin prawdopodobnie go nie zrozumiał, jednocześnie powracając spojrzeniem do tekstu. Całkiem łatwo udało mu się odszukać miejsce, w którym skończył, jakby już wtedy zapamiętał je wzrokowo. Nie wyglądał na skrępowanego tym, że znów został sam w zupełnie obcym domu, a wręcz przeciwnie – czuł się całkiem dobrze, gdy w salonie znów zapanowała cisza. Nawet ciemność, którą zawzięcie próbował odgonić blask świecy, była przyjemna, nawet pomimo złowrogich odgłosów burzy na zewnątrz. Błysnęło i zagrzmiało głośniej – na tyle głośno, że było pewnym, że niektóre anioły w Edenie własnie podrywały się z miejsc – ale mężczyzna nadal tkwił zaczytany w swojej lekturze do czasu aż nie poczuł niewielkiego ciężaru na swoim ramieniu.
„Truskawkę?”
Zgarnął z miski jeden owoc i wsunął go sobie do ust.
„Zakochałem się w tobie.”
Mhm ― wymruczał, mozolnie przeżuwając owoc i przewrócił kolejną stronę w książce. Albo go nie słuchał, albo te kilka słów nijak wpłynęło na jego życie i ogólne podejście do chłopaka. W gruncie rzeczy obie opcje były prawdopodobne. ― Mam bardziej wyszukane poczucie humoru. Jeszcze nikt nie wpadł na to, co mnie bawi ― dodał zaraz. Nie było wątpliwości, że nawet sam Jay nie miał pojęcia, co go bawiło, jednak to nie o tym była mowa.
Podobno każdy jest odpowiedzialny za to, co oswoił.
Kto powiedział, że go oswajałem?

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5364

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Pon Sty 09, 2017 11:50 pm
Miał wrażenie, że ktoś zatopił w jego czaszce niewidzialne pazury I szarpnął, pozostawiając po sobie ślad w postaci piekącego bólu gdzieś z tyłu głowy. Bólu, który nasilał się z każdym kolejnym oddechem jego podopiecznego. Właściwie skrzydlaty nie poczuł się jakoś wyjątkowo skrzywdzony, odrzucony, zraniony. Spodziewał się tego. Nie, inaczej. Wiedział, jaka będzie odpowiedź Grimshawa, osoby, która nie była zdolna obdarzyć innej istoty jakimkolwiek pozytywnym odczuciem. No, chyba że to był on sam. Zamiast tego poczuł narastającą wściekłość za to, w jaki to zostało przekazane. Olewczo. I to w każdym tego słowa znaczeniu. Jakby on i jego uczucia były gównem, które trzeba spuścić w kiblu. Muchą, która sobie pobrzękuje gdzieś po drugiej stronie pokoju. Nathair wielokrotnie znosił w milczeniu wszelakie upokorzenie, które uświadczył ze strony wymordowanego, ale tym razem przeszedł samego siebie. Przekroczył pewną granicę, gdzie nie było już odwrotu. Bez względu na wszystko. A dodajmy do tego to, co odpierdolił jeszcze u niego w domu…. Wynik sam nasuwał się na myśl.
”Mhm” – powtórzył cicho po nim, czując, jak robi mu się niedobrze. Naprawdę się w nim zakochałeś? W KIMŚ takim? Ło panie…
Mhm… jasne. – czuł, jak w gardle zbiera się jad I żółć, I choć bardzo pragnął wypluć to z siebie, wiedział, że w tym momencie nie może sobie na to pozwolić. I jest zmuszony to przełkną, by ponownie wyżerało od środka jego żołądek i wszystkie inne wnętrzności, trawiło go jak gorączkę i pochłaniało, zarażając gównem tego świata. Ale nie zamierzał siedzieć bezczynnie i potakiwać ze spuszczoną głową, jak skulony kundel. Nie tym razem, panie Grimshaw.
Jaja sobie robisz? – warknął, I nim zdołał cokolwiek pomyśleć, jego ciało samo zareagowało. Złapał Ryana za materiał bluzy na jego klatce piersiowej i szarpnął bliżej siebie, nachylając się nad nim nieznacznie, by móc spojrzeć w jego srebrne tęczówki, wreszcie bez jakiegokolwiek cienia strachu.
Ty tak na poważnie? “Mhm”? Tylko na tyle cię stać, Grimshaw? – wykrzywił usta w mało przyjemnym uśmiechu. – ”Pierdol się, Heather. Chyba cię pogięło, Heather. Jasne, marz dalej.” Czy cokolwiek innego… nawet jednego, pełnego zdania? Nawet na tyle po tym wszystkim nie zasługuję? Tylko jedne, głupie słowo? Chociaż nie, tego nawet słowem nie można nazwać. – parsknął cicho i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Wiesz co? Pierdol się, Grimshaw. – puścił jego bluzę i przechylił się do tyłu, opierając o podłokietnik kanapy w pozycji pół leżącej, pół siedzącej. – Jesteś beznadziejny. Ty w ogóle jesteś wymordowanym? – zapytał, po czym roześmiał się cicho przyciskając pięść do swojego czoła, przyglądając mu się z zainteresowaniem. – A nie androidem, któremu ileś lat temu wgrano kartę pamięci z danymi niejakiego Ryana Jaya Grimshawa? – dodał i odetchnął cicho przez nos. Właściwie nie zdziwiłby się. Reakcje szatyna wielokrotnie dawała wyraźnie do zrozumienia, że Ryan nie mógł być żywą istotę. Po prostu… nie.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Fucker on Wto Sty 17, 2017 12:31 am
Szarpnięcie nie wytrąciło go z równowagi, pomijając fakt, że ciało częściowo uległo dość wątłej sile chłopaka. I to tylko dlatego, że mięśnie wymordowanego spięły się o sekundę za późno, przeciwstawiając się częściowo nagłej zachciance chłopaka. Po kamiennym wyrazie twarzy i beznamiętnym spojrzeniu łatwo było wywnioskować, że ciemnowłosy nie czuł się ani trochę zagrożony. Wiedział, że nie musiałby ruszać się z miejsca, by pozbyć się anioła sprzed własnego nosa. Możliwe, że już zdążył przygotować plan działania na wszelki wypadek, choć nie sądził, że Nathair miał w planach cokolwiek poza ujadaniem.
Ignorując jego spojrzenie, wzniósł własne na jakiś punkt ponad jego ramieniem, jakby coś albo ktoś właśnie stanął za jego plecami, jednak tylko Ryan był w stanie dostrzec niespokojnie wijącą się ciemność, która na ten czas ukrywała się poza blaskiem płomienia świecy, czekając na właściwy sygnał. Była gotowa opleść się dookoła szyi skrzydlatego i zmiażdżyć mu gardło, szarpnąć za nogi, cisnąć nim o ścianę – była gotowa dosłownie na wszystko.
A co, liczyłeś, że zaświecę oczami z radości i rzucę ci się na szyję? ― Gdyby te słowa wypowiedział ktoś inny, być może brzmiałyby mniej niedorzecznie. W tej samej chwili chłodne – i przede wszystkim puste – tęczówki zderzyły się z poirytowanym spojrzeniem młodzieńca, który niesłusznie obwiniał go o swoje własne uchybienie.
Tak to nazywasz?
Wy zakochani, jesteście kłopotliwi. Wydaje wam się, że sam fakt, że zaangażowaliście się aż nadto zasługuje na coś więcej, że to dobrowolne poświęcenie powinno zostać docenione albo że odrzucając was, druga strona poczuje się choć trochę winna z tego powodu. To nie zawsze tak działa. ― A już na pewno nie działało tak w jego przypadku. ― A swoją drogą „po tym wszystkim”, raczej jesteśmy kwita, chyba że tęsknisz za ćpaniem i byciem rżniętym w burdelu, w którym być może tkwiłbyś do teraz. Wyciągnąłem cię stamtąd tylko dlatego, że nie lubię, gdy ktoś kładzie ręce na mojej własności, o czym sam też się przekonałeś. Nigdy nie powiedziałem, że interesujesz mnie pod kątem emocjonalnym, dlatego nie dbam o to, że ja interesuję ciebie. To chyba oczywiste. Nie jesteś pierwszyi nie ostatni.
Zaczepił palec wskazujący o materiał pod szyją, by poprawić bluzę po nieprzemyślanym wyczynie Heather'a. Faktycznie podszedł do sprawy jak ktoś, kto widział już wielu masochistów, liczących na coś więcej niż możliwość spędzania ze sobą wspólnych nocy, jednak – jak można było zauważyć – miejsce u jego boku pozostawało niezapełnione. Pod każdym możliwym kątem był kiepskim wyborem, a ten wybór zaskakiwał jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę, że na świecie nie było osoby, która wiedziałaby o nim więcej niż powinna. Dla każdego był bardziej nieznajomym niż znajomym. Ewentualne wyjątki można było zliczyć na palcach jednej ręki, ale nawet im nie było dane dowiedzieć się wszystkiego.
To twój wybór ― podsumował bez wyrazu i zatrzasnął książkę, a ułożywszy ją na kolanach, przesunął dłonią po okładce, jakby przedmiot zasługiwał na więcej delikatności niż siedzący obok Colin.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5364

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Wto Sty 17, 2017 5:00 pm
Miał ochotę przejechać sobie otwartą dłonią po twarzy i wywrócić oczami, prosząc niebo o pomstę. Ryan, poważnie? Serio? Wiedział, że wymordowany jest kwintesencją arogancji, ale że przy tym zadufanym w sobie bufonem? To była jakaś nowość.
Wowo chwila, nie rozpędzaj się tak. Jak chcesz to możesz i zatańczyć na środku pokoju, szczerze, to mam to głęboko gdzieś. Ale nie wsadzaj mi w usta czegoś, czego nie powiedziałem, jasne? To trochę naginanie rzeczywistości pod siebie. Jedyne, czego oczekiwałem od ciebie, to jednego zdania czy pary słów więcej, a nie cholernego „mhm”. Ani przez chwilę nie oczekiwałem, jak to powiedziałeś, żebyś to docenił. Wszyscy wiedzą, że jesteś uczuciową kłodą niezdolną do zaangażowania w cokolwiek. – prychną czując, jak cała irytacja z niego uleciała wyparta przez dziwne uczucie rozbawienia całą tą sytuacją. Wreszcie podniósł się do pozycji siedzącej i przekręcił się przybierając jedną z tych dziwnych i dzikich pozycji, kiedy zarzucił nogi na oparcie kanapy a głowa prawie zwisała z krawędzi. Wzrok wbił w sufit, przez moment wsłuchując się w odgłosy deszczu i burzy, która najwidoczniej nie chciała umilknąć i najwidoczniej towarzyszyć im przez całą noc.
Naprawdę, przestań być tak zapatrzony w siebie. Nie pasuje to do ciebie. – skrzywił się nieznacznie. Pozostawała jeszcze jedna, nieprzyjemna kwestia, którą Ryan miał przyjemność wyciągnąć na wierzch. Jak uderzenie obuchem w łeb albo z kolana w żołądek. Kurewskie, wiesz Ryan?
I nie rozgrzebuj tego, co było. Nie w ten sposób. Uwierz mi, że jak zaczniemy obrzucać się tym, kto co dla kogo zrobił, to zostaniesz daleko w tyle. Zaraz usłyszę, że masz to gdzieś. To skoro masz to gdzieś, to nie rozgrzebuj. – powiedział cicho przymykając na moment powieki. Nie lubił tematu burdelu. Wpadł wtedy w pułapkę i stał się ofiarą. Jasne, był wdzięczny Ryanowi, że zjawił się i wyrwał go z tamtego miejsca. Ale prawda jest taka, że to był jeden jedyny raz, kiedy Grimshaw w jakikolwiek sposób uratował czy też pomógł Nathairowi. Zresztą, od początku chłopak nie miał tego na myśli. Ryan znowu naginał pod siebie jego słowa. Typowe.
Znamy się parę lat. Nadal uważam, że po tym wszystkim mogłeś wysilić się nieco bardziej. – uchylił wreszcie powieki i spojrzał na mężczyznę, unosząc lekko koniuszki ust.
I nie mów, że jestem twoją własnością. Nie przy mnie.
Przeszkadza ci to?
Bynajmniej.
Działa to na mnie.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Fucker on Wto Sty 17, 2017 8:27 pm
Ale nadal mówisz o oczekiwaniach ― odparł, tym razem wygrzebując ten skrawek z jego wypowiedzi. Mimo że zdawał sobie sprawę z wielu rzeczy, wciąż tylko oczekiwał czegoś, co może nie było ponad siły wymordowanego, ale nadal nie istniał po to, by spełniać cudze oczekiwania, choćby te najdrobniejsze. Nie widział różnicy pomiędzy wypominanym mu „Mhm”, a pełnym zdaniem, które posiadałoby dokładnie ten sam wydźwięk – poza tym, że oszczędzał swoje gardło, przez co minimalizm wychodził mu na plus.
„Nie pasuje to do ciebie.”
Twierdzi, że to do ciebie nie pasuje. Do ciebie.
Nie zamierzał toczyć o to słownej wojny. W gruncie rzeczy nie uważał tego za zapatrzenie w siebie, a raczej za wyciągnięcie wniosków z osobistych doświadczeń, jakby całe zebrane doświadczenie pozwalało mu na odrobinę pychy, jakby dzięki niemu mógł patrzeć z góry na tych, którzy wiedzieli i widzieli znacznie mniej. I zawsze to robił. Jay'a nie obchodziło to, jak jego słowa odebrał Nathair, jednak szare tęczówki powiodły spojrzeniem ku jego twarzy, nie zdradzając żadnych intencji.
Więc co do mnie pasuje? ― Pytanie było z pozoru całkiem proste, a przynajmniej dla kogoś, kto z taką łatwością próbował wmawiać mu, że zachowuje się inaczej. Ciemnowłosy już tylko czekał na moment, w którym będzie mógł zdeptać jego teorie, chociaż był w stanie założyć, że istniał ten niewielki procent szansy, że trafi w samo sedno i prawdopodobnie tylko dlatego, że okaże się całkiem niezły w zgadywaniu. ― Wiesz tyle, ile widzisz ― dodał zaraz, jakby to miało podkopać nieco pewność siebie młodzieńca. Możliwe, że właśnie rzucał mu wyzwanie.
Lepiej, żebyś dobrze strzelał.
„... jak zaczniemy obrzucać się tym, kto co dla kogo zrobił, to zostaniesz daleko w tyle.”
Uniósł brew, nie będąc pewnym, czy ten jeden raz nie zawiódł go jego własny słuch. Był skłonny porzucić temat burdelu, fakt tego, że uchronił go przed życiem pełnym syfilisu i beznadziejnego traktowania, co zdecydowanie nijak równało się z wiecznym plątaniem mu się pod nogami, wpychaniem tam, gdzie zwyczajnie nie był potrzebny i przynoszeniem mu owoców. Nathair czasem się przydawał, jednak z pewnością nie był kimś, bez kogo Grimshaw miałby związane ręce i to z tego prostego powodu, że nigdy nie pozwoliłby, żeby tak się stało. Niesamodzielność była obrzydliwa.
Mówisz? Ty w ogóle jesteś stróżem? ― niezadowolony pomruk prześlizgnął się przez jego wargi, przybierając nieco podobny wydźwięk do wcześniejszego pytania Colina. Nieraz modlono się o to, by przynajmniej przez chwilę przestał zapamiętywać słowa, które skierowano przeciwko niemu, by zwrócić je z powrotem ich prawowitym właścicielom. ― Gdzie ta szczodra bezinteresowność?
Oparł łokieć o oparcie kanapy i wsunął palce we włosy, opierając głowę o dłoń.
Mogłem, ale nie musiałem. Nie muszę też odmawiać sobie innych rzeczy ― skwitował znacząco, tym samym ignorując jego prośbę o niewypowiadanie konkretnych słów. Ale przy kim, jak nie przy nim samym miał o tym przypominać? ― Sprawa jest prosta, skoro to na ciebie działa, przynajmniej o tym nie zapomniałeś.
Myślisz, że przez ten cały czas był małym, wiernym pieskiem?

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5364

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Nathair on Sro Sty 18, 2017 5:38 pm
Przesunął bosą stopą po piszczelu i podrapał się po nim, mrużąc oczy, kiedy Ryan zadał mu pytanie. Był ostatnią osobą, od której spodziewałby się tego. Choć z drugiej strony równie dobrze po chwili mógł stracić zainteresowanie ewentualną odpowiedzią i skupić się na zupełnie innych czynnościach, jak chociażby dalsze czytanie. Albo pozostawała też opcja podchwytliwości. Mimo to anioł nie zamierzał mu niczego ułatwiać, dlatego też uśmiechnął się krzywo i poprawił wygodniej na kanapie, choć nadal pozostawał w swojej dziwnej pozycji.
Oho? Że niby cię interesuje moje zdanie na twój temat? – zapytał po omacku szukając miski z truskawkami. – Ty z kolei wiesz tyle, ile chcesz widzieć. – odbił piłeczkę w tym samym czasie przesuwając opuszkami po truskawce, kiedy wreszcie na nią natrafił. Zgarnął owoc i wsunął go sobie pomiędzy usta, zerkając na siedzącego obok wymordowanego. – Jesteśmy kwita. – cichy głos w jego głowie chichrał i dopytywał, czy naprawdę nie zamierza mu nic powiedzieć, jak go postrzega, jak go widzisz. Z początku chciał się jedynie z nim podrażnić, ale ostatecznie powiedzieć. Trwało to jednak za krótko i ostatecznie chłopak wybrał milczenie. Nie tym razem, Jay. Nie tym razem.
W końcu dźwignął się i usiadł czując, ja na moment w jego głowie zaczyna falować. Całkiem zabawne uczucie. Uczucie upicia się na trzeźwo. A umysł wciąż pozostawał jasny.
Nah, tak naprawdę wziąłem tę fuchę tylko dlatego, że dobrze brzmiała w połączeniu z moim imieniem. Wiesz, Stróż Heather. Prawda? – powiedział sarkastycznie uznając, że to pytanie było chyba jednym z najgłupszych, jakie wymordowany w ostatnich czasach zadał. – Plus to świetna przykrywka dla mojego prawdziwego oblicza. Wiesz, jestem reinkarnacją twojej karmy i teraz do usranej śmierci będę ci uprzykrzać życia. – parsknął i wgryzł się w kolejną truskawkę. Jasne, był jego stróżem i będzie zawsze go chronił. To był fakt. I właśnie ze względu na to, że był jego stróżem i nastawiał za niego dupy kiedy sytuacja tego wymagała, należało mu się coś więcej niż kurewskie „mhm”. Zdania w tej materii nie zmieni. Szkoda, że Grimshaw w niektórych kwestiach zachowywał się z wyjątkowym ograniczeniem.
Moja anielska szczodrość bezinteresowna skończyła się z dniem, kiedy cię poznałem. – dodał po chwili wsuwając dłoń pod bluzę i zahaczył krótkimi paznokciami o ciepłą skórę brzucha kiedy leniwie się drapał. – Pamiętam o wielu innych rzeczach. No i jestem pewny, że gdybym o niektórych zapomniał, to chętnie byś mi o nich przypomniał, panie Grimshaw.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Fucker on Sro Lut 01, 2017 12:20 pm
Nie. Tyle w zupełności mi wystarczy ― odpowiedział tak, jakby Nathair już zdążył podzielić się z nim zdaniem na jego temat, nawet jeśli faktycznie tego nie zrobił. Brak odpowiedzi był dla niego najlepszym argumentem, który potwierdzał brak posiadania konkretnych informacji. Zresztą nic w nastawieniu Ryana nie wskazywało na to, by wierzył, że skrzydlaty mógł wiedzieć coś więcej – na świecie nie było osoby, która z ogromną chęcią, by się tym podzieliła. ― Najwidoczniej.
Odpowiadał mu taki układ. Grimshaw nie czuł, że powinien wiedzieć coś więcej, gdy w gruncie rzeczy nie uznał, że czuje się zainteresowany drugą osobą. Heather najwidoczniej przeliczył się, jeśli sądził, że ciekawość zeżre go od środka, gdy tylko postanowi przemilczeć całą sprawę. Wręcz przeciwnie – stracił swoją minutę uwagi, gdy spojrzenie ciemnowłosego zwróciło się w stronę okna zza którego światło błyskawicy na ułamek sekundy odgoniło ciemność w pokoju.
Bezgłośnie zastukał palcami o okładkę książki, zanim odłożył ją na podłokietnik obok i wciągnął nogi na kanapę, choć mentalnie znacznie bliżej było mu do powrotu na Desperację niż do rozgoszczenia się w anielskim domu. Niemniej jednak podróżowanie w ulewie nie było niczym przyjemnym nawet dla kogoś, kto już nieraz musiał uciec się do tej opcji.
W takim razie nie chwal się swoim kolegom po fachu, bo z tym życiem nieco się spóźniłeś ― stwierdził, nie widząc problemu z mówieniem o tym, że miał już za sobą jedną śmierć. Nawet jeśli jego umysł nie został wyżarty przez wirusa, formalnie już był martwy i tylko dlatego, że mogło się tak stać. Nie wierzył w te wszystkie farmazony o istnieniu duszy – pewnie niektórym wydawało się, że ta go nie opuściła, skoro nadal był Ryanem Jay'em Grimshawem, ale anioły już same zdążyły udowodnić, że dla wymordowanych nie było miejsca na tym świecie. Byli zwierzętami. Nie. Wybrykami natury.
On też nigdy nie prosił o podobne wsparcie.
„Moja anielska szczodrość bezinteresowna skończyła się (...)”
Więc musisz być naiwny. ― Przeciągnął się nieznacznie, gdy stwierdzał ten niepodważalny fakt. Gubiło go to, że sądził, że kiedyś mu się odpłaci. Niby dobre uczynki zwracały się ze zwiększoną korzyścią, ale nie, gdy miało się do czynienia z tak trudnym przypadkiem. ― Niezupełnie, aniele. Gdybym musiał przypominać ci drugi raz, byłoby już za późno. ―Zerknął na niego z ukosa, już po chwili przymykając leniwie powieki, jakby przymierzał się do chwilowego odpoczynku.
O tym też mówiłem.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5364

Powrót do góry Go down

Re: Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 17 z 20 Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18, 19, 20  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Eden :: Rajskie miasto